„Walczymy między sobą o męską uwagę. A gdyby stawić opór programowaniu kultury? Jestem kobietą, więc wiem, ile wysiłku kosztowało ciebie, drugą kobietę, zdobycie wszystkiego, co masz dziś w życiu” – mówi brytyjska dziennikarka Jennifer Nadel, która wspólnie z aktorką Gillian Anderson napisała książkę „My”, praktyczny poradnik dla kobiet pragnących zmiany.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Angelika Kucińska: Tytułowe „My” to…
Jennifer Nadel: My, kobiety. Przez całe wieki zmuszano nas, byśmy walczyły ze sobą o mikroskopijną przestrzeń, którą wydzielono dla kobiet w świecie zorganizowanym według zasad patriarchatu. Tytuł książki przekonuje, że skoro tak wiele nas łączy, możemy współpracować ponad sztucznymi podziałami. „My” jest też przeciwieństwem „ja”. Kultura jednostki rozbudza wiarę w moc indywidualnego sukcesu. Tymczasem musimy wreszcie dostrzec, że nie jesteśmy pojedynczymi elektronami, ale częścią wspaniałej całości, większej niż suma jej składowych.
W książce pada zdanie: „Traktuj każdą napotkaną kobietę jak przyjaciółkę”. Zatrzymało mnie na dłużej, bo wiem, jak dużej pracy nad sobą wymaga taka postawa – nawet jeśli jesteś wyedukowaną, zdeklarowaną feministką.
Gdy jeszcze pracowałam w mediach i chodziłam na rozmowy rekrutacyjne, to właśnie w kobietach widziałam największe zagrożenie, największą konkurencję. Historia nauczyła nas, że nasza pozycja społeczna zależy od męskiej protekcji. I że jest tylko jedno miejsce przy stole. Dlatego walczymy między sobą o męską uwagę. A gdyby stawić opór programowaniu kultury?
Ponieważ jestem kobietą, wiem, ile wysiłku i cierpienia kosztowało ciebie, drugą kobietę, zdobycie wszystkiego, co masz dziś w życiu. Znam to poświęcenie, rozumiem wyzwania.
Czytaj także: Kobiecość to wartość – jak budować w dziewczynkach poczucie solidarności?
Z powodzeniem oduczyłaś się patrzeć na inne przedstawicielki tej samej płci jak na zagrożenie?
Staram się przewalczyć instynktowny odruch. Jasne, mnie też nie zawsze wychodzi. Lepiej ze mną nie zadzierać, kiedy mam zły dzień. Wiem jednak, że najpiękniej żyje się wtedy, gdy w centrum wartości stawiasz miłość. Nic nas tak nie karmi. Im więcej miłości dajesz, tym więcej dostajesz. I z miłością podchodzę do każdej osoby, z którą mam do czynienia. Nawet jeśli nie zgadzam się z tym, jak postępuje. Wtedy staram się dojrzeć zranionego człowieka, takiego jak ja.
Czytaj także: „Pięć przykazań feminizmu” według Gillian Anderson: stawiaj granice, czasem warto grzecznie poprosić, czasem trzeba powiedzieć „fuck off”
Umiejętność empatycznego bycia z innymi jest bardzo przydatna w czasach, gdy co druga socjologiczna czy psychologiczna prognoza mówi, że zabije nas epidemia samotności.
Wiemy, że samotność ma druzgocący wpływ na zdrowie człowieka. Jest gorsza od palenia papierosów. Zdrowiej nie chodzić na siłownię, niż być samotną. Antidotum są oczywiście więzi, tylko że bliskość w praktyce jest potwornie trudna. W „My” wyjaśniamy, jakie mechanizmy psychologiczne przeszkadzają nam w budowaniu relacji. Gdzie boli, że nie potrafimy się zbliżyć? Czego się boimy? Dlaczego ego się broni? Łatwo powiedzieć: wyjdź do ludzi. Nie każdy z nas wie, jak to zrobić. Potrzebujemy narzędzi, które ułatwią nam bycie z innymi, we wspólnocie.
Mamy tendencję, żeby od samotności uciekać w relacje romantyczne. Tymczasem badania pokazują, że kobiety cieszą się dłuższym życiem w lepszej formie dzięki platonicznym, przyjacielskim relacjom z innymi kobietami.
To prawda. Miałam dwóch mężów, więc wiem to z własnego doświadczenia [śmiech]. W kobietach instaluje się romantyczne przekonanie, że przyjdzie rycerz w lśniącej zbroi i ocali od trosk. A przecież miłość romantyczna to tylko jedna z wielu dostępnych miłości, mały kawałek układanki. Gdy całą uwagę poświęcamy na pogoń za księciem, tak naprawdę głodzimy się na śmierć, bo nie korzystamy z innych odżywczych relacji. Cudownie mieć partnera czy partnerkę, ale związki się kończą, a przyjaźń kobiet często zostaje z tobą na całe życie.
Dlatego w książce piszesz, że relacja romantyczna jest testem integralności kobiety?
Czy porzucamy przyjaciółki, gdy się zakochamy? Czy zapominamy, jak boli samotność w sobotni wieczór, jak tylko odnajdziemy komfort bycia w parze? Czy w związku jesteśmy tymi samymi osobami, którymi byłyśmy jako singielki, a może zdradzamy własną tożsamość, by przypodobać się mężczyźnie? To są wyzwania.
Bywałaś kobietą, którą rezygnowała z siebie dla mężczyzny?
Dorastałam w dysfunkcyjnej rodzinie, więc marzyłam, że sama stworzę dobry dom. Pragnienie było ważniejsze, gubiłam kawałki siebie, bo obawiałam się być naprawdę sobą, sądząc, że stracę to, o czym tak długo marzyłam. Nic nie ograbia kobiety tak jak strach przed zmianą. Dziś jestem w nowej relacji, która jest zupełnie inna niż moje poprzednie małżeństwa. Nie cenzuruję się.
W książce wracasz do trudnego doświadczenia wypalenia zawodowego. Dlaczego praca dziennikarki przestała przynosić ci satysfakcję?
Kochałam moją pracę, ale nie potrafiłam zadbać o siebie tak, by mnie nie drenowała. Uważałam, że troska o siebie jest egoistyczna. Miałam dwoje dzieci, to nimi powinnam się opiekować, one winny być moim priorytetem. Wierzyłam, że pracując jako dziennikarka, która wspiera osoby porzucone przez system – niesłusznie skazanych więźniów, rodziny terminalnie chorych dzieci – zmieniam świat na lepszy. Byłam bardzo ambitna. Napędzało mnie poczucie misji. Urlop? Nie wypadało, kiedy świat mnie potrzebował. Któregoś dnia obudziłam się i nie miałam siły wstać z łóżka.
Z czasem zrozumiałam, że kompletnie ignorowałam to, co działo się we mnie. Nie dbałam o swoje ciało. Nie dawałam sobie czasu na przeżycie trudnych emocji. Nie karmiłam duszy, chociażby w regularnej medytacji. Po prostu pędziłam przed siebie co sił, na złamanie karku.
Kiedy odzyskałaś radość życia?
Mój przypadek był trudny. Byłam pogrążona w głębokiej depresji, wymagałam hospitalizacji. Mówiono mi, że już nie wrócę do pracy. I żebym była szczęśliwa i wdzięczna, że w ogóle żyję. Ze stanu wegetacji wychodziłam powoli – przede wszystkim dzięki moim dzieciom, ale też odkrywaniu na nowo przyjemności, którą czerpałam z zajęć kreatywnych. Wcześniej nie pozwalałam sobie na tworzenie dla samego tworzenia. Produktywność była ważniejsza niż kreatywność. Nauczyłam się rysować. Malować. Śpiewać. Nauczyłam się medytować i modlić, znalazłam połączenie z wyższą siłą, czymkolwiek ona dla każdego z nas jest. Na przykład dla mnie to bezwarunkowa miłość. Depresja mnie wyjałowiła, a dzięki połączeniu z kreatywną częścią siebie i medytacji znów mogłam sadzić kwiaty w moim wewnętrznym ogrodzie. Rosły coraz silniejsze.
Praktyki i zasady opisane w książce towarzyszą mi do tej pory, to sposób na życie. Przecież nie zaczynasz lekcji pływania po to, żeby przestać chodzić na basen, jak tylko się nauczysz. Medytuję, prowadzę dziennik wdzięczności, stosuję afirmację, bo chcę żyć pełnią życia.
Wdzięczność jest kompetencją, której można się nauczyć?
To nawyk, który stopniowo wprowadzasz w życie, jak siłownia czy bieganie. Dla mnie praktyka wdzięczności okazała się rewolucyjna. Gdy chorowałam na depresję, skanowałam otoczenie w poszukiwaniu potencjalnego zagrożenia. Widziałam tylko to, co nie działało, i to, co mogło się zepsuć. Wdzięczność wydawała mi się więc niedorzeczną reakcją na stan rzeczy. Za miękka, zbyt ezoteryczna. Nie wierzyłam, że zadziała. A teraz każdego wieczoru spisuję listę rzeczy, za które jestem wdzięczna, bo wiem, że to nawyk, który zmienia mi ustawienia w oprogramowaniu. Inaczej odbieram rzeczywistość.
Co trafiło na listę wczoraj wieczorem?
Telefon od syna. Piętnastolatek nie zawsze pamięta, żeby zadzwonić do mamusi [śmiech]. Jestem właśnie w podróży służbowej, więc wyraziłam wdzięczność za bezpieczne dotarcie do celu i sen w wygodnym łóżku i czystej pościeli. Byłam wdzięczna za owocne poranne spotkanie ze współpracownikami. I za to, że jestem zdrowa.
Czytaj także: Praktykowanie wdzięczności nie musi być żenadą, pod warunkiem że jest autentyczne, a nie new age’owe. Rozmowa z Martą Niedźwiecką
Książka zachęca, by prowadzić swoją wewnętrzną przemianę według czterech praktyk – jak medytacja i dziennik wdzięczności – oraz dziewięciu reguł. Jedną z zasad jest zasada szczerości. Z kim nie jesteśmy szczere?
Ze sobą. Staramy się nie okłamywać przyjaciół, przełożonych, członków rodzin, ale siebie stale oszukujemy. Mówimy sobie, że wszystko jest w porządku, kiedy nie jest. Usprawiedliwiamy cudze zachowanie, zamiast uznać, że ktoś nas źle traktuje. Uczciwy ogląd sytuacji to początek podróży w kierunku życia, które przyniesie nam spełnienie. Choć często łatwiej udawać, że wszystko jest OK. Nie musimy się wtedy mierzyć z ryzykiem porażki. Nie musimy narażać się na ból, który pojawia się zawsze, gdy demontujesz rzeczywistość, w której trwałaś – nawet jeśli nie byłaś w niej szczęśliwa.
Jest „My” w tytule książki, jest i „my” stojące za tą książką. Nie napisałaś jej sama. Współautorką jest aktorka Gillian Anderson. Jak się poznałyście?
Miałyśmy wcześniej sporadyczny kontakt, ale wiedziałyśmy, że nasze dzieci – córka Gillian i mój syn – są w podobnym wieku. I obie obawiałyśmy się, że nie mają zbyt wielu przyjaciół płci przeciwnej, więc zorganizowałyśmy spotkanie. Tylko że dzieciaki podczas wspólnego obiadu milczały, a nam nie zamykały się buzie. Jakiś czas później, niedługo po premierze mojej pierwszej powieści, podczas medytacji naszła mnie myśl, że chciałabym zrobić coś dla kobiet. Coś, co pomoże im zbudować własną niezależność, skoro feminizm nie zawsze działa. Jeszcze tego samego dnia zadzwoniła do mnie Gillian z propozycją książki, która będzie praktycznym wsparciem dla kobiet pragnących zmiany w życiu. Piękna synchronizacja, wyższe siły pracują.
Czytaj także: Gillian Anderson: „Nie uciekam od tego, czego się boję”
Zadam pytanie, które rzadko sobie zadajemy: czy feminizm działa?
Nie działa w takim sensie, że jesteśmy skłonne wyzionąć ducha, żeby wywalczyć sobie połowę tego, co mają mężczyźni, a przecież nie chodzi o to, żeby się jakoś ułożyć w istniejącym systemie, tylko o to, by stworzyć zupełnie nowy, oparty na równości. Nie chcę połowy przywilejów w niedziałającej strukturze, chcę lepszych struktur.
I dlatego potrzebujemy wrażliwości w polityce? Z tą myślą zakładałaś swój polityczny think tank Compassion in Politics, prawda?
Chciałam, żeby zasady, o których piszemy w książce „My”, wdrażać w miejscach, w których podejmowane są decyzje. Skoro system wymaga zmiany, zacznijmy od centrum dowodzenia. Naszą inicjatywę popiera w tym momencie setka brytyjskich parlamentarzystów i parlamentarzystek, to duży sukces. Potrzebujemy empatii i współpracy, by zmierzyć się z bieżącymi kryzysami: klęską głodową, katastrofą klimatyczną, konfliktami zbrojnymi. Czasy lekkie nie są, a będzie pewnie jeszcze gorzej. Trzeba działać.
Jennifer Nadel, dziennikarka i autorka bestsellerów. Jest również dyplomowaną prawniczką i komentatorką. Obecnie kieruje brytyjskim think tankiem Compassion in Politics i jest dyrektorką ds. polityki współczucia w Centrum Badań i Edukacji na rzecz Współczucia i Altruizmu Uniwersytetu Stanforda.