Są takie filmy, które nie potrzebują wielkiej promocji ani głośnych haseł. Wystarczy, że obejrzą je krytycy – a potem trudno już znaleźć kogoś, kto nie mówi o nich z zachwytem. Ten tytuł zaraz po premierze został okrzyknięty jednym z najpiękniejszych i najbardziej poruszających produkcji ostatnich lat. Teraz jest wreszcie dostępny w ofercie Netflixa. Jeśli więc szukasz filmu, który jednocześnie wzrusza, bawi i zostaje w głowie na długo po napisach końcowych – to właśnie jest coś dla ciebie.
Ten kameralny komediodramat od momentu premiery zbierał niemal jednogłośne pochwały. Krytycy, którzy na co dzień są wyjątkowo surowi, tym razem mówili jednym głosem. „Film idealny” – pisał Michał Oleszczyk. Karolina Korwin Piotrowska nie kryła emocji: „Dawno nie widziałam czegoś tak dobrego”. Jacek Sobczyński zwracał uwagę na scenariusz: „Nie pamiętam, kiedy ostatni raz słyszałem w kinie tyle wspaniałych dialogów”.
W wielu recenzjach powtarza się jedno słowo: magia. Bartek Czartoryski ujął to najprościej: „Chyba trochę tęskniłem za dobrze napisanym, rozleniwiającym (ale nie leniwym, bynajmniej!) kinem o, po prostu, ludziach”.
Krytycy zachwyceni – film, który łączy humor i wzruszenie
Mowa o filmie „Przesilenie zimowe”, którego akcja przenosi nas do zimy 1970 roku, do elitarnej szkoły z internatem w Nowej Anglii. Gdy większość uczniów wyjeżdża na święta, na kampusie zostaje tylko garstka „niechcianych” – tych, którzy nie mają dokąd wrócić. Opiekę nad nimi sprawuje nielubiany, zrzędliwy nauczyciel historii, Paul Hunham. Po kilku dniach zostaje już tylko jeden uczeń – zbuntowany piętnastolatek Angus – oraz Mary, szkolna kucharka pogrążona w żałobie po synu poległym w Wietnamie. Ta trójka, zupełnie przypadkowo, tworzy kruchą, nieoczywistą wspólnotę. Przez dwa zaśnieżone tygodnie uczą się czegoś, czego nie da się znaleźć w żadnym podręczniku: że przeszłość nie musi definiować przyszłości.
Tomasz Raczek pisał o filmie jako o „bardzo tradycyjnie zrealizowanym, świątecznym obrazie, który łagodnie pokazuje każdemu z bohaterów światełko w tunelu”. Właśnie ta łagodność okazuje się jego największą siłą. To kino, które nie epatuje dramatem i nie gra na łatwych emocjach, ale pozwala widzowi po prostu pobyć z bohaterami.
Ogromną część sukcesu filmu krytycy przypisują aktorom. W centrum historii znajduje się wybitna rola Paula Giamattiego, czyli antypatycznego, surowego nauczyciela, który pod grubą warstwą ironii i zgryźliwości skrywa samotność i żal. Obok niego błyszczy nagrodzona Oscarem Da’Vine Joy Randolph. Prawdziwym odkryciem okazał się Dominic Sessa, dla którego była to pierwsza rola w życiu. Krytycy podkreślali jego naturalność i emocjonalną prawdę, a więc coś, czego nie da się nauczyć na żadnym kursie aktorskim.
Za kamerą stanął Alexander Payne, twórca znany z czułego, empatycznego spojrzenia na ludzi. Tym razem zaproponował historię rozmyślnie niedzisiejszą – spokojną, opartą na dialogach i relacjach, a nie na fabularnych fajerwerkach. Jak pisał redaktor naczelny portalu Filmweb, Łukasz Muszyński: „Ładny film o życiu i ludziach. Raz zabawny, raz smutny. Miło się ogrzać w jego cieple”.
Przez wiele miesięcy dla wielu osób był to tytuł „do nadrobienia”, polecany szeptem i zapisywany na listach najlepszych filmów ostatnich lat. Pod koniec lutego wreszcie trafił do biblioteki Netflixa, dzięki czemu można obejrzeć go w domowym zaciszu. Jeśli więc masz ochotę na kino, które nie tylko bawi i wzrusza, ale też zostawia po sobie ciche, dobre emocje – ten film zdecydowanie zasługuje na twoją uwagę.