Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Vincenzo Latronico: „Poświęcamy całą uwagę sobie i własnej przyjemności, a na końcu i tak okazuje się, że fatalnie się bawimy”

Vincenzo Latronico: „Poświęcamy całą uwagę sobie i własnej przyjemności, a na końcu i tak okazuje się, że fatalnie się bawimy”

Vincenzo Latronico (Fot. Maria Ródenas Sáiz De Baranda)
Vincenzo Latronico (Fot. Maria Ródenas Sáiz De Baranda)
Jego ostatnia powieść „do perfekcji”, bazująca na książce Georges’a Pereca „Rzeczy”, stała się międzynarodowym bestsellerem przetłumaczonym na ponad 40 języków. Vincenzo Latronico, opisując berlińskie życie pary młodych Włochów z branży kreatywnej, kreśli portret całej generacji, trawionej poczuciem pustki. Dlaczego pokolenie dorastające w czasach przesytu czuje permanentny niedosyt?

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Angelika Kucińska: Wiem, że wszystkie wywiady, których teraz udzielasz, dotyczą powieści „Do perfekcji”, ale ja chciałabym zacząć od innej książki. „La chiave di Berlino” to zbiór osobistych esejów o Berlinie, pamiętnik ekspaty. O czym marzyłeś, kiedy się tam przeprowadzałeś z Mediolanu?

Vincenzo Latronico: Odpowiedź na to pytanie zmienia się jak odpowiedź na pytanie, dlaczego zerwałaś z osobą, z którą byłaś w związku. Jednego dnia powiesz, że ten ktoś cię zdradzał, a trzy miesiące później uznasz, że zwyczajnie od dawna nie byliście ze sobą szczęśliwi.

Gdy wyjeżdżałem z Mediolanu, fantazjowałem o beztroskim życiu artysty. Miałem trochę pieniędzy, wiedziałem, że w Berlinie nie jest drogo. Widziałem, że ludzie, którzy tam mieszkają, świetnie się bawią, podczas gdy ja umieram z nudów, wykonując niskopłatną pracę na uniwersytecie. Chciałem żyć w tanim mieście, mieć mnóstwo czasu na pisanie książek i imprezować. To było moje marzenie. Spełniłem je.

Czytałam „La chiave di Berlino” podczas ostatniej wizyty w stolicy Niemiec. Przypomniałeś mi powody, dla których sama kiedyś bardzo chciałam tam zamieszkać. A jednocześnie spacerowałam z twoją książką po ulubionych miejscach ze smutną refleksją, że to już nie jest to samo miasto.

A co to za powody, dla których chciałaś się przenieść?

Przestrzeń, o której piszesz na początku książki. Niby jesteś w głośnej, tłocznej metropolii, ale masz czym oddychać, nic cię nie przygniata.

Dziwna sprawa z tym Berlinem. Wielokrotnie zachwalałem rodzinie i przyjaciołom, jak piękne jest to miasto i jak bardzo jestem w nim szczęśliwy. Zachęcani moimi zachwytami przyjeżdżali z wizytą, prosząc, żeby ich oprowadzić i... nie za bardzo było co pokazać. No bo co? Nie masz Koloseum. Ze stereotypowo turystycznego punktu widzenia Berlin nie jest miastem, które robi wrażenie. Nie zachwycisz się nim, oglądając zdjęcia. Berlina trzeba doświadczyć. Trzeba tam pomieszkać i poczuć przestrzeń, o której powiedziałaś.

Czytaj także: 30 miejsc w Berlinie: od kultowych po nieoczywiste perełki. Zapisz je, zanim spakujesz walizkę

Jak zmieniało się twoje życie, gdy tam mieszkałeś?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie, bo przemiana miasta była sprzęgnięta z moją osobistą transformacją, o czym piszę zarówno w „La chiave di Berlino”, jak i „Do perfekcji”. Nie umiem tego oddzielić. Mogę mówić, że kiedyś to były czasy, zarzekać się, że jest to obiektywne i niepodważalne stwierdzenie, ale zawsze będzie w tym narzekanie gościa w średnim wieku, który marudzi, że nie ma już 20 lat. Jestem tego świadomy. Są jednak pewne zmiany, które obserwujemy we wszystkich dużych miastach w Europie.

Także w Warszawie czy w Mediolanie. Koszty życia wzrosły tak dramatycznie, że zapomnij o beztrosce i wolności. Nie wystarczy tylko pracować, trzeba się natyrać, żeby było cię stać na byle jakie mieszkanie. Prekariat był zawsze gównianym układem, ale przynajmniej kiedyś mogłaś powiedzieć, że wynajmujesz pokój za 90 euro i masz mnóstwo wolnego czasu. Dziś to niemożliwe. Nigdzie, choć akurat Berlin zmieniał się wyjątkowo szybko, gwałtownie. W mieście było dużo wolnej przestrzeni, a że Niemcy są bogatym krajem, tę przestrzeń można było ekspresowo wypełnić.

Swoją drogą, to zabawne, że nazywasz siebie gościem w średnim wieku. Przecież my, milenialsi, nie dorastamy.

Mam 41 lat i wąsy, ja wręcz celebruję swoją średniowiekowość [śmiech]. Wiesz, pisałem „La chiave di Berlino”, żeby przekonać samego siebie, że znalazłem swoje miejsce na ziemi. W zakończeniu uznaję przecież, że tak, to mój dom. Naprawdę wtedy w to wierzyłem. A wyjechałem sześć tygodni po napisaniu ostatniego rozdziału. Pamiętam to tak dokładnie, bo finałowy rozdział jest opatrzony datą 25 kwietnia, a ja podjąłem decyzję o wyjeździe 10 czerwca, w swoje urodziny. Przez 15 lat, co roku, organizowałem dwie imprezy. Jedną w Berlinie, drugą w Mediolanie dla dawnych przyjaciół z uniwersytetu. Tamtego roku kończyłem 39 lat. Jechałem metrem, pijany, i mój kolega zażartował wtedy, że za rok, z okazji czterdziestki, powinienem wyprawić już tylko jedną imprezę, ale za to dużą. Zapytał, w którym mieście odbędzie się świętowanie, jeśli będę musiał wybrać: w Berlinie czy Mediolanie. Wtedy zacząłem się zastanawiać, co robić dalej. Gdzie chcę spędzić pięćdziesiątkę? Gdzie sześćdziesiątkę? Wbrew pozorom to nie są bardzo odległe sytuacje.

Jaka była odpowiedź?

Że chcę wreszcie wyrosnąć z lat dwudziestych. Najwyższa pora, w końcu moje lata dwudzieste trwały 20 lat.

Dojrzała decyzja.

Żeby nie było: wciąż potrafię dobrze się bawić. Ale tak, wróciłem do Mediolanu.

Wracałeś z poczuciem, że Berlin jednak nie jest twoim miejscem i nie znalazłeś tam domu, wbrew temu, co napisałeś w książce?

Nie znalazłem. I trudno mi wskazać konkretny powód, dlaczego to się nie udało. Gdy przenosiłem się do Berlina – w podobnym czasie zresztą osadziłem akcję „Do perfekcji” – Europa nabierała siły, była coraz bardziej zintegrowanym kontynentem. Berlin miał stać się europejskim odpowiednikiem Nowego Jorku, to było oczywiste. Rajem dla ludzi sztuki, do którego mieli tłumnie zjeżdżać filmowcy i pisarze. Tu mieszkać, tu tworzyć. Tu budować kulturę zjednoczonej Europy. Naiwne?

Był taki moment, kiedy ta utopia wydawała się czymś możliwym do spełnienia. A potem zaczęło się sypać. Najpierw Brexit. Potem COVID. Wreszcie wzrost ksenofobicznych nastrojów i wzmacnianie granic. Zrozumieliśmy, że już nie zrealizujemy snów o paneuropejskiej wspólnocie, a dla mnie osobiście oznaczało to, że nie mieszkam już w Europie. Mieszkam w Niemczech, ale nie jestem Niemcem. Cierpiałem w pandemii, gdy nie mogłem odwiedzić bliskich, bo zamknięto granice. Patrzyłem z daleka, jak dramatycznym doświadczeniem był COVID dla Włoch. Wcześniej rodzice, którzy mieszkają w niedużej wiosce pod Rzymem, żartowali, że mam do nich lepszy dojazd pociągiem z Berlina niż Mediolanu. Aż żart przestał nas bawić, gdy nie mogłem do nich jechać, nawet gdyby zachorowali. Przerażała mnie ta myśl, wiele innych osób mieszkających za granicą też. Myślę, że na jakimś poziomie to właśnie idea paneuropejskiej wspólnoty hamowała możliwość autentycznego zapuszczenia korzeni w nowym kraju. Bo przecież nie chodziło tylko o to, żebym nauczył się mówić po niemiecku i płacił podatki. Nauczyłem się i płaciłem. Ale nigdy nie podjąłem wysiłku, żeby pojąć, jak działa lokalna polityka albo zrozumieć specyfikę interakcji między ludźmi. Jak Niemcy się zaprzyjaźniają? Nie wiem, tego się nie nauczyłem. Nigdy nie poczułem się jak u siebie, bo świat dzieliłem na ekspatów i rodowitych Niemców. Zawsze byliśmy my i oni. Ta perspektywa sprawiła, że Berlin nie mógł stać się moim domem.

Czytaj także: Kryzys wieku średniego idzie w zapomnienie. Millenialsów nie stać na refleksję nad sensem życia?

Anna i Tom, bohaterowie twojej powieści „Do perfekcji”, przeprowadzają się do Berlina, bo też chcą lekkiego, ekscytującego życia. Nie drwisz z ich fantazji.

Dziękuję, że to widzisz, bo nawet kiedy trochę się z nich śmieję, to są to sympatyczne zaczepki – jakbyś żartowała z przyjaciół. I to nawet nie jest metafora. Wszystko, co w książce jest udziałem Toma i Anny, przydarzyło się komuś, kogo znam. Ich mieszkanie jest mieszkaniem mojej eks. Gdy projektują talerze dla restauracji i rozkładają próbki na podłodze – tak robiła moja współlokatorka Nicoletta. Wszystko wziąłem z czyjegoś życia, bo uważam, że jako pisarz mam do tego prawo, ale też nie chciałem urządzać sobie taniej beki kosztem przyjaciół. Nie chciałem, żeby czuli się zdradzeni, czytając książkę. Chyba dzięki temu, może nawet nie do końca świadomie, udało mi się znaleźć idealną pozycję, z której opisałem świat Toma i Anny – w połowie drogi między ironią a czułością.

A kiedy już pozwalasz sobie na sarkazm, to śmiejesz się też z siebie, prawda?

Oczywiście, wszyscy bywamy tak samo niedorzeczni. Wiesz podczas ilu wywiadów odbywających się online zaczepiono mnie o to, że nabijam się ludzi, którzy mają monstery w domu, bo dziennikarz czy dziennikarka widzieli, że u mnie w pokoju też stoi doniczka? I sami też mieli monstery! Czekaj, u ciebie nie widzę. Specjalnie tak ustawiłaś kamerę?

Nie, nie. Po prostu jestem niezdolna utrzymać jakąkolwiek roślinę przy życiu, wszystkie umarły.

Współczuję, to przykre.

Te monstery w mieszkaniach milenialsów nie biorą się znikąd. Widzimy je na zdjęciach mieszkań ludzi, które oglądamy w mediach społecznościowych. „Do perfekcji” jest o tym, że wydaje nam się, że mamy swój styl, a tak naprawdę wszyscy wyglądamy i żyjemy tak samo, bo kupujemy to, co każą nam kupować media społecznościowe.

Uważasz, że to zjawisko charakterystyczne dla naszego pokolenia, wyróżniające nas? Tyle że przecież pokolenie naszych rodziców też chciało mieć rzeczy, które zobaczyli u innych: w serialach, w filmach, w magazynach, w reklamach. Zawsze ktoś z zewnątrz mówi ci, czego masz chcieć.

Masz rację. I właśnie z tego powodu mogłem przepisać „Rzeczy” Georges’a Pereca, bo to książka pod wieloma względami aktualna, choć wpływ mediów społecznościowych na nasze pokolenia nie sprowadza się wyłącznie do sprzedawania nam kolejnych przedmiotów. Kiedy poznałaś znaczenie słowa „poliamoria”? Zgaduję, że mniej więcej w tym samym czasie, kiedy poznałem je ja. Co zrobiłaś dziś rano? Zakładam się, że udostępniłaś informację o wygranej Zohrana Mamdaniego? [Rozmawiamy w dniu ogłoszenia wyników wyborów na burmistrza Nowego Jorku i faktycznie wymieniłam się z kilkorgiem znajomych radosnymi wieściami – przyp. aut.].

A kiedy mężczyźni z twojego bliskiego otoczenia zrozumieli wreszcie, że catcalling to duży problem, z którym kobiety mierzą się każdego dnia? Większość facetów z naszego pokolenia zyskała tę świadomość w podobnym momencie. Mechanizm, który rządzi konsumpcją czy estetyką, działa w ten sam sposób na wszystkie pokolenia, ale od poprzednich generacji odróżnia nas to, że w naszym przypadku ten proces rozlewa się również na życie erotyczne, polityczne i intelektualne.

Posiadanie takich samych przedmiotów może dać nam podobne poczucie przynależenia jak czytanie tych samych książek?

Zdecydowanie nie. Nadużywamy dziś takich słów jak „wspólnota” czy „społeczność”, więc tracą na znaczeniu. Bo wszystko jest dziś społecznością. Społeczność ekspatów. Społeczność fanek Taylor Swift. A mnie interesują wspólnoty o wysokim progu wejścia i wyjścia. Jak zostać członkiem społeczności Apple? Wystarczy kupić iPhone’a. Relatywnie łatwe. A jak dołączyć do społeczności literackiej? Załóżmy, że trzeba przeczytać 200 książek. Już trudniej. A żeby dołączyć do społeczności żydowskiej? Lata nauki, których wymaga konwersja. Dlaczego ludzie idą do polityki? Dlaczego zajmują się aktywizmem? Bo jeśli nie mogą tak po prostu wylogować się ze społeczności, w której żyją i w której są nieszczęśliwi, zainwestują czas i energię, by ją zmienić.

A może mówimy dziś tak dużo o wspólnocie, bo na wiele lat zapomnieliśmy, jak wielka wartość w niej tkwi?

Tylko że dziś dla nas słowo „wspólnota” ma takie samo znaczenie jak słowo „przyjaźń”, gdy mówimy o przyjaciołach z Facebooka… To neoliberalne zawłaszczenie.

Georges Perec pisał swoje „Rzeczy” jako manifest niezgody na kulturę zachłannej konsumpcji. Twoje „Do perfekcji” też jest gestem oporu przeciwko czemuś?

Wiesz, wymyśliłem sobie, że będę każdego dnia przepisywał „Rzeczy” Pereca, żeby poradzić sobie z samotnością w lockdownie i twórczą blokadą, która mnie wtedy dręczyła. To było hobby. Ćwiczenie, które zmuszało mnie do pisania czegokolwiek. Aż to, co wówczas pisałem, zaczęło nabierać własnego charakteru. Perec zamyka powieść cytatem z Marksa, bo wie, jak ludzie powinni żyć i że to życie powinno być przeciwieństwem tego, które opisał. I to nas dramatycznie od siebie różni. Perec poddaje ostrej krytyce konsumpcyjny styl życia. Jego bohaterowie nie wzbudzają sympatii. Wychodzą wręcz na idiotów. Ja nie jestem tak silnie krytyczny wobec swoich. Może chciałbym być, bo to oznaczałoby, że mam w sobie wiarę w lepszy świat. A ja czuję, że nawet gdyby politycy pokroju Zohrana Mamdaniego wygrali teraz wybory w każdym miejscu na świecie, nie przyniosłoby to radykalnej zmiany. Żylibyśmy w lepszej wersji obecnej rzeczywistości, z dostępną edukacją, ochroną zdrowia dla każdego i tanimi mieszkaniami, ale to wciąż byłaby ta sama rzeczywistość.

Czytaj także: Kryzys wieku średniego u mężczyzn – na czym polega? Rozmowa z psychoterapeutą Benedyktem Peczko

Przed wyjazdem do Berlina działałeś w Mediolanie jako aktywista. Wtedy też nie wierzyłeś w radykalną zmianę?

Moja pierwsza powieść, osadzona w roku 2001, portretowała ruch alterglobalistyczny, który wierzył w radykalnie inny świat [chodzi o książkę „Ginnastica e rivoluzione” – przyp. red.]. Aktywiści domagali się – i były to również moje postulaty – by Międzynarodowy Fundusz Walutowy umorzył dług każdemu z rozwijających się krajów. Brzmi jak kompletne wariactwo, prawda? A jednak o to walczyliśmy. Przegraliśmy.

W kolejnej książce, z akcją umiejscowioną w roku 2011, opisałem lokalną walkę, gdy sprzeciwialiśmy się postępującej gentryfikacji mediolańskiej dzielnicy Isola [książka „La cospirazione delle colombe” – przyp. red.]. Nie chcieliśmy skrajnie innego świata, chcieliśmy niewielkiej aktualizacji systemu, w którym gentryfikację ogranicza właściwa polityka mieszkaniowa, zgodna z lewicowymi koncepcjami. Nie udało się. Prosiliśmy o zbyt wiele. To pokazuje, jak z czasem wytracałem wiarę w wielką zmianę.

Czytaj także: Hedonistyczny, inspirujący, pełen kontrastów. Żeby zrozumieć Mediolan, trzeba się w nim choć raz zagubić

Anna i Tom wydają się skazani na życie w niedosycie. Nie są w stanie niczym wypełnić – przedmiotami, przygodami – wewnętrznej pustki. Myślisz, że nasze pokolenie jest do tego niezdolne? Nigdy nie poczujemy się w pełni zaspokojeni?

Poczucie zaspokojenia wynika z różnicy pomiędzy tym, ile masz, a tym, ile chcesz mieć. Nasze pokolenie jest jedną z najszczęśliwszych generacji w historii. Jesteśmy bezpieczni, najedzeni, realizujemy swoje potrzeby seksualne. To normalne, że odczuwamy frustrację, gdy nie dostajemy czegoś, czego chcemy, zwłaszcza gdy chodzi o bazowe sprawy: mieszkanie, opiekę medyczną, szkołę. Niestety, działają na nas potężne siły, zaprogramowane tak, by wmawiać nam, że jesteśmy nieszczęśliwi, bo żeby się uszczęśliwić, musimy kupować. To nierówna walka, gdy po drugiej stronie masz dziesiątki tysięcy wysoce wykwalifikowanych, superinteligentnych, świetnie opłacanych programistów, którzy wymyślają kolejne sposoby na to, jak zatrzymać cię dłużej na Instagramie.

Największym problemem jest nasza samotność. Struktury społeczne, które integrowały pokolenia naszych rodziców czy dziadków – jak kościół, organizacja polityczna czy związek zawodowy – rozpadły się. Nie chodzimy co niedzielę na mszę, a co środę na spotkanie partii komunistycznej. Poświęcamy całą uwagę sobie i własnej przyjemności, a na końcu i tak okazuje się, że fatalnie się bawimy. Myślę, że powinniśmy stworzyć nową religię. Tylko tym razem niech to będzie coś miłego.

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Vincenzo Latronico rocznik 1984. Włoski pisarz i tłumacz. Zadebiutował w 2008 roku powieścią „Ginnastica e rivoluzione”. Przełożył na język włoski m.in. dzieła Oscara Wilde’a, George’a Orwella czy Aleksandra Dumasa. Jego książka „Do perfekcji” znalazła się w finale Międzynarodowej Nagrody Bookera.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE