1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Moda
  4. >
  5. Kupowanie używanych ubrań jako wyraz troski o planetę i powód do dumy? Chyba musimy porozmawiać

Kupowanie używanych ubrań jako wyraz troski o planetę i powód do dumy? Chyba musimy porozmawiać

Rok 1977, Los Angeles. W popularnym second handzie buszuje 15-letnia wówczas... Demi Moore. (Fot. Michael Montfort/Michael Ochs Archives/Getty Images)
Rok 1977, Los Angeles. W popularnym second handzie buszuje 15-letnia wówczas... Demi Moore. (Fot. Michael Montfort/Michael Ochs Archives/Getty Images)
Żeby nie było i by uspokoić emocje, a te w przypadku odzieży z drugiego obiegu bywają ogromne, bo kupujący ją nie tyle są jej nabywcami, ile wyznawcami: generalnie robicie dobrze.

Używane ubrania, jeśli myśleć o środowisku naturalnym, lepsze są niż nowe. Choćby dlatego, że po prostu zostały już wyprodukowane. Jednak samo gmeranie w second handach - bez znaczenia, czy stacjonarnych czy online - nie czyni nas jeszcze ludźmi odpowiedzialnymi. I na dobrą sprawę niewiele wspólnego ma z ekologią. I z modą. Zwłaszcza, że stało się kompulsywne.

Trochę liczb. O ile światowy rynek używanych ubrań rośnie trzykrotnie szybciej niż nowych i stanowi już dziesiątą część globalnego biznesu odzieżowego, o tyle w Polsce - wg raportu OC&C Strategy Consultants - rynek ów rósł w ostatnich sześciu latach aż o 34 proc. rocznie i do 2029 roku aż co trzeci kupowany w Polsce element garderoby będzie pochodził z drugiej ręki. Niestety, głównym kryterium zakupu nie jest ani przyjazność środowisku, ani jakość czy uroda ubrania, lecz cena: aż 70 proc. konsumentów stawia ją na pierwszym miejscu, co czyni Polaków trzecim najbardziej wrażliwym na cenę konsumentem na świecie, tuż za Brazylijczykami i Grekami (raport Havas Media Network).

Czy oznacza to, że jesteśmy biedni? Niekoniecznie. Raczej znudzeni, grymaśni i cwani. Na portalu Vinted prawie 6,5 mln polskich użytkowników spędza bowiem rekordową godzinę i trzy kwadranse, najwięcej spośród wszystkich platform sprzedażowych, przez co internetowe zakupy ubrań z drugiej ręki, zdaniem agencji badawczej Gemius, stały się po prostu nowym medium - rozrywką niczym scrollowanie TikToka i tak też zaczęły być przez nią ujmowane w statystykach.

Zadziałał zatem ten sam mechanizm, co w przypadku klasycznych sieciówek pokroju C&A czy Bershki, a później marek ultrafastfashion jak np. Temu: kupujemy nie dlatego, że potrzebujemy, lecz dlatego, że jest tanio. I kupujemy nie to, na co nas stać, lecz tyle, na ile nas stać. Ilość ponad wszystko. Co pokazuje, że kupowanie rzeczy z drugiej ręki również może być przykładem hiperkonsumpcjonizmu.

„Wystarczą dwa kliknięcia w smartfonie, by zamówić wciąż używane, ale w naszej szafie „nowe” produkty. Tymczasem świadome i zrównoważone kupowanie, to nie tylko nabywanie „polskich małych marek” i unikanie produktów z chińskich platform zakupowych, lecz przede wszystkim kupowanie mniej i wtedy, kiedy naprawdę jest to uzasadnione” - mówi mi Paulina Górska, dziennikarka, autorka podcastu „Lepszy Klimat”.

W przeciwnym razie - jak zauważa - nad takim shoppingiem tracimy kontrolę. „Sam proces kupowania daje nam chwilową redukcję napięcia, wyrzut dopaminy i poprawę nastroju, przez co takie zakupy wcale nie są „świadome” i „lepsze dla środowiska”. Uzależnienie może dotyczyć tak samo rzeczy nowych, jak i używanych - prawidłowość stojąca za kupowaniem jest przecież taka sama” - wyjaśnia Górska.

Co gorsze, jedno nie musi wykluczać drugiego. Coraz więcej bowiem ubrań - tak w zwykłych lumpeksach, jak i tych w sieci - nie pochodzi z czyjejś garderoby, lecz prosto z fabryki. Wystarczy spojrzeć, ile ciuchów zaopatrzonych jest w fabryczne zawieszki, ile w sieci oznaczonych jest jako „nowe, z metką”.

A to second handy upodabnia do outletów. Zakupy w nich też kiedyś postrzegane były jako przejaw rozsądku i nieprzykładanie się do nadmiernej konsumpcji. Z definicji przecież za ułamek ceny oferować miały wytworzone kilka sezonów wcześniej produkty, które z różnych względów (odważny fason, nietypowa rozmiarówka, drobny defekt, nietrafienie w aktualne trendy) nie sprzedały się w oficjalnych salonach marek.

Czytaj także: Greenwashing – co to jest? Jak rozpoznać ekościemę?

Początkowo nawet tak było, tyle że firmy odzieżowe, dostrzegłszy fenomen, zwietrzyły w outletach interes i zaczęły specjalnie dla nich produkować całe, oddzielne kolekcje - gorszej jakości, za to tańsze, by utrzymać iluzję niebywałej okazji.

Tym samym pryska kolejny mit second handów: używane nie znaczy jeszcze jakościowe. Owszem, mniej więcej do połowy lat 90. jakość ubrań, tj. tkanin, dodatków, wykonania czy szycia, była nieporównywalnie wyższa. Dopiero przeniesienie produkcji do Azji i jej masowość sprawiły, że odzież zaczęła rozpadać się po kilku praniach. Tyle że dziś w second handach dominuje właśnie ta druga. I z każdym rokiem - co zresztą naturalne - ubrań sprzed kilku dekad jest coraz mniej. Powiedzmy sobie uczciwie: lumpeksy zawalone są chłamem, nieważne już nawet czy nowym, czy kilkuletnim.

„Gdy wchodzę na duże platformy i znajduję miliony sztuk odzieży z poliestru, ale też zdjęcia generowane przez AI, gdzie część produktów sprzedawanych jest jako „vintage”, „scandi”, „retro” z dużą marżą, a oryginalnie to słabej jakości rzeczy z chińskich platform, to zadaję sobie pytanie, jak drugi obieg rozwiązuje problem nadprodukcji odzieży” - potwierdza Paulina Górska.

Cóż. Ów chłam, którego ani nie da się długo nosić, ani odsprzedać, trafi na wysypisko. To jest do PSZOK-ów. A potem na wysypisko. Jak nie w Polsce, to na pustyni Atakama w Chile, słynącej - jak podpowiadają źródła - z „wulkanów, flamingów i niesamowitych widoków na gwiazd”, a będącej jednym z największych na świecie cmentarzysk szmat rzekomo zamożnego Zachodu. Albo w Ghanie. Tam, jak w podkaście „Living Planet” dla Deutsche Welle opowiadała niedawno Liz Ricketts, na niewielkim odcinku plaży co tydzień zbiera się około 20 ton odpadów tekstylnych, wyrzuconych przez morze (przy okazji wspomnijmy zanieczyszczający wodę mikroplastik z włókien syntetycznych). I tak niewiele, biorąc pod uwagę, że w tym samym czasie do tego kraju przychodzi około 15 milionów sztuk używanej odzieży. Część trafia na Kantamanto, największy na świecie targ z lumpami, jednak ubrania są tak złej jakości, że jakieś 40 proc. z nich od razu ląduje w śmieciach. To tyle w temacie wzruszania się pomocą biednym i potrzebującym.

Czytaj także: „Cieszą mnie porażki złych korporacji”. Rozmowa z Martyną Zastawną, założycielką marki woshwosh i ekspertką do spraw zrównoważonego rozwoju

Nie znaczy to, oczywiście, że nie da się w lumpeksach złowić perełek. Do tego jednak trzeba mieć wiedzę, umiejętność rozróżnienia jakości od tandety oraz - niestety - coraz częściej siłę. W przypadku sklepów stacjonarnych - tę fizyczną. „Uwielbiam chodzić po lumpeksach, znajdować rarytasy, które potem sama noszę lub przerabiam, tworząc z nich unikalne produkty”, przyznaje Kasia Frąckowiak, założycielka marki Chmury Tildy, oferującej głównie akcesoria z włóczki. „Często jednak wiąże się to z frustracją z powodu ludzi, którzy dzień w dzień koczują przed otwarciem lumpeksu, by wpadać tam, przepychać się, a czasem dosłownie się bić, by dorwać wartościowe ubrania od projektantów lub coś z metką The North Face, celem sprzedania z ogromną przebitką na Vinted. Ja nie mam takiej determinacji i siły, przez co często moje wymarzone projekty pozostają w sferze pomysłu. Nie idziesz „na dostawę”? Zostajesz praktycznie z niczym”, opowiada Kasia.

No właśnie. Na romantycznym wizerunku mody z drugiej ręki (że ekologiczna, unikatowa, za grosze upolujesz Saint Laurenta) spryciarze zbudowali imponujące biznesy.

Zagubiliśmy się w używanych ubraniach. Rzewnie zwane są vintage lub wręcz pre-loved. Czyli że wcześniej kochane. Tylko żeby jeszcze ta miłość była odwzajemniona. Obowiązującą narracją jest przecież ta, mówiąca o ich unikatowości, dzięki której możemy wyrazić siebie, zaprezentować oryginalny styl, wyglądać lepiej. No więc niekoniecznie. Patrząc bowiem na ulice - choć to akurat najmniejszy problem z odzieżą używaną - styl ów, jeśli jest, to nienachalny. Prędzej wizualny chaos, wynikający z doraźności ubrań i dodatków, pstrokacizna i bezład, który mimo samozadowolenia noszących nie tworzy nowej estetycznej jakości.

„Sam w swojej szafie mam masę perełek z drugiej ręki: głównie torebki, okulary przeciwsłoneczne, czasem biżuterię, ale i jedną świetną skórzaną kurtkę z lat 80.”, mówi stylista Mateusz Kołtunowicz. Dodaje jednak, że eklektyzm ma swoje uzasadnienie wtedy, gdy jest świadomie tworzony. Ma sens, gdy jest dopracowany. Inaczej jest przypadkowy. „Niektórzy tymczasem nie wysilają się tworząc swoje stroje i zapominają, że jest to nie tylko ubranie, a przekaz do ludzi o tym, kim jesteśmy i co chcemy sobą pokazać”, zauważa Mateusz. „A tu tak samo istotne jest wyczucie, znajomość własnej sylwetki i umiejętności łączenia odpowiednich dla siebie ubrań’, przypomina stylista. Co także upodabnia rzeczy nowe do używanych. Z tą różnica, że opublikowane w piśmie „Nature” badania dr Meital Peleg Mizrachi z Uniwersytetu Yale wykazują jasno: kupujący używane ubrania generują więcej odpadów tekstylnych niż zwykli konsumenci. Pozbywają się ich, by móc kupić więcej.

Naprawdę, nie ma takiej potrzeby.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE