Miłość – spójrzmy na to uczucie z punktu widzenia mężczyzn. Jak oni je przeżywają? – Zupełnie inaczej niż kobiety – mówi psychoterapeuta Paweł Droździak.
Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.
Alina Gutek: Zacznijmy od zakochania. Mężczyźni zwracają uwagę na coś innego niż kobiety?
Paweł Droździak: Mężczyzna w pierwszym odruchu zakochuje się często w obrazie, w jakimś fragmencie kobiety, który go porusza. On naturalnie organizuje rzeczywistość w sekwencjach, w wycinkach. Coś go chwyta i to zaczyna działać jak punkt skupienia. Widać to w codziennych sytuacjach. Gdy w rozmowie pojawia się wiele wątków naraz, kobieta widzi je jako część jednej opowieści o relacji. Mężczyzna traci orientację, bo jego sposób przetwarzania nie skleja tego automatycznie. To nie jest niechęć ani unikanie, tylko różnica konstrukcyjna. Ona mówi szeroko, wielowątkowo, a on widzi pojedyncze części i próbuje zrozumieć je jedną po drugiej. Ona porusza bardzo wiele wątków jednocześnie, bo potrafi połączyć je w całość, a on wtedy mówi, że nie wie, o czym rozmawiają. Bo on fragmentuje, ona nie.
To dlaczego mężczyzna pytany, w jaką sukienkę była ubrana jakaś kobieta, odpowiada, że wyglądała super albo nie, ale nie potrafi określić koloru sukienki?
Bo on zapamiętuje to, co dla niego niesie znaczenie. Gdy jedna kobieta pyta go o sukienkę drugiej, on często nie rozumie, czego właściwie się od niego oczekuje. Jego uwaga zatrzymuje się na tym, czy coś go poruszyło, czy pojawił się impuls, sygnał, reakcja. Szczegół koloru nie ma dla niego ciężaru znaczeniowego, więc w ogóle nie trafia do pamięci.
Inna sprawa, że część mężczyzn nie odróżnia sukienki od spódnicy.
Bo te informacje nie są im potrzebne, żeby orientować się w świecie. Kobieta przeżywa ubiór przez pryzmat funkcji, estetyki, samopoczucia i kontekstu. Mężczyzna częściej widzi w nim komunikat albo pewien rodzaj energii, którą kobieta wysyła. Moment ruchu, gest, ułożenie włosów potrafią dla niego znaczyć więcej niż szczegół kroju.
W myśl teorii ewolucyjnej doboru par, którą przywołuje pan czasem w naszych rozmowach, mężczyzna zakochuje się w kobiecie o atrybutach, które predestynują ją do roli matki, żony. Szerokie biodra, duże piersi itp.
Teoria ewolucyjna tłumaczy część zjawisk, ale nie wyczerpuje tematu. Gdy mężczyzna patrzy na kobietę, nie widzi tylko biologii. Widzi też to, jak ona chce być widziana. Weźmy przykład luźniejszej, oversize'owej sukienki, która nie eksponuje sylwetki. Kobiety wkładają ją czasem nie dlatego, że chcą się ukryć, ale dlatego, że chcą na chwilę odpocząć od patrzenia, oceniania, klasyfikowania. To komunikat: „Teraz chcę istnieć bardziej dla siebie niż dla cudzego spojrzenia”. Mężczyzna też nieraz żyje pod presją roli, jaką ma przyjąć. Oboje muszą się czasem nagiąć, żeby wejść w relację. Ona troszczy się o wygląd również z myślą o nim. On sprząta mieszkanie przed spotkaniem, mimo że sam dla siebie by tego nie zrobił. Ta wzajemna regulacja kosztuje obie strony, choć każdą w inny sposób.
Czyli wszyscy pragniemy jakiejś wizji partnera?
Tak. I luźna sukienka bywa komunikatem: „Teraz chcę być sobą, nie wizją”. Kobiety często reagują na nią życzliwiej niż mężczyźni, bo intuicyjnie czują w niej gest ulgi. To odsłania kawałek kobiecego świata: moment, w którym kobieta przestaje uczestniczyć w subtelnej grze porównań i zaczyna być po prostu sobą. Dla mężczyzny to sygnał, że kobieta chce zmienić zasady interakcji – nie grać na atrakcyjności, tylko na autentyczności.
Czytaj także: „Pogubienie, dezorientacja, brak celu – to generuje męski ból”. O tym, jakiego mężczyzny potrzebuje dzisiejszy świat, rozmawiamy z psychologiem
W myśl teorii ewolucyjnego doboru par mężczyźni wybierają częściej młode kobiety, bo one gwarantują im przekazanie swoich genów.
W świecie zwierząt to działa automatycznie, ale u ludzi dochodzi cała warstwa społeczna, emocjonalna i kulturowa. Na poziomie atrakcyjności młodość może działać silnie. Ale gdy mężczyzna wybiera partnerkę do życia, uruchamiają się zupełnie inne kryteria. Wyobraźmy sobie dojrzałego mężczyznę, który przychodzi na poważne spotkanie z bardzo młodą partnerką.
Jej uroda nikomu nie umknie, ale w oczach otoczenia pojawia się pytanie o jego stabilność, przewidywalność, o to, czy potrafi oddzielić impuls od decyzji życiowych. Partnerka w podobnym do mężczyzny wieku sygnalizuje, że potrafi on budować relacje wymagające wysiłku i negocjowania, co dla otoczenia staje się informacją o jego dojrzałości.
Ale jeśli on naprawdę w tej młodej się zakochał?
Może się zakochać. Tylko że zakochanie nie jest całym obrazem. Różnica doświadczeń i życiowego rytmu z czasem zaczyna dawać o sobie znać. Relacja, która na początku jest bardzo ekscytująca, może okazać się trudna do utrzymania na dłuższą metę. To nie jest moralna ocena, tylko realizm psychologiczny: życie to nie tylko chemia. To także codzienność, komunikacja, wspólne tematy i tempo dojrzewania.
Po co mężczyźni się żenią? Nawet David Buss od teorii ewolucyjnej pisze w „Ewolucji pożądania”, że to kwestia mocno zagadkowa. Bo z czysto biologicznego punktu widzenia do propagowania własnych genów wystarczyłyby im przelotne kontakty.
Biologia jest tylko jednym z czynników. W mężczyźnie działa coś jeszcze: pragnienie pozostawienia po sobie czegoś trwałego, stworzenia miejsca przynależności, przekazania wartości dzieciom, zbudowania historii, która ma ciągłość. Mężczyzna, który przeżywa życie tylko poprzez impulsy i kolejne epizody uwodzenia, musi nieustannie zaczynać od zera. I w pewnym momencie odkrywa, że wszystkie te doświadczenia są do siebie podobne. Związek daje możliwość budowania czegoś większego niż chwilowy impuls.
A sprawdzanie się w boju nie jest dla niego ekscytujące?
Ekscytujące, ale tylko na chwilę. Dla wielu mężczyzn to sposób sprawdzania swojej mocy, atrakcyjności, pewności siebie. Tylko że z czasem ta powtarzalność przestaje dawać poczucie siły. Zaczyna przypominać ćwiczenie w kółko tej samej sceny.
Kiedy przychodzi życiowy kryzys, okazuje się nagle, że wokół jest pustka. Żadna z kobiet poznanych w przelocie nie jest realnym oparciem, bo relacja była jedynie epizodem. To nie jest sprawdzanie w boju, tylko unikanie zaangażowania.
Mężczyzna wchodzi w stały związek, żeby chronić się przed samotnością?
Również przed samotnością, ale nie tylko. Chroni się przed poczuciem, że jego życie nie ma ciągłości. Mężczyzna bez bliskiej relacji często funkcjonuje jak ktoś, kto ciągle zaczyna od nowa. Związek pozwala mu osadzić się, zbudować historię, nauczyć dzieci czegoś ważnego, doświadczyć bycia potrzebnym. Jeśli całe życie polega wyłącznie na szukaniu kolejnych bodźców, to w pewnym momencie każdy z nich zaczyna brzmieć tak samo. A to prowadzi raczej do nudy i pustki niż do mocy.
Czytaj także: Jak chcemy być kochani – czego w miłości pragną kobiety, czego oczekują mężczyźni?
Jaka ma być wedle jego wizji partnerka na lata?
Taka, przy której jego życie nie jest nieustanną walką. To nie chodzi o brak emocji, tylko o to, że przy niej jego napięcia nie rosną w nieskończoność. Że może wracać do domu i doświadczać w nim spokoju, regulacji, zakorzenienia. Wielu mężczyzn właśnie to uważa za najważniejszy wyznacznik relacji na całe życie: przy tej kobiecie czuję, że jestem w miejscu, które mnie wzmacnia, a nie w którym coś nieustannie muszę udowadniać.
Jakim kluczem ją wybiera?
Bardzo często odnosi się do matki. Wybiera kobietę podobną albo zupełnie inną. Bo to matka była pierwszą kobietą, z którą zbudował więź. Zresztą dobór partnera nie odbywa się wyłącznie przez socjobiologię. To, jak ludzie tworzą kulturę, wartości, język i relacje, wykracza daleko poza prosty popęd.
Mężczyzna działa na styku impulsu i znaczenia. To powoduje, że relacja jest zderzeniem języków. Kobieta mówi o bliskości, a on słyszy ocenę swojej kompetencji. Ona mówi, że brakuje jej wspólnego czasu, a on czuje, że znowu czegoś nie zrobił. Jej język jest bardziej otwarty, emocjonalny, a jego bardziej domknięty i zadaniowy.
Dzisiaj mężczyźni uczą się języka emocjonalnego.
Tak, i to jest wartościowe. Ale trzeba pamiętać, że ktoś może się nauczyć obcego języka, nie zmieniając swojej struktury myślenia. Mężczyzna może się nauczyć rozmawiać o emocjach, może rozumieć, że to coś ważnego, ale jego sposób działania i tak będzie bardziej zadaniowy. To nie wada, tylko element męskiej konstrukcji. Nie każdy mężczyzna będzie umiał opowiedzieć o emocjach tak, jak kobieta, i nie musi. Liczy się zdolność, by próbować usłyszeć, co druga strona naprawdę chce wyrazić.
Mamy nie uczyć partnerów rozmawiania o emocjach?
Wręcz przeciwnie. Warto ich uczyć, ale trzeba uwzględniać różnice. Mężczyzna może rozwinąć język emocjonalny, ale nie przestanie być konstrukcyjnie zadaniowy. Kobieta może mówić bardziej konkretnie, ale nie przestanie myśleć relacyjnie.
Naszym błędem kulturowym jest przekonanie, że jeśli oboje nauczą się tego samego słownika, to będą reagować identycznie. Nie będą. Różnice między nimi nie znikną, ale mogą stać się źródłem siły, a nie nieporozumień.
Jak te różnice wpływają na miłość?
Mężczyzna zakochuje się często w obrazie, w jakimś impulsie, który potem funkcjonuje w nim jako wyobrażenie. Kobieta widzi całość dynamiki. Mężczyzna boi się utraty twarzy – że okaże się niewystarczający. Kobieta boi się utraty bliskości. Ich lęki są różne, więc i sposób przeżywania relacji jest różny. Ona bardziej skupia się na ciągłości kontaktu. On na pytaniu, czy daje radę. To zderzenie dwóch logik: relacyjnej i zadaniowej.
Wyobraźmy sobie na przykład, że i on, i ona wypowiadają zdanie: „Czuję się przy nim (przy niej ) bezpieczna (bezpieczny)”. Czy takie zdanie w jego ustach jest prawdopodobne?
Dlaczego nie?
Dlatego, że mężczyzna inaczej definiuje bezpieczeństwo. Kobieta częściej widzi je jako bliskość, strukturę relacji, opiekę. Mężczyzna szuka raczej spokoju, regulacji, przewidywalności. „Czuję się przy niej bezpieczny” dla mężczyzny częściej znaczy: „Przy niej nie jestem ciągle oceniany, wracam do równowagi”. On rzadko oczekuje od kobiety funkcji ochronnej. Bardziej chodzi o to, żeby dom nie był polem bitwy.
To czego szuka w kobiecie?
Właśnie tego spokoju. Nie w znaczeniu braku emocji, ale pewnego klimatu, w którym nie trzeba stale podnosić gardy. Gdy czuje, że konflikt szybko eskaluje, że każda rozmowa przeradza się w walkę o rację, wtedy odruchowo się wycofuje. W telefon, w pracę, w sport. Kobieta często odbiera to jako brak zaangażowania, ale to jest raczej sposób regulacji. On ucieka od przeciążenia, nie od niej.
Czytaj także: Poczucie bezpieczeństwa. O tym, czym jest i jak je wzmacniać, rozmawiamy z prof. Bogdanem de Barbaro
Jakim mężczyznom udaje się najdłużej utrzymać relację?
Tym, którzy są konsekwentni. Nie chodzi o romantyczne gesty, tylko o przewidywalność. Jeżeli mówi: „Zajmę się tym”, to naprawdę się tym zajmuje. To buduje w kobiecie poczucie bezpieczeństwa. Ona nie potrzebuje, żeby mężczyzna był geniuszem od emocji. Potrzebuje, żeby był godny zaufania.
Mężczyzna nie szuka podziwu w oczach kobiety?
Podziwu szuka każdy. Ale mężczyzna buduje siebie na poczuciu kompetencji. Jeśli nie czuje, że potrafi coś zrobić, zaczyna tracić stabilność. I dobrym obrazem jest ta scena, w której kobieta z tylnego siedzenia instruuje partnera, jak ma prowadzić samochód. Nie chodzi o to, że ona nie ma racji. Chodzi o to, że on przestaje czuć się „tym, kto panuje nad sytuacją”. To dotyka jego tożsamości. To nie znaczy, że kobieta ma milczeć, tylko że czasem warto zostawić mu przestrzeń, w której może rozwinąć swoje kompetencje.
Myślę, że kobiety wcale nie chcą, żeby ich partner był bardziej emocjonalny, tylko żeby się w ogóle otworzył na emocje.
To prawda. Problem pojawia się wtedy, gdy kultura wysyła uproszczone komunikaty. Kobiety słyszą, że mężczyzna powinien być bardziej emocjonalny, zamiast komunikatu: „mężczyzna powinien być odpowiedzialny i równocześnie dostępny emocjonalnie”. To drugie jest trudniejsze, ale dużo bliższe prawdy. I dużo bardziej realistyczne.
Czytaj także: Mężczyźni i emocje – wyprawa do czyśćca. Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem
Mężczyźni często zawodzą.
Bardzo często. Problem polega na tym, że wielu młodych mężczyzn nie było w żaden sposób uczonych odpowiedzialności. Nie mieli tej inicjacji. Zostają wrzuceni w wymagające relacje bez przygotowania. Kobiety mają do nich pretensje, i słusznie, ale projekt kulturowy, w którym żyjemy, trochę ignoruje fakt, że mężczyzna dojrzewa inaczej i potrzebuje innego rodzaju prowadzenia. Jeśli tworzymy wizję związku, w której obie płcie mają działać identycznie, to finalnie żadna nie jest zrozumiana.
Czy biorąc pod uwagę wyposażenie psychosocjologiczne mężczyzn, monogamia jest możliwa?
Jest możliwa. Biologiczna perspektywa opowiada historię, w której mężczyzna i kobieta różnią się tak, jak różnią się w świecie zwierząt samiec i samica. I tylko tak. I jest w tym jakaś część prawdy, bo mężczyźni i kobiety mają inny stosunek do seksualności. Męskie wyposażenie mówi mężczyznom: odbądź stosunki seksualne ze wszystkimi kobietami, jakie spotkasz. Bo popęd seksualny to motor napędowy mężczyzny. Kobiety nie zdają sobie nawet sprawy z tego, jak gigantyczna jest między nimi różnica pod tym względem. Taki przykład: kobieta dzwoni do koleżanki i opowiada, że w weekend na imprezie wylądowała w łóżku z jakimś nieznanym mężczyzną. Potem poszła do znajomych i wylądowała z innym, a nad ranem z dwoma kolejnymi. Co na to powie koleżanka? Co ona sama de facto chce przez to powiedzieć?
Chyba nie chce się pochwalić. A koleżanka raczej zaniemówi, niż coś powie.
No właśnie. Koleżanki raczej pomyślą, że ta dziewczyna ma jakiś psychiczny problem. A gdy to zdarzenie o przygodach z wieloma kobietami w sobotni wieczór opowiada mężczyzna, jego koledzy się śmieją. On sam uważa, że to powód do dumy i faktycznie część kolegów mu trochę zazdrości powodzenia.
Na tym polega fundamentalna różnica między kobietą i mężczyzną. Tylko że na ten aparat biologiczny mężczyzna nakłada system znaczeniowy, który pozwala mu utrzymać monogamię. Przyjmuje ją, bo jest zdolny do sublimacji
No i dlatego, że kultura nałożyła na niego duże ograniczenia.
W jakimś stopniu on sam je na siebie nałożył, bo każda konstrukcja w życiu wymaga ograniczenia impulsów. Gdy mężczyzna buduje rodzinę, wchodzi w sieć zobowiązań, które stają się jego tożsamością. To nie jest tylko presja kultury – to również jego decyzja, żeby być kimś, na kim można polegać. Gdyby w pełni poddawał się popędowi, kosztem zobowiązań, jego życie szybko by się rozsypało. Mężczyzna potrzebuje relacji, ale stosunek może spokojnie mieć bez tej relacji. Ten stosunek nie usatysfakcjonuje go w pełni, bo nie będzie w nim miłości, ale to nie znaczy, że mężczyzna tego nie powtórzy
Kobiecie nie mieści się to w głowie.
Bo kobieta często łączy seksualność z relacją. Dlatego trudno jej czasem pojąć, że mężczyzna może mieć impuls seksualny całkowicie oderwany od bliskości. Ale mężczyzna, który realizowałby każdy impuls, funkcjonowałby w stanie ciągłego kryzysu. Monogamia pomaga mu ustawić proporcje. Chroni go przed chaosem.
Powiem teraz coś szokującego. Może trudnego do przyjęcia, ale miejmy to za sobą. Otóż mężczyzna jest zdolny odbyć stosunek seksualny, udany, z kobietą, której nie lubi. To się w ogóle u mężczyzn nie musi łączyć. Mają popęd seksualny, który działa. Widzą kobietę i reagują. I mogą o niej źle myśleć, a i tak to zrobią.
Ich popęd jest aż tak dużo większy niż kobiet?
Tak, to u mężczyzn potężna siła, dlatego brak seksu w małżeństwie jest dla nich zupełnie dewastujący. To jest naprawdę porażające dla wielu kobiet, kiedy odkryją, jak wiele problemów w związku wyparowuje, kiedy seks wraca. U większości kobiet nie będzie seksu, jak wszystko nie będzie w porządku. U większości mężczyzn jest odwrotnie – nic nie będzie w porządku, jeśli nie będzie seksu. Ale dodajmy, że żaden mężczyzna nie realizuje całego popędu, który się w nim uruchamia, bo musiałby oszaleć. W pewnym sensie monogamia go ratuje, bo inaczej jego życie byłoby koszmarem. Z punktu widzenia Davida Bussa wszyscy panowie powinni wybrać dziewczyny promujące swoje wdzięki w pewnych mediach. Ale tego nie robią, bo mają olej w głowie.
Oni potrafią przywiązać się do masztu tak, jak potrafił to Odys i jego towarzysze, żeby przepłynąć przez miejsce, gdzie wołały syreny. Wiadomo, że jak słychać śpiew syren, to najinteligentniejszy facet za nim poleci, czyli Buss będzie miał rację. Mam radę: chłopie, przywiąż się do masztu, jak słyszysz syreni śpiew.
A co dla mężczyzny oznacza zdrada partnerki?
Socjobiolog opisze to tak: z perspektywy ewolucyjnej mężczyzna ma silnie wbudowaną potrzebę pewności ojcostwa. Jeśli relacja kobiety z innymi mężczyznami jest bardzo niejasna lub niestabilna, pojawia się w nim biologiczny lęk przed inwestowaniem zasobów w sytuacji, której nie rozumie i nad którą nie ma kontroli.
Psychoanalityk tak: nie chodzi o strach przed „obcymi genami”, tylko o to, że mężczyzna nagle nie wie, kim dla kobiety jest i po co jest. Kobieca wieloznaczność nie uderza w biologię, tylko w jego poczucie, że ma w tej relacji jasno określoną rolę, która go utrzymuje w całości.
O miłości mówimy innymi językami i inaczej ją rozumiemy.
Gdy kobieta mówi: „Zakochaj się we mnie takiej, jaka jestem”, ma na myśli bliskość, a nie upodobnienie się mężczyzny do niej. W kulturze często miesza się te dwie rzeczy. Kobietom sugeruje się, że jeśli mężczyzna naprawdę je pokocha, będzie reagował
jak kobieta. Tymczasem mężczyzna nie oczekuje, żeby kobieta była męska. Fascynuje go jej odmienność. Jednocześnie ta odmienność czasem go dezorientuje. Miłość męska jest bardziej działaniem niż deklaracją. Bardziej obecnością niż słowem. Jeśli kobieta to rozumie, łatwiej jest jej zobaczyć jego miłość tam, gdzie wcześniej widziała brak emocji.
Uważa pan, że kobieta chce, żeby mężczyzna był taki, jak ona?
Współczesne narracje sugerują kobietom, że jeśli mężczyzna kocha, będzie czuł tak, jak one. To bardzo atrakcyjna wizja, ale nierealna. Gdyby mężczyzna czuł i reagował jak kobieta, stałby się dla niej w pewnym sensie drugą kobietą. A to wcale nie jest to, co ją przyciąga. Różnica między nimi jest źródłem napięcia, bliskości i fascynacji. Jeśli kobieta czeka, aż on zacznie reagować „po kobiecemu”, będzie rozczarowana.
A on tak nie myśli?
Nie, on nie oczekuje od kobiety, żeby była jak mężczyzna. No bo jeśli interesuje się kobietą, to właśnie dlatego, że ona nie jest mężczyzną. Czyli to, co interesuje mężczyznę w kobiecie, to jest to wszystko, co absolutnie jest niepodobne do mężczyzn.
Ale jednocześnie to go irytuje.
Tak, bo on tego nie rozumie, ale bez tego nie może żyć. On by chciał pewne rzeczy domknąć. Pyta: „O co ci chodzi?”. Ona: „Pytasz, a tak naprawdę nie chcesz usłyszeć”. On: „A co mi mówisz?”. Ona: „Że nie słuchasz”. I tak dalej. To różnica między językiem domkniętym i niedomkniętym. Która jest udręką, ale jednocześnie dla mężczyzny warunkiem zdrowia psychicznego jest to, że ma relację z kobietą, bez niej się degeneruje.
Kobieta bez relacji z mężczyzną też się degeneruje?
Może czuć pustkę czy niespełnienie, ale ma do dyspozycji więcej relacyjnych zasobów. Mężczyzna, gdy traci więź z kobietą, często traci też dostęp do własnych emocji. To paradoks: on wydaje się bardziej niezależny, a w rzeczywistości jest bardziej zależny psychicznie od relacji.
Problemy w związkach polegają na tym, że kobiety dużo uczą się na temat relacji, starają się zrozumieć partnerów, a oni pod tym względem stoją w miejscu.
Skuteczność mężczyzny nie polega na tym, żeby zrozumieć, tylko żeby się coś udawało. Oczywiście to wymaga zdolności rozumienia przedmiotu jego zainteresowań. Kobiety bardziej potrafią się z czymś zjednoczyć, niekoniecznie realistycznie na to spojrzeć, to jest ta różnica. Mężczyźni w relacji skupiają się na zadaniach, na tym, co mają zrobić.
Dlaczego mężczyzna podejmuje się pewnych działań w domu, na przykład przykręcenia szafek w kuchni, mimo że dla większości mężczyzn stan szafek nie ma żadnego znaczenia?
Robi to dla swojej partnerki?
Powód jest taki, że on chce poczuć, że to potrafi zrobić. Kiedy kobieta mu o tym przypomina, on obiecuje, ale potem się ociąga. A jeżeli ona przychodzi i zagaja: „Jak myślisz, czy te szafki są OK?”.
Czyli go podchodzi...
Tak. Ale czy ubierając się na pierwszą randkę, też tego nie robi? A czy on jej nie podchodzi na tej randce? Tu ona stwarza miejsce, w którym on może pokazać, że potrafi. Jego motywuje udowodnienie sobie i jej, że coś umie. Natomiast jeżeli ona żąda, to on się broni, bo czyta to jako zarzut wobec siebie. Można zrezygnować z podchodzenia się nawzajem, ale raczej nie ma co liczyć, że porozumienie będzie pełne i ostateczne, bo świat męski i kobiecy to są zupełnie inne bajki.
Paweł Droździak, psycholog, pracuje z dorosłymi mającymi trudności w kontroli zachowań impulsywnych i będącymi w kryzysie życiowym. Współautor publikacji „Blisko, nie za blisko” i autor książki „Zdrada. (Nie)wierna towarzyszka związków”.