Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Kaśka Sochacka: „Nie boję się już spać sama w żadnym mieście”

Kaśka Sochacka: „Nie boję się już spać sama w żadnym mieście”

Kaśka Sochacka (Fot. Wiktor Franko/Jazzboy Records)
Kaśka Sochacka (Fot. Wiktor Franko/Jazzboy Records)
Z Kaśką Sochacką spotykamy się z okazji nowej płyty koncertowej, ale także po to, żeby porozmawiać o oswajaniu lęków, życiu w trasie i bezcennych momentach sam na sam ze sobą.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.

Angelika Kucińska: Twoja ulubiona poetka napisała kiedyś, że „musisz przede wszystkim chcieć spędzić resztę życia z samą sobą”…

Kaśka Sochacka: Staram się żyć i podejmować takie decyzje, żeby każdego wieczora, gdy patrzę w lustro, pomyśleć sobie: „Jesteś OK”.

A lubisz siebie na tyle, żeby się podpisać pod słowami Rupi Kaur?

Nawet jeśli popełnię błąd, nawet gdy coś mi nie wyjdzie i zaczynam sobie wyrzucać, że mogłam zachować się inaczej albo podjąć inną decyzję, to zaraz pojawia się ta druga Kasia. Obejmuje mnie ramieniem i mówi: „Jest spoko, to było maksimum, na które było cię stać w tamtym momencie. Zrobiłaś to, co mogłaś. Podjęłaś możliwie najlepszą decyzję”. Jeśli więc umiem być wobec siebie czuła, wybaczać sobie, utulić siebie – to chyba znaczy, że siebie lubię.

A lubisz być sam na sam ze sobą?

Bardzo. Otwieram się wtedy na zupełnie nowe rejony siebie. W ostatnich latach, choć spędziłam je również z ludźmi, byłam częściej sama niż kiedykolwiek wcześniej. Nigdy nie miałam tyle przestrzeni dla siebie. Bywałam skazana na samotność. Na przykład gdy przeprowadzałam się do Warszawy i spałam w biurze Jazzboya [studio nagraniowe i firma płytowa, z którą Sochacka pracuje od początku kariery – przyp. red.]. W wielkim domu, którego się bałam. Nikogo tu wtedy nie znałam. Musiałam więc siedzieć godzinami sama ze sobą, co mi się wcześniej w takim wymiarze nie zdarzało. Wreszcie miałam okazję, żeby zajrzeć do środka i odkryć w sobie rzeczy, o których nie miałam pojęcia.

Co znalazłaś?

Czułość. Cierpliwość. Pracowitość. Wcześniej wydawało mi się, że rzeczy przychodzą mi łatwo, że mam fart. To prawda, że miałam dużo szczęścia, ale na wiele rzeczy musiałam ciężko zapracować.

Wiem, że muzyka jest moją ogromną pasją i że ta miłość mnie definiuje, że ten ogień wciąż się pali. A jestem bardzo wrażliwa na momenty, kiedy czuję, że może coś zaczyna we mnie gasnąć. Chciałabym zareagować odpowiednio wcześniej.

Czytaj także: „Nie warto walczyć z tym, co się czuje” – intymna rozmowa z Kaśką Sochacką o „Tej drugiej”

Co robisz, gdy pojawiają się wątpliwości i nie jesteś pewna, czy chcesz, czy masz wciąż siłę, żeby wychodzić na scenę?

Rok temu wiedząc, jak wiele będzie się działo, postanowiłam zadbać o siebie z wyprzedzeniem. Wydałam własny album i wspólną płytę z Dawidem Podsiadłą. W wakacje grałam swoją trasę i występowaliśmy z Dawidem na festiwalu Zorza. Dlatego teraz robię sobie kilka miesięcy przerwy. Zazwyczaj w salonie leży walizka, otwarta, bo nie ma sensu jej chować, skoro zaraz znów trzeba będzie się pakować i jechać na koncert. A teraz przez kilka tygodni walizki nie było. Na początku poczułam ulgę. Porządek w życiu. Potem jednak zaczęło mi brakować tego rozwalonego bagażu na środku pokoju…

I walizka znowu się pojawiła. Rozmawiamy chwilę przed twoim wylotem do Azji. Wyjazd solo to jest dopiero przygoda!

Pamiętam, jak zdecydowałam się polecieć sama na Cypr. W lutym było tam ciepło. Na lotnisku byłam przerażona, ale na szczęście z każdym kolejnym krokiem przerażenie mijało. Zarezerwowałam hotel na odludziu, poza sezonem, pusty, prawie nikogo nie było. Obsługa i dwa koty, z którymi się zaprzyjaźniłam. Gapiłam się na morze, trochę zwiedzałam, spędzałam dużo czasu w naturze. Niedługo później pojechałam znów, tym razem do Barcelony. Tylko że to miasto znam, mam tu swoje wydeptane ścieżki.

Wypytuję cię o bycie sam na sam ze sobą, bo pisanie piosenki – zanim zaniesiesz ją do studia, żeby pokazać producentowi i reszcie zespołu – to przecież samotny proces.

Dotarło to do mnie z olbrzymim impetem na Stadionie Chorzowskim, gdzie odbyły się finałowe koncerty Zorzy. Po swoim występie poszłam zobaczyć show Dawida. Gdy wykonywał „Millenium”, sam przy pianinie, poczułam tę samotność procesu twórczego. Jesteśmy sami z piosenką, gdy powstaje. To nam najpierw rozrywa serce. A potem leci sobie w świat i znajduje ludzi. Już nie jest tylko nasza. Gdy piszemy piosenki, jesteśmy tak bardzo samotni. Musimy być samotni, żeby pozwolić sobie na emocje, żeby je z siebie wyrzucić. Później, gdy pokazuję piosenkę po raz pierwszy ludziom, z którymi pracuję, to skręca mnie ze stresu.

Wciąż?

Myślałam, że nagrywanie „Tej drugiej” będzie łatwiejsze. Wiedziałam już, jak wygląda praca nad płytą, co to za proces, jakie są kolejne kroki. Aż spotkałam się z Olkiem Świerkotem, producentem albumu, żeby puścić mu numery, które napisałam. Myślałam, że umrę ze stresu. Nasza relacja ewoluowała od czasu pracy nad pierwszym albumem, ale nie zmienia to faktu, że jego opinia wciąż bardzo mnie stresuje, może nawet bardziej teraz, gdy lepiej się znamy. Z zespołem też tak mam. Mamy z Olkiem gotowy numer, więc pokazujemy go reszcie, a ja wtedy skanuję pokój. Słuchają czy wyciągnęli telefony? Weszło czy nie weszło?

Co powinni mieć ludzie, żeby komfortowo ci się z nimi pracowało?

Wybieram takich, którzy czują i myślą podobnie. Z zespołem słuchamy tej samej muzyki. Podrzucamy sobie ulubione piosenki.Inspirujemy siebie nawzajem. Od początku powtarzam, że ten band jest moim największym osiągnięciem [śmiech]. Za wrażliwością na muzykę idzie taka codzienna, życiowa wrażliwość. Mówimy podobnym językiem, dlatego czujemy się ze sobą swobodnie i łatwo nam się dogadać.

Dobrzy ludzie.

Oni na pewno.

A ty?

O sobie samej ciężko tak mówić. Mam nadzieję, że jestem dobrą osobą.

Czytaj także: Kaśka Sochacka: „Jestem po brzegi wypełniona melancholią”

Ile koncertów zagrałaś do tej pory?

Nie wiem. W pewnym momencie przestajesz liczyć.

Co jest najbardziej męczące w trasie?

Brak snu, nieregularne życie, to, że często nie udaje mi się wstać na śniadanie. W busie jest zabawnie, żartujemy, rozmawiamy, poznajemy się, ale prawda jest taka, że dzień przelatuje ci gdzieś na trasie, nic z niego nie masz. I co z tego, że byłaś w Gdańsku? Zresztą w jakim Gdańsku? Przyjechałaś do Gdańska, zagrałaś koncert, poszłaś spać i rano wyjechałaś. Czasem chciałabym posiedzieć dłużej w miejscu, w którym koncertuję, poznać je lepiej.

A ludzie, którzy zaczepiają po koncercie? Oni cię nie męczą?

Teraz, gdy gramy większe koncerty, występ kosztuje mnie więcej, emocjonalnie i technicznie. Spotkanie z każdą osobą, która chciałaby pogadać po, jest wyzwaniem, ale uwielbiam to. Usłyszałam po koncertach tyle historii, które we mnie zostały, zmieniły mnie. Po wielu z nich nie mogłam się pozbierać.

Ciekawe, że piosenka wystarcza, żeby obcej osobie opowiedzieć często o najtrudniejszych momentach w życiu.

Sztuka zbliża, to jest jej największa wartość. Mam poczucie spełnionej misji, jeśli w ciągu tych trzech czy czterech minut osoba po drugiej stronie odbiornika albo pod sceną poczuje, że jesteśmy sobie bliscy, choć jesteśmy przecież obcymi ludźmi.

Kontrolujesz się na scenie? Myślisz o tym, jak stoisz, jakie miny robisz?

Nie, jestem kompletnie zatopiona w piosence. Wyciąga mnie z tego transu tylko to, gdy komuś w zespole się ręka omsknie i zagra jakiegoś babzola. Uwielbiamy to. To się rzadko zdarza, ale gdy już się zdarzy, to później mamy kupę śmiechu. Na chwilę robi się lekko. Moje piosenki mają swój ciężar, a ja na scenie przeżywam każdą linijkę, więc to urocze, gdy raz na jakiś czas ktoś mnie z tego przeżywania wytrąci.

Lubisz też bywać na cudzych koncertach, prawda?

Ostatnio w minutę podjęłam decyzję, że lecę do Manchesteru na Oasis. Podróż z przesiadkami, spałam godzinę po Zorzy, ale zobaczyłam najlepszy koncert w życiu. Koncerty mnie inspirują, ładują energią. Kiedyś na koncercie Angel Olsen podpatrzyliśmy, że technik, który podaje zespołowi gitary w trakcie występu, jest bardzo elegancko ubrany. Więc naszego też odstawiliśmy w gajer. Nie wiem, czy w ogóle ktokolwiek z publiczności zwrócił na to uwagę, ale my całą ekipą mieliśmy z tego mnóstwo radości [śmiech]. Lubię też płyty koncertowe, zwłaszcza jeśli udaje się na nich uchwycić tę wyjątkową energię żywego grania. Emocje. Studio jest sterylną sytuacją, masz wpływ na każdy detal, a koncerty są nieprzewidywalne. Żaden nie jest taki sam.

Słuchaj także: Nikt tak pięknie jak ona nie śpiewa o rozstaniach. Rozmowa z mistrzynią melancholii Kaśką Sochacką

Twoja nowa płyta koncertowa nie jest typowym albumem live.

Weszliśmy do studia ATM, przeorganizowaliśmy przestrzeń po swojemu i wykonaliśmy zestaw piosenek na żywo, w trochę innych aranżacjach niż te, w których graliśmy je do tej pory. Dodaliśmy na przykład sekcję dętą, o której od dawna marzyłam. Niektóre zmiany są bardziej rewolucyjne, inne mniej. Chciałam stworzyć coś świeżego, nowego, ale spokojnie, to dalej moja bajka.

Koncerty potrafią być wyczerpujące, zwłaszcza gdy często gramy. Ale wystarczy chwila przerwy i tęsknię. Za ludźmi. Za tymi, z którymi gram, i tymi, dla których gram. Czuję więź z publicznością. Wracam do poczucia misji, bo ostatnio definiuje się ona we mnie coraz wyraźniej. Spełnia mnie świadomość, że ludzie przychodzą na koncert i coś przeżywają. To transakcja wiązana. Daję im i biorę od nich, bo sama też przeżywam.

A gdzie rutyna? Wejść, odegrać, zejść.

Czułabym, że oszukałam każdego, kto kupił bilet na koncert, a potem stał w kolejce do wejścia, gdybym traktowała to na sucho, bez emocji. Gdy zacznę traktować granie w ten sposób, to przestanę grać. Jestem tego pewna.

Sukces coś ci zabrał?

Nie myślę o tym. Kiedy jestem w miejscu publicznym, nie stresuję się i nie sprawdzam, czy ludzie na mnie patrzą. Chyba że to Ikea, trzymam pięć pudeł, jednocześnie próbuję zjeść hot doga, bo nic nie jadłam cały dzień, i wtedy ktoś podchodzi i pyta, czy może zdjęcie... Wtedy się stresuję, bo to taka sytuacja, w której chciałabym być niewidzialna. Mam jednak szczęście, bo najczęściej, gdy mnie ktoś zaczepia, to po to, żeby powiedzieć, że lubi piosenki. Chce też selfie, ale lubi piosenki [śmiech]. Nauczyłam się być asertywna w mniej komfortowych sytuacjach. Ostatnio w pociągu zaproponowałam pani, która poprosiła o wspólną fotę, żebyśmy sobie zamiast tego po prostu porozmawiały. I to był strzał w dziesiątkę. Odbyłyśmy ciekawą rozmowę, poznałam jej syna, oboje sportowcy, bardzo miłe spotkanie.

A pociąg dokąd?

Do Zawiercia. Tam odbiera mnie tata i jedziemy do naszych rodzinnych Pradeł. Małych, fajnych, bezpiecznych. Tata jest moim największym fanem. Jest na każdym koncercie, na który może przyjechać. Na początku czułam tremę, gdy się pojawiał. Zawsze wtedy myliłam się na scenie. A teraz jest odwrotnie. Jeśli tylko lampy zaświecą tak, że uda mi się go zlokalizować na widowni, od razu czuję większy spokój.

Jesteście blisko?

Z każdym rokiem nasza relacja jest coraz lepsza. Ojcowie z pokolenia mojego taty mają problem z wyrażaniem uczuć, mój wcale nie jest inny, ale ja nigdy nie przejmowałam się jego oschłością. Moje starsze rodzeństwo brało to do siebie, a ja urodziłam się dekadę po nich i może dlatego miałam wszystko w nosie. Gdy widziałam, że tata ma zły dzień i jest pogrążony w swoim świecie, nie obchodziłam go szerokim łukiem. Zamiast tego podchodziłam i całowałam go w czoło. Rozczulało go to. Długo jednak nie przychodziło mi do głowy, żeby się tacie zwierzać. Opowiadać o sprawach, które wymagają bardziej przyjacielskiej relacji. Kiedyś się przełamałam. Opowiedziałam raz, drugi, trzeci, piąty i czułam się z tym bezpiecznie. To przecież mój tata, kto chce dla mnie lepiej niż on?

A mama jaka była?

Ciepła, serdeczna, bardzo otwarta. Lubię myśleć, że odziedziczyłam po niej miłość do ludzi, bo ona bardzo kochała i sama była bardzo kochana. Była radosna, szalona, odważna. Każdego potrafiła sobie zjednać. No i pięknie pisała. Mówi się o takich ludziach, że „mają lekkie pióro”. Pierwsze wypracowanie w życiu pomogła mi napisać właśnie ona, ale później, gdy pisałam je już sama i dostawałam szóstkę, to od razu biegłam do niej, bo wiedziałam, że wyjątkowo to doceni i będzie dumna.

Ty też potrafisz zjednać sobie każdego.

Uwielbiam ludzi. Są dla mnie najważniejsi. Staram się dbać o moich bliskich. Zresztą każdy, kogo poznajesz, wnosi coś w twoje życie. Różnym ludziom prezentujesz różne wersje siebie, dzięki czemu odkrywasz w sobie kolejne warstwy. Różni ludzie sprawiają, że lubisz siebie bardziej albo mniej.

Oswoiłaś lęki, o których śpiewałaś na pierwszej płycie?

Część tak, ale na pewno w międzyczasie pojawiły się nowe… Kiedy na pierwszej płycie śpiewałam, że nie boję się już spać samotnie w obcym mieście, to było to myślenie życzeniowe, bo tak naprawdę, bardzo się bałam... Ale za to dziś opowiadam ci o samodzielnych wyprawach za granicę. Przeszłam długą drogę. Nie boję się już spać sama w żadnym mieście.

Kaśka Sochacka, wokalistka, autorka tekstów, kompozytorka. Ma na swoim koncie dwa albumy studyjne „Ciche dni” i „Ta druga” oraz pięć Fryderyków. Pół roku temu wspólnie z Dawidem Podsiadłą wydała minialbum „Tylko haj” i książkę z opowiadaniami nim inspirowanymi. W grudniu odbyła się premiera jej albumu „Ta druga na bis”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE