Znaki szczególne? Wzrost, uśmiech i autentyczność. A ponadto – wiele różnorodnych filmów na koncie, sympatia widzów oraz uznanie środowiska. Tomasz Kot bacznie jednak pilnuje, żeby jako aktor nie kojarzył się tylko z miłymi rolami. W serialu „Niebo. Rok w piekle”, inspirowanym autentycznymi wydarzeniami, ma szansę zburzyć ten wizerunek – wciela się w guru sekty i uzdrowiciela.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Alina Gutek: Oglądając serial „Niebo. Rok w piekle”, pomyślałam, że w pewnym sensie przyszło panu zagrać świetnego aktora, udającego uzdrowiciela. A według pana on udawał czy był przekonany o swojej mocy?
Tomasz Kot: Myślę, że jak najbardziej był przekonany o swojej mocy.
Nie manipulował ludźmi świadomie, cynicznie?
Jestem pewien, że gdzieś w praprzyczynie jego działania nie było imperatywu: teraz ich wszystkich dojadę, wykorzystam. Dużo przygotowywaliśmy się do filmu, robiliśmy szczegółowy research, szperaliśmy w prawdziwej historii, która stała się kanwą filmu. Wyszło nam (i tak się umówiliśmy), że główny bohater, grany przez Staszka Linowskiego, naprawdę szuka sensu życia, a Piotr, grany przeze mnie, naprawdę uważa, że potrafi ludziom pomóc. Wydaje mi się, że tam nie było kalkulacji. Bo, co ciekawe, mój bohater nie domagał się kasy, zapłaty za uzdrowienia.
Ale mieszkania od członków sekty chętnie przygarniał.
To jednak nie była pajęcza sieć, którą zastawiał na ludzi, nie namawiał ich na oddawanie kasy. Darowizny na rzecz sekty to były raczej akty dobrej woli ludzi, którzy chcieli tym samym pokazać, że idą w to na całego. Człowiek, na którym opieramy naszą postać – jak nam mówiono – potrafił, owszem, wziąć pieniądze, ale też dać potrzebującym. Żeby było jasne: nie bronię go!
Co takiego musiał mieć, żeby pociągnąć za sobą tylu ludzi? A z drugiej strony – co takiego musieli mieć (lub czego nie mieć) ci ludzie, żeby iść za nim? Bo to, co ich łączy, to częsty schemat powtarzany w relacjach.
Nie zakładam, że mój bohater był świadomym superpsychologiem. Zakładam, że czuł pewne rzeczy instynktownie. Bo są wśród nas tacy ludzie, którzy wiedzą więcej, mają niezwykłą energię, charyzmę, którzy instynktownie wyczuwają, jak działać na innych. W trakcie przygotowań do filmu rozmawiałem z człowiekiem, który był w takiej formacji. Zapytałem go wprost: „Jak to możliwe, że ktoś narzuca ci żonę albo imię, a ty to akceptujesz?”. Kojarzy mi się to z bardzo silnym uzależnieniem od kogoś.
Podobne pytania zadawałem sobie przy filmie „Skazany na bluesa”. Dla mnie dostanie się do szkoły teatralnej, potem praca na planie czy scenie – były absolutnym spełnieniem marzeń. I jak przygotowywałem się do roli Ryśka Riedla, to nie mogłem zrozumieć, dlaczego jego pasja, czyli śpiewanie, która go winduje, przegrywa z uzależnieniem. Jaka to musi być siła, że facet rezygnuje z zagrania koncertu, żeby wrócić do dilera, a chłopaki z zespołu muszą grać bez wokalisty. W końcu zrozumiałem, że narkotyk jest tak uzależniający, a strach przed zejściem narkotykowym tak mocny, że człowiek woli zawalić inne sprawy, a nawet buchnąć naszyjnik mamie, żeby znów być na haju.
Z kolei zrozumieć bohatera „Nieba” pomógł mi znajomy, który powiedział: „Wyobraź sobie, że żyjesz w małym mieście, twoi koledzy na maksa biorą narkotyki, znasz te historie i ich totalnie załamanych rodziców. I nagle spotykasz jednego z nich, ma jasne, roześmiane oczy, widać, że nie bierze. Pytasz, co się stało, a on mówi, że poznał niesamowitego faceta, który mu dał drugie życie, nikt mu nie pomógł tak, jak on”. I właśnie mój bohater „Nieba” był kimś takim. Każdy uzależniony zapewnia, że od jutra nie bierze, wierzę w szczerość tego wyznania. Ale uzależnienie to ciężka choroba. Większość ludzi, którzy siedzą w tym po uszy, wie, że sami z tego nie wyjdą. Więc kiedy pojawia się taki anioł Piotr i mówi: „Pomogę ci, to proste, musisz mi tylko zaufać”, oni za nim idą.
Wydaje mi się, że Piotr był takim gościem, tak działał na pewnych ludzi, poszukujących, po trudnych przejściach, bo przecież nie każdy na to się nabierał. Niektórzy ludzie, którzy przeszli przez sektę, mówią, że to było złe, ale że on im naprawdę pomógł. Zatem jest w tej historii dużo tajemnicy.
Wierzył pan w dobre intencje Piotra, czyli jednak go bronił.
Nie broniłem, tylko próbowałem zrozumieć. Dla mnie największym problemem było zagranie aktu leczenia rękami. Zapytałem reżysera, czy mam być przekonany, wierzyć, że to działa, czy się zastanawiać. Odpowiedział, że wierzyć. Są sceny, w których uzdrawiamy z serialowym Sebastianem, a on patrzy na mnie, nie ma tej pewności siebie, która jest potrzebna, żeby kogoś uleczyć. A tę pewność trzeba było zbudować z nadzieją, że widz uwierzy.
Czytaj także: „Fajnie jest, jak człowiek ma swoją twarz!”. Rozmowa z Tomaszem Kotem
Serial wpisany jest w kontekst tamtych czasów – rodzącego się kapitalizmu, czasów magii i absurdów. Podobnie jak film „Wielka Warszawska” z pana udziałem, który będzie miał premierę w styczniu. Jak pamięta pan tamte czasy?
„Wielka Warszawska” to również ten czas, ale w kompletnie innym rejonie, choć całkiem możliwe, że niektórzy ludzie będący na trybunach jeździli za Piotrem z „Nieba”. Byłem wtedy w liceum. Uświadomiłem sobie na planie, jak bardzo wszystko się wokół zmieniło. Dla starszych osób to był powrót do młodości i sporo resentymentów, nagle ożywały wspomnienia. Kiedy Sebastian z „Nieba” miał zadzwonić z budki telefonicznej, cała ekipa spierała się, czy numery składały się z pięciu czy sześciu cyfr. Z perspektywy tamtej Polski nie chodzić na religię było tożsame z narażeniem się na wytykanie palcami. Kościół miał wtedy turbomocną pozycję, więc każdy, kto krytykował tę instytucję, musiał być niezwykle silny psychicznie, bo miał przeciwko sobie 90 procent ludzi. Mój bohater był w tym względzie niezwykle odważny. Uważał, że to on wie, jak interpretować Pismo Święte, że są powody, żeby pogardzać światem, który znamy. Bo skoro dochodzi w nim do tragedii, to znaczy, że takie życie się nie sprawdza i trzeba je zmienić.
Tomasz Kot (Fot. Marta Wojtal)
Pan ma osobistą historię związaną z Kościołem, był pan w seminarium.
Ten temat co jakiś czas odżywa w mediach, a z mojej perspektywy nie ma o czym mówić, byłem w seminarium raptem pół roku. Wychowałem się w wierzącej rodzinie, byłem ministrantem. Marzyłem, żeby zostać malarzem, przygotowywałem nawet teczkę na egzamin do liceum plastycznego, ale ojciec powiedział: „Stop, nigdzie nie pojedziesz”, bo musiałbym wyjechać z Legnicy do liceum z internatem. Byłem załamany. Wybrałem drugą możliwość, czyli Niższe Seminarium Duchowne.
Skąd taki pomysł?
Wtedy dość głośno było o zabójstwie dwóch polskich zakonników w Peru, jeden z nich był moim wujkiem. Bardzo przeżyłem ich śmierć. Trzeci brat zakonny, który ocalał, bo był na urlopie, przyjechał do nas i opowiadał o wujku, o pogrzebie, o tym, jak tam, na miejscu, zwykli ludzie traktują zakonników, jak oni zakasywali rękawy i razem z nimi pracowali. Ten obraz został mi w głowie. A też miałem poczucie, że nigdzie nie pasuję. Pomyślałem więc sobie, że będę jak ojciec Zbyszek, pojadę gdzieś w świat i się przydam. Zdałem do seminarium, a po pół roku stwierdziłem, że to nie dla mnie, i zrezygnowałem. To było jednak ciekawe doświadczenie.
Powiedział pan, że czuł się niedopasowany.
Tak, trochę czułem się wyalienowany. W domu była nas czwórka, brat i dwie siostry. Tata uczył w liceum wychowania fizycznego, działał w Solidarności. Z tamtego czasu pamiętam mamę, która się denerwowała, że musi po raz czwarty w ciągu wieczora wyrzucać śmieci, bo trzeba było pod takim pretekstem wyprowadzać osobno każdego, kto do nas przychodził na opozycyjne spotkania. Pamiętam też, jak tata pomagał radzieckiemu dezerterowi i brał dla niego moje swetry.
Przy okazji dostał pan edukację obywatelską.
Podwójną, bo w szkole nie mówiło się o trudnych rozdziałach w naszej historii, między innymi o Katyniu.
A kim była mama?
Mama do dzisiaj jest zakochaną w swoim zawodzie przewodniczką turystyczną i szanowaną nestorką w środowisku legnickich przewodników. Całe życie oprowadzała turystów po Dolnym Śląsku. Jako dziecko przewodniczki przez lata miałem problem ze zwiedzaniem. Ostatnie, co mnie interesowało, to były muzea i kościoły, teraz mi się zmieniło.
Rodzice bardzo dbali o to, żebyśmy coś zobaczyli, a my jako dzieci nie do końca to docenialiśmy.
Jest taka teoria psychologiczna, która mówi, że kolejność urodzenia w rodzeństwie mocno nas determinuje. Pan jest najstarszy. Jak to pana ukształtowało?
Inna teoria mówi, że nie da się wychować takiego samego człowieka w tych samych warunkach, nawet jeśli jest bliźniakiem. Na tym najstarszym rodzice popełniają pewnie najwięcej błędów. Między mną a moim bratem jest niewielka różnica, rok i parę miesięcy. Ale on mnie przewyższa, dosłownie. Zebrał chyba wszystkie frukta genetyczne. Pamiętam taką myśl: co za wstyd, młodszy brat, a mnie przegonił wzrostem, jest silniejszy ode mnie. A czy się opiekowałem rodzeństwem? Jak któraś nasza siostra miała problemy, to Koty z siódmej i ósmej klasy przychodziły i robiły porządek.
A teraz? Jaka łączy was relacja?
Mocna. Wszyscy czworo mamy swoje dzieci, każde z nas po dwoje, więc na rodzinnych spotkaniach robi się imponująca liczba: cztery razy cztery plus rodzice. Niedawno mieliśmy taki zjazd, zebraliśmy się wszyscy, przyleciała siostra, która mieszka w Szwajcarii. Cieszę się, że jest duża więź w pokoleniu naszych dzieci. Siostrzenica uprawia gimnastykę, druga uczęszcza do kółka teatralnego. Moje dzieci próbują sił w aktorstwie.
W sumie nic dziwnego, kiedy ma się tatę aktora. A pan dlaczego zamarzył o aktorstwie?
Sam jestem w szoku, jak to było możliwe. Bo z natury jestem introwertyczny i nieśmiały, nigdy nie byłem „hop, do przodu”.
Zaczęło się tak, że w liceum miałem polonistę teatromana, który kazał nam czytać „Makbeta”. Gubiłem się w tych postaciach, więc zacząłem się wydurniać. Nie pomyślałem wtedy, że zostanę aktorem, tylko zaciekawiła mnie ta zabawa głosem. Pomyślałem, że czytanie Szekspira na scenie musi być fascynujące. Zapytałem w teatrze w Legnicy, czy mogę oglądać próby aktorów, ale usłyszałem, że nie. Niedługo potem nasza klasa zgłosiła się na konkurs polonistyczny.
Graliśmy Fredrę – dziewczyny były przebrane za chłopaków, a my za dziewczyny. Zauważyłem, że podoba mi się takie zasłonienie się postacią. Jak wyszliśmy na scenę, to jakby coś we mnie strzeliło, ale długo nie potrafiłem nazwać tego, co się wtedy zadziało, dopiero parę lat temu mnie olśniło dzięki Agacie Kuleszy. Opowiadałem jej tę historię, że byłem w szoku, że ze sceny nie widziałem ludzi, tylko cienie, jakbym stał tam sam. A ona na to: „Czyli to jest twój sekret”. Pytam, jaki. Agata: „Większość aktorów chce być na scenie, żeby się pokazać, a ty, żeby się schować”. I coś w tym jest.
Świat na scenie jest ułożony, dokładnie wiem, co powie partner za pół godziny, że pod koniec mam się rozpłakać. Emocje fruwają, człowiek się wybebesza, ale to umowa, bezpieczny świat, można się na chwilę zwolnić z własnego życia. Ktoś inny powiedział mi kiedyś: „Jesteś dziwnym rodzajem gwiazdy, bo uprawiasz gwiazdorstwo wklęsłe”. Czyli że widać, jak męczy mnie celebryctwo. Zgadzam się.
Czytaj także: Wszyscy jesteśmy z tego samego osiedla. Rozmowa z Tomaszem Kotem
Lubi pan się schować za postacią, a czy lubi pan działać na widzów – wzruszać ich, rozśmieszać, wkurzać?
Dość szybko ułożyłem sobie to w głowie. Po „Skazanym na bluesa” dostawałem wiadomości: „Bardzo dziękuję za film, bo przypomniał mi pan młodość”. Film był pokazywany we wszystkich ośrodkach dla uzależnionych, ludzie mi dziękowali. A ja wtedy doszedłem do wniosku, i mówię to szczerze i bez żadnej kokieterii: a jaka w tym moja rola! Reżyser zaprosił mnie do filmu, dałem z siebie wszystko, więc jeśli film działa, to się cieszę, że jestem jego częścią, ale nie przypisuję sobie zasługi, że zadziałałem na czyjeś życie. Po „Bogach” miałem wiele spotkań z lekarzami, widzami, ktoś dziękował za to, że jego dziecko po obejrzeniu filmu w końcu zdecydowało się pójść na medycynę. A mój wpływ na to jest co najwyżej pośredni. Bardzo się cieszę, że film, w którym zagrałem, do czegoś się przyczynił, ale to nie mój pociąg, on już odjechał, ja tylko włożyłem do niego kawałek siebie, tak samo jak reżyser, operator, scenarzysta itd. Złudzenie polega na tym, że twarz aktora jest najbardziej widoczna.
Tomasz Kot (Fot. Marta Wojtal)
Dostał się pan do szkoły teatralnej za pierwszym razem, ale wcześniej przeżył pan inną porażkę – nie zdał matury, czyli zawalił pan rok.
Tak, bo poprawka była w sierpniu, po egzaminach do szkoły.
Wszystko przez matematykę?
Nie, przez historię, co jest dziwne, bo uwielbiam historię.
Miał pan więcej takich wybojów na swojej drodze?
O tak, moja droga była cały czas kręta. Mam na myśli zachodnią przygodę po „Zimnej wojnie”. Wystartowałem do głównej roli w „Tesli”, zaangażowałem się na tysiąc procent, wybrano mnie spośród wielu aktorów, jeździłem do Londynu na próby. Ale projekt nie wypalił. Takich zagranicznych przygód miałem kilka.
Wtedy był pan dojrzałym człowiekiem, ale niezdana matura mogła pana złamać.
To nie był łatwy moment, tym bardziej że wszyscy znajomi wybierali się na studia. Ale nie miałem poczucia, że oblanie mnie było do końca sprawiedliwe, a raczej, że było w tym geście dużo złośliwości. Nie zamartwiałem się jednak aż tak, bo dwa tygodnie po maturze dyrektor teatru w Legnicy zaproponował mi etat. Grałem już tam w trzeciej i czwartej klasie, od połowy liceum zakochałem się w aktorstwie.
Koleżanki z klasy mówiły z zazdrością: „Ty to przynajmniej wiesz, co chcesz robić”. Miłość do aktorstwa podtrzymywała mnie na duchu, bo to był ciężki moment.
Co na to rodzice?
Nie mieli wyjścia. Byłem zbuntowanym człowiekiem, okoliczności wyjścia z domu miały lekko konfliktową otoczkę. Tata dla żartu mówił, że będzie miał aktora na utrzymaniu. Teraz oczywiście rodzice są ze mnie dumni.
Cieszy się pan, że córka i syn idą w ślady taty?
Po pierwsze nie roszczę sobie praw do tego, żeby mówić dzieciom, że coś jest nie dla nich. Jestem ciekawy tego, co robią, powtarzam im, że jestem obok, że zawsze mogą na mnie liczyć. A zaczęło się od tego, że chciałem im pokazać, jak w „Niani” zagrałem dwie postaci. Odcinek zaczyna się od sceny, w której trójka dzieci zbiega po schodach i krzyczy do mnie „Tato!”. Syn i córka byli w szoku, że jakieś inne dzieci mówią do mnie „tato”. Tłumaczyłem im, że to jest udawanie, że jestem jak z bajki. Po jakimś czasie córka zapytała: „Skoro jakieś inne dzieci grają twoje dzieci, to czy ja mogę być takim dzieckiem, które gra?”. Zacząłem jej opowiadać o castingach, więc zapytała, czy może wziąć w nich udział. Żeby sprawdzić, czy w ogóle się do tego nadaje, zaproponowałem zabawę: „Powiedz jakieś zdanie z niedowierzaniem, ze strachem, złością”. I zobaczyłem, że łapie, o co chodzi. Ale wtedy powstał dylemat, co mam jej powiedzieć: „Ponieważ ja wykonuję ten zawód, to wam nie wolno”?
Druga rzecz, która na pewno miała na nich wpływ, to fakt, że widziały, jak pracuję, na przykład zakładam słuchawki i chodzę po domu albo ogrodzie, ucząc się tekstu na pamięć. Uprawianie tego zawodu ma naprawdę dużo kolorów w życiu prywatnym, no bo co chwilę jest jakieś wariactwo.
To jest też atrakcyjne. Nic dziwnego, że połknęły bakcyla.
Blanka nie od razu dostała rolę, chodziła na castingi, kilka razy jej odmówiono. Widzę, że teraz syn ma ogromny ciąg na tę bramkę – chodzi na zajęcia teatralne, ćwiczy. Obydwoje wykonują ogrom pracy, to ich autentycznie fascynuje, pytają mnie często o wszystkie te śrubki warsztatowe.
Na przykład o co?
Pamiętam, jak syn zapytał, co jest moim atutem. Odpowiedziałem mu, że jako młody aktor testowałem sposoby przekazywania pewnych emocji, żeby mieć je potem pod ręką. I odkryłem, że potrafię na zawołanie się rozpłakać. To rodzaj łatwości, którą ma wielu aktorów. Pytanie tylko, jaki powód za tym płaczem stoi. Tłumaczyłem im, że nigdy nie mogą stosować tej umiejętności prywatnie, na przykład na rodzicach. No i pamiętam, jak Leon zapłakał, trochę się tego przeraziłem. Zapytał mnie też, co dla mnie przez te lata było najtrudniejsze. Odpowiedziałem, że najtrudniejsze było kręcenie 60 dubli na planie u Pawła Pawlikowskiego, zwłaszcza sceny w obozie, gdzie trzeba było pokazać bez słów ciężkie lata w zamknięciu. Myślałem sobie: ile jeszcze razy dam radę się rozpłakać. W końcu ogolili mnie na łyso, co oznaczało, że to koniec tej sceny i filmu. Kręciliśmy go pół roku, to było ciężkie zadanie.
Mówię dzieciom szczerze, że to dość porąbany zawód, że nie ma dwóch aktorów którzy tak samo kombinują, bo to wszystko opiera się na indywidualności: ktoś jest chudszy, grubszy, a to – odwrotnie niż w życiu – atut.
Z tego, co pan mówi, wynika, że traktuje pan swój zawód raczej jako rzemiosło niż misję?
Wypracowałem sobie taki rodzaj etyki, praktyki, że traktuję każde zadanie jako robotę, i na przykład mówię, że idę do roboty, wróciłem z roboty. To pomaga złapać dystans. Czuję dużą odpowiedzialność za to, co robię. Bo każdy dzień zdjęciowy wiąże się z ogromnymi kosztami. Zawsze mam z tyłu głowy myśl: nie możesz dać ciała, to gigantyczna inwestycja producenta, reżysera, który mnie wybrał, dystrybutora, który pokłada we mnie nadzieje promocyjne, to cały system naczyń połączonych. Czuję wielką wewnętrzną presję i odpowiedzialność, to nie zabawa.
Tomasz Kot (Fot. Marta Wojtal)
Gra pan różnorodne role: dramatyczne, komediowe, ma pan na koncie przygodę z kabaretem. Ta różnorodność to świadomy wybór czy przypadek?
Jest gigantyczna różnica między aktorem na początku drogi i potem. Gdy przyjechałam do Warszawy, to wchodziłem we wszystko, co mi proponowano. Po dwóch latach czytam, że gram w głupich komediach. A jak chodziłem na castingi do poważnych produkcji, to mówiono: „Wiadomo, on z tego »Ciacha«”. Pomyślałem, że muszę coś zmienić, że za bardzo rzuciłem się na granie. Teraz mogę już sobie pozwolić na wybór i nie mam na to jednego schematu. Na festiwalu w Gdyni ktoś mnie zaczepił i powiedział, że w innych filmach jestem sympatyczny, a w „Kuleju” gram ciemnego typa, słyszałem bardzo dużo takich opinii. Pomyślałem, że skoro kojarzę się tak sympatycznie, to zagranie negatywnej postaci może być bardzo dobrą operacją na mojej karierze.
https://share.google/r1SzzWPQCZKM2mCJb
Nie chcę zamknąć się w jednej szufladce, nie boję się ryzyka. Fajnie jest grać dobre role dramatyczne, ale najlepiej, jak jest balans między dramatem a komedią.
Zbliża się pan do pięćdziesiątki. Czy dopadają pana momenty zwątpienia, kryzys wieku?
Oczywiście, że tak. Na zewnątrz nie widać, że bywa trudno. Bo co jakiś czas premiera, dobre filmy, kolejny kontrakt reklamowy, gość jest popularny. Ale tylko ja wiem, ile kosztowała mnie nieudana przygoda z „Teslą” czy hiszpański film „Wróg doskonały”, gdzie byłem jedynym Polakiem na planie, więc zaangażowanie mentalne było gigantyczne. Miałem trudny moment po pandemii, kiedy postanowiłem, że muszę zdecydować, gdzie jest moje miejsce. Pomyślałem sobie: kurde, wszystko, co mnie wyniosło za granicę, powstało tu, w Polsce. W podjęciu decyzji pomógł mi agent z Los Angeles, który zadzwonił z propozycją zagrania w serialu, ale pod s warunkiem, że rzucam pracę w Polsce. A ja byłem w trakcie przygotowań do „Niebezpiecznych dżentelmenów”, zakochany w Boyu-Żeleńskim, totalnie wciągnięty w studiowanie życia na przełomie XIX i XX wieku. Odpowiedziałem: „Sorry, mój przyjaciel robi film, gram z najlepszymi polskimi aktorami, nie zrezygnuję z danego słowa, to byłoby nie fair”. Innym razem producenci brytyjskiego serialu „Świat w ogniu” chcieli rozbudować moją rolę, ale zbliżał się debiut Tadzia Śliwy, „Nieznajomi”, a ja bardzo chciałem w nim zagrać, w dodatku z Mają Ostaszewską i Kasią Smutniak, więc podziękowałem. Nie chciałem być dla zagranicznych producentów niepewnym aktorem, który odmawia, który nie jest na każde zawołanie. Teraz myślę sobie, że jak coś się przydarzy, to spoko, ale nie chcę mieć już w sobie tej presji, że za wszelką cenę mam coś robić za granicą. Pamiętam, że jak wróciłem z hiszpańskiego planu, obiecywałem sobie, że będę całował pierwszy polski scenariusz.
Czytaj także: Joanna Kulig: „Jak to ogarnąć, żebym była szczęśliwa?”
Z tego, co pan mówi, wynika, że kryzys wieku średniego pana ominął. A lęk przez starzeniem się?
Tak jak hazard jest dla mnie czymś abstrakcyjnym i nigdy nie miałem ciekawości, żeby go spróbować, tak samo nie uczestniczę w tej zabawie, jaką jest próba zatrzymania czasu, co teraz staje się powszechną obsesją. Jestem chudym facetem, choć wolałbym być umięśnionym, jadłem nawet kiedyś podwójne obiady, żeby to zmienić, ale próbować się odmłodzić? Nigdy w życiu! Starania, żeby wyglądać młodziej, to największy paradoks naszych czasów, bo ludzie wykonują operacje plastyczne, żeby podkreślić swoją indywidualność, a finalnie upodabniają się do siebie. Naturalne siwe włosy są piękne. Ale być może w oswajaniu wieku pomaga mi zawód, bo otwiera się nowa pula ról. Pamiętam, jak w serialu „Świat w ogniu” po raz pierwszy grałem ojca dorosłego dziecka, notabene Zosi Wichłacz. Patrzę na Zosię i pytam reżysera: „Czy to wiarygodne, że jestem jej ojcem?”. A reżyser odpowiada: „Tomek, wyglądasz jak jej tata”. Wtedy to było dla mnie zaskakujące. Teraz, jak już zacząłem siwieć, myślę z ciekawością o tym, co mnie czeka.
Rodzina, wieloletni związek, chronią przed kryzysami wieku, przed samotnością?
Tak, oczywiście, rodzina to mocny fundament, trzyma mnie w pionie. Tak jak w sporcie, zwycięskiego składu się nie zmienia, my też jedziemy razem dalej. Ważne, żeby się wspierać. Żona skończyła operatorkę w Katowicach, przez lata zajmowała się wychowaniem, pisała książki dla dzieci, a teraz zaczyna swoją filmową przygodę. Kiedy studiowała, jeździłem z małą Blaneczką wokół szkoły, bo mieliśmy taką umowę z profesorami, że Aga będzie wychodziła z zajęć na karmienie. Byłem mężem na stand-by’u. Można się łudzić, że gdzieś jest lepiej, ale ja wiem, że to iluzja.
Słyszałem ostatnio prognozę, że pogłębi się w społeczeństwie samotność, że ludzie, którzy nie zdecydowali się na dzieci, po śmierci trzeciego psa nie będą chcieli mieć czwartego, bo śmierć zbyt boli. Za trzy, cztery dekady według tej teorii czeka więc nas epidemia samotności.
Bardzo nie lubię długich pobytów poza domem, najdłuższy trwał trzy miesiące. Pamiętam, że jak wróciłem, byłem zły na siebie, że dzieci się zmieniły, że coś przegapiłem. Do tej pory pilnuję, żeby po zakończeniu zdjęć nie brać następnych, tylko uziemić się w domu, żeby żona mogła gdzieś wyjechać, bo dla niej to duży wysiłek ogarniać dom podczas mojej nieobecności.
A wracając do kryzysu – nie wiem, co by było, gdyby mi się nie udało, gdybym był sfrustrowanym gościem, który nie zagrał niczego od 10 lat. Moje życie tak się potoczyło, że teraz gram sporo, a po zakończeniu zdjęć cieszę się, że mam wolne, że zajmuję się domem, grabię liście w ogrodzie, mam czas dla dzieci.
Tomasz Kot, aktor filmowy, teatralny i serialowy. Laureat Orła za rolę w filmie „Bogowie”, nominowany do Europejskiej Nagrody Filmowej. Otrzymał wiele innych nagród, m.in. za debiut aktorski na FPFF w Gdyni w filmie „Skazany na bluesa” oraz Wiktora za rolę w„Zimnej wojnie”. Prywatnie ojciec 18-letniej Blanki i 15-letniego Leona. Serial „Niebo. Rok w piekle” miał premierę 26 grudnia na HBO Max, film „Wielka warszawska” można od stycznia obejrzeć w kinach.