„Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin, a nie osiem” – proponuje Karolina Norkiewicz, HR-ówka z Klubu Komediowego, w 13. odcinku podcastu „zaTASKowani 2”. Dlaczego firmy boją się skrócenia czasu pracy, mimo że są ewidentne znaki naszego wypalenia, a długość pracy nie przekłada się na efektywność, bo – jak mówi Róża Szafranek, ekspertka z HR Hints – wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych?
Pracujemy coraz dłużej, coraz częściej i coraz bliżej granicy wypalenia. Kalendarze pękają od spotkań, technologia nie daje się wyłączyć, a elastyczność coraz częściej oznacza tryb „always on”. W tym samym czasie na świecie trwa cicha rewolucja: coraz więcej krajów i firm skraca czas pracy – nie z ideologii, lecz z konieczności. Bo przepracowanie przestało się opłacać. Czy naprawdę musimy pracować osiem godzin dziennie, skoro wiemy, że to prowadzi do przeciążenia, technostresu i wypalenia?
– Najgorsze ćwiczenie świata? Brak spotkań do godziny 14:00 w poniedziałek – mówi Róża Szafranek. – Dla wielu pracowników to największy koszmar, bo muszą pomyśleć nad tym, co robią, i zaplanować nowe zadania. A bieżączka i spotkania nas karmią – dodaje. Spotkania, które miały pomagać w pracy, stały się jej substytutem.
– Wystarczy przejść przez kalendarz wysokiego kierownictwa, żeby zaoszczędzić setki tysięcy złotych – wyjaśnia Szafranek. Kalendarze pełne są rozmów, które niczego nie przesuwają do przodu, ale skutecznie wypełniają dzień roboczy. To właśnie w takich warunkach łatwo pomylić bycie zajętym z byciem efektywnym – i nie zauważyć, że organizacja systemowo prowadzi ludzi do wypalenia.
– Spróbujmy wrócić do biur, ale na siedem godzin, a nie osiem – proponuje Karolina Norkiewicz, komiczka w „Klubie Komediowym”, która jest tam odpowiedzialna także za HR. To nie jest hasło o lenistwie, tylko o zdrowiu i sensie pracy. Bo wydłużanie dnia roboczego od lat nie przynosi wzrostu produktywności – za to wyraźnie podnosi poziom stresu.
Nieprzypadkowo właśnie w tym kierunku idą dziś eksperymenty w Europie i na świecie. W Islandii próby ograniczenia tygodnia pracy z 40 do 35–36 godzin bez obniżenia pensji objęły blisko 2,500 osób i przyniosły utrzymanie lub wzrost produktywności, a także znaczną poprawę równowagi między pracą a życiem prywatnym. W Wielkiej Brytanii, w największym dotąd pilotażu 4-dniowego tygodnia pracy, większość firm zdecydowała się na stałe utrzymać krótszy model, odnotowując jednocześnie spadek wypalenia i wyższe zadowolenie z życia. Podobnie Microsoft w Japonii wprowadził eksperyment „Work Life Choice Challenge”: krótszy tydzień pracy przyniósł ok. 40% wzrost produktywności, mniejsze zużycie zasobów biurowych i lepszą satysfakcję zespołu.
Jednak Róża Szafranek studzi optymizm: – Skrócenie czasu pracy jest jak pójście na Mount Everest w klapkach – komentuje. Bo sama zmiana liczby godzin nie wystarczy. Jeśli nie skrócimy spotkań, nie uprościmy procesów i nie zmienimy stylu zarządzania, to krótszy dzień pracy stanie się tylko bardziej skompresowanym chaosem.
– Pracujemy dużo i bez sensu – mówi Szafranek wprost. I podaje przykład organizacji, które po zmniejszeniu zespołów nawet o ⅓ nie odnotowały spadku wyników. To moment, w którym pada najtrudniejsze pytanie: jeśli wyniki się nie pogorszyły, to co dokładnie robiliśmy wcześniej przez te wszystkie godziny?
Ten mechanizm świetnie tłumaczy, dlaczego skracanie czasu pracy w innych krajach nie kończy się katastrofą, lecz porządkowaniem pracy. Gdy czasu jest mniej, znikają spotkania „na wszelki wypadek”, a decyzje zapadają szybciej. Praca przestaje się rozlewać – i właśnie wtedy odzyskuje sens.
Problem w Polsce polega na tym, że czas pracy i tak dawno przestał kończyć się po ośmiu godzinach. Ponad 70% Polaków zagląda do służbowej poczty poza godzinami pracy. To nie są formalne nadgodziny, ale organizm nie widzi różnicy – pozostaje w stanie gotowości.
– Wskaźnikiem wypalenia jest to, że jak jedziesz na urlop, to chorujesz – mówi Róża Szafranek. To sygnał, że ciało przez długi czas funkcjonowało ponad normę. W krajach, które testują krótszy czas pracy, jednym z najszybciej zauważalnych efektów jest właśnie lepsza regeneracja: mniej zwolnień lekarskich, mniej problemów ze snem, mniej objawów psychosomatycznych.
Model hybrydowy, zamiast rozwiązać problem przeciążenia, często go pogłębia. Brak jasno określonych godzin pracy, niepisane oczekiwanie dostępności i ciągłe przełączanie się między trybami powodują, że dzień roboczy się wydłuża – nawet jeśli formalnie trwa tyle samo.
Dlatego w rozmowie coraz mocniej wybrzmiewa myśl, że bez skrócenia czasu pracy żadna forma organizacji – ani biuro, ani zdalnie, ani hybryda – nie ochroni nas przed wypaleniem. Bo dziś prawdziwym benefitem nie jest owocowy czwartek ani nowa aplikacja do zarządzania zadaniami. Prawdziwym benefitem jest praca, która nie prowadzi do wypalenia, nie wylewa się poza życie i ma sens.
Wszystkie odcinki podcastu „zaTASKowani” do posłuchania tutaj.