Paradoksalnie pierwszymi jaskółkami zwiastującymi solowy powrót Bruno Marsa były duety – i to nie byle jakie. Mowa oczywiście o miłosnej balladzie „Die With a Smile” z
Lady Gagą, która niemal z marszu stała się jednym z najpotężniejszych przebojów tej dekady. Równie rewelacyjnie wypadła jego kolejna muzyczna kooperacja, czyli niezwykle chwytliwe „APT.” z Rosé, członkinią koreańskiego girlsbandu Blackpink. Po dwóch, królujących na listach przebojów, przystawkach z udziałem utalentowanych koleżanek przyszedł w końcu czas na popisowe danie główne.
„The Romantic”: recenzja nowego albumu Bruno Marsa
Bruno Mars wyraźnie stawia jakość nad ilość. Czwarty studyjny album wokalisty, wymownie zatytułowany „The Romantic”, podobnie jak jego poprzedni longplay, składa się zaledwie z dziewięciu premierowych utworów. Trudno oprzeć się wrażeniu, że artysta bierze przykład z jednego ze swoich muzycznych idoli, Michaela Jacksona, którego „Thriller” – najlepiej sprzedający się album w historii (ponad 70 milionów egzemplarzy) – również zawiera dziewięć kompozycji. Czy jednak tym razem Bruno Mars znów zdołał w nieco ponad pół godziny w pełni nasycić apetyt na swoje muzyczne nowości? Śmiem twierdzić, że tak.
Nic jednak nie dzieje się bez przyczyny. Za brzmieniem „The Romantic” stoi nie tylko sam Bruno Mars, lecz także jego długoletni współpracownik – producent i autor piosenek Dernst „D'Mile” Emile II. Amerykanin jest jednym z najbardziej cenionych twórców w branży. W swojej karierze zebrał już 20 nominacji do nagród Grammy, zdobył sześć statuetek, a także Oscara za najlepszą piosenkę oryginalną za utwór z filmu „Judasz i Czarny Mesjasz”. Jego wkład jako współproducenta i współautora utworów słychać w każdym dźwięku. To dzięki niemu album naturalnie łączy klasyczne R&B, soulowe harmonie i współczesną popową estetykę.
Nowy album Bruno Marsa otwiera „Risk It All” – utrzymany w stylistyce meksykańskich orkiestr mariachi początek pełnej pasji, miłosnej opowieści. Utwór, który ustanawia romantyczny ton całego wydawnictwa, jest w gruncie rzeczy klasyczną balladą, a jego warstwę tekstową można w skrócie streścić jednym zdaniem: „nie ma niczego, czego bym dla ciebie nie zrobił”.
W kolejnym utworze, „Cha Cha Cha” Bruno Mars zgrabnie przeskakuje w klimaty hiszpańskiego bolera, przy okazji cytując w refrenie frazę z hitu „Slow Motion” z 2003 roku autorstwa nowoorleańskiego rapera Juvenile. Po tych dwóch romansujących z latynoskimi brzmieniami kawałkach przychodzi czas na główny singiel promujący krążek. „I Just Might”, czyli typowa dla Bruno Marsa fuzja popu, soulu, funku i R&B. O tym, jak świetnie sprawdza się ta sprawdzona formuła, najlepiej świadczy fakt, że jest to pierwszy singiel w jego karierze, który zadebiutował na pierwszym miejscu prestiżowej listy Hot 100 magazynu „Billboard”.
W następującym po nim „God Was Showing Off” Bruno Mars ponownie nieco zwalnia tempo i kontynuuje zachwyty nad obiektem swoich westchnień. Ich apogeum stanowią ekstatyczne okrzyki „Alleluja!” oraz wieńczące utwór ewangelijne metafory, przyrównujące wybrankę serca do istoty boskiej – „chodzącej po wodzie” i „zamieniającej wodę w wino”. Przesłodzone, momentami ocierające się o tandetę, lecz kto choć raz w stanie miłosnego uniesienia nie popadł w podobną egzaltację, niech pierwszy rzuci kamieniem.
Półmetek albumu, niczym w dobrze skonstruowanym romansie, przynosi pierwszy poważny zgrzyt. W utworze „Why You Wanna Fight” podmiot liryczny wciela się w dość stereotypową rolę faceta, który najpierw coś schrzanił, a teraz błaga, by ukochana wróciła do domu. „Dlaczego chcesz się ze mną kłócić, kochanie? Czy nie wolałabyś się kochać dziś wieczorem?” – śpiewa Bruno Mars, prezentując przy dość oszczędnej warstwie muzycznej pełną gamę swoich wokalnych umiejętności.
W „On My Soul” Bruno Mars zdecydowanie podkręca tempo, a wraz z nim narastają kolejne wyznania miłości i zapewnienia, że nic nie jest w stanie zatrzymać jego uczuć. To zdecydowanie jeden z najbardziej porywających, przebojowych i emocjonalnie intensywnych momentów całego albumu. W drugiej zwrotce pojawia się wers, który mógłby stać się mottem całej płyty: „Okazuje się, że nie potrzebujesz rakiety, żeby znaleźć swoją własną spadającą gwiazdę”. Dynamiczna rytmika i zaraźliwy groove sprawiają, że „On My Soul” z jednej strony bawi, a z drugiej wzrusza, będąc jedną z tych piosenek, które wciągają od pierwszych taktów i zostają w pamięci na długo po zakończeniu słuchania.
Z kolei „Something Serious” to numer, przy którym nogi same rwą się do tańca, a biodra zaczynają się kołysać w rytmie, który od pierwszych sekund wciąga w gorący klimat. To kawałek niemal stworzony na parkiet. Połączenie zaraźliwej energii i słonecznej melodii sprawia, że niemal niemożliwe jest usiedzenie w miejscu. „Something Serious” jest idealnym mostem między energicznymi, popowo-latynoskimi eksplozjami a bardziej intymnymi momentami.
Tych, którzy tęsknili za klasycznym, turboemocjonalnym Bruna Marsem z pewnością zachwyci „Nothing Left”. To smutna, refleksyjna ballada o wypalającym się uczuciu. Każdy wers emanuje nostalgią i żalem. „Myślałem, że nasze światło nigdy nie zgaśnie” niemal bezpośrednio przywodzi na myśl jego wcześniejszą, równie przejmującą balladę „Talking to the Moon”. W „Nothing Left” podobne uczucie melancholii zostaje jednak przetworzone w bardziej dojrzałą, introspektywną formę. Bruno pokazuje, że nawet w stracie można znaleźć momenty szczerości i piękna, a jego wokal pełen jest zarówno tęsknoty, jak i delikatnej rezygnacji.
W zamykającym album, nastrojowym utworze „Dance With Me” artysta serwuje natomiast jedne z najpiękniejszych i najbardziej przeszywających wokali w całej swojej dyskografii.
Bruno Mars powrócił z albumem, który jest jednocześnie hołdem dla jego własnego stylu i świadomym unikaniem rewolucji muzycznej. „The Romantic” nie eksperymentuje, nie odkrywa nowych brzmień ani nie sili się na muzyczną ewolucję. Zamiast tego konsekwentnie podąża drogą, którą artysta obrał wiele lat temu. To właśnie dzięki temu wierni fani mogą w pełni cieszyć się tym, co kochają w jego muzyce, czyli emocjonalnymi balladami, tanecznymi hitami i perfekcyjnie wyważonym pop-soulem. Z drugiej strony krytycy znajdą tu pożywkę do swoich kąśliwych uwag. Tak, Bruno Mars nagrywa wciąż w tym samym stylu i jego utwory są do siebie podobne, mimo upływu czasu. Choć dla niektórych może to być zarzut, dla mnie jest to dowód, że artysta zna swoją wartość i konsekwentnie dostarcza dokładnie to, czego oczekuje jego publiczność.
4,5/5