Irena Santor i właściwie nic nie trzeba dodawać. Jedyny w swoim rodzaju głos, piosenki, które wszyscy znamy. Klasa, elegancja, optymizm i dystans do siebie. Ta sesja świętuje nie tylko wydanie nowej płyty, ale też niedawne 91. urodziny. Rozmawiamy o muzyce, przyjaźni, miłości, o tym, czym różni się bycie samą od bycia samotną. Oraz o tym, co jeszcze pięknego może się zdarzyć.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Alina Gutek: Nie mogłyśmy umówić się na rozmowę, bo dużo się u pani dzieje. Wczoraj widziałam panią w programie telewizyjnym na żywo, kilka dni temu w teatrze. Mówiąc krótko – ma pani intensywne życie. Czy to jest to, co pani lubi – przebywanie wśród ludzi, uczestniczenie w ciekawych wydarzeniach?
Irena Santor: O tak! Uważam, że to ważne, szczególnie na starość. Bo stagnacja, bezruch, otulająca cisza, ciepełko są moim zdaniem wręcz szkodliwe. Oczywiście w miarę możliwości zdrowotnych, nic na siłę, ale jeżeli można się ruszać, to wychodźmy z domu, bo to sprawia, że spotykamy ludzi, z którymi można porozmawiać, czasem zamienić choćby trzy zdania, i to już jest impuls do aktywności. Są ludzie wokół nas, jest życie, także to związane z przyrodą – spadnie śnieg, deszcz albo jest piękna pogoda. To wszystko może poprawić nastrój. Gdybym siedziała w domu, to, owszem, miałabym ciepełko, ale i nudę, choć oczywiście w domu też można się nie nudzić, bo są książki, filmy, muzyka i różne rzeczy, które bardzo ubarwiają codzienność. Ale wyjść z domu trzeba, to mobilizuje.
Wiele osób narzeka, że nie ma energii.
Energię każdy z nas ma, tylko trzeba sobie to uświadomić i ją uruchomić, a nie mówić: a gdybym miała energię, to coś bym zrobiła. Masz energię, jakiś zasób na pewno masz. Uruchom ją.
Jak pani ją uruchamia?
No jak to: jak? Budzę się jak wszyscy, znużona, czasem nic mi się nie chce. Ale się temu nie poddaję, zaczynam od paru ruchów nóg, rąk.
Czyli jednak ćwiczenia.
Ale bez przesady. Ja akurat nie przesadzam z ćwiczeniami, choć są bardzo dobre nie tylko na poranne rozruszanie, ale i w ogóle dla zdrowia.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Dobrze mieć jakiś cel, zadanie na dany dzień?
Tak, to ważne. Ale jeśli się nie ma planów, to trzeba zadzwonić do przyjaciół, oni zawsze znajdą jakieś powody, żeby zmotywować nas do wyjścia z domu, do spotkania. Jednym słowem – trzeba robić wszystko, żeby istnieć w życiu, a nie siedzieć w domu. W domu można, jak się człowiek źle czuje, ale nie należy traktować tego jako zasady.
Powiedziała pani: „zadzwonić do przyjaciół”. Problem w tym, że trzeba ich mieć. Pani ma przyjaciół z różnych światów, na przykład przyjaźni się pani z psychoterapeutką Kasią Miller, naszą felietonistką. Ale także z artystami, na przykład z Alicją Majewską, co nie jest chyba takie częste wśród ludzi z tej samej branży, bo może wkraść się rywalizacja, zazdrość.
Tak się powszechnie myśli i mówi, ale uważam, że to nieprawda. Przyjaźnię się z osobami ze środowiska artystycznego. Mamy o czym rozmawiać. Nie tylko o życiu, ale dodatkowo o zawodzie, o tym, co nowego się pojawiło, kto z młodych wydaje się na tyle interesujący, że ma szansę na zaistnienie, kto z już aktywnych artystów proponuje nową twórczość i na czym ona polega. Nasze dyskusje są pasjonujące i szalenie ważne. Tak więc pokazuję na swoim przykładzie, że przyjaźnie zawodowe istnieją.
Najlepszym dowodem na to jest fakt, że została pani matką chrzestną córki piosenkarki Łucji Prus, która była pani przyjaciółką.
Naturalnie, to przykład przyjaźni i serdeczności, przyjaźniłyśmy się bardzo. Niestety, Łucja za szybko odeszła.
No właśnie. Długie życie oznacza też, że trzeba się często żegnać, bywa, że z młodszymi od siebie.
Rzeczywiście mam pod tym względem bogatą przeszłość, jest kogo wspominać, to smutne. Ale z drugiej strony wolę wspominać, niż wcześniej umrzeć. Bardzo sobie cenię życie, uczestniczenie w nim, istnienie na tej ziemi.
Pocieszające jest to, że wszyscy pracujemy na dobre wspomnienia…
To znaczy na długie życie, to chciała pani chyba powiedzieć [uśmiech]. Jeżeli tak, to pracujmy na to, żeby życie było dłuższe, nie krótsze.
Czyli?
Dbajmy o zdrowie, ale bez histerii. Róbmy wszystko, żeby zapobiegać chorobom, stawiajmy na profilaktykę. To są slogany, zdania obiegowe, wszyscy je znamy i traktujemy naskórkowo. Przywiążmy w końcu do nich wagę! Jeżeli coś nas boli, to próbujmy pomóc lekarzowi, żeby nie było za późno. Ale – powtarzam – bez histerii. Bo jeżeli czasem zaboli nas trochę ręka, trochę noga, to nie skupiajmy się na tym, każdego czasem coś boli, ma prawo, zwłaszcza w pewnym wieku, to normalne. Ale badajmy się, nie czekajmy, aż organizm sam zaalarmuje.
Zaangażowała się pani na rzecz propagowania profilaktyki raka piersi, ponieważ ma pani za sobą takie doświadczenie. Wyleczono panią, bo choroba została wykryta na wczesnym etapie?
Tak, to było bardzo dawno, w 2000 roku, wtedy rak równał się wyrok, ale właśnie dlatego, że był wcześnie wykryty, zostałam wyleczona. Od tej pory kontroluję się, robię badania, sprawdzam, czy ze zdrowiem jest w porządku, i wszystkim to radzę. Wiem, że to, co mówię, jest nudne, nieefektowne, wolałabym opowiadać dowcipy. Ale nie – będę to powtarzać do znudzenia. Chodzi o to, żebyśmy potraktowali to poważnie, że możemy ułatwić i wydłużyć sobie życie. No chyba, że państwa nie interesuje życie tu, na ziemi.
Każdy ma wybór. Ale mało kto myśli o tym, że nie badając się, wybiera chorobę.
Zdumiewają mnie słowa, które czasem słyszę: „Nie chcę pójść do lekarza, bo jeszcze się dowiem, że jestem chora”. Na Boga, to kto ma to wiedzieć, Duch Święty? Duch Święty może nie zapamiętać, ma wiele innych rzeczy do zapamiętania i będzie za późno. Znam takie przypadki ze swojego otoczenia – młoda kobieta, 52 lata, nie badała się, nie chciała dowiedzieć się, że ma raka. Ale czy przez taką postawę uchroniła się przed rakiem? No nie. Czasem Anioł Stróż ostrzega, ale on ma wiele osób do ostrzeżenia, lepiej polegać na sobie. Dbajmy też o przyjaciół. Jeśli widzimy, że coś jest z nimi nie tak, namawiajmy do wizyty u lekarza. Mówię tu smutne rzeczy, ale błagam panią, niech pani napisze, żeby ludzie przywiązywali wagę do tego, co przecież wiedzą – że trzeba się badać.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Przeszła pani niejedną chorobę, więc wie, co mówi.
Jestem cały czas czujna. To, co tu mówię, drogie czytelniczki, mówię poważnie. Nie poddaję się. Jeżeli zdarzy mi się znaleźć w szpitalu, to staram się zejść z łóżka, chodzę po korytarzu, choć to szalenie nudne, ale nie narzekam, nie płaczę, nie ślimaczę się, tylko chodzę, noga za nogą, z trudem, ciężko mi, ale się staram. I potem okazuje się, że wychodzę ze szpitala na własnych nogach. Chodzę po mieście najwięcej, jak się da, nie chcę, żeby mnie wożono.
Ktoś może powiedzieć: pani Irenie to łatwo, bo ona ma charakter.
O nie, nie, ja sobie to wypracowałam, bo dostatecznie wcześnie zrozumiałam, jaką wartością jest życie, ja sobie to uświadomiłam jako bardzo młoda osoba. Jestem uparta, mam to z natury, ale to, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, wyćwiczyłam, kiedy sobie uświadomiłam, jak łatwo jest umrzeć.
Uświadomiła sobie to pani dlatego, że tata zginął z rąk Niemców, gdy była pani małą dziewczynką?
To pewnie jedna z przyczyn. Może to była też próba charakteru, że mimo przeciwności starałam się nie poddać.
Bo trzeba było wspierać mamę?
Myślę, że to też gdzieś podświadomie miało znaczenie, było jakimś powodem, że się wzmocniłam. Te przeżycia dotyczą jednak wczesnego dzieciństwa, więc nie mogę mówić, że coś było na pewno, tylko się tego domyślam.
Możemy uczyć się od pani i całego pani pokolenia, żeby nie bać się trudności.
Żeby podejmować wyzwania. Nie to, że mamy sami je prowokować, ale kiedy przychodzą, powiedzieć: będę pomocna sobie, temu, co we mnie kiełkuje jako siła, nawet najtrudniejsze przeżycia mogą być takim pomostem do życia, żeby się nie dać przeciwnościom, żeby się podnieść i iść dalej. Życie może powalić mnie na kolana, ale ja muszę z tych kolan wstać.
Pani nie raz wstała z kolan. Uczestniczyła pani w poważnym wypadku samochodowym, w którym zginęła pani znajoma. Otarła się pani o śmierć.
Było tak: wracałyśmy z Ludmiłą Jakubczak, rokującą duże nadzieje piosenkarką, żoną Jerzego Abratowskiego. To dawne czasy, więc pewnie pani nie wie, kim był – był znakomitym kompozytorem. Wracałyśmy z Łodzi, gdzie wzięłyśmy udział w audycji telewizyjnej. Ludmiła zginęła, ja wyszłam z wypadku ze skaleczoną nogą. Pomyślałam sobie potem: skoro uszłam z życiem, to coś znaczy, po coś jestem na tej ziemi. W dodatku jeśli jestem może silniejsza od niektórych dziewczyn, to powinnam im pomagać. Pomaganie sobie nawzajem, nienachalne, to wartość bezcenna, której nie doceniamy. Ważne też, żeby nie tylko umieć dawać, ale i przyjmować życzliwą pomoc. Za mało jest w nas czułości, łagodności, uważności na drugiego człowieka, spokojnego do niego nastawienia, nieprzemocowego. Zapominamy, że zamiast coś komuś narzucać, można przecież powiedzieć: „Nie wiem nic na pewno, ale uważam, że można zrobić to tak”. Albo poprosić o pomoc z łagodnością, samemu też pomóc komuś łagodnie, czule. Myśmy zapomnieli o tym słowie, który nam darowała na nowo Olga Tokarczuk. A tak na marginesie, przeczytałam jej „Księgi Jakubowe” – to znaczy ktoś mi przeczytał na głos, bo mam problemy ze wzrokiem i nie mogę czytać samodzielnie – i uważam, że Olga Tokarczuk jest warta wszystkich Nobli świata. A poza tym zwróciła uwagę na coś, co we współczesnym świecie jest niepopularne. Bo dzisiaj słyszymy: graj twardo, przebojowo, byle do przodu, nie patrz za siebie. Nieprawda. Patrz uważnie, co jest wokół ciebie, bądź czuła dla siebie i innych.
Chciałam w tej rozmowie zgłębić sekret pani energii, blasku, jaki z pani emanuje, optymizmu. I teraz myślę, że jednym z sekretów są relacje z ludźmi. Mam rację?
Tak, dużo czerpię z tego, że mogę być z ludźmi, oni dają mi energię, swoje ciepło, radość, wyobraźnię, a ja z tego skwapliwie korzystam. Namawiam więc innych, żeby zechcieli korzystać z energii innych.
Ma pani kontakt z młodymi artystami, koncertuje z nimi. Co pani chce im przekazać?
Chciałabym zwrócić uwagę młodych na jedną rzecz, choć nie wiem, czy zechcą się na to otworzyć: nie szafujcie młodością, bo to wartość bezcenna. Ale się nią cieszcie, bo ona mija, niestety, bardzo szybko. Dociekajcie wszystkiego, żeby jak najwięcej dowiedzieć się o świecie, bo wiedza to podstawa. Sama, niestety, nie mogłam jej zgłębiać, życie tak się układało, że nie mogłam studiować. Mnie to uwiera, że nie jestem dokształcona, więc nadrabiałam braki, dużo czytałam, choć to nie zrównoważy wiedzy. No więc jako młodzi pamiętajcie, że macie możliwości, o jakich moje pokolenie mogło tylko marzyć. Wykorzystajcie to.
A wracając do źródeł pani siły: myślę, że kolejnym jest muzyka. Nawet to pani kiedyś powiedziała: trwam dzięki muzyce. Czyli jest pani szczęściarą, bo ma pasję.
Podejrzewam, że każdy z nas ma jakiś talent. Trzeba sobie uświadomić, co mnie w życiu interesuje, i iść tą drogą. W dzieciństwie ciągle krążyłam wokół jakichś dźwięków. I jak teraz drążę, skąd ta moja pasja się wzięła, to widzę, że była od zawsze. Mnie na przykład interesowało to, jak szumi las, woda, bo jako dziecko mieszkałam w Solcu Kujawskim nad Wisłą. Leżałam na łące i przysłuchiwałam się uważnie, jak ćwierkają ptaszki nade mną. I ten zachwyt nad dźwiękami natury we mnie został. Potem w przedszkolu siostry uczyły mnie piosenek, bardzo to lubiłam. Ale najwięcej zawdzięczam mamie. To mama nauczyła mnie dwóch piosenek, które stały się w jakimś sensie moim przeznaczeniem. Bo jak potem przyszłam do zespołu Mazowsze, i raptem usłyszałam „U prząśniczki siedzą jak anioł dzieweczki”, to pomyślałam: o, ja to znam od mamy. Dopiero kiedy zaczęłam uczyć się w szkole muzycznej przy Mazowszu, dowiedziałam się, że te piosenki skomponował wybitny kompozytor Stanisław Moniuszko, ojciec polskiej opery. Ale to od mamy nauczyłam się duchowości muzycznej, wrażliwości na dźwięki i piosenek, które towarzyszyły mi przez długie lata. Oczywiście ich teksty były przeinaczone, melodia nie do końca precyzyjna, ale znałam je od dziecka.
Czyli talent odziedziczyła pani po mamie?
Myślę, że po tacie również. Pamiętam, że oboje śpiewali, często razem, ich śpiew towarzyszył mi od kołyski. To dla dziecka niewiarygodny powód, żeby zainteresować się śpiewem, wzrastałam w tych piosenkach, nasiąkałam nimi. A kiedy potem dowiedziałam się, że skomponował je wielki kompozytor, to było jak odkrycie Ameryki.
Chyba już znam odpowiedź na pytanie, które chciałam zadać: dlaczego była pani wierna muzyce ludowej i utknęła na tak długo w Mazowszu, w dodatku w czasie, kiedy w Polsce zaczęła się epoka jazzu, rozwijała się muzyka pop? Bo była pani lojalna wobec muzyki wyniesionej z domu, miała pani tę muzykę w komórkach. Dobra odpowiedź?
Tak, zdecydowanie miałam tę muzykę w komórkach. Ale w końcu wyszłam z Mazowsza. Przytuliło mnie radio, gdzie pracował mój pierwszy mąż, skrzypek, choć na początku usłyszałam: „Niewiele umie, ale niech się uczy”. Pozwolono mi uczyć się w radiu trochę innej muzyki niż ludowa, przy współpracy z wieloma zespołami muzycznymi, które wtedy w radiu grały. Pracowałam tam między innymi z zespołem Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego, jazzmana, i z zespołem bardzo wymagającego muzyka Andrzeja Trzaskowskiego, ojca obecnego prezydenta Warszawy Rafała Trzaskowskiego. Niedawno mili panowie z archiwum radiowego znaleźli moje nagrania z zespołem jazzowym z tamtych czasów. Jestem im za to niesłychanie wdzięczna. Słuchając jednego z nich, pomyślałam sobie: to było bardzo dobre, gdybym nic więcej dobrego nie zrobiła, to i tak byłabym szczęśliwa, że to jedno nagranie mi się udało.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Pani cudowny, unikalny głos – mezzosopran koloraturowy – jest wyuczony czy dany przez naturę?
Dany przez naturę. W Mazowszu pewna nauczycielka uczyła śpiewu wszystkich, a mnie Tadeusz Sygietyński [założyciel Mazowsza – przyp. red.] zabronił chodzić na te lekcje. Miałam mu to za złe bardzo długo. Nigdy mi tego nie wytłumaczył, zmarł za wcześnie. Po latach domyśliłam się, że chodziło mu o to, żeby ocalić naturalną barwę mojego głosu, który był nieskażony i według niego prawidłowy w barwie, intencji, energii, duchowości. Wystarczyło mu, że oddycham i śpiewam. Nie rozmawialiśmy na ten temat, ale pewnie zakładał, że z wiekiem uświadomię sobie, na czym polega sztuka śpiewu. Bo śpiew jest wielką sztuką. Techniki śpiewu można się nauczyć, a nawet trzeba, żeby nie szarpać strun głosowych, ale to nie wszystko. Śpiewanie polega na tym, żeby wydobywać ze strun głosowych piękno. To trudne do wytłumaczenia. My, estradowcy, musimy do tego, co śpiewamy, dołożyć swoją interpretację, trochę siebie. Dlatego cieszę się, że mnie nie uczono w Mazowszu śpiewu, dzięki temu nie zaraziłam się śpiewaniem jako konwencją i całe życie śpiewam naturalnie, po swojemu.
O takich artystach jak pani mówi się: osobowość sceniczna.
To duże słowo, ale dziękuję.
Tajemnica sukcesu artysty tkwi w tym, żeby znaleźć pomysł na siebie?
Oczywiście. Uważam, że każdy, kto wchodzi na estradę, powinien najpierw szukać siebie w tym, co robi najlepiej, tym się wyróżniać. Nie naśladować kogoś, choćby to był największy wzór, niech pan Bóg broni. Trzeba szukać swojej prawdy, swojej wyobraźni, wrażliwości, tkliwości, swojego „charakteru pisma”, znaku szczególnego, który nas wyróżnia. Oczywiście trzeba dążyć do artystycznego wyrazu, bo nie może to być amatorstwo. Ale zawsze trzeba szukać siebie. Dlatego po latach doceniam to, że Sygietyński nie zalecał mi uczyć się śpiewu, czym zmotywował mnie do tego, żebym szukała siebie w sobie. Mam zasadę, że nikogo z artystów nie wyróżniam ani nie krytykuję, ponieważ moje potrzeby estetyczne niekoniecznie muszą równać się z potrzebami estetycznymi innych ludzi, którzy tych osób słuchają. Doceniam natomiast bardzo tych artystów, którzy zawodowo znajdują siebie samych i są sobie wierni.
To dlatego broni się pani przed propozycjami zasiadania w jury różnych konkursów?
Nie przyjmuję takich propozycji nie dlatego, że nie chcę przekazać swoich tak zwanych prawd zawodowych. Jako jurorka musiałabym oceniać człowieka według wykonania jednej piosenki, której ktoś może się wyuczyć i zaśpiewać znakomicie. Ale zawód wokalisty polega na tym, żeby śpiewać równie dobrze inne piosenki, a ta osoba może umieć tylko tę jedną. I co ja mam ocenić? Że ktoś wykonał jedną piosenkę znakomicie? To oczywiście mogę, ale nie mogę powiedzieć, że on jest lepszy od innych, bo nie wiem, czy jest muzykalny, wrażliwy, uduchowiony.
Czy jest coś, czego pani żałuje, co by pani w swoim życiu zmieniła?
Otóż popełniałam w życiu wiele głupstw, w tym takich, których mogę się nawet wstydzić, ale żałować? Nie!
Bo wszystko, co pani przeżyła, czegoś panią nauczyło?
Tak. Dystans to słowo, które bardzo szanuję. Dystans głównie do siebie, ale też do życia, ludzi. Nie cierpię pseudoprzyjaźni zawieranych od dziś, kiedy ludzie mówią sobie nieszczerze miłe rzeczy, obiecują się odwiedzać, a potem nic z tego nie wynika, tylko paplanina. Nauczmy się przywiązywać wagę do słów, do ich znaczenia. Mam świadomość, że wiele rzeczy mogłam zrobić inaczej, mogłam coś zdobyć, wszystko mogłam, ale tak się nie stało. Jestem tu, gdzie jestem. I to jest moje życie i moje szczęście.
Pani kolejny sekret polega na tym, że pani nie narzeka, że się nie zamartwia, na przykład tym, że odkąd zmarł mąż, jest sama.
Bo bycie samą nie oznacza samotności. Nie czuję się samotna, naprawdę. Mam grono przyjaciół, wypróbowanych, sprawdzonych. A poza tym – czy dla kobiety bycie niesamotną musi znaczyć bycie z mężczyzną? Nie. A jeżeli mieszkam sama, sama o sobie stanowię, to czy jestem samotna? No nie. Myślę, że szczególnie kobiety popełniają ten błąd, że nie doceniają bycia samą.
Wiele kobiet, które tak jak pani zostaje wdowami, bardzo źle znosi swoje nowe życie. Co by im pani poradziła?
Żeby poszukały w sobie siły, która w nich jest, tylko jej nie odkryły. Żeby doceniły czas, który mają tylko dla siebie. Przecież przedtem, zanim wyszłam za mąż, też byłam sama, oczywiście młodsza, ale sama, bez męskiego towarzystwa. Koło się zamknęło, wróciłam do tego, że jestem sama. A że nie potrafię włączyć bezpiecznika czy jakiegoś urządzenia? Od tego mam przyjaciół albo pana Kazia, którego mogę poprosić o pomoc. Myślę, że przywiązujemy nadmierną wagę do tego, że mężczyzna to ktoś niezbędny w naszym życiu. No nie. Przecież jak byłam z moim mężem, to o niego też musiałam dbać, prawda? A gdyby to on został sam, to też musiałby sobie jakoś dać radę. Odnajdźmy się w końcu jako dorośli ludzie sami ze sobą.
Kobieta całe życie żyje dla innych. I całe życie szuka miłości.
No właśnie. I co? Kończy się tym, że nie ma się na czym oprzeć, że nie widzi powodu, żeby żyć na tym pięknym świecie. Mnie najlepiej żyje się z kimś wtedy, kiedy miłość przeistacza się w przyjaźń. Bardzo doceniam wszystkie przyjaźnie. Nie płaczmy z powodu miłości, która odeszła. Tak jest urządzone życie, że ludzie odchodzą, jedni wcześniej, drudzy później, że nadchodzi czas, kiedy zostajemy sami. Nauczmy się więc ten czas szanować, nie panikować i godzić się, że nie wszystko zależy od nas.
Rozmyśla pani czasem o śmierci? To tabu w naszej kulturze, nie mówi się o niej i nie myśli.
A ja myślę, praktycznie. Nie chciałabym być niedołężna i sprawiać komuś kłopot, zanim odejdę. Chciałabym, żeby los pozwolił mi do końca zachować sprawną głowę i odejść świadomie. Ale czy to możliwe? Nie wiem. Nie rozmyślam o tym non stop. Częściej wracam myślami do maleńkiej wsi Papowo Biskupie, gdzie się urodziłam, do Solca Kujawskiego, gdzie potem się przenieśliśmy. Do zapachów ziemi, wiatru w polu, zbóż, kwiatów na łące. Pozwoli pani, że za pośrednictwem tego wywiadu pozdrowię miejsca mojego dzieciństwa. Jeżeli przyjdzie ten ostateczny moment, a przyjdzie, chciałabym podziękować za to, że żyłam tyle lat, że wiele widziałam, doświadczyłam i zrozumiałam.
Ale jeszcze nie teraz, jeszcze wiele przed panią.
O tak, zdecydowanie. Niech ten moment przyjdzie jak najpóźniej. Lekarze obiecują 125 lat życia. Trzymam ich za słowo! I czekam na wiosnę.
Irena Santor, piosenkarka, w latach 1951–1959 solistka Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Wyśpiewała wiele przebojów, m.in.: „Embarras”, „Powrócisz tu”, „Tych lat nie odda nikt”, „Już nie ma dzikich plaż”. Stworzyła duety z takimi artystami jak: Edyta Górniak, Krzysztof Cugowski, Magda Umer, Zbigniew Wodecki, Justyna Steczkowska. Laureatka festiwali, m.in. MFF w Sopocie i KFPP w Opolu. Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Właśnie ukazała się płyta „Zakochana we śnie” – osiem sensacyjnie odnalezionych piosenek, które w latach 1973–1974 Irena Santor nagrała dla Polskiego Radia z Janem „Ptaszynem” Wróblewskim i jazzmanami.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)