Miniony rok po raz kolejny potwierdził, że jego kariera to nie objawienie jednego sezonu. Przy okazji można się było przekonać, że Tomasz Ziętek potrafi pogodzić swój znak rozpoznawczy (chłopięcy urok) z rolą ojca (w życiu i na ekranie). Jak się w niej odnalazł? I dlaczego na torze wyścigów konnych czuje się tak swobodnie?
Fragmenty wywiadu pochodzą z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Zofia Fabjanowska: Ryzyko to jeden z głównych tematów filmu „Wielka Warszawska”. Pokazujecie świat, w którym bez przerwy stawia się wszystko na jedną kartę, żyje się na krawędzi. Ty sam jesteś człowiekiem skłonnym do ryzyka?
Tomasz Ziętek: Z natury chyba raczej nie mam takich skłonności, ale w sferze zawodowej trochę nie mam innego wyjścia. Na co dzień funkcjonuję w środowisku, gdzie nie da się nie ryzykować. Przykład pierwszy z brzegu: do szkoły teatralnej zdawałem z osobami zdającymi siódmy raz. Siedem lat życia poświęciły, żeby się dostać. Jak to inaczej nazwać niż stawianiem wszystkiego na jedną kartę? Nasza codzienność to eliminacje, przesłuchania, castingi, zdjęcia próbne. Ciągła rywalizacja, nieustanna competition.
Nadal cię to stresuje?
Nadal. W dodatku, jeśli chodzi o poziom stresu, wydaje mi się to niewspółmierne do pracy, jaką się potem wykonuje na planie. Sytuacje, kiedy ktoś ci zaufa na tyle, żeby od razu zaproponować rolę bez zdjęć próbnych, owszem, zdarzają się, ale są wyjątkowe. Bardzo to zawsze budujące, jakby mi ktoś dmuchał w skrzydła.
Prawdę mówiąc, jak widzę czasem na castingach kolegów odchodzących już któryś raz z kwitkiem, to się zastanawiam, czy ja bym sobie tak dobrze poradził z odmową. Jestem świadomy, że mam farta. I potrafię to docenić. Może w tym momencie czegoś nie pamiętam, ale mam wrażenie, że porażki, jakie mnie w aktorstwie spotkały, były w gruncie rzeczy pozorne, bo właściwie zawsze doprowadzały mnie do punktu, w którym pojawiała się jakaś inna propozycja, często jeszcze ciekawsza. Jak wtedy, kiedy po mojej nieudanej przygodzie z Akademią Teatralną wróciłem do Gdyni i tam, pracując przy etiudach Gdyńskiej Szkoły Filmowej, poznałem Roberta Glińskiego, a on zaprosił mnie na casting do „Kamieni na szaniec”. Jest też coś, co mnie dodatkowo asekuruje – kocham aktorstwo, naprawdę, ale nie mam wewnętrznego imperatywu, że muszę wykonywać ten zawód. Wiem, że jest wiele innych rzeczy, jakimi mógłbym i chciałbym w życiu się zająć.
Czytaj także: Tomek Ziętek: „Stawiam na słoneczną stronę życia”
Pamiętasz czasy, o których opowiada „Wielka Warszawska”? Urodziłeś się w 1989 roku, w latach 90. byłeś małym dzieckiem…
Coś tam pamiętam [śmiech]. Na tyle, że patrzę na lata 90. z nostalgią. Zresztą czekaj, coś ci pokażę [Tomek znajduje na swoim telefonie zdjęcia z dzieciństwa, na jednym z nich pozuje z rodzeństwem na dworze, w intensywnie fioletowym ortalionowym kombinezonie – przyp. red.]. Popatrz na te ciuchy! Potem nosiłem też obowiązkową flanelową koszulę w kratę.
Jesteś dzieckiem transformacji ustrojowej?
Wydaje mi się, że moje wspomnienia są już stricte z wolnorynkowego świata. Choć wtedy pewnie nie byłem tej różnicy świadomy. Nie doświadczyłem tego, czego doświadczyli moi rodzice – na ich oczach świat wokół się zmienił. Może nie aż tak gwałtownie i nie w takiej skali jak u nas w filmie. Dorastałem w Słupsku, gdzie zmiany ustrojowe nie były aż tak spektakularne jak w Warszawie. Wychowałem się w bloku, przy rzece. Regularnie bawiliśmy się nad brzegiem Słupi. I ilekroć piłka wpadała nam do wody, szliśmy wzdłuż brzegu i rzucaliśmy za nią kamieniami, żeby stworzyć fale, w ten sposób próbując nakierować ją w naszym kierunku. Kamieniami albo płytami chodnikowymi – wyrywaliśmy je, rozbijaliśmy na mniejsze kawałki. Dlatego przy brzegu brakowało tak wielu płyt. Szliśmy za piłką nawet kilometr, potem wracaliśmy i jakoś nie pamiętam, żeby ktoś z dorosłych z powodu naszej nieobecności rwał włosy z głowy. Dzieci chowały się bardziej samodzielne. Zgłaszaliśmy się co jakiś czas przez domofon, że żyjemy i wszystko z nami w porządku, i szliśmy bawić się dalej. Zaufanie społeczne było nieporównywalnie większe niż dzisiaj. Znaliśmy wszystkich sąsiadów z całego bloku. Wszystkich. Może to też wpływało na zwiększone zaufanie wobec własnych dzieci? Miało się poczucie, że inni dorośli też mają na nie oko. A może chodzi o to, że ludzie nie byli tak bombardowani złymi wiadomościami z każdej części świata w każdym momencie, przez co poziom lęku był niższy… Nie wiem.
Oglądaj także: Tomasz Kot i Tomasz Ziętek o filmie „Wielka Warszawska” i podróży do lat 90.
Wyobrażasz sobie, że mógłbyś mieć takie podejście do wychowania swojego synka? Że podchodziłbyś do jego wolności podobnie, jak twoi rodzice podchodzili do ciebie i twojego rodzeństwa...
Nie wyobrażam. Zwróć uwagę, jak teraz reagujemy – ja, ty czy ktokolwiek inny – jeśli widzimy dziecko samo na ulicy. Od razu włącza się lampka, że może coś się stało, trzeba podejść, pomóc. To jest nie do odwrócenia. Kiedy Tolek podrośnie, pewnie będę musiał sobie zadać pytanie, gdzie postawię granice kontroli.
Nie zapomnę, jak Ireneusz Czop opowiadał mi, jak mu się grało ojca twojego bohatera w „Wielkiej Warszawskiej”. Mówił o odwiecznym międzypokoleniowym tarciu. O tym, jak wielki wpływ potrafią mieć ojcowie na synów, paradoksalnie nawet ci nieobecni. Chcesz tego czy nie, wszystko, co robisz, robisz, cytuję: „wobec ojca”, „ustosunkowując się do tego, jaki on jest lub nie jest”.
Zgadzam się. Nieważne, czy Krzysiek chce swojego tatę zadowolić, dać mu powód do dumy, czy właśnie się przeciw niemu buntuje i próbuje nie być taki jak on, to my i tak widzimy, jak bardzo są podobni. To właśnie ojciec jest dla Krzyśka motorem zmiany.
Postać graną przez Ireneusza Czopa oceniłbyś jako dobrego ojca?
Byłoby się do czego przyczepić, tylko że ja generalnie nie jestem zwolennikiem obwiniania i rozliczania ojców. Oczywiście nie mówię o skrajnych przypadkach – o przemocy, nadużyciach. Ale jeśli chodzi o takie klasyczne tarcie międzypokoleniowe, mam wrażenie, że w sumie jest ono nie do uniknięcia. Ojcowie są dziećmi swojej epoki, a to naprawdę wiele zmienia. Oni byli, jeśli chodzi o świadomość różnych rzeczy, kilka kroków za nami. I prawdopodobnie ja też będę kilka kroków za swoim synem.
Rozumiem, że na własnego tatę, na to, jak cię wychował, patrzysz z wyrozumiałością, bez rozliczania?
Jasne. Bardzo dużo zawdzięczamy – z siostrami i braćmi – naszym rodzicom. Piątka dzieci wymagała dużego nakładu pracy.
A własne ojcostwo cię pod jakimś względem zaskoczyło?
Zanim Tolek się urodził, wiele osób mówiło nam, że dziecko wywraca świat do góry nogami. Minęło półtora roku, a my z żoną nadal czekamy na ten moment rewolucji. I jak dotąd nie było żadnego szoku. Oczywiście dopuszczam też opcję, że nasze postrzeganie rzeczywistości jest do tego stopnia stępione przez brak snu, że już nie mamy dystansu do całej sytuacji [śmiech].
Zaskoczenia nie ma o tyle, że ja sobie chyba nic wcześniej nie zakładałem. Nie miałem planów, że będę takim czy innym tatą. Jeśli już, zdaję się raczej na intuicję. To zupełnie inna sytuacja niż ta, kiedy pracowałem nad rolą Igora Bielika w „Czarnej śmierci”. Tam miałem sporo do analizowania. Nie dość, że to była moja pierwsza rola ojca, to jeszcze grałem człowieka, który zostaje wdowcem, jest sam z dzieckiem w dosyć dramatycznych okolicznościach. Oliwia Stockinger, moja serialowa córka, była fantastyczna. Wypracowaliśmy sobie taką relację na planie, żeby móc zagrać bliskość. Może ta ich relacja była nawet trochę na wyrost jak na tamte czasy, czyli lata 60., pokolenie powojennych ojców. Staraliśmy się z Kubą Czekajem [reżyserem – przyp. red.] jakoś to wypośrodkować, żeby jednocześnie oddać realia epoki – ówczesne podejście i mentalność – ale też, żeby współczesny widz miał poczucie, że mój bohater jest odpowiedzialnym, czułym tatą.
Cały wywiad przeczytasz w lutowym wydaniu „Zwierciadła” (2/2026).
Tomasz Ziętek, rocznik 1989, aktor filmowy, telewizyjny i teatralny. Znany również jako muzyk (jego solowy album „Some Old Songs” ukazał się w 2023 r., nagrał też trzy albumy z grupą The Fruitcakes). „Wielka Warszawska”, w której gra główną rolę, wchodzi do kin 23 stycznia.
Dziękujemy Totalizatorowi Sportowemu, Oddział Tor Wyścigów Konnych Służewiec, ul. Puławska 266 w Warszawie, za udostępnienie przestrzeni do sesji zdjęciowej.