Co zyskujemy, a co tracimy, stawiając na uczciwość, i czy to tylko kwestia sumienia lub finansów? Rozmawiamy z psychoterapeutą i trenerem biznesu Wojciechem Eichelbergerem.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Beata Pawłowicz: Szef każe, pracownik musi, nawet jeśli ma dokonać oszustwa?
Wojciech Eichelberger: Wiadomo przecież powszechnie, że nie należy tego robić, bo oszukując, czynimy innym to, co dla nas niemiłe, i łamiemy własne sumienie. Dziwię się więc, że trzeba to ludziom wyjaśniać. Z drugiej strony jednak w naszym coraz bardziej zakłamanym świecie z pewnością warto o tym przypomnieć.
Gdybym był zmuszany przez przełożonych do fałszowania dokumentów czy podpisywania takich, których nie powinienem podpisywać, zastanowiłbym się poważnie nad szybką zmianą pracy.
Także wtedy, gdyby te nieuczciwości były drobne i błahe?
Tak, bo nawet jeśli uśpiłbym lub zagłuszył sumienie, to doświadczenie życiowe i rozum stanowczo odradziłyby mi oszukiwanie. A to dlatego, że z pewnością propozycje i naciski ze strony posiadających władzę byłyby wtedy coraz częstsze i dotyczyły spraw coraz poważniejszych. Warto pamiętać, że nawet jednorazowa, niewinna z pozoru zgoda sprawi, że trudno odmówić udziału w następnej nieuczciwej propozycji. Bo, chcąc nie chcąc, zawarliśmy już niepisany sojusz z nieuczciwym zleceniodawcą i jeśli wtedy powiemy: „Nie”, usłyszymy: „Jak to? Tu podpisałeś, tu zawyżyłeś, tu ukryłeś, to nie wyobrażaj sobie, że teraz wyjdziesz z tego czyściutki i niewinny”. No i zrobi się nieprzyjemnie, bo szef zleceniodawca da nam do zrozumienia, że ma na nas haka.
Strach wtedy odmówić?
Ten sam mechanizm działa w organizacjach przestępczych. Tam zaprasza się aspirującego adepta do popełnienia jakiegoś grubego przestępstwa, nawet morderstwa, nie tylko po to, by sprawdzić jego charakter i determinację, ale także po to, aby mieć haka, zapewniającego niezłomną lojalność nowego członka mafii. W ten sposób wymusza się grupową mafijną solidarność w zatajaniu przestępstw. Jeśli odmówimy dalszego w tym udziału, to musimy być gotowi na to, że albo zginiemy z rąk wspólników, albo zostaniemy przez nich tak sprytnie „zakablowani”, że znajdziemy się nieoczekiwanie w objęciach stróżów prawa.
Wracając jednak do realiów codziennej pracy, to nie zapominajmy, że sfałszowane i podpisane przez nas papiery czy też kłamliwe oświadczenia brudzą wyłącznie nasze ręce i sumienie. Zleceniodawcy w świetle prawa pozostają niewinni, chyba że zlecenie nieuczciwości będzie miało formę dokumentu, czego zleceniodawcy skrupulatnie unikają.
Pamiętajmy, że nie jesteśmy żołnierzami na froncie, gdzie za niewykonanie sprzecznego z naszym sumieniem rozkazu, grozi nam udręka w kompanii karnej czy rozstrzelanie. Zawsze możemy zachować się przyzwoicie. Nie liczmy też na to, że gdy przekręt się wyda, to nie my, lecz nasi zleceniodawcy odpowiadać będą przed sądem za wydawanie ustnych poleceń niezgodnych z prawem. Wyprą się tego.
Najgroźniejszy jest pierwszy krok w nieuczciwość?
Także dlatego, że jeśli raz przekroczymy granice wyznaczone przez obowiązującą moralność i nasze sumienie, to kolejnym razem przekroczenie tej granicy przyjdzie nam łatwiej, aż wcale nie trzeba będzie nas do nieuczciwości ani zmuszać, ani namawiać. Moralny niepokój, wyrzuty sumienia i lęk przed karą ludzką i boską zaczniemy zagłuszać obsesyjnym pogrążaniem się w przestępstwie. Podobnie jak to czyni alkoholik, który pije coraz więcej, aby zagłuszyć upokorzenie uzależnienia.
Kiedy szef oczekuje nieuczciwości, otwarcie powiedzieć: „Nie”?
Najlepiej od razu wyrazić swoją niezgodę. Jeśli szef będzie naciskał, poprosić o polecenie na piśmie. Oczywiście odmówi i z pewnością przestanie nas namawiać do nieuczciwości. Ale wtedy lądujemy na „czarnej liście” i trzeba się liczyć z jego wrogą reakcją, która prędzej czy później zmusi nas do zwolnienia się z pracy lub też zostaniemy pod jakimś pretekstem z niej zwolnieni. Wobec realnej groźby natychmiastowego zwolnienia możemy się zdecydować na „konspirację”. Otwarcie wtedy nie zgłaszamy sprzeciwu, ale sabotujemy polecenie. Odwlekamy w ten sposób otwarty konlikt, zyskując czas na zorganizowanie sobie spadochronu, czyli szukanie nowej pracy. Bywa jednak, że nawet jeśli zdobędziemy się na otwarte „nie”, to i tak nie zdołamy się obronić i damy wciągnąć się w nieuczciwość. Może tak być, gdy szef nie straszy nas zwolnieniem ani zemstą, lecz sam stawia się w sytuacji ofiary i odwołuje się do współczucia: „Jak możesz mi coś takiego zrobić, jeśli się nie zgodzisz, to wywalą mnie z roboty. Przecież nie ja to wymyśliłem! Ja też mam szefa, a on swojego! Chyba rozumiesz?”.
Manipulacja?
Nieuczciwy szef chce w ten sposób zbudować między sobą i pracownikiem sojusz ofiar oparty na tym, że obaj są pod presją jakiegoś szefa wszystkich szefów, demiurga zła. Właściwie nie wiadomo, kim jest ten demiurg. To tajemnicze, amorficzne, bezosobowe źródło wszelkiego zła, któremu nie sposób się oprzeć. Więc szef kontynuuje: „Myślisz, że mi się to podoba? Nie, nie podoba mi się! Ale tak jak ty mam rodzinę i kredyty!”. Pracownik znajduje się wtedy w trudnej sytuacji, bo odmawiając szefowi, okaże się nieempatyczny. Racjonalizuje więc nieuczciwość, przyjmując pozę niewinnej ofiary złego demiurga i uwalniając się od poczucia odpowiedzialności i winy. To strategia psychotechniczna typowa dla wszystkich autorytarnych organizacji i totalitarnych systemów władzy.
Czytaj także: Zmiana pracy po 40. lub 50.? Nie bój się zacząć od nowa
Co jeszcze może nas zwieść z dobrej drogi?
Właśnie skłonność do racjonalizowania: „Co tam, takie małe kłamstewka, inni to dopiero dopuszczają się nadużyć, nie chcę być frajerem, przecież mam tu dobrą pracę, a muszę utrzymać rodzinę!”. Jeśli pozwalamy sobie na takie usprawiedliwianie, zaczynamy wchodzić w mechanizm świetnie pokazany w filmie „Breaking Bad”, którego bohater zaczyna od przypadkowej zbrodni, a potem już nie może się zatrzymać aż do tragicznego końca.
Mimo wszystko zawsze mamy być uczciwi?
„Nie kłam”, „Nie kradnij”, „Nie dawaj fałszywego świadectwa” to podstawowe wartości nie tylko naszej kultury. Od ich przestrzegania zależy nasze samopoczucie i rozwój osobisty, ale także spójność i rozwój społeczności, w której żyjemy, poczucie
przynależności do niej i nasze bezpieczeństwo. Naruszając je, ponosimy nie tylko ogromne koszty moralne i duchowe, lecz również szkodzimy naszemu plemieniu. Dlatego w każdej społeczności istnieją mechanizmy prawne służące identyfikowaniu i izolowaniu ludzi, którzy takie zasady naruszają. To jednak, jakie będą nasze osobiste koszty, zależy wyłącznie od osobistej wrażliwości moralnej, czyli od tego, co nazywa się sumieniem. Jeśli mamy zinternalizowane, uwewnętrznione te uniwersalne zasady, to nasze sumienie nie pozwoli nam na dłuższą metę żyć w zakłamaniu i hipokryzji.
Od czego zależy to, jakie wartości wyznajemy?
W ogromnej mierze wpływa na to środowisko, w jakim byliśmy wychowywani, a więc to, jakie zasady były w nim realizowane. Jeśli więc w dzieciństwie doświadczymy odrzucenia, nadużyć, oszustw i przemocy ze strony tych, którzy powinni dbać, troszczyć się o nas, to czerpiąc wzorce z naszego patologicznego otoczenia, uznamy, że społeczność, w której żyjemy, jest nam wroga i że musimy za wszelką cenę, nie bacząc na zasady i moralność, walczyć o respekt. Dzięki temu nie boimy się już odrzucenia ani kary – bowiem odrzucenie, poniżenie i kara od zarania były naszym udziałem. W końcu trafiamy do kategorii przestępców, socjopatów, psychopatów, tyranów, potwierdzając boleśnie prawdziwą obserwację, że przemoc to zemsta niechcianych dzieci.
Czy tylko tacy ludzie uważają, że wolno oszukiwać?
Takie przekonanie możemy wynieść także z rodzinnego domu, gdzie nasi rodzice uważali aspołeczne postawy za rodzaj szlachetnego buntu przeciwko systemowi. „Państwo nas okrada, ściąga ZUS i podatki, a nic w zamian nie daje, to teraz my okradamy państwo”. Jeśli wychowaliśmy się w takim duchu, a zaczynamy pracę, to musimy zastanowić się, czy z takim wzorcem pozornie szlachetnej nieuczciwości rzeczywiście się zgadzamy. Jeśli nie, to trzeba żyć w zgodzie ze sobą, bo sumienie nam nie odpuści.
Ideologizacja nieuczciwości to rzadka postawa?
Wielu uważa, że może kontestować prawo i dobre obyczaje, bo „politycy kradną, a od nas wymagają uczciwości”. Jeśli jednak taka postawa staje się powszechna, świadczy to o moralnym rozkładzie państwa. Za tym idzie jeszcze jedno niebezpieczeństwo: polaryzacja społeczeństwa, która otwiera drogę do uznania „onych” za wrogów. A gdy raz nazwiemy kogoś wrogiem, a nie rywalem czy przeciwnikiem biznesowym albo politycznym, to otwieramy się na niemoralne, okrutne działania. Bo wobec wroga nie postępuje się uczciwie – wróg to ktoś gorszy. Wrogom kłamiemy, bezwzględnie działamy na ich szkodę i bez wyrzutów sumienia, wręcz w aroganckim, z pozoru szlachetnym uniesieniu dopuszczamy się nierzadko potwornych zbrodni.
Pod nieuczciwością ukrywa się pogarda dla innych, dla tych, których nazywamy wrogami?
Pogarda ma uzasadnić bezkarne krzywdzenie wroga. Dlatego ważne jest, abyśmy ograniczali w naszym życiu używanie kategorii „wróg”. Używając jej, dajemy sobie przyzwolenie na zagłuszenie sumienia i postępowanie w sposób amoralny.
Sytuacja, która pozornie daje przyzwolenie na łamanie prawa i zasad, może mieć miejsce w organizacji, której szef okrada pracowników. Wtedy zdarza się, że pracownicy w poczuciu słuszności i sprawiedliwości zaczynają szefa „krwiopijcę” w rewanżu oszukiwać i okradać. Ale własnego sumienia tak łatwo nie da się oszukać. To, co robią inni, to kwestia ich sumienia, my mamy pilnować własnego, a jeśli chcemy żyć w spokoju i poczuciu spójności, powinniśmy tylko nim się kierować.
Czytaj także: Pracujesz coraz ciężej i czujesz się coraz gorzej? Ta jedna zmiana może uratować cię przed wypaleniem zawodowym
Od lat pracujesz jako biznesowy coach. Czy problem z oczekiwaniem od pracowników nieuczciwości jest częsty?
Mam wiele przykładów na to, że tak jest. Jeden z klientów, który zgłosił się z tego powodu do mnie, był pracownikiem dyrekcji pewnego banku, któremu polecono maksymalizować zysk kosztem klientów: „Przecież to dorośli ludzie, jeśli dadzą się wykorzystać, to ich sprawa”, usłyszał, kiedy wyraził wątpliwość. Trafoł do mnie, bo nie mógł się z tym pogodzić. Tracił szacunek dla siebie, był zawstydzony, zestresowany tym, że pracuje w takiej organizacji i przykłada rękę do okradania ludzi. Trudne było także to, że w jego środowisku menedżerskim nikt nie podzielał jego wątpliwości ani rozterek. Początkowo miał nadzieję, że uda mu się przemówić do rozsądku kolegom i szefostwu, lecz w końcu uznał, że go to za dużo kosztuje i zrezygnował z pracy.
Czy na „niemoralne propozycje” są narażeni tylko pracownicy instytucji finansowych i biznesowych?
Gdzie tam! Kolejny z moich klientów, który miał problemy z powodu nadużyć, jakich dopatrzył się tam, gdzie pracował, zajmował się kulturą i sztuką. Kiedy poszedł z tym do dyrekcji, okazało się, że dyrektor sam jest umoczony w tym procederze. Usłyszał więc od niego, że mu się wydaje, żeby zabrał się do swojej roboty i nie zawracał głowy. A jeśli będzie podskakiwał, to zostanie wyrzucony. Ten mężczyzna po kilkunastu miesiącach sam zwolnił się z tej pracy. Był oczywiście ostro mobbingowany przez członków szajki. Nie wytrzymywał presji. Widział, co się dzieje, ale nic z tym nie potrafił zrobić. Zwalniając się z pracy, przynajmniej przestał czuć się współwinny.
Podpowiadasz klientom, co w takiej sytuacji najlepiej zrobić?
Moim zadaniem nie jest mówić klientom, co mają robić. Mam im pomóc, a ponieważ zazwyczaj są w złym stanie z powodu stresu, pierwszy etap to dać im narzędzia do poradzenia sobie z przeciążeniem. Zazwyczaj ci ludzie myślą, że to im wystarczy. Że kiedy zaczną lepiej spać i jeść, kiedy zatrzyma się kołowrotek męczących myśli w ich głowie, to znajdą w sobie siłę, by dać radę. Szybko jednak przekonują się, że to nie wystarczy, bo męczy ich sumienie, że biorą udział w przestępczym procederze – nawet tylko bierny. Wtedy czas na decyzję, co dalej? Jeśli chcą odejść, muszą liczyć się z konsekwencjami ekonomicznymi. Współczesne organizacje pod pretekstem wszechstronnej pomocy głęboko ingerują w prywatne życie pracowników, uzależniając ich. Samochód, telefon, dostęp do dobrych kredytów, karty medyczne, karty do siłowni, przedszkola, atrakcyjne wyjazdy itd. Decyzja o odejściu z takiej firmy graniczy więc z heroizmem.
Trudno zrezygnować z wysokich dochodów?
Nie tylko. Pojawia się lęk, że ich dzieci wtedy trafią do gorszej szkoły, że poziom życia rodziny drastycznie spadnie, że skończą się luksusowe wakacje. Współczuję podejmującym takie decyzje. Wielu z nich idzie więc do psychiatry po leki, które im umożliwiają dalszą pracę mimo konfliktu sumienia.
Tabletki jednak na dłuższą metę nie wystarczą, bo zagłuszone sumienie znajdzie z czasem inny sposób, by dać o sobie znać, na przykład pojawią się objawy depresyjne, koszmarne sny, trzepotanie serca.
Co zrobić, jeśli czujemy, że mimo strat musimy odejść z pracy?
Zmobilizować przyjaciół i rodzinę do wspierania nas. Pogodzić się z tym, że stopa życiowa spadnie, że dzieci pójdą do państwowej szkoły, że trzeba zmniejszyć wydatki. To zaboli. Pociechą niech będzie to, że spokój sumienia i wewnętrzna spójność, które uzyskamy dzięki pracy w uczciwej firmie, szybko ten ból wynagrodzą.