Wygląda na to, że najtrwalszy związek życia zbudowałam z rock’n’rollem”, wyznałam niedawno. To mogły być pokoncertowe emocje. Albo najszczersza prawda.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 10/2025.
Jak było na Oasis?” – gdybym dostawała funta, ilekroć słyszałam to pytanie, uzbierałabym na sprzedawany na czarnym rynku z 40-krotnym (!) przebiciem bilet na najgorętszą trasę ostatnich lat. Nie żebym i bez metaforycznej skarbonki nie myślała o tym, że powtórka tego doświadczenia jest warta czterech tysięcy GBP… Obok okienka tego felietonu piętrzą się na moim laptopie podstrony śledzące globalną odsprzedażową aktywność wśród szczęśliwych posiadaczy biletów: Londyn, Nowy Jork, Toronto, Chicago, Tokio… Czy zdążyliście mnie już poznać? Anna Gacek, zdeklarowana hedonistka, jeden raz to dla niej nigdy nie dość. Szczególnie, gdy mówimy o koncertach.
Więc jak było na Oasis? Nieczęsto mierzę się z werbalną niemocą, ale w tym przypadku pozostaję od tygodni bezradna. Było wspaniale, czy to satysfakcjonująca odpowiedź? Lipcowy wieczór na londyńskim stadionie Wembley był po prostu magiczny, tym szczególnym, niemożliwym do zapomnienia rodzajem magii. Zadaję sobie jednak pytanie, na czym konkretnie polegała wyjątkowość tego koncertu, odróżniająca go na przykład od świetnego występu Beyoncé na stadionie Tottenham miesiąc wcześniej, z którego wyszłam zadowolona, usatysfakcjonowana i… tyle. Przyszłam po rozrywkę, otrzymałam rozrywkę, jak na niedawnych koncertach Lany Del Rey, Billie Eilish czy Olivii Rodrigo. Nie, stop. Jestem niesprawiedliwa. Na tych imprezach odbywa się przecież masowe śpiewanie piosenek, są piski, wrzawa, euforia, czyste szczęście fanów, powstają tysiące filmików dokumentujących upojonych muzyką ludzi. To więcej niż rozrywka, to doświadczenie. Wracam więc do dręczącego mnie pytania: co właściwie wydarzyło się na Wembley?
Widok fanów Oasis
przybywających na Oasis
Live ’25 Tour na stadionie
Wembley w Londynie (2025). (Fot. Ben Montgomery)
Przychodzi mi do głowy tylko jedno: zdarzył się czysty, nieprzepraszający rock’n’roll. I przypomniał nam, tysiącom szczęściarzy z 14 milionów walczących o te bilety, jak cholernie za nim tęsknimy. Przeglądam moje nieliczne zdjęcia i filmy z tego koncertu, w 2025 roku nie ma zresztą lepszej recenzji występu niż: „Nawet nie sięgnęłam po telefon”. W tej lichej selekcji cyfrowych wspomnień jedno natychmiast rzuca się w oczy: wokół mnie nie ma telefonów. Ludzie nie rejestrują tego momentu. Po prostu w nim są. Przez dwie godziny następuje masowe wypowiedzenie wiary w technologię i postęp. Nie chcemy tego przeglądać później, gdy będzie już po wszystkim. Chcemy to przeżyć – tu i teraz. Mnie, wyznawczynię teorii magicznej rzeczywistości, przeszedł dreszcz, gdy pomyślałam, że „Be Here Now”, tytuł jednej z płyt Oasis, prawie trzy dekady później brzmi proroczo. Jakby w 1997 roku przewidzieli, jak będziemy takich momentów potrzebować i pragnąć.
Po koncercie zostałam jeszcze w Londynie, przechadzając się po mieście wręcz wytatuowanym tym zespołem i tą muzyką. Limitowane kolekcje ubrań, specjalne edycje magazynów, dziesiątki nieautoryzowanych biografii, przeboje w radiu, tysiące fanów na ulicach… Oasis byli wszędzie. Jakby znów była połowa lat 90., dla wielu – w tym mnie – wyidealizowany czas, upojny tak samo naiwnością młodości, co znakomitością ówczesnej muzyki. Dlaczego musieliśmy to wszystko stracić – rozmyślałam. Ostatni wielki rock’n’rollowy zryw to wybuch nowej rockowej rewolucji na początku XXI wieku, zamknięty debiutancką płytą Arctic Monkeys w 2006 roku. Grupa, wydając siedem lat później wspaniałą „AM”, zamknęła historię wybitnych, wielkich komercyjnie i artystycznie rockowych płyt. Na kolejną, z coraz mniejszą wiarą, wciąż czekamy. Nikt nie chce być następną zepsutą, zmanierowaną, kontrowersyjną gwiazdą rocka. Nie w tym medialnym klimacie, gdy trzeba uważać na każde zachowanie i słowo. Nikt nie chce grać bezkompromisowej ostrej muzyki, bo nie ma gdzie jej promować, media tradycyjne nie mają dawnych zasięgów, a preferowane przez algorytm tiktokowe melodie są znacznie łagodniejsze. Bez promocji można zapomnieć o rozgłosie, niezbędnym, by zacząć grać koncerty, jedyny dziś sposób zarabiania na muzyce. Ale tylko dla najlepszych i największych.
Na polu rockowej bitwy zostali nieliczni i metrykalnie dojrzali, najczęściej z liczonym w dekadach dorobkiem: Foo Fighters, Pearl Jam, Queens Of The Stone Age. Szerokim echem odbiła się skrupulatnie rozpisana analiza koncertowego budżetu cenionego niezależnego zespołu Los Campesinos!. Liczby nie kłamią – dziś granie gitarowej muzyki to hobby po godzinach „normalnej” pracy. Muzycy musieli dopłacić do swojego, sprzedanego do ostatniego miejsca, klubowego koncertu.
Bracia Gallagherowie, kiedyś chłopcy z gitarami i marzeniami, dziś multimilionerzy z niekwestionowanym miejscem w historii popkultury, zapracowali na sukces Oasis konwencjonalnymi metodami. Ich wywiady były legendarne, bezczelne i soczyste. My buntowaliśmy się przeciwko szkole i rodzicom, oni, dzieciaki z robotniczej klasy Manchesteru, obrażali wszystkich, nie mieli świętości. Od tego jest młodość, by kwestionować, rozrabiać i szukać, przypominali nam. „Muszę być sobą, nie mogę być nikim innym”, śpiewali w pierwszych słowach debiutanckiego singla. Ich arogancka postawa mogła odpychać, ale tak naprawdę była wyznaniem wiary w jakość i ponadczasowość ich piosenek, wiary, jak się okazało, uzasadnionej i słusznej. A te piosenki…
Fan zespołu przed pierwszym
koncertem w ramach długo
oczekiwanej trasy (2025). (Fot. Jordan Pettitt - PA Images/Getty Images)
Noel Gallagher ma teorię, że przychodzą do autora „skądś”. Trzeba siedzieć ze swoją gitarą i ich wyczekiwać, niestrudzenie grając i czekając, aż zaszczycą swoją obecnością. Na Noela najwyraźniej spadły całym deszczem. Proste melodie, może niewyrafinowane, dla snobów z pewnością prostackie. Do śpiewania na całe gardło, uniesienia w melodycznej harmonii z kosmosem. Muzyka jest siłą boską (kto nie wierzy, niech włączy „A Love Supreme” Coltrane’a), wymyka się rozumowi. Rock’n’roll nienawidzi analiz i myślenia, bo nie od tego jest. Kilka lat temu po festiwalowym koncercie Iggy’ego Popa usłyszałam w kolejce rozmowę branżowych dziennikarzy: „No, takie to było… trochę żenujące, mógłby już zejść z tej sceny, gra w kółko to samo”. Chwilę wcześniej rozmawiałam o tym, jak wzruszające jest to, że Iggy, schorowany, wyraźnie ograniczony fizycznością, nie potrafi tego zostawić; duch jest silniejszy niż słabnące ciało i ta walka zrobiła z tego znakomity, utrzymany w dawnej punkowej energii koncert. Kiedyś było to wpadanie w publiczność i balansowanie na krawędzi życia. Dziś jest to wypinanie nagiego, pokiereszowanego torsu w stronę „recenzentów”. Do rock’n’rolla nie można podchodzić ze szkiełkiem. Rock’n’roll domaga się serca.
A tego Gallagherowie nigdy nie stracili, mogli znienawidzić siebie nawzajem, ale nigdy nie rozwiedli się ze swoim dorobkiem. Lata przerwy w działalności zespołu spędzili, nagrywając na własny rachunek, na koncertach wciąż grając dawne przeboje. Muzyka Oasis nigdy nie przestała grać, aż w końcu, gdy nawet najwierniejsi fani stracili nadzieję, stało się niemożliwe – bracia znów stanęli razem na jednej scenie. Na tle migoczącego na ekranach This is happeningwychodzą na nią, we wrzawie i pisku tych, do których dociera, że „to się dzieje naprawdę”.
To, co dzieje się na oczach muzyków, jest niemożliwe do opisania. Rozumiem, skąd używki w tym świecie, zrozumienie na trzeźwo tego, że wielbią cię tysiące, „zejście” z tej adoracji w pustym i cichym hotelowym pokoju, gdy jest już po wszystkim, to jak spadek z wysokiego piętra, tego nie da się przeżyć. Cała pycha braci zostaje wybaczona, bo nie ma ego odpornego na taką miłość, jaką widziałam na Wembley. Jak żyję, nie doświadczyłam falujących w tańcu najwyższych kondygnacji trybun wielkiego stadionu, skakania na płycie od pierwszego do ostatniego rzędu, uścisków i objęć obcych ludzi, bo szczęście tego momentu nie mieści się w ciele. Szczęście, że znowu jest jak kiedyś, są piosenki i jest wspólna radość. W życiu spędzanym samotnie przed ekranami, w dobie alarmujących społecznych statystyk, w tym okrutnym globalnym politycznym klimacie, przez dwie godziny wszyscy byliśmy jednym – masą szaleńców wrzeszczących: and after aaaaaaaall, you’re my wonderwaaaaaall.
Dopiero teraz doceniłam ten banalny tekst. Nie mam nic przeciwko idei celebrowania popowego idola, nie przeszkadza mi show zbudowane i wyreżyserowane pod wielbienie i karmienie ego Bey czy Taylor, ale zakrawa na ironię, że najbardziej butni z nich okazali się najbardziej… skromni. Dopiero na Wembley usłyszałam, że Oasis wszystkie te piosenki pisali również dla nas. Tak, to była ich ucieczka ze świata bez perspektyw, ale zawsze chcieli zabrać nas ze sobą.
Niech muzyka wyrwie nas wszystkich z mroku i zaprowadzi w lepsze miejsce. Tamtego wieczora Wembley było najlepszym miejscem na świecie. To wydaje się takie proste: bez wymyślnych scenografii czy świateł, konferansjerki i kokieterii, gościnnych występów, niespodzianek i atrakcji, by „uzasadnić cenę biletu”. Bez planowania, który moment będzie potencjalnym viralem. Była tylko muzyka, ta za to najwyższej jakości wykonawczej i emocjonalnej. I może na tym polega ta magia.
Rock’n’roll nie potrzebuje niczego. W końcu, it’s fookin’ rock’n’roll, man…