Stellan Skarsgård nie jest aktorem, który zabiega o sympatię. Nie próbuje się odmładzać, nie wygładza biografii, nie udaje, że życie było prostsze, niż było naprawdę. A jednak – albo właśnie dlatego – od dekad fascynuje. Jego kariera to rzadki przykład artystycznej konsekwencji połączonej z otwartością na ryzyko i zmiany. To także historia mężczyzny, który równolegle budował imponujący dorobek zawodowy i bardzo intensywne życie rodzinne, płacąc za to cenę, ale nigdy nie udając, że jej nie było.
Urodzony w 1951 roku w Göteborgu, Stellan Skarsgård od najmłodszych lat żył w ruchu. Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem częstych przeprowadzek – zmieniał miasta, szkoły i środowiska. Ten brak zakorzenienia nauczył go uważnej obserwacji ludzi i szybkiej adaptacji, co później okaże się jednym z fundamentów jego aktorstwa. Paradoksalnie jednak, młody Stellan wcale nie marzył o scenie. – Nie miałem zamiaru zostawać aktorem. Chciałem być dyplomatą. Marzyłem o podróżowaniu po świecie i szerzeniu pokoju wszędzie, gdzie się da – zdradził niedawno w wywiadzie dla „W Magazine”.
W wieku 16 lat zagrał główną rolę w młodzieżowym serialu telewizyjnym „Bombi Bitt och jag”, który uczynił go gwiazdą w całej Szwecji. Sukces przyszedł wcześnie, ale nie zmienił od razu jego planów. Jeszcze przez kilka lat wahał się, czy aktorstwo ma być zawodem, czy jedynie epizodem. Ostatecznie, jak sam przyznaje, „poddał się” i w wieku 18 lat zdecydował się zostać aktorem na pełen etat. Do dziś mówi o tym wyborze z charakterystycznym dystansem. – Wciąż nie wiem, kim zostanę, gdy dorosnę. Robię to dla przyjemności – oznajmił w wieku 74 lat.
Fundamentem jego aktorstwa nie było kino, lecz teatr. Przez 16 lat był związany z Królewskim Teatrem Dramatycznym w Sztokholmie , czyli jedną z najważniejszych instytucji teatralnych w Skandynawii. To tam nauczył się dyscypliny, precyzji, szacunku do tekstu i pracy zespołowej. Teatr ukształtował też jego podejście do zawodu: cierpliwe, pozbawione efekciarstwa, skupione na sensie, a nie na popisach.
Równolegle rozwijała się jego kariera filmowa w Szwecji. Już w latach 70. i 80. był uznawany za jednego z najważniejszych aktorów swojego pokolenia. Potwierdziły to nagrody, w tym Srebrny Niedźwiedź w Berlinie za rolę w „Prostodusznym mordercy”. Grał postacie trudne, często fizycznie i psychicznie naznaczone, nie unikając brzydoty czy moralnej dwuznaczności.
Międzynarodowy przełom przyniosła mu współpraca z Larsem von Trierem. Rola w „Przełamując fale” była jednym z tych momentów, które redefiniują karierę. Skarsgård zagrał mężczyznę sparaliżowanego po wypadku, którego miłość staje się dla żony źródłem destrukcyjnych decyzji. Film wzbudzał kontrowersje, ale też zachwyt krytyków, a aktorstwo Skarsgårda – oszczędne, bolesne, pozbawione sentymentalizmu – ugruntowało jego pozycję w kinie autorskim.
Od tego momentu regularnie balansował między Europą a Stanami Zjednoczonymi. Grał u Stevena Spielberga, pojawiał się w ambitnych dramatach i thrillerach, ale nigdy nie zerwał więzi z kinem skandynawskim. To tam, jak wielokrotnie podkreślał, mógł pozwolić sobie na największą artystyczną szczerość.
Choć nie stał się gwiazdą pierwszego planu w hollywoodzkim sensie, jego twarz stopniowo zaczęła być rozpoznawalna na całym świecie. Pojawiał się w wielkich produkcjach, nie rezygnując z charakterystycznego rysu. Jako upiorny Bill Turner w serii „Piraci z Karaibów” był jednocześnie groteskowy i tragiczny. W uniwersum Marvela wcielił się w profesora Erika Selviga, naukowca uwikłanego w siły, których sam nie rozumie do końca. W epickiej „Diunie” stał się potężnym baronem Harkonnenem, symbolem brutalnej władzy.
Jednym z najbardziej zaskakujących momentów w jego karierze była jednak „Mamma Mia!”. Skarsgård nie tylko zgodził się na musical, ale wszedł w niego z humorem i dystansem, udowadniając, że nie boi się autoironii. – Oglądać to jeszcze okej, ale słuchać? – zaśmiał się ostatnio w rozmowie z CBS News. Najważniejsze było dla niego to, że dobrze się bawił, a to właśnie przyjemność z pracy uważa za klucz do długowieczności w zawodzie. – Staram się wybierać takie projekty, przy których mam frajdę. Dlatego się nie nudzę. Zagrałem w 150 filmach. I wciąż to uwielbiam – wyznał.
Równolegle do kariery aktorskiej rozwijało się jego intensywne, wielowątkowe, a czasem wręcz chaotyczne życie rodzinne. Z pierwszą żoną, My Gïnther, wychował pięciu synów – Alexandra, Gustafa, Sama, Billa i Valtera oraz jedną córkę, Eiję. Ich małżeństwo rozpadło się w 2007 roku. Dwa lata później aktor związał się z producentką i scenarzystką telewizyjna Megan Everett, z którą ma dwóch synów – Ossiana i Kolbjörna. Łącznie doczekał się ośmioro dzieci urodzonych na przestrzeni pięciu dekad.
Stellan Skarsgård i jego żona Megan Everett-Skarsgård na gali rozdania Złotych Globów 2026. (Fot. Matt Winkelmeyer/GA/The Hollywood Reporter via Getty Images)
Skarsgård nie ukrywa, że godzenie pracy z ojcostwem było wyzwaniem. Starał się być obecny, ale nie idealizuje swojej roli. – Starałem się tak to poukładać, żeby dużo być w domu – wyznał w jednym z ostatnich wywiadów. – Nie da się być idealnym ojcem przez cały czas. Trzeba to zaakceptować – ja i dzieci – że mam swoje wady – wyjaśnił.
Fakt, że aż sześcioro z jego dzieci pracuje dziś w branży filmowej, określa jako „statystyczne szaleństwo”, a nie efekt planu czy nacisku. – Nie zachęcałem ich do tego. Nie mają żadnych złudzeń co do tej branży. Widzą, że jestem szczęśliwy i robię to, co sprawia mi przyjemność, więc pewnie czegoś się z tego uczą – oznajmił.
W 2022 roku doznał udaru, który wpłynął na pamięć i zdolności językowe. Dla aktora, którego narzędziem jest słowo i precyzja, był to moment graniczny. – Przez to zapominam języka, zapominam słów, czuję się przez to głupszy, mniej zabawny i w ogóle – przyznał. Skarsgård jednak nie wycofał się. Nauczył się nowego sposobu pracy. Na planie korzysta z dyskretnego odsłuchu, który podpowiada mu kwestie. – To w rzeczywistości bardziej skomplikowane niż zwykłe uczenie się kwestii, bo lektor musi podawać swoją linijkę w tym samym czasie, gdy mówi drugi aktor – wyjaśnił.
Najważniejsze jest jednak to, że – jego zdaniem – istota aktorstwa przetrwała. Udar odebrał mu część sprawności, ale nie sens pracy. – Mam 74 lata i żyję – kwituje bez patosu.
Skarsgård jest konsekwentny także poza planem. Jako ateista wychowany w humanistycznym domu otwarcie mówi o swoich poglądach, krytykuje religijny dogmatyzm i nacjonalizm, angażuje się społecznie, nie szukając przy tym poklasku. W wywiadach krytykuje nadmiar. – Wkurza mnie, kiedy kucharze psują jedzenie. Zamawiam prosty makaron, na przykład cacio e pepe – tylko ser, makaron i pieprz. A oni dorzucają coś zielonego, np. rukolę, i trochę octu balsamicznego. Myślą, że muszą coś dodawać, a tak naprawdę powinni odejmować. To ogólnie dobra metafora: prostota i umiejętność odejmowania sprawdzają się też w aktorstwie – powiedział niedawno.
Ostatnie lata przyniosły mu paradoksalnie największe uznanie. Za rolę w serialu „Czarnobyl” otrzymał Złoty Glob, a kolejne projekty, w tym najnowsze filmy skandynawskie, dały mu pierwsze w karierze nominacje do najważniejszych nagród filmowych za role kinowe. W styczniu zgarnął nominację do Oscara 2026 za drugoplanową rolę w filmie „Wartość sentymentalna” w reżyserii Joachima Triera, do którego muzykę stworzyła polska kompozytorka, Hania Rani.
Po niemal sześciu dekadach pracy znalazł się w momencie, który wielu aktorów osiąga znacznie wcześniej. Może jednak właśnie dlatego potrafi go naprawdę docenić.