Miniony rok po raz kolejny potwierdził, że jego kariera to nie objawienie jednego sezonu. Przy okazji można się było przekonać, że Tomasz Ziętek potrafi pogodzić swój znak rozpoznawczy (chłopięcy urok) z rolą ojca (w życiu i na ekranie). Jak się w niej odnalazł? I dlaczego na torze wyścigów konnych czuje się tak swobodnie?
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Podczas sesji okładkowej nie dało się nie zauważyć, że dobrze dogadujesz się z końmi, ale chyba nie zawsze tak było?
Wcześniej nie umiałem jeździć konno, w ogóle, nie ukrywam, że trochę się koni bałem: czułem do nich respekt, wolałem je podziwiać z dystansu. Na koński grzbiet wsiadłem pół roku przed rozpoczęciem zdjęć do „Wielkiej Warszawskiej”. I od razu zostałem wrzucony na głęboką wodę, bo już na pierwszych zajęciach siedziałem w galopie. Stara szkoła: albo się utrzymasz w siodle, albo nie. Jestem wdzięczny instruktorowi Andrzejowi Kostrzewie, bo to się w moim przypadku sprawdziło. Chyba najszybciej spośród tych aktorów z planu, którzy tak samo jak ja dopiero zaczynali przygodę z jeździectwem, jeździłem samodzielnie. Pan Andrzej to jeden z najbardziej cenionych kaskaderów i konsultantów do spraw koni. Niestety, już świętej pamięci – zmarł w trakcie trwania zdjęć. Jego synowie kontynuują rodzinną tradycję, wykonują ten sam fach. A wracając do pytania, czy się dobrze z końmi dogaduję – na pewno miałem okazję je lepiej zrozumieć, ich zachowania, różne niewerbalne sygnały. Co z kolei pozwoliło mi przełamać lęk. Fajnie, że właśnie praca aktora pozwala na przekraczanie własnych strachów. Jest okazją, żeby w najbezpieczniejszych możliwych warunkach przekroczyć siebie, sprawdzać się w sytuacjach, w których nigdy dotąd nie byłem.
Nauczyłem się, że konie bardzo szybko czytają ludzi. Pamiętam, jak pan Andrzej mówił, że najważniejsza w kontakcie z nimi jest pierwsza minuta. Wtedy koń orientuje się, jaką w relacji z tobą ma obrać rolę. Twoja nerwowość rezonuje z koniem – on też zaczyna być nerwowy. To taka nakręcająca się spirala, ty się boisz, więc on zaczyna okazywać zdenerwowanie, w konsekwencji twoja nerwowość wzrasta…
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Chodzi więc o to, żeby zachować spokój? Nie uprzedzać się, nie tworzyć sobie gotowych czarnych scenariuszy w głowie? Brzmi to trochę jak wstęp do praktyki medytacji czy kursu mindfulness [śmiech].
W sumie nie wiem, czy można to nazwać medytacją, bo mówimy tu jednak o skupieniu na tej drugiej istocie… Chociaż coś w tym porównaniu mi się zgadza – kiedy przygotowywałem się do filmu i wracałem z jazd, zwykle czułem się totalnie zrelaksowany. Oczywiście nie wszystko da się przewidzieć. Zdarzały się różne upadki, wywrotki, co prawda akurat nie mnie, ale obserwowałem je z boku i stało się dla mnie jasne, że takie sytuacje są po prostu wpisane w jazdę konną. Najlepiej więc założyć, że prędzej czy później coś takiego się wydarzy – bo koń się czegoś przestraszy, bo jest zmęczony. Albo na otwartym terenie wyskoczą mu pod nogi psy, jak to miało miejsc na jednym z moich treningów. Na szczęście wtedy nic się nie stało, mój koń nie przestraszył się psów, ale byłem w tamtym momencie nieźle przerażony. W ogóle konie kaskaderskie, z którymi pracowaliśmy, są dużo mniej płochliwe, bardziej ułożone, nawykłe do obecności ekipy, sprzętu, krzyków ludzkich, nawet odgłosów wybuchów. Teraz w sesji zdjęciowej na Służewcu uczestniczyły już tylko konie sportowe. Ten, z którym pozowałem, był bardzo przyjaznym konikiem, ale generalnie do wyścigów wybiera się zwierzęta żywiołowe, trochę narwane. W dodatku młode, więc i przez sam wiek mocno energiczne i bardziej nieprzewidywalne.
Bardzo lubię w moim zawodzie to, że mam sposobność, choć na chwilę, włożenia głowy do świata, do którego nie wszyscy mają dostęp. Już same moje wizyty w stajniach na Służewcu były niesamowite – to niewyobrażalne piękno, którego wtedy doświadczyłem. Zaczęliśmy przygotowania w styczniu i lutym. Nie polecam tej pory na zaczynanie nauki jazdy – było potwornie zimno – ale dzięki temu widziałem sceny, których nie da się zapomnieć. Oglądałem zimowe wschodzące słońce – bo trening zaczynają się dosyć wcześnie – i konie wracające z tych treningów: spocone, parujące. Mam nadzieję, że coś z tego klimatu udało nam się uchwycić w filmie. Doświadczyłem też brudnej roboty, codzienności. Miałem okazję pomagać przy czyszczeniu stajni. Moja postać na początku pracuje jako stajenny, chciałem więc zobaczyć i poczuć, na czym jego praca polega. Dzięki temu wiedziałem na przykład, jakie powinienem nosić buty, oraz że w stajni trzeba mieć rękawice, bo wszystkie skoble są metalowe, w ogóle cały osprzęt. Bez rękawic można się nieźle poranić. No i poznałem świetnych ludzi. Miałem poczucie, że każdy chciał podzielić się ze mną swoimi doświadczeniami, chciał mi pokazać kawałek swojego świata, z myślą o filmie.
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Bohater, którego grasz, jest, mam wrażenie, w wielu momentach blisko ciebie – to człowiek z podobnym temperamentem i nastawieniem do świata. To tylko moja intuicja, mogę się oczywiście mylić…
Po prostu fajnie mi się Krzyśka Salomona grało i też wychodzę z założenia, że jeśli mój bohater nie jest ode mnie charakterologicznie jakoś bardzo różny, to dlaczego z tego nie korzystać? Nie uciekam na siłę od podobieństw między nami, nie uważam, żeby to było potrzebne. Niektórzy znajomi reżyserzy śmieją się, że grozi mi szufladka coming of age – historia Krzyśka to poniekąd właśnie tego typu historia, bo przecież mój bohater dorasta na oczach widzów – ale ja się jakoś tych przestróg nie boję. Naprawdę nie mogę narzekać na monotonię czy szufladki. W tym roku na przykład po raz pierwszy zagrałem ojca w serialu „Czarna śmierć”.
Do wątku ojcostwa jeszcze, mam nadzieję, wrócimy, tymczasem chciałam spytać, czy jeszcze przed przyjęciem roli Krzyśka zdarzało ci się bywać na widowni służewieckich wyścigów?
Zdarzać się, zdarzało, ale regularnie na Służewiec zacząłem chodzić wtedy, gdy przygotowywałem się do filmu. Zrobiłem sobie porządny research, Bartek [Ignaciuk, reżyser „Wielkiej Warszawskiej” – przyp. red.] był świetnym źródłem informacji. Tak się złożyło, że jego życie w pewnym momencie było ze Służewcem związane, dlatego on doskonale zna ten świat i panujące w nim reguły. Swoją drogą, polecam wszystkim wizytę tam, chociaż raz. Ciekawe doświadczenie. Sezon się niedawno skończył, ale od wiosny znowu będzie można się wybrać i poczuć ducha przeszłości. Sam modernistyczny budynek wprowadza cię w odpowiedni klimat, choć oczywiście dzisiaj tor służewiecki to miejsce bardzo różne od tego, które widzimy w filmie. Teraz każdy moment wyścigu można obejrzeć na zbliżeniach, weszły nowe technologie. Na telebimie transmitowane są nie tylko same biegi, ale i ćwiczebny galop czy wywiady z zawodnikami i trenerami. Nie ma możliwości, żeby dochodziło do takich rzeczy, jakie dzieją się w naszym filmie.
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Gangsterskie układy z lat 90. się skończyły, ale dyskusja wokół praw i dobrostanu zwierząt wyścigowych trwa.
Jest u nas w filmie scena, w której jeden z koni zostaje otruty. Dużo o niej rozmawialiśmy. Pokazujemy też, co dzieje się ze zwierzęciem, jeżeli ulegnie poważnej kontuzji i już nie może startować. To paradoks: Służewiec z jednej strony tworzą ludzie, którzy są tak blisko zwierząt, jak tylko się da, kochają je, mają z nimi wyjątkową więź. Jednocześnie to są przecież wyścigi – wpisane jest w nie ryzyko, dochodzenie do granic możliwości. Liczy się wynik. Głęboki temat, na szerszą rozmowę. Jeśli teraz zaczęlibyśmy rozmawiać, najprawdopodobniej dzisiaj byśmy nie skończyli. Może w ogóle trzeba by zacząć od pytania, z jakiego powodu trzymamy zwierzęta i czym jest odpowiedzialność za ich dobrostan?
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Czytaj także: Tomek Ziętek: „Stawiam na słoneczną stronę życia”
Ryzyko to jeden z głównych tematów filmu. Pokazujecie świat, w którym bez przerwy stawia się wszystko na jedną kartę, żyje się na krawędzi. Ty sam jesteś człowiekiem skłonnym do ryzyka?
Z natury chyba raczej nie mam takich skłonności, ale w sferze zawodowej trochę nie mam innego wyjścia. Na co dzień funkcjonuję w środowisku, gdzie nie da się nie ryzykować. Przykład pierwszy z brzegu: do szkoły teatralnej zdawałem z osobami zdającymi siódmy raz. Siedem lat życia poświęciły, żeby się dostać. Jak to inaczej nazwać niż stawianiem wszystkiego na jedną kartę? Nasza codzienność to eliminacje, przesłuchania, castingi, zdjęcia próbne. Ciągła rywalizacja, nieustanna competition.
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Nadal cię to stresuje?
Nadal. W dodatku, jeśli chodzi o poziom stresu, wydaje mi się to niewspółmierne do pracy, jaką się potem wykonuje na planie. Sytuacje, kiedy ktoś ci zaufa na tyle, żeby od razu zaproponować rolę bez zdjęć próbnych, owszem, zdarzają się, ale są wyjątkowe. Bardzo to zawsze budujące, jakby mi ktoś dmuchał w skrzydła.
Prawdę mówiąc, jak widzę czasem na castingach kolegów odchodzących już któryś raz z kwitkiem, to się zastanawiam, czy ja bym sobie tak dobrze poradził z odmową. Jestem świadomy, że mam farta. I potrafię to docenić. Może w tym momencie czegoś nie pamiętam, ale mam wrażenie, że porażki, jakie mnie w aktorstwie spotkały, były w gruncie rzeczy pozorne, bo właściwie zawsze doprowadzały mnie do punktu, w którym pojawiała się jakaś inna propozycja, często jeszcze ciekawsza. Jak wtedy, kiedy po mojej nieudanej przygodzie z Akademią Teatralną wróciłem do Gdyni i tam, pracując przy etiudach Gdyńskiej Szkoły Filmowej, poznałem Roberta Glińskiego, a on zaprosił mnie na casting do „Kamieni na szaniec”. Jest też coś, co mnie dodatkowo asekuruje – kocham aktorstwo, naprawdę, ale nie mam wewnętrznego imperatywu, że muszę wykonywać ten zawód. Wiem, że jest wiele innych rzeczy, jakimi mógłbym i chciałbym w życiu się zająć.
Chodzi o muzykę?
Nie tylko. Chodzi też o pola, których jeszcze nie eksplorowałem, a chciałbym się w nich spróbować. Bycie aktorem ma swoje minusy, bywa, że dostajesz kilkanaście propozycji naraz, a zaraz potem siedzisz i czekasz, aż cokolwiek się wydarzy. Jak tu w tych warunkach cokolwiek długofalowo planować? Dlatego każdy, kto mówi, że kształtuje swoją aktorską karierę, trochę naciąga fakty. Popatrz, ile moich superzdolnych koleżanek i kolegów miało przed sobą świetlaną przyszłość i nagle zrobiło się o nich cicho. Sporo jest w naszej pracy przypadku i, jak mówiłem, sporo zależy od szczęścia. Trochę to przypomina obstawianie zwycięzców na wyścigach. Dlatego robię sobie takie limity czasowe – jeszcze tyle albo tyle lat i koniec z tym, kończę z aktorstwem. Ale to nie są poważne deklaracje, śmieję się. Co nie znaczy, że muszę wykonywać ten zawód za wszelką cenę. Co to, to nie...
Tomasz Ziętek (Fot. Bartek Wieczorek/Visual Crafters)
Pamiętasz czasy, o których opowiada „Wielka Warszawska”? Urodziłeś się w 1989 roku, w latach 90. byłeś małym dzieckiem…
Coś tam pamiętam [śmiech]. Na tyle, że patrzę na lata 90. z nostalgią. Zresztą czekaj, coś ci pokażę [Tomek znajduje na swoim telefonie zdjęcia z dzieciństwa, na jednym z nich pozuje z rodzeństwem na dworze, w intensywnie fioletowym ortalionowym kombinezonie – przyp. red.]. Popatrz na te ciuchy! Potem nosiłem też obowiązkową flanelową koszulę w kratę.
Jesteś dzieckiem transformacji ustrojowej?
Wydaje mi się, że moje wspomnienia są już stricte z wolnorynkowego świata. Choć wtedy pewnie nie byłem tej różnicy świadomy. Nie doświadczyłem tego, czego doświadczyli moi rodzice – na ich oczach świat wokół się zmienił. Może nie aż tak gwałtownie i nie w takiej skali jak u nas w filmie. Dorastałem w Słupsku, gdzie zmiany ustrojowe nie były aż tak spektakularne jak w Warszawie. Wychowałem się w bloku, przy rzece. Regularnie bawiliśmy się nad brzegiem Słupi. I ilekroć piłka wpadała nam do wody, szliśmy wzdłuż brzegu i rzucaliśmy za nią kamieniami, żeby stworzyć fale, w ten sposób próbując nakierować ją w naszym kierunku. Kamieniami albo płytami chodnikowymi – wyrywaliśmy je, rozbijaliśmy na mniejsze kawałki. Dlatego przy brzegu brakowało tak wielu płyt. Szliśmy za piłką nawet kilometr, potem wracaliśmy i jakoś nie pamiętam, żeby ktoś z dorosłych z powodu naszej nieobecności rwał włosy z głowy. Dzieci chowały się bardziej samodzielne. Zgłaszaliśmy się co jakiś czas przez domofon, że żyjemy i wszystko z nami w porządku, i szliśmy bawić się dalej. Zaufanie społeczne było nieporównywalnie większe niż dzisiaj. Znaliśmy wszystkich sąsiadów z całego bloku. Wszystkich. Może to też wpływało na zwiększone zaufanie wobec własnych dzieci? Miało się poczucie, że inni dorośli też mają na nie oko. A może chodzi o to, że ludzie nie byli tak bombardowani złymi wiadomościami z każdej części świata w każdym momencie, przez co poziom lęku był niższy… Nie wiem.
Oglądaj także: Tomasz Kot i Tomasz Ziętek o filmie „Wielka Warszawska” i podróży do lat 90.
Wyobrażasz sobie, że mógłbyś mieć takie podejście do wychowania swojego synka? Że podchodziłbyś do jego wolności podobnie, jak twoi rodzice podchodzili do ciebie i twojego rodzeństwa...
Nie wyobrażam. Zwróć uwagę, jak teraz reagujemy – ja, ty czy ktokolwiek inny – jeśli widzimy dziecko samo na ulicy. Od razu włącza się lampka, że może coś się stało, trzeba podejść, pomóc. To jest nie do odwrócenia. Kiedy Tolek podrośnie, pewnie będę musiał sobie zadać pytanie, gdzie postawię granice kontroli.
Skoro zaczęliśmy rozmowę o ojcostwie, nie zapomnę, jak Ireneusz Czop opowiadał mi, jak mu się grało ojca twojego bohatera w „Wielkiej Warszawskiej”. Mówił odwiecznym międzypokoleniowym tarciu. O tym, jak wielki wpływ potrafią mieć ojcowie na synów, paradoksalnie nawet ci nieobecni. Chcesz tego czy nie, wszystko, co robisz, robisz, cytuję: „wobec ojca”, „ustosunkowując się do tego, jaki on jest lub nie jest”.
Zgadzam się. Nieważne, czy Krzysiek chce swojego tatę zadowolić, dać mu powód do dumy, czy właśnie się przeciw niemu buntuje i próbuje nie być taki jak on, to my i tak widzimy, jak bardzo są podobni. To właśnie ojciec jest dla Krzyśka motorem zmiany.
Postać graną przez Ireneusza Czopa oceniłbyś jako dobrego ojca?
Byłoby się do czego przyczepić, tylko że ja generalnie nie jestem zwolennikiem obwiniania i rozliczania ojców. Oczywiście nie mówię o skrajnych przypadkach – o przemocy, nadużyciach. Ale jeśli chodzi o takie klasyczne tarcie międzypokoleniowe, mam wrażenie, że w sumie jest ono nie do uniknięcia. Ojcowie są dziećmi swojej epoki, a to naprawdę wiele zmienia. Oni byli, jeśli chodzi o świadomość różnych rzeczy, kilka kroków za nami. I prawdopodobnie ja też będę kilka kroków za swoim synem.
Rozumiem, że na własnego tatę, na to, jak cię wychował, patrzysz z wyrozumiałością, bez rozliczania?
Jasne. Bardzo dużo zawdzięczamy – z siostrami i braćmi – naszym rodzicom. Piątka dzieci wymagała dużego nakładu pracy.
A własne ojcostwo cię pod jakimś względem zaskoczyło?
Zanim Tolek się urodził, wiele osób mówiło nam, że dziecko wywraca świat do góry nogami. Minęło półtora roku, a my z żoną nadal czekamy na ten moment rewolucji. I jak dotąd nie było żadnego szoku. Oczywiście dopuszczam też opcję, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest do tego stopnia stępione przez brak snu, że już nie mamy dystansu do całej sytuacji [śmiech].
Zaskoczenia nie ma o tyle, że ja sobie chyba nic wcześniej nie zakładałem. Nie miałem planów, że będę takim czy innym tatą. Jeśli już, zdaję się raczej na intuicję. To zupełnie inna sytuacja niż ta, kiedy pracowałem nad rolą Igora Bielika w „Czarnej śmierci”. Tam miałem sporo do analizowania. Nie dość, że to była moja pierwsza rola ojca, to jeszcze grałem człowieka, który zostaje wdowcem, jest sam z dzieckiem w dosyć dramatycznych okolicznościach. Oliwia Stockinger, moja serialowa córka, była fantastyczna. Wypracowaliśmy sobie taką relację na planie, żeby móc zagrać bliskość. Może ta ich relacja była nawet trochę na wyrost jak na tamte czasy, czyli lata 60., pokolenie powojennych ojców. Staraliśmy się z Kubą Czekajem [reżyserem – przyp. red.] jakoś to wypośrodkować, żeby jednocześnie oddać realia epoki – ówczesne podejście i mentalność – ale też, żeby współczesny widz miał poczucie, że mój bohater jest odpowiedzialnym, czułym tatą.
Serialowy Igor Bielik jest fotografem prasowym, nie rozstaje się z aparatem. Ty – prywatnie – masz podobnie. Skąd to się wzięło, że wszędzie chodzisz z lustrzanką?
Fotografią analogową zainteresowałem się przy okazji narodzin dziecka.
Chciałem w jakiś sposób udokumentować to, jak Tolek rośnie, jak się zmienia. Mieć to uwiecznione na kliszy i wywołane na papierze. Zaczynałem od point-and-shoota, czyli takiego analogowego aparatu bez regulacji ostrości. Natomiast przy okazji „Czarnej śmierci” dostałem do ćwiczenia, w ramach przygotowań do roli reportera, Zenita E. Nauczyłem się go używać i tak już ze mną został. Towarzyszy mi teraz cały czas, wszędzie go ze sobą noszę, fotografuję nie tylko Tolka, ale i innych ludzi, najbardziej lubię robić właśnie portrety. Także w pracy, na różnych planach. Mam zdjęcia robione podczas pracy nad „Wielką Warszawską” – pewnie wrzucę je w okolicach premiery na swoje media społecznościowe.
Dlaczego nie robisz zdjęć po prostu komórką?
Nie umiem. Za duży wybór, zbyt duża dowolność. Ograniczenie bywa czasem atutem.
Mówisz tylko o fotografii?
Kurczę, może faktycznie to się jakoś przekłada na życie?
Tomasz Ziętek, rocznik 1989, aktor filmowy, telewizyjny i teatralny. Znany również jako muzyk (jego solowy album „Some Old Songs” ukazał się w 2023 r., nagrał też trzy albumy z grupą The Fruitcakes). „Wielka Warszawska”, w której gra główną rolę, wchodzi do kin 23 stycznia.
Dziękujemy Totalizatorowi Sportowemu, Oddział Tor Wyścigów Konnych Służewiec, ul. Puławska 266 w Warszawie, za udostępnienie przestrzeni do sesji zdjęciowej.