Irena Santor i właściwie nic nie trzeba dodawać. Jedyny w swoim rodzaju głos, piosenki, które wszyscy znamy. Klasa, elegancja, optymizm i dystans do siebie. Ta sesja świętuje nie tylko wydanie nowej płyty, ale też niedawne 91. urodziny. Rozmawiamy o muzyce, przyjaźni, miłości, o tym, czym różni się bycie samą od bycia samotną. Oraz o tym, co jeszcze pięknego może się zdarzyć.
Fragmenty wywiadu pochodzą z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Alina Gutek: Nie mogłyśmy umówić się na rozmowę, bo dużo się u pani dzieje. Wczoraj widziałam panią w programie telewizyjnym na żywo, kilka dni temu w teatrze. Mówiąc krótko – ma pani intensywne życie. Czy to jest to, co pani lubi – przebywanie wśród ludzi, uczestniczenie w ciekawych wydarzeniach?
Irena Santor: O tak! Uważam, że to ważne, szczególnie na starość. Bo stagnacja, bezruch, otulająca cisza, ciepełko są moim zdaniem wręcz szkodliwe. Oczywiście w miarę możliwości zdrowotnych, nic na siłę, ale jeżeli można się ruszać, to wychodźmy z domu, bo to sprawia, że spotykamy ludzi, z którymi można porozmawiać, czasem zamienić choćby trzy zdania, i to już jest impuls do aktywności. Są ludzie wokół nas, jest życie, także to związane z przyrodą – spadnie śnieg, deszcz albo jest piękna pogoda. To wszystko może poprawić nastrój. Gdybym siedziała w domu, to, owszem, miałabym ciepełko, ale i nudę, choć oczywiście w domu też można się nie nudzić, bo są książki, filmy, muzyka i różne rzeczy, które bardzo ubarwiają codzienność. Ale wyjść z domu trzeba, to mobilizuje.
Wiele osób narzeka, że nie ma energii.
Energię każdy z nas ma, tylko trzeba sobie to uświadomić i ją uruchomić, a nie mówić: a gdybym miała energię, to coś bym zrobiła. Masz energię, jakiś zasób na pewno masz. Uruchom ją.
Jak pani ją uruchamia?
No jak to: jak? Budzę się jak wszyscy, znużona, czasem nic mi się nie chce. Ale się temu nie poddaję, zaczynam od paru ruchów nóg, rąk.
Czyli jednak ćwiczenia.
Ale bez przesady. Ja akurat nie przesadzam z ćwiczeniami, choć są bardzo dobre nie tylko na poranne rozruszanie, ale i w ogóle dla zdrowia.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Dobrze mieć jakiś cel, zadanie na dany dzień?
Tak, to ważne. Ale jeśli się nie ma planów, to trzeba zadzwonić do przyjaciół, oni zawsze znajdą jakieś powody, żeby zmotywować nas do wyjścia z domu, do spotkania. Jednym słowem – trzeba robić wszystko, żeby istnieć w życiu, a nie siedzieć w domu. W domu można, jak się człowiek źle czuje, ale nie należy traktować tego jako zasady.
Powiedziała pani: „zadzwonić do przyjaciół”. Problem w tym, że trzeba ich mieć. Pani ma przyjaciół z różnych światów, na przykład przyjaźni się pani z psychoterapeutką Kasią Miller, naszą felietonistką. Ale także z artystami, na przykład z Alicją Majewską, co nie jest chyba takie częste wśród ludzi z tej samej branży, bo może wkraść się rywalizacja, zazdrość.
Tak się powszechnie myśli i mówi, ale uważam, że to nieprawda. Przyjaźnię się z osobami ze środowiska artystycznego. Mamy o czym rozmawiać. Nie tylko o życiu, ale dodatkowo o zawodzie, o tym, co nowego się pojawiło, kto z młodych wydaje się na tyle interesujący, że ma szansę na zaistnienie, kto z już aktywnych artystów proponuje nową twórczość i na czym ona polega. Nasze dyskusje są pasjonujące i szalenie ważne. Tak więc pokazuję na swoim przykładzie, że przyjaźnie zawodowe istnieją.
Najlepszym dowodem na to jest fakt, że została pani matką chrzestną córki piosenkarki Łucji Prus, która była pani przyjaciółką.
Naturalnie, to przykład przyjaźni i serdeczności, przyjaźniłyśmy się bardzo. Niestety, Łucja za szybko odeszła.
No właśnie. Długie życie oznacza też, że trzeba się często żegnać, bywa, że z młodszymi od siebie.
Rzeczywiście mam pod tym względem bogatą przeszłość, jest kogo wspominać, to smutne. Ale z drugiej strony wolę wspominać, niż wcześniej umrzeć. Bardzo sobie cenię życie, uczestniczenie w nim, istnienie na tej ziemi.
Pocieszające jest to, że wszyscy pracujemy na dobre wspomnienia…
To znaczy na długie życie, to chciała pani chyba powiedzieć [uśmiech]. Jeżeli tak, to pracujmy na to, żeby życie było dłuższe, nie krótsze.
Czyli?
Dbajmy o zdrowie, ale bez histerii. Róbmy wszystko, żeby zapobiegać chorobom, stawiajmy na profilaktykę. To są slogany, zdania obiegowe, wszyscy je znamy i traktujemy naskórkowo. Przywiążmy w końcu do nich wagę! Jeżeli coś nas boli, to próbujmy pomóc lekarzowi, żeby nie było za późno. Ale – powtarzam – bez histerii. Bo jeżeli czasem zaboli nas trochę ręka, trochę noga, to nie skupiajmy się na tym, każdego czasem coś boli, ma prawo, zwłaszcza w pewnym wieku, to normalne. Ale badajmy się, nie czekajmy, aż organizm sam zaalarmuje.
Zaangażowała się pani na rzecz propagowania profilaktyki raka piersi, ponieważ ma pani za sobą takie doświadczenie. Wyleczono panią, bo choroba została wykryta na wczesnym etapie?
Tak, to było bardzo dawno, w 2000 roku, wtedy rak równał się wyrok, ale właśnie dlatego, że był wcześnie wykryty, zostałam wyleczona. Od tej pory kontroluję się, robię badania, sprawdzam, czy ze zdrowiem jest w porządku, i wszystkim to radzę. Wiem, że to, co mówię, jest nudne, nieefektowne, wolałabym opowiadać dowcipy. Ale nie – będę to powtarzać do znudzenia. Chodzi o to, żebyśmy potraktowali to poważnie, że możemy ułatwić i wydłużyć sobie życie. No chyba, że państwa nie interesuje życie tu, na ziemi.
Każdy ma wybór. Ale mało kto myśli o tym, że nie badając się, wybiera chorobę.
Zdumiewają mnie słowa, które czasem słyszę: „Nie chcę pójść do lekarza, bo jeszcze się dowiem, że jestem chora”. Na Boga, to kto ma to wiedzieć, Duch Święty? Duch Święty może nie zapamiętać, ma wiele innych rzeczy do zapamiętania i będzie za późno. Znam takie przypadki ze swojego otoczenia – młoda kobieta, 52 lata, nie badała się, nie chciała dowiedzieć się, że ma raka. Ale czy przez taką postawę uchroniła się przed rakiem? No nie. Czasem Anioł Stróż ostrzega, ale on ma wiele osób do ostrzeżenia, lepiej polegać na sobie. Dbajmy też o przyjaciół. Jeśli widzimy, że coś jest z nimi nie tak, namawiajmy do wizyty u lekarza. Mówię tu smutne rzeczy, ale błagam panią, niech pani napisze, żeby ludzie przywiązywali wagę do tego, co przecież wiedzą – że trzeba się badać.
Irena Santor (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Przeszła pani niejedną chorobę, więc wie, co mówi.
Jestem cały czas czujna. To, co tu mówię, drogie czytelniczki, mówię poważnie. Nie poddaję się. Jeżeli zdarzy mi się znaleźć w szpitalu, to staram się zejść z łóżka, chodzę po korytarzu, choć to szalenie nudne, ale nie narzekam, nie płaczę, nie ślimaczę się, tylko chodzę, noga za nogą, z trudem, ciężko mi, ale się staram. I potem okazuje się, że wychodzę ze szpitala na własnych nogach. Chodzę po mieście najwięcej, jak się da, nie chcę, żeby mnie wożono.
Ktoś może powiedzieć: pani Irenie to łatwo, bo ona ma charakter.
O nie, nie, ja sobie to wypracowałam, bo dostatecznie wcześnie zrozumiałam, jaką wartością jest życie, ja sobie to uświadomiłam jako bardzo młoda osoba. Jestem uparta, mam to z natury, ale to, że trzeba wziąć sprawy w swoje ręce, wyćwiczyłam, kiedy sobie uświadomiłam, jak łatwo jest umrzeć.
Uświadomiła sobie to pani dlatego, że tata zginął z rąk Niemców, gdy była pani małą dziewczynką?
To pewnie jedna z przyczyn. Może to była też próba charakteru, że mimo przeciwności starałam się nie poddać.
Bo trzeba było wspierać mamę?
Myślę, że to też gdzieś podświadomie miało znaczenie, było jakimś powodem, że się wzmocniłam. Te przeżycia dotyczą jednak wczesnego dzieciństwa, więc nie mogę mówić, że coś było na pewno, tylko się tego domyślam.
Możemy uczyć się od pani i całego pani pokolenia, żeby nie bać się trudności.
Żeby podejmować wyzwania. Nie to, że mamy sami je prowokować, ale kiedy przychodzą, powiedzieć: będę pomocna sobie, temu, co we mnie kiełkuje jako siła, nawet najtrudniejsze przeżycia mogą być takim pomostem do życia, żeby się nie dać przeciwnościom, żeby się podnieść i iść dalej. Życie może powalić mnie na kolana, ale ja muszę z tych kolan wstać.
Cały wywiad przeczytasz w lutowym wydaniu „Zwierciadła” (2/2026).
Irena Santor, piosenkarka, w latach 1951–1959 solistka Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze”. Wyśpiewała wiele przebojów, m.in.: „Embarras”, „Powrócisz tu”, „Tych lat nie odda nikt”, „Już nie ma dzikich plaż”. Stworzyła duety z takimi artystami jak: Edyta Górniak, Krzysztof Cugowski, Magda Umer, Zbigniew Wodecki, Justyna Steczkowska. Laureatka festiwali, m.in. MFF w Sopocie i KFPP w Opolu. Odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Właśnie ukazała się płyta „Zakochana we śnie” – osiem sensacyjnie odnalezionych piosenek, które w latach 1973–1974 Irena Santor nagrała dla Polskiego Radia z Janem „Ptaszynem” Wróblewskim i jazzmanami.