Panowie wypisali się z głównego popowego nurtu, lśniąc w rapie, hip-hopie i country. Angażująca prywatność, zabierająca spokój, zmuszająca do wyrzeczeń zabawa w idola przestała im się podobać – musi wystarczyć muzyka.
Pisanie o Robbiem Williamsie jest niedorzecznie przyjemne, mam nadzieję, że podobną przyjemność sprawiła wam lektura mojego tekstu.
Jest także niemałym wyzwaniem zmieszczenie w zgrabnej formie 30 lat imponującej kariery. Gdy postawiłam ostatnią kropkę i odłożyłam wszystkie książki, magazyny i archiwa, pomyślałam: „Przecież to nie tylko trzy dekady Robbiego. To także 30 lat show-biznesu”. Zerknęłam na jedną z pereł mojej kolekcji, numer brytyjskiego „Vogue’a” z października 2000 roku. Na okładce Robbie i Gisele, najsłynniejsza modelka tamtych czasów, w obiektywie Maria Testina, mistrza seksownej fotografii. Na zdjęciach są piękni tym szczególnym rodzajem piękna, urodą zwycięzców, tych, którzy wygrali na loterii życia. Na jednym z ujęć nagi Williams pozuje w górze cekinowego bikini. Na innym przykłada do twarzy dół skąpego kostiumu. Cekiny układają się w lśniącą w lampach błyskowych brytyjską flagę. Jest to niepoprawne, jest to bezczelne, jest to manifest siły: „Jestem Robbiem Williamsem. Mogę”.
Robbie Williams i Gisele Bündchen na okładce brytyjskiego „Vogue’a” (2000).
„Kto dzisiaj mógłby mieć taką okładkę i taką sesję” – pomyślałam smutno, próbując znaleźć kandydatów wśród współczesnych męskich gwiazd muzyki pop. Ed Sheeran? Zaśmiałam się sama do siebie, zdejmując lekkie bawełniane rękawiczki, w których przeglądam najcenniejsze numery mojej kolekcji. Harry Styles? Tak! Harry Styles, uspokoiłam sumienie. Ale nie dało mi spokoju.
Przypomniał mi się szum medialny wokół jednego z ujęć znakomitego fotografa Tima Walkera, który przygotował oprawę albumu Stylesa, „Fine Line”. Szum dotyczył, cóż, wydatnego krocza wokalisty wypiętego dumnie do obiektywu w różowych obcisłych spodniach. Możemy powtórzyć, jest to niepoprawne, jest to bezczelne. Ale jest też jakoś kliniczne, zimne. To świetna fotografia, wyrafinowana kompozycja. Ale to przebranie, to on – gwiazda, model na sesji. Wiemy, że po wszystkim Styles zakłada dres Gucci i wraca do domu wieść spokojne, prywatne życie.
Domyślamy się, że po sesji z Testinem Robbie próbował uwieść Gisele, a jeśli mu nie wyszło, odreagował odrzucenie z pomocą innych pięknych pań, a bikini najpewniej zabrał sobie na pamiątkę i mocno nietrzeźwy zasnął w nim nad ranem. A potem napisał o tym piosenkę.
Jest różnica między popularnym muzykiem a gwiazdą. Wykonawcą znanych utworów a idolem.
Ci pierwsi dostarczają nam nieangażujących czterominutowych ścieżek dźwiękowych umilających stanie w korkach i przygotowywanie obiadów. Drudzy kształtują i definiują czasy, w jakich żyjemy. Swoimi zachowaniami i wypowiedziami, stylizacjami, kontrowersjami, teledyskami, koncertami i, rzecz jasna, hitami. Ba, można nawet nie znać piosenek, ale wiedzieć o ich wykonawcy. To jest prawdziwa sława, bo same melodie to nigdy nie będzie dość, by przejść do historii, bez względu na miejsce na listach przebojów.
Gdy powstaje ten tekst, ich szczyty szturmuje gwiazda latynoskiego rapu Bad Bunny. W 2022 roku był jednocześnie „artystą roku” prestiżowego magazynu „Billboard” i bohaterem tekstu „Dlaczego nigdy nie słyszeliście o najczęściej streamowanym artyście w historii” w magazynie „Far Out”. Dlaczego? Bo żyjemy w czasach przemian, gdy stare media przemijają, ale wciąż nadają prestiż, wartość i znaczenie, a nowe tworzą niezaprzeczalne mody i trendy, o których jednak często nie mamy pojęcia. Funkcjonujemy na styku światów, starając się znaleźć najlepszych, wyróżniających się czymś wybitnym, wyjątkowym.
Spójrzmy na nominacje do tegorocznych nagród Grammy, które zostaną przyznane, gdy będziecie czytać ten tekst. Najbardziej prestiżowa z kategorii to „Album roku”. Mamy tu osiem tytułów. Sześć z nich to kobiece wydawnictwa. Taylor Swift, Billie Eilish i Beyoncé to żadne zaskoczenie, są elitą branży, ale idźmy dalej. Sabrina Carpenter i jej „Short n’ Sweet”, być może najbardziej „klasyczna” popowa płyta ostatnich lat, lśniący, znakomicie zrobiony, przebojowy pop i dwa wielkie hity: „Espresso” i „Please Please Please”. „Espresso” doczekało się skeczowej interpretacji w programie „Saturday Night Live”, a to zawsze znak, że jest się czymś więcej niż wykonawcą, jest się popkulturowym fenomenem. O podtrzymanie go zadbała sama wokalistka, przygotowując zmysłowe, odważne kostiumy na wyprzedaną trasę koncertową, podczas której śpiewa piosenki sugerujące, że może i jest „niewysoka i słodka”, ale z całą pewnością jest „napalona”. Na wszelki wypadek doprawiła swój namiętny wizerunek związkiem z jednym z najgorętszych aktorów ostatnich miesięcy Barrym Keoghanem. Całość stworzyła seksowną gwiazdkę roku.
Występ Sabriny Carpenter podczas „Short N’ Sweet Tour” w Madison Square Garden w Nowym Jorku (2024). (Fot. Christopher Polk/Getty Images)
Kolejna z nominowanych, objawienie ostatnich miesięcy, Chappell Roan, zachwyciła i Kamalę Harris, i dziennikarzy magazynu „Rolling Stone”, komplementujących: „Patrzenie na Roan na scenie to jak podglądanie Michała Anioła przy pracy”. Chappell ma więcej niż piosenki, także spektakularne kostiumy i odtwarzane setki tysięcy razy w tiktokowych filmach misterne makijaże.
Ma też odwagę sprzeciwić się wyzyskowi w branży fonograficznej – buntem, jeśli nie da się prośbą – domagając się komfortu i prawa do odpoczynku. Otwarcie mówi o swojej seksualności, Trumpowi każe się „pierd***”, a fanom kochać siebie takimi, jacy są.
Chappell Roan występuje na scenie podczas Austin City Limits Music Festival (2024). (Fot. Rick Kern/Getty Images)
Następna z pań walczących o statuetkę, Charli XCX, zafundowała nam brat summer, wakacyjne zjawisko celebrowania wszystkich swoich najlepszych i najgorszych cech, koniecznie podkręcone w autorskich stylizacjach charakterystycznym zielonym odcieniem okładki jej nominowanej – i najwyżej ocenionej przez krytyków w 2024 roku – płyty „Brat”. Nie byłoby tego „lata Charli” bez fantastycznych piosenek z albumu ani bez fenomenu, o którym amerykański „Forbes” pisał: „to celebracja nieprzepraszającej zabawy i odwagi”. Brat zostało wybrane „słowem roku”. Nie jest wykluczone, że wkrótce, zasłużenie, będzie również „albumem roku” [nagroda trafiła do Beyoncé za płytę „Cowboy Carter” – przyp. red.].
Charli XCX przybywa na oscarowe przyjęcie „Vanity Fair” (2024). (Fot. John Shearer/Getty Images)
A teraz spójrzmy na dwóch nominowanych w tej kategorii panów. André 3000, legenda hip-hopu, połowa słynnego duetu Outkast. Jacob Collier, niegdyś nastoletnie objawienie jazzu, dziś ceniony muzyk. Bardzo dobre albumy i… tyle. Nie stoi za nimi żaden globalny kontekst, żadna historia większa od tych piosenek. Nie ma w tym nic złego! Ale pomyślmy, co zostało nam w popkulturowej pamięci po ubiegłorocznej ceremonii wręczenia Grammy. Radość Miley Cyrus, po dwóch dekadach w branży wreszcie nagrodzonej statuetką, co zamanifestowała w wykonaniu wielkiego przeboju „Flowers”, spontanicznie zmieniając tekst piosenki na triumfalny manifest swojej siły i sukcesu. Fakt, że wyglądała na scenie zjawiskowo w kreacji Boba Mackiego, nawiązując do legendarnych stylizacji Cher i Tiny Turner, z pewnością pomógł temu wykonaniu zdobyć status ikonicznego.
Miley Cyrus występuje na scenie podczas 66. rozdania nagród Grammy w Los Angeles (2024). Fot. Steve Granitz/Getty Images)
Beyoncé ustanowiła kolejny rekord w imponującej karierze, zostając najczęściej nagradzanym artystą w dziejach Grammy. Swift, w swoim stylu, skradła show i poranne nagłówki, anonsując na gali premierę nowego albumu. Bohaterką imprezy była Céline Dion, która po ujawnieniu swojej choroby dzielnie wyszła na scenę, by wręczyć jedną z nagród.
Céline Dion przemawia na scenie podczas tej samej ceremonii rozdania nagród Grammy (2024) (Fot. Kevin Winter/Getty Images)
Gdzie byli mężczyźni? Na pewno nie w relacjach opisujących najważniejsze wydarzenia imprezy. Zastanawiam się nad tym nie tylko ja. W kwietniu 2024 roku miesięcznik dla panów „GQ” zadał pytanie: „Gdzie podziali się popowi chłopcy?”. Po czym lamentował: „W muzyce pop brakuje nowych obiektów westchnień, kolejnych Bieberów i Stylesów”. Panowie wypisali się z głównego popowego nurtu, lśniąc w rapie, hip-hopie i country. Angażująca prywatność, zabierająca spokój, zmuszająca do wyrzeczeń zabawa w idola przestała im się podobać – musi wystarczyć muzyka. Status „łamaczy serc” i chłopców z okładek zostawili kolegom aktorom, z czego korzystają współczesne bożyszcza dużego ekranu Paul Mescal czy Timothée Chalamet.
Nie brakuje męskich gwiazd muzyki, czterech z pięciu najczęściej streamowanych wykonawców ostatnich lat to mężczyźni. A jednak, gdy przychodzi nie do liczb, ale do fenomenów, męska siła słabnie. Może wreszcie zaczynamy, przynajmniej w muzyce popularnej, żyć w „Woman’s, Woman’s, Woman’s World”…