Nie padaj ze zmęczenia, nie choruj z przepracowania, tylko od czasu do czasu poleż i nic nie rób. Twoje ciało, ale przede wszystkim twój umysł, bardzo tego potrzebują. Psycholożka Marta Niedźwiecka tym razem wypowiada wojnę przymusowi produktywności.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadła” 8/2025.
Joanna Olekszyk: Nagrałaś ostatnio świetny trzyodcinkowy cykl „Zmierzchów” na temat odpoczywania. Wiele treści w nim zawartych utkwiło mi w pamięci. Na przykład ta, że ponieważ świat tak bardzo przyspieszył i przyjmujemy codziennie kilkukrotnie większą dawkę informacji niż nasi przodkowie, to powinniśmy kilkukrotnie więcej odpoczywać, żeby to jakoś zamortyzować.
Marta Niedźwiecka: W dodatku to powinno być inne odpoczywanie, niż było kiedyś. Wiem, zaraz odezwą się głosy, że nam się dziś w dupach poprzewracało, bo od zawsze w historii świata ludzie walczyli o życie i ciężko pracowali. I to jest prawda. Ale z takim zastrzeżeniem, że walczyli o życie w realnych warunkach i pracowali w rytmie natury, nawet jeśli ponad siły fizyczne i często w skrajnym wyzysku. Nam się nie tylko zmieniło to, jak i ile pracujemy, ale zmieniła się też sama struktura bycia w nieustannym zaangażowaniu, pobudzeniu i konieczności. Mam na myśli to, że chłop pańszczyźniany, jakkolwiek dramatycznie byłby eksploatowany, kiedy przychodziła zima, pracował jednak trochę mniej. Natura to wymuszała.
Nie mówiąc o tym, że przed wynalezieniem elektryczności, jak słońce zachodziło, kończył się dzień pracy.
Rewolucja przemysłowa totalnie zmieniła sposób, w jaki obecnie żyjemy. Jednocześnie nasz układ nerwowy jest skrojony na czasy sprzed rewolucji przemysłowej, czyli sprzed dominacji światła i hałasu, sprzed konieczności odbierania tysiąca bodźców dziennie, które nieustannie wymagają naszej uwagi. Do tego mamy pracę, która właściwie nigdy się nie kończy oraz – uwaga, bardzo ważna rzecz, która często nam umyka – zupełnie inną miarę szczęścia.
Wspomniany chłop pańszczyźniany był szczęśliwy, jak miał jedzenie, względne zdrowie, jak nie nałożono na niego żadnych kar, nie było wojny ani wyjątkowo ostrej zimy. Jak zapalił sobie fajkę na przyzbie, napił się wódki z kolegami… Natomiast my mamy oczekiwania na temat satysfakcji z życia, szczęścia i dobrostanu niebotyczne… Ten splot warunków, ale przede wszystkim zmiana trybu pracy, jej miejsca w naszym życiu – nawet nie samo to, ile pracujemy tygodniowo, choć akurat Polacy, obok Greków, pracują najwięcej w Europie – totalnie zmieniły także obraz odpoczywania. Sposób, w jaki organizujemy swój wypoczynek, też jest kształtowaniem wizerunku i tożsamości. Przecież na Instagramie wakacje to bardzo ważny element komunikowania, do której klasy społecznej się należy. To wszystko trzyma nas w takim uścisku, że naprawdę ciężko jest podejmować rozsądne decyzje na temat odpoczynku. A jeszcze w środku mamy ten karzący głos, który ciągle nas dyscyplinuje, kobiety trochę inaczej niż mężczyzn, ale co do zasady mówi mniej więcej tak: „Optymalizuj. Jak leżysz, to jesteś mało wydajna. Co dzisiaj osiągnęłaś? Świat idzie do przodu, a ty patrzysz na chmury”.
Czytaj także: Jesteśmy przebodźcowani i doświadczamy stresu informacyjnego, bo sami sobie to robimy
Zadań nam nie ubywa, tylko dochodzi. Niedawno w naszym podkaście „Niezbędnik nowoczesnej dziewczyny” mówiłyśmy o tym, że te wszystkie okołourodowe zabiegi, do których usilnie zachęca się od wieków, miały na celu zająć nas na tyle, byśmy nie myślały o niesprawiedliwości społecznej i jakiejś tam rewolucji.
Dzisiaj rewolucja już nastąpiła – zdobywamy wykształcenie, pełnimy ważne role społeczne oraz zawodowe, ale nadal kieruje się do nas przekaz: „przecież możesz więcej”. I to „więcej” dotyczy też dbania o urodę. Ona wcale nie przestała być mniej ważna, ciągle się nam o tym przypomina.
Przeróżne praktyki kulturowe, które nas nie obowiązywały, bo byłyśmy chłopkami – większość z nas wywodzi się jednak ze wsi, a nie z dworu – polegające na obsesyjnym dbaniu o młodość i urodę, do pewnego momentu obowiązywały tylko kobiety wysokiego rodu, które miały służbę, a ta służba sprzątała, gotowała i wychowywała dzieci. Natomiast one musiały wyglądać. Teraz dzięki demokratyzacji świata z jednej strony rzeczywiście mamy dostęp do bardzo wielu rzeczy – polska szlachcianka z dwudziestolecia wojennego mogła sobie sprowadzić krem z Francji, natomiast polska chłopka nie wiedziała nawet, co to jest krem – ale uwolnienie wielu praktyk z okowów klasowych spowodowało paradoksalnie obciążenie nimi całej populacji kobiet. Staranny ubiór – kiedyś był kodem kulturowym dla kobiet z klasy wyższej, teraz jest kodem dla wszystkich. Troska o urodę – to samo. Oczywiście aspiracje zawodowe to jest już bardzo świeży wynalazek, ale też przyjmujemy je jako coś naturalnego.
Jeśli chcesz być nowoczesną dziewczyną, powinnaś przecież do czegoś dążyć i mieć jakąś karierę. Ja nie mówię, że ten przekaz jest zły, zwracam tylko uwagę, jak my jesteśmy dociążone. Osobiście ubolewam nad tym, jak bardzo negatywnie i ostro są traktowane kobiety, które zdecydowały się na bycie gospodyniami domowymi. Opinia o nich bywa taka, że są pozbawione ambicji, a brak ambicji to grzech nie do wybaczenia w świecie, w którym osiągnięcia świadczą o twojej wartości jako osoby.
Od „możesz” przeszłyśmy do „musisz”…
A teraz zsumuj te role i zadania, zsumuj to przeciążenie informacyjne, ten niespotykany rodzaj odpowiedzialności za los własny i własnych dzieci plus to wszystko, co nam narosło wraz ze zmianami kulturowymi – i nagle zrozumiesz, dlaczego powinnyśmy dwa albo trzy razy tyle odpoczywać. W dodatku jako kobiety jesteśmy pozbawione zewnętrznego wsparcia, ale też wewnętrznej instancji, która pozwalałaby dać sobie prawo do odpoczynku. Wiele generacji kobiet w Polsce wychowywano do ciągłego potwierdzania własnej wartości poprzez bycie zajętą i przydatną. I to, że mogłybyśmy być przez chwilę nieproduktywne, jest dla nas nie do pomyślenia. Bo albo rzeczywistość się zawali, albo my się zapadniemy. Co więcej, często jesteśmy przerażone tym, co wtedy wypływa z naszego wnętrza – jaki potok myśli, lęków i obaw, które na co dzień zasłania właśnie praca i emocjonalna harówa. Ale nade wszystko pojawia się taki wewnętrzny głos, który mówi: „Skoro już leżysz, to mogłabyś chociaż nałożyć sobie maseczkę na twarz”. To bardzo mocno wybrzmiewało w listach, które dostawałam od słuchaczek. I właściwie od tego zaczął się mój cykl „Zmierzchów” o odpoczywaniu.
Ja swojego czasu mocno testowałam na sobie taką sytuację: czy umiem odpoczywać ze stosem nieumytych naczyń w zlewie albo niewyprasowanego prania na fotelu? Było trudno, ale nauczyłam się, że choćby mi to przeszkadzało, to godzę się z tym, że chwilowo nie jestem w stanie zrobić nic więcej. W myśl medytacji na zasypianie, której ostatnio słuchałam: „Na dziś już skończyłaś swoje zadania”.
Taka medytacja brzmi w moich uszach trochę jak modlitwa o rozgrzeszenie. Nie zrozum mnie źle, ale to tak, jakbyśmy musiały poprosić kogoś czy coś o zgodę na to, by już dzisiaj wycofać się z aktywności. Dlaczego, do jasnej cholery, ktokolwiek ma ci dawać prawo do tego, by się zregenerować?! A mówimy o śnie, czyli rzeczy, z którą nie da się dyskutować. A teraz wstaw w to miejsce nicnierobienie – brzmi jak najbardziej abstrakcyjna rzecz na świecie, prawda?
Czytaj także: Silne i niewzruszone niczym skała. Jak zdrowo budować poczucie własnej wartości?
Podobno odkryłaś, że masz problem z nicnierobieniem.
I to jeszcze jaki! Ja muszę świadomym wysiłkiem, i to zdecydowanie większym niż przy medytacji, się do tego motywować. Bo medytacja jest jednak robieniem CZEGOŚ. Nawet jeśli oczyszczam głowę z myśli, nawet jeśli kontaktuję się ze swoim ciałem czy z oddechem – to medytuję, czyli dokonuję czynności regulacyjnej, z zakresu duchowości. Mogę to wstawić w tabelkę pod hasłem „opiekuję się sobą” czy „dbam o swoje zdrowie psychiczne”, ale to jest zdecydowanie robienie czegoś. A żeby tak poleźć gdzieś, odłożyć telefon, usiąść, zamknąć oczy, bez bycia zaprzątniętą listą zadań i rzeczy, które zaraz powinnam zrobić – takie momenty to ja muszę wyszarpywać pazurami. W żaden sposób nie są dla mnie czymś naturalnym. Mogę sobie dać zgodę na medytację, bo jest dobra, zdrowa i potrzebna psychicznie. Czyli: wolno mi to robić. A robić nic – nie wolno.
My po prostu stale siebie dyscyplinujemy i poganiamy. Dlatego bardzo mnie boli, że ostatnio do debaty publicznej powróciło słowo „lenistwo”, rzucane nam w twarz. Słyszałam je w kontekście rzeźbienia swojej sylwetki, ale też dbania o swój stan finansów. Ponoć wiele kobiet jest „zbyt leniwych”, by to robić. Czuję silny sprzeciw wobec tego, żeby ktoś mnie w taki sposób mobilizował do zajęcia się sobą.
Ja pójdę dalej. Otóż uważam, że oranie ludzi kategorią lenistwa w czasach, w jakich żyjemy, jest po prostu nieuczciwe. I wyższościowe – zauważ, że robią to zwykle osoby o bardzo uprzywilejowanej pozycji. Jak masz pewien poziom przywileju, to nie wiesz, jak żyją ludzie gorzej sytuowani niż ty czy z mniejszym kapitałem społecznym. Kategoria lenistwa jest przecież z porządku grzechu i występku. To jeden z grzechów głównych w religii katolickiej. Czyli jak ktoś mówi, że jesteś zbyt leniwa, by mieć wysportowaną sylwetkę, tym samym podporządkowuje dbanie o ciało etyce. Tymczasem rozmiar mojego tyłka ma bardzo niewiele wspólnego z moim poziomem moralnym. Piękno nie jest kategorią etyczną, tylko estetyczną. Tak jak i dobrobyt, czyli dbanie o pieniądze. Fantastycznie by było, jakby wszystkie Polki mogły więcej myśleć o oszczędzaniu i pomnażaniu swoich funduszy, ale nie wszystkie mają kapitał kulturowy, nie mówiąc już o samym kapitale materialnym, żeby móc zarządzać swoimi zasobami. Niektóre naprawdę walczą o to, by zapłacić rachunki do końca miesiąca. Opowiadanie, że są zbyt leniwe, by zatroszczyć się o swoją przyszłość finansową, jest obarczaniem ich odpowiedzialnością za system, który nie działa. Za to, że muszą płacić za przedszkola, szkoły, a nawet jeśli korzystają z publicznej edukacji, to i tak muszą płacić za mnóstwo rzeczy, na które je nie stać. Nie mówiąc już o zarobkach, które nadal są o prawie 20 procent mniejsze w stosunku do zarobków mężczyzn na tych samych stanowiskach. Dlaczego o tym wszystkim zapominamy? Oczywiście obie wiemy, że są też kobiety mniej obciążone pracą, których życie jest naprawdę wygodne i które mogłyby się bardziej zmobilizować, ale taki przekaz do nich nie trafi, za to urazi te, które naprawdę harują.
Sama jestem za budowaniem w kobietach większej świadomości finansowej i za obecnością zdrowej aktywności fizycznej w ich życiu, ale jeżeli zrobimy z tego przymus, to nie będzie to żaden postęp, tylko oranie chłopów przez szlachtę.
Pytanie, co i jak robić, żeby zmieniać system, ale też nastawienie kobiet do własnego czasu i zasobów. Żeby potrafiły dać go więcej sobie, a nie oddawać obowiązkom domowym. Jak sprawić, żeby poszły na spacer, zamiast pucować podłogi? Jak przemówić do Polki, żeby uznała: „Dobra, nie będzie czystych okien w tym miesiącu. Co nie znaczy, że jestem beznadziejną matką, żoną i gospodynią”. Jak wyciągnąć ją z takiego myślenia, że wszystko jest jej winą i że jak na chwilę zawiesi hiperaktywność, to wszystko się zawali? Bo te głosy w głowie pod tytułem „Nic jeszcze dziś nie zrobiłam” słyszą wszystkie zapracowane, zgnębione i nieuprzywilejowane kobiety w każdej części globu.
Polki żyją w relatywnie dobrych warunkach, biorąc pod uwagę skalę świata, ale i tak ciągle jesteśmy tą częścią społeczeństwa, która się najbardziej musi tłumaczyć z tego, jak relokuje swoje zasoby, czyli czas, uwagę i energię, i jest najbardziej rozliczana z tego, jakie osiąga w tym efekty.
A ja bym poprosiła wszystkie kobiety, żeby przestały siebie i nas dyscyplinować lenistwem. I bardzo jestem ciekawa, czego dotyczyły warsztaty, które prowadziłaś lata temu, a które miały bardzo prowokacyjny tytuł „Leniwa dziwka” (po angielsku aż tak prowokacyjnie by już nie brzmiał). Użyłaś tu określenia, którym długo nas straszono. Wiadomo, tylko kobiety upadłe, dziś powiedzielibyśmy: pracownice seksualne, się lenią.
Kobieta upadła to jest w ogóle mój ideał. I uważam, że mam do niego całkiem blisko [śmiech]. Jestem jeszcze przepracowana, ale już upadła. Warsztaty, o które pytasz, dotyczyły seksualności kobiet. Chciałam przez doświadczenia pokazać uczestniczkom, że zestresowana i przepracowana kobieta nie ma zasobów – i mówię tu zarówno o ciele, jak i o psychice – żeby się oddać przyjemności i w konsekwencji rozwijać swoją seksualność. Bo ona jest w trybie zadaniowym, a seksualność i czerpanie przyjemności z życia wymagają przejścia w stan relaksacji, zluzowania, otwarcia ciała.
Każda z nas doświadczyła tego przynajmniej raz w życiu, że jak porządnie wypocznie, to ochota na seks wraca jej magicznie, o ile oczywiście nie jest aseksualna i nie doświadcza problemów w tym obszarze. Brak zdolności odpoczywania i puszczenia kontroli jest mordercą żeńskiego libido.
Czytaj także: Masz wyrzuty sumienia, gdy odpoczywasz? Nicnierobienie jest potrzebne! przekonuje dr Joanna Heidtman
Jak sobie pomyślisz o dawnym dworze sułtana, to obecny na tym dworze harem był podporządkowany jednej zasadzie: faworyty nic nie robiły. Oczywiście było tam mnóstwo wojen pałacowych i intryg, ale żadna się nie przemęczała. Miały żyć w stanie takiego wyluzowania, by mieć energię na jedyną rzecz, której od nich oczekiwano – na seks. Dlaczego tak to urządzono? Dlatego, że to działa. Wypoczęta kobieta ma ochotę na seks, zresztą nie tylko na seks.
Warsztaty były o tym, że po pierwsze, trzeba zdjąć seks z listy kolejnych rzeczy do zrobienia, a po drugie zmienić zasadę z „najpierw robimy wszystkie zadania, a potem seks” na „najpierw robimy nic, a potem seks”. Czyli dajemy sobie odpocząć, zregenerować się, zachwycić, doświadczyć sztuki czy innych pozytywnych pobudzeń i gromadzimy te zasoby, by nam się w ogóle chciało chcieć. W figurze „leniwej dziwki” jest jeszcze taki rodzaj dezynwoltury, za którą strasznie tęsknię. Ona po prostu leży i rzeczy wydarzają się wokół niej. Nie jest nieustannie zabiegana, by coś osiągnąć, tylko pozwala rzeczywistości działać na własnych zasadach. To jest o utracie kontroli, o puszczeniu lejców… Próbowałyśmy mentalnie wyćwiczyć taką sytuację, w której leżymy, pachniemy i rzeczy nam się wydarzają albo nie. Jest zgoda na to, że nie muszę się wokół wszystkiego tak urobić.
Jak rozumiem w tej postawie nie chodzi o to, że nas nic nie obchodzi…
A tytułowa kobieta upadła nie jest seksworkerką, tylko stanem umysłu. Kobietą wyzwoloną i autonomiczną, która sama dla siebie wybiera zobowiązania i zaangażowania. A seksworkerka też może być eksploatowana przez system i wcale niewyemancypowana.
Czytaj także: Lenistwo też jest nam potrzebne. Rozmowa z Katarzyną Miller
Dawno temu przeczytałam w książce Toma Hodgkinsona „Jak być leniwym”, że lenistwo to nie tylko sposób na afirmację życia i ucieczkę z pułapki kapitalizmu, ale też narzędzie oporu. Nie dajesz się wciągnąć w wyścig szczurów. Pokazujesz środkowy palec wszystkim tym, którzy ci mówią, że coś musisz czy powinnaś. Którzy zarządzają twoimi zasobami, twoim potencjałem, a nawet twoim czasem wolnym.
Jestem leniwa, więc nie angażuję się na przykład w kolejną inbę internetową, nie kupuję wieczorami online ciuchów, które założę, jak schudnę, nie wyręczam moich bliskich w sprawach, które sami mieli załatwić, tylko postanawiam: nie będę produktywna. W tym znaczeniu lenistwo jest ku mnie i dla mnie. Ja nikogo nie wykorzystuję, nie zmuszam, by po mnie sprzątał czy dla mnie gotował. To ja mam nieposprzątane i nieugotowane. To ja jestem nieproduktywna i z godnością to znoszę, bo wiem, że wyjście poza stan produktywności jest mi potrzebne, to mnie wzmacnia i ratuje moją psychikę, a przede wszystkim pomaga mi z zewnątrz widzieć system, który w całości jest oparty na produktywności i który tą produktywnością mnie organizuje – po to, żebym sobie mogła kupić nowe rzeczy, żebym ciągle była zalatana i poddenerwowana. I oczywiście fajnie, żebyśmy były zaangażowanymi obywatelkami, ale to nie polega tylko i wyłącznie na tworzeniu PKB.
Młodsi zdają się to bardziej rozumieć. Odmawiają zostawania po godzinach czy zaharowywania się na nowszy model samochodu.
Bo młodzi już nie wierzą w to, że my wciąż jesteśmy krajem na dorobku. Joanna, my jesteśmy piątą czy szóstą gospodarką w Europie!
Zobacz, jak wiele jest cudownych określeń, którymi starano się nas dyscyplinować i przywoływać do porządku: obibok, wałkoń, próżniak, bumelant, nierób, pasożyt, truteń. Można sobie nawet wybrać, do wyboru, do koloru. Tymczasem prawda jest taka, że nasza psychika potrzebuje pustki, ciszy, nierobienia, wycofania się, introspekcji i nieefektywności, a czasem po prostu bezmyślności. Nie po to istniejemy na świecie, by być tylko produktywni.