1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Tomasz Schuchardt: „W ostatnim czasie żyję tylko do przodu”

Tomasz Schuchardt: „W ostatnim czasie żyję tylko do przodu”

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)
To jest niezaprzeczalnie jego czas. Tomasz Schuchardt stał się najgorętszym aktorskim nazwiskiem tego roku. I chociaż na ekranie tak często dotyka mrocznych stron ludzkiej natury, choć potrafi przyznać, że w jego zawodzie jest zatrzęsienie ego – egotyzmu, egocentryzmu, narcyzmu – on sam ma opinię empatycznego faceta. Jak mu się to udaje?

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.

Zofia Fabjanowska: Interesowałeś się drzewem genealogicznym swojej rodziny? Szukałeś korzeni?

Tomasz Schuchardt: Kiedy był na to czas i mogłem jeszcze zapytać dziadków, co pamiętają, nie pytałem. A potem też niespecjalnie podejmowałem wysiłki, żeby zgłębić temat. To znaczy nawet próbowałem sprawdzać w sieci, ale niczego nie znalazłem. Mam chłopskie pochodzenie, niewykluczone, że moich przodkiń i przodków po prostu nikt nie spisał.

A pamiętasz, kto po raz pierwszy nazwał cię Szuszu?

Mój przyjaciel z roku, teraz reżyser, Piotrek Domalewski. To się błyskawicznie przyjęło, w pewnym momencie na studiach już wszyscy mnie tak dla ułatwienia nazywali, zresztą ja też zacząłem się tak przedstawiać. Właściwie to już coś więcej niż ksywka, bo dzisiaj prawie nikt nie mówi do mnie „Tomek”. Może mama, ale nawet rodzeństwo raczej przestawiło się na „Szuszu”.

Tymczasem twoje pełne imię i nazwisko nieustannie przewijało się na ostatnim festiwalu w Gdyni, gdzie o nagrody walczyły aż cztery filmy, w których wystąpiłeś. Z tej okazji pojawił się nawet w sieci mem z tobą w roli głównej. Widziałeś?

Kilka osób mi go przysłało, więc sobie popatrzyłem. To chyba pierwszy mem z moim udziałem…

Chodzi o twoje zdjęcie z komentarzem sugerującym, że w roku 2025 reżyserzy mieli prostą strategię: weźmie się do obsady Schuchardta i będzie git. Co o tym myślisz?

Fajnie, że pod memem było dużo sympatycznych komentarzy, ale tego typu „reklama” raczej mi nie służy.

Bo?

Bo to jest trochę o wyskakiwaniu z lodówki, z czym jednak nie chciałbym być kojarzony. I z czym się nie zgadzam: zagrałem główną rolę tylko w jednym filmie startującym w tym roku w Gdyni w konkursie „Perspektywy”. Czyli w „To się nie dzieje” Artura Wyrzykowskiego. Bo w „Domu dobrym” Wojtka Smarzowskiego główna rola to jednak rola Agaty Turkot, nie moja. W dwóch kolejnych filmach zagrałem epizody.

To taki wieczny lęk w przypadku naszego zawodu: najpierw przed tym, czy w ogóle będzie się miało jakąś pracę, a kiedy wreszcie pojawiają się propozycje, to z kolei się boisz, czy nie zaczniesz być postrzegany jako ten lodówkowy skoczek. Specyfika naszej pracy polega też na tym, że niektóre projekty, które były realizowane dużo wcześniej, muszą czekać na swój moment. Coś, co powstało dwa lata temu, jest wypuszczane teraz, przez co premiery się zbiegają. Na pewno nie jest tak, że pracuję non stop i nie bywam w domu. Życie rodzinne jest dla mnie najważniejsze, wszystko jest, jak być powinno.

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Przyjrzałam się kilku rolom, w których cię ostatnio obsadzano, i choć wiele je różni, to jednak w większości nie są to faceci szczególnie sympatyczni. Nie mówię już o ewidentnym przemocowcu z „Domu dobrego”, ale właściwie każdy z tych mężczyzn jest na swój sposób bezwzględny czy niepokojący…

Zawsze powtarzam, że z taką facjatą niewiele trzeba, żeby zrobić ze mnie groźnego typa [śmiech]. Wbrew moim wewnętrznym pokładom pacyfizmu i w ogóle otwartości na drugiego człowieka.

To się przekłada na twoje życie prywatne? No wiesz, spojrzysz z ukosa jak komisarz Podolski z „Breslau” i nagle w pomieszczeniu robi się nieswojo…

Faktycznie, czasem docierają do mnie tego typu sygnały. Odpływam myślami i nagle słyszę: „Jezu, coś się stało?”. Czyli ten mój poziom zero – całkowicie neutralny wyraz twarzy – może nie być odbierany jako neutralny. Coś takiego zarejestrowałem, natomiast tak generalnie w życiu prywatnym już dawno przestałem się przejmować tym, jak ludzie mnie odbierają. Inaczej bym chyba zwariował. Zwłaszcza że mnie samemu sporo czasu zajęło, żeby zrozumieć, kim jestem.

Zapamiętałam, co powiedział o tobie reżyser Wojciech Smarzowski w Gdyni, w naszym festiwalowym studiu „Zwierciadła”. Przyznał, że obsadził cię w „Domu dobrym” w roli męża-oprawcy nie tylko ze względu na twoje umiejętności aktorskie, ale – co może zabrzmieć paradoksalnie – ze względu na twoją empatię. Uznał, że grająca maltretowaną żonę Agata Turkot będzie się czuć przy tobie bezpiecznie.

Nie zdawałem sobie z tego sprawy. Na castingu czułem, że mieliśmy z Agatą przelot, ale taki przelot się zdarza i wcale automatycznie nie oznacza, że dostaje się rolę. Na dodatek te dwie sceny, które razem odegraliśmy, to nie były sceny przemocy, przez co nie byłem do końca świadomy, co to właściwie za rola, jakie czeka mnie zadanie. Wiedziałem natomiast, że Agata – która od początku miała grać Gośkę, casting był tylko na jej partnera – próbowała z wieloma innymi aktorami. I fajnie jest usłyszeć, że poczuła się bezpiecznie, ale też chciałem nadmienić, że to absolutnie nie jest tak, że tylko ja spełniałem jakąś funkcję ratowniczą czy opiekuńczą. Agata to silna, stanowcza osoba, która – to nas też między innymi łączy – ma cięte poczucie humoru, cyniczny dowcip i potrafi tym dowcipem wyjść z różnych trudnych sytuacji.

Pamiętam momenty, kiedy było już naprawdę ciężko, szczególnie pod koniec pracy, w scenach kręconych nie w mieszkaniu w Serocku, tylko w domu jednorodzinnym pod Żyrardowem. Oboje byliśmy już nieźle przeorani, rozwaleni, w dwóch zupełnie innych energiach – Agata, której bohaterka tkwiła w kompletnym stuporze, i ja, wycieńczony po kolejnej scenie, w której jako oprawca musiałem mieć energię „do przodu” – i wtedy też ona dawała mi pomocną dłoń, mówiąc: „Szuszu, nie narzekaj. Już prawie koniec”.

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

OK, przyjmuję to, co mówisz, natomiast w branży generalnie uchodzisz za wspierającego, opiekuńczego faceta, lojalnego kumpla. Wiesz, skąd bierze się ta opinia?

Mam taką cechę, tylko nie wiem, jak ją nazwać… Jak powiem, że od dziecka byłem empatą, to chyba jednak za duże słowo. Na pewno miałem jakiś rodzaj radaru na słabszych czy potrzebujących pomocy.

Jesteś najstarszy z czwórki rodzeństwa?

Drugi w kolejności, mam starszą siostrę, ale jestem pierwszym chłopakiem, starszym bratem. I też jak to DDA, każde z nas przybierało w rodzinie różne role, no ale rzeczywiście dobrze się sprawdzałem w roli opiekuna. I to nie tylko w domu. Pomagałem na przykład kolegom rozwiązywać zadania z matmy Kiedy wiedziałem, że naprawdę nic z tego nie kumają, a nie, że im się nie chce. Zresztą w motywowaniu też chyba byłem całkiem niezły.

Poza tym zawsze lubiłem sport, z zastrzeżeniem, że realizowałem się wyłącznie w sportach zespołowych. Po boisku potrafiłem biegać aż – jak to mówią – do upadku mięśniowego, ale nudziły mnie wszystkie te ping-pongi, tenisy, siłownie, potrzebowałem czuć, że jestem częścią większej grupy.

Miałem posłuch w szatni, nie raz mnie wybierali na kapitana. Albo nawet nie posłuch, bo to brzmi jakbym był dowódcą w wojsku, a mnie chodzi o koleżeńskie relacje. Motywowałem swoje linie obrony w piłce nożnej czy tam linię ataku w siatkówce, byłem pierwszy do poklepania po ramieniu, pierwszy, żeby komuś pogratulować, z kimś się wyściskać.

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Wiesz, albo masz tę cechę, albo jej nie masz, prawdopodobnie ja ją mam. Podbił ją we mnie jeszcze Kraków, szkoła teatralna, stamtąd wyniosłem etos pracy. Takie szlify dostałem od profesor Małgorzaty Hajewskiej, którą niezwykle cenię i która nauczyła mnie, że aktorstwo to sport zespołowy. Że wszyscy gramy do tej samej bramki. Dobrze o tym pamiętać, bo w tym zawodzie jest od cholery ego: egotyzmu, egocentryzmu, narcyzmu. Łatwo przekroczyć granicę, można nawet nie zauważyć, że nagle z człowieka, który walczył o siebie czy walczył o sprawę, rolę, ktoś przeistacza się w zarozumiałego bubka. Od razu czuję, jak taki ktoś wchodzi na plan – kobieta czy mężczyzna, zwykle to aktorzy z pokolenia o 10, 20 lat starszego ode mnie – i od wejścia próbuje ustawiać innych pod siebie. Mam superkontakt ze wszystkimi pionami w ekipie i generalnie nie cierpię, jak się nie okazuje szacunku ludziom z pionów technicznych. Więc jeśli widzę, że coś takiego ma miejsce, od razu potrafię to spacyfikować, spowodować, by ta wylewająca się z człowieka gównianość była zauważona, tym samym obnażona, niekomfortowa i ostatecznie skompromitowana. To znaczy teraz już jestem w stanie to zrobić, czuję się na siłach, bo też nie ukrywam, że był w moim życiu czas, że nie byłem na tyle mocny. Sam ledwie się utrzymywałem na powierzchni, dlatego w sytuacjach, kiedy widziałem, że dzieje się coś złego, raczej oddychałem z ulgą, że to nie skupia się na mnie. Teraz dużo więcej rozumiem, znam pewne mechanizmy. A przede wszystkim mam więcej mentalnej siły i potrafię z niej sensownie czerpać.

Skąd to wzmocnienie?

Przyszło z terapią. A najpierw z Kamą, teraz moją żoną, wcześniej moją dziewczyną, potem narzeczoną. Jesteśmy razem kilkanaście lat i zawdzięczam Kamie m.in. to, że potrafi jasno sformułować pewne rzeczy, powiedzieć o mnie coś, czego ja nie widzę. Albo nie chcę widzieć. To wszystko mnie ukonstytuowało, dzięki temu zyskałem siłę, którą, jak wiadomo, można bardzo łatwo utracić, no ale na dziś ją mam. I dlatego, jeśli spotykam kogoś, kto, jak widzę, jest w tym samym w miejscu, w którym byłem parę lat temu, potrafię to wyczuć, wyciągnąć rękę, dać wsparcie.

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Wracając jeszcze do „Domu dobrego” – czy ten film, praca nad nim, uświadomiły ci coś, czego na temat przemocy domowej nie wiedziałeś? Otworzyły ci na coś oczy?

Niestety nie. Ja się wychowywałem w popegeerowskich blokach i też nie chcę tu teraz opowiadać nie wiadomo czego, że u nas na wsi było najgorzej…

Wychowywałam się w blokowisku w dużym mieście i też sporo się w dzieciństwie naoglądałam. Wiele scen wyglądało znajomo.

Już na etapie scenariusza nie miałem wątpliwości, że research, który został wykonany do filmu, był ogromny. To taka specyfika Wojtkowego kina – Wojtek przygotowuje się bardzo rzetelnie do swoich filmów, zbiera mnóstwo materiałów z życia, każda scena poparta jest historiami kobiet, które naprawdę to przeżyły. Nasz film w sposób symboliczny wszystkie te zebrane historie „upycha” w jednym domu, w relacji jednej kobiety i jednego mężczyzny. Dla niektórych to jest ponoć za dużo, ten symboliczny zabieg, te wszystkie zebrane doświadczenia z kilku czy kilkudziecięciu domów w jednym. Chociaż czy ja wiem? Czy to jest rzeczywiście symboliczne?

Pamiętam, jak pierwszy raz spotkałem się z moją panią psycholog. Chciała się dowiedzieć, kim jestem, zapytała o dorastanie, poprosiła, żebym coś opowiedział. Przytoczyłem więc przygód kilka wróbla Ćwirka – czymś się tam podzieliłem i pamiętam, jak na mnie wtedy spojrzała. Powiedziała tylko: „Mam ochotę pana przytulić”. Zdziwiłem się – nie miałem wtedy jeszcze dostępu do siebie, raczej unikałem emocjonalności, nie do końca rozumiałem, o co jej chodzi. Teraz myślę, że skoro nawet tak doświadczoną specjalistkę ruszyły historie, które opowiedziałem, to jednak było coś na rzeczy.

Szczerze powiedziawszy, znam i gorsze przypadki od tych pokazanych w filmie. Dlatego jeśli słyszę zarzuty, że „Dom dobry” to pornografia przemocy, po prostu nie jestem w stanie ich traktować serio. Choć absolutnie najgłupsze, co usłyszałem w kontekście filmu, to to, że może być odebrany jako instruktaż przemocy. Aha. To tak, jakby powiedzieć, że „Pasja” Mela Gibsona jest instruktażem krzyżowania, a „Milczenie owiec” instruktażem dla aspirujących kanibali. Błagam!

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Widzisz rozwiązania systemowe, które realnie poprawiłyby sytuację osób tkwiących w przemocowym związku?

Nie do końca wierzę w system, bo on zawsze do jakiegoś stopnia jest ślepy i bezduszny. Zawsze pojawi się pytanie, kto zasługuje na wsparcie, a kto nie.

Ja bym chciał, żebyśmy się zmienili jako społeczeństwo, myślę sobie, że świadomość społeczna jest tu kluczowa. I nie chodzi tylko o kampanie w telewizji czy środkach transportu, choć one na pewno są ważne. Mówiąc o świadomości, mam na myśli to, że czasy ogólnie sprzyjają temu, że różne rzeczy mogą dziać się za zamkniętymi drzwiami. Jesteśmy wyraźnie podzieleni. Internet to dodatkowo pogłębia, no i oczywiście politycy – oni dzielą nas najskuteczniej. Ludzie mieszkają obok siebie i często nie mówią sobie nawet zwyczajnego „Dzień dobry”. Żyjemy w bańkach. Ja na przykład w moim najbliższym otoczeniu nie mam ludzi przemocowych i mógłbym spokojnie zapomnieć o tym, że tacy ludzie w ogóle istnieją. Nawet internet niespecjalnie podsuwa mi takie treści, bo ich nie szukam, algorytm nie wyłapuje takiego zapotrzebowania.

Dochodzi do tego wstyd przed tym, żeby, nawet w bliższym gronie, mówić, co dzieje się u nas w domu, bo przecież na Instagramie nie ma przemocowych ojców, mężów, matek, same uśmiechnięte twarze. Perfekcyjne życia.

Myśląc idealistycznie – czasem ten idealista wciąż się we mnie odzywa, tym bardziej że pracuję akurat nad ekranizacją powieści pozytywistycznej – powinniśmy zacząć od pracy u podstaw. Widziałbym nawet zasadność sąsiedzkich interwencji, żeby ludzie, widząc, że komuś dzieje się krzywda, mogli się skrzykiwać, organizować pomoc. Pytajmy, jeśli coś nas niepokoi, interesujmy się.

Ty się interesujesz?

Tak, staram się reagować. Szczególnie uderza mnie, jako ojca, złe traktowanie dzieci. Nawet ostatnio byłem świadkiem przy szczepieniu, jak matka krzyczała i straszyła synka, sześciolatka, że jak będzie ryczał – on bał się igły – to się doigra.

Padały teksty typu: „Jesteś chłopakiem czy nie?” i takie tam. Nie wytrzymałem, podszedłem. I też cieszę się z mojej reakcji, bo najgorzej by było, gdyby mi się odpalił krótki lont. Ale nie, dosłownie w ostatniej chwili się opanowałem – polecam wszystkim autokontrolę, naprawdę fajna sprawa – powiedziałem spokojnie, że dzieciak się boi, że nie ma sensu do niego tak mówić, ale że jest coś takiego jak plasterki na skórę z miejscowym znieczuleniem. Obok w aptece są dostępne, moja córka przez to w ogóle nie boi się igieł, pobierania krwi, niczego. Nalepia się taki plasterek godzinę wcześniej i po sprawie. Pani popatrzyła na mnie dziwnie, trochę na zasadzie, że wpierdalam się jej w rozmowę z synem, ale widziałem, że ją to trochę ostudziło. Ktoś zareagował, wyprowadził ją ze strefy komfortu, poczucia, że może się bezkarnie wyżywać na dziecku, ale zrobił to w kulturalny, nieoceniający sposób, podsunął rozwiązanie.

To jest oczywiście inna sytuacja niż wtedy, kiedy ktoś terroryzuje tramwaj, wtedy trzeba spacyfikować awanturującego się koleżkę w inny sposób, ale generalnie wychodzę z założenia, że dużo więcej dają komunikaty wygłoszone z dobrą wolą, bez straszenia. My i tak żyjemy w ciągłym strachu – a to wojna jedna, druga, a to pandemia, a to inflacja, a to, że przyjdzie zła prawica albo zła lewica. Jesteśmy tak rozedrgani, że naprawdę bałbym się reakcji na kolejne źle prowadzone rozmowy, na zastraszania, pouczenia bez dawania konkretnych narzędzi.

A wracając łukiem do twojego pytania, najbardziej bym chciał, żebyśmy to my zaczęli się zmieniać, bo system finalnie jest wypadkową tego, do czego dąży społeczeństwo, czego chce się pozbyć, czemu chce zaradzić. Chyba że mówimy o ustroju totalitarnym, natomiast ja jeszcze wierzę, że jesteśmy demokracją. A tak już najprościej: bardzo chciałbym, żeby ważniejszy był dla nas zwykły uśmiech, który sprzedajemy drugiemu człowiekowi. Temu, którego mijamy. Wyobrażam sobie, że ktoś, kto potrzebuje pomocy, trzy razy szybciej zwróci się do ciebie, przełamie wstyd i o nią poprosi, kiedy wie, że ma w tobie sympatycznego sąsiada, który zawsze się do niego uśmiechnie, niż wredną sąsiadkę czy sąsiada, którzy odwracają wzrok. Brzmi prościutko, choć oczywiście wiem, że czeka nas długa droga i ciężka praca, żeby to w ogóle zaczęło się dziać. Tymczasem dzieje się dokładnie odwrotnie.

Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters) Tomasz Schuchardt (Fot. Szymon Szcześniak/Visual Crafters)

Boisz się o swoje córki?

Boję się, bo nie wiem, co będzie ze światem. Czy będę umiał reagować, znał technologie, które będą obowiązywać, kiedy Tośka i Mira podrosną. Już teraz nie mam na przykład TikToka. A za paręnaście lat będzie coś jeszcze zupełnie innego, jakieś inne platformy porozumiewania się młodych pokoleń. Czy będę miał do nich dostęp?

Pod względem przemocy boję się o moje dziewczyny może o tyle mniej, że wiem, jaka jest moja żona, jaki jestem ja: przemycamy w rozmowach różne rzeczy, mówimy, jak świat wygląda, z jego plusami i z minusami. Staramy się nie straszyć, ale też nie trzymać ich w szklarni. Wydaje się, że na razie nieźle to funkcjonuje. Mira jest jeszcze malutka, ale Tośka rośnie na naprawdę fajną, pewną siebie babkę. Kurczę, trzymam za nią kciuki, żeby tak było dalej. I za nas, żebyśmy nie spieprzyli tego, co już się udało zrobić.

Ciekawa jestem, czy, kiedy patrzysz na siebie na ekranie i oglądasz siebie w roli, to…

Sorry, że ci przerwę, ale akurat, jeśli tylko mogę, to na siebie nie patrzę. Jak mam możliwość niebycia na premierze, zdecydowanie wybieram niebycie, a jak już muszę być, bo mam taki wpis w kontrakcie, to siedzę w sali kinowej i staram się oglądać tak, żeby skupiać na wszystkim innym poza mną. Mam dużą niezgodę na siebie na ekranie, która z czasem tylko mi się pogłębia.

Skąd się bierze ta niezgoda?

Z mojej fizyczności. W głowie mam nadal 19 lat, a to się jednak trochę kłóci z tym, co widać. Z siwymi włosami i tak dalej. Z drugiej strony, po prostu wierzę i ufam, że to co przygotowałem i reżyser zaakceptował, jest właśnie tym, co miało być zrobione. Nie chcę już do tego wracać, i zastanawiać się, czy coś można było zrobić inaczej. Na samym początku, przy okazji moich dwóch, może trzech pierwszych filmów, tak się to właśnie odbywało. Oglądałem, a potem wracałem, analizowałem, co jest do poprawienia, co dało się zrobić lepiej. Dość szybko przestałem, bo to do niczego nie prowadzi. Nie jest budujące, wręcz przeciwnie, można się zadręczyć i nadszarpnąć poczucie własnej wartości. Zresztą ja chyba w ogóle żyję w ostatnim czasie tylko do przodu. Nie rozpamiętuję i ta zasada dotyczy także mojej pracy zawodowej. Całe szczęście zawsze daję z siebie sto procent. Zawsze. Najlepszą stroną takiego podejścia jest to, że z czystym sumieniem można sobie powiedzieć: nie, nie mogłem lepiej, zrobiłem dokładnie tyle, na ile mnie było wtedy stać. Jeden wyrzut sumienia mniej.

Umiesz przyjmować słowa uznania, podziwu?

Absolutnie nie. To znaczy cieszę się, kiedy znajomy wyśle SMS: „Widziałem cię w tym i w tym, bardzo fajne”, ale oko w oko, to klasycznie – jak chyba wielu Polaków – od razu się spinam, kryguję, obracam w żart. Albo odbijam piłeczkę, mówię: „To nieważne, ale za to ciebie w czymś widziałem, fajna rola…”, jakbym odrzucał gorącego ziemniaka.

Zawsze łapię się na tym, że mnie to dziwi. Gdzieś w mojej głowie tkwi przeświadczenie, że to przede wszystkim problem kobiet, że to my nie potrafimy przyjmować komplementów…W końcu jestem Panną. Śmieję się, nie znam się na znakach zodiaku. A bardziej serio: uważam, że faktycznie mam w dużo kobiecego pierwiastka. Zresztą na początku drogi, jeszcze w szkole teatralnej, najważniejsze dla mnie rady i wskazówki dostałem od kobiet. Osoby, które na poziomie studiów mnie ukształtowały to były profesorki, nie profesorowie.

Mówisz o pierwiastku kobiecym, a mnie mocno rozśmieszył żart, który opowiedziałeś w jednym z podcastów. „Dlaczego mężczyzna jest smutny w swoje 30. urodziny? Bo zostało mu już tylko 10 lat dzieciństwa”. Jak zatem przyjmujesz to, że twoje dzieciństwo kończy się już za rok?

Na szczęście ten żart poznałem odpowiednio wcześnie, byłem jeszcze przed trzydziestką. Miałem wówczas kiełbie we łbie i uznałem, że jak tak, to ekstra – przede mną jeszcze kilkanaście lat palenia głupa. Potem przekroczyłem trzydziestkę, urodziła się Tosia. I chociaż nie mogę powiedzieć, że jej narodziny natychmiastowo rozpoczęły moją dorosłość, to jednak miały na nią ogromny wpływ. W rezultacie dzieciństwo skończyło się u mnie wcześniej, niż zakłada dowcip. Powiedzmy, że przypadło na 34. rok życia.

I co jest dla ciebie symbolem dojrzałości – twojej własnej?

Ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym [śmiech]. Nie, nie… Zastanawiałem się nad tym i dojrzałość umiejscawiam jakoś zaraz obok męskości. Z kolei męskość to według mnie zarówno troska – o innych, o moje córki – ale też odpowiedzialność za to, co się mówi i robi. To słowność, na przykład w stosunku do mojej żony. Takim ideałem jest w ogóle zaprzestanie kłamania.

W ogóle? Nie wiem, czy to możliwe, czy to nie utopia…

Moim zdaniem możliwe. I świetne, szczególnie jeśli całe życie było się dobrym w kłamaniu, a ja potrafiłem naprawdę nieźle łgać. Na szczęście mam pracę, w której mogę kłamać na potęgę, ale na życie kłamstwo jest ogromnym obciążeniem. Mówię tu o takim kłamaniu, które ma tyle warstw, że już się w nich gubisz. Albo zaczynasz brać za prawdę to, co sobie wymyśliłeś. To nie jest dla mnie przestrzeń, w której wdawałbym się w szczegóły, dlatego mówię ogólnikami, ale koniec końców tak, wierzę, że można przestać kłamać i, jakkolwiek by to zabrzmiało, stanąć w prawdzie.

Czyli odwrotnie niż twój bohater, Bartek z „To się nie dzieje”. Ależ tam wyśmienicie kłamiesz! Oszukujesz innych, siebie, manipulujesz. O tym filmie szerzej rozmawiam z Pauliną Gałązką, która zagrała w nim twoją życiową partnerkę.

Super, bo Paulina to świetna aktorka i świetny człowiek. Znamy się jeszcze z czasów, kiedy pracowaliśmy w jednym teatrze – w Ateneum. Podziwiam ją: nie dość, że zdolna, to jeszcze ma naprawdę poukładane w głowie. Nigdy nie bała się dokonać nieoczywistych wyborów, rozwijać się. Ma w sobie taki rodzaj odwagi, której życzyłbym każdemu w dorosłym życiu. To coś niezaprzeczalnie wyjątkowego, coś, co ma też na przykład Agata Kulesza. Strasznie mi to imponuje.

Pozwól, że nie przekażę Paulinie tych słów, niech przeczyta je sama, zostawię jej niespodziankę. A skoro zbliżamy się do końca rozmowy, nie mogę nie spytać o „Lalkę”. Lubiłeś tę lekturę w szkole?

Ciekawe, bo w liceum z lektur obowiązkowych przeczytałem wszystko, co było trzeba. A nawet więcej, bo sięgałem też po nieobowiązkowe. Wszystko, oprócz jednej lektury, czyli właśnie „Lalki”. Nie wiem, czy korzystałem z bryków, ale na lekcjach jakoś to zaliczyłem bez przeczytania. I tak mniej więcej miesiąc przed maturą, uznałem, że nie ma rady, trzeba się wreszcie za „Lalkę” zabrać. A wiesz dlaczego nie przeczytałem jej wcześniej? Bo dużo osób mówiło, że to babska książka. Wtedy był taki czas, tak się mówiło, tak myślało, swoją drogą śmieszy mnie, że musiała to być opinia ludzi, którzy też jej pewnie nie przeczytali. No więc w końcu się zebrałem, wypożyczyłem i… połknąłem w jeden dzień. Tak mnie wciągnęła, że zdążyłem ją przed maturą przeczytać jeszcze raz.

Czytaj także: Netflix kręci serial inspirowany „Lalką” Bolesława Prusa. Reżyser „Kosa” pokaże ją tak, jak jeszcze nigdy jej nie widzieliśmy

To po pierwsze, a po drugie, pamiętam coś takiego, że w szkole interpretowało się losy Wokulskiego w takim raczej romantycznym, a nie pozytywistycznym duchu. Że on, biedak, był gotów poświęcić wszystko dla miłości, a Izabela go nie chciała. No bo kogo tu winić? No przecież nikogo innego, tylko tę jędzę Łęcką. I dopiero teraz, jak zacząłem nad Wokulskim pracować, jak się w to wczytałem z dzisiejszą moją świadomością, dotarło do mnie, że... Aua! Nic się tutaj nie zgadza. W różnych momentach, przy różnych zachowaniach Wokulskiego aż parzyły mnie uszy, tak mi za niego było wstyd. A tak już poza wszystkim, warto wspomnieć, że nasz serial to jednak rodzaj wariacji, że my nie robimy „Lalki” po bożemu. Właśnie pojutrze będziemy grali scenę, której w ogóle nie ma w powieści. Dzięki tym zmianom Łęcka, którą gra Sandra Drzymalska, jest bardziej „żywa”, sprawcza, z każdym odcinkiem coraz bardziej samoświadoma. Przez co i Wokulski musiał się zmienić.

Zapuściłeś do roli tę charakterystyczną brodę w szpic, już z daleka cię po niej poznałam. Kręcicie serial, który, czy jest wariacją, czy nie – tak jak zresztą i drugą bardziej klasyczną ekranizację kinową – obejrzy cała Polska. Nie boisz się, że rola Wokulskiego to już taki poziom rozpoznawalności i sławy, który może być uciążliwy?

W ogóle się nie boję. Wiesz, przyjaźnię się z Pawłem Domagałą, chodzimy czasem razem na mecze na Stadion Narodowy, jak gra reprezentacja. I co się dzieje? On nie ma życia. Jakby jego fani mogli, to by go rozszarpali, ściągnęli mu ciuchy – mówimy o takim poziomie rozpoznawalności i sławy. Ja idę na luzie, kompletnie anonimowo, a on w naciągniętym na głowie kapturze, ciemnych okularach, a i tak ludzie proszą o wspólne zdjęcie. I to zwykle ja je robię, podają mi komórkę, żebym cyknął. Jak idę na zakupy do Carrefoura, od czasu do czasu może ktoś spojrzy, jakby mnie znał, ale nie jest pewien skąd. Jeżdżę z córką do szkoły i w różne inne miejsca i nie zauważyłem, żeby się cokolwiek zmieniło, może od wielkiego dzwonu ktoś podejdzie. Takie mam szczęście, taką twarz. Wróżono mi, że ten luksus nierozpoznawalności się skończy po „Jesteś Bogiem”, potem, że po „Bodo”. I tak dalej, i tak dalej Zresztą ja w ogóle wolę myśleć nie o końcach, ale o początkach. A zawodowa droga tak mi się jakoś układa, że, paradoksalnie, mam coraz więcej do odkrycia. Bardzo mnie to cieszy.

Tomasz Schuchardt rocznik 1986. Jest absolwentem PWST w Krakowie. W tym roku odbyły się premiery produkcji, w których wystąpił: seriali „Breslau” i „Czarne stokrotki” oraz filmów „Dom dobry”, „Ministranci”, „Brat”, „To się nie dzieje”. Trwają też zdjęcia do „Lalki”, wyczekiwanego serialu Netfliksa, w którym gra Wokulskiego. Ma na koncie wiele nagród, w tym Orła, Złote Lwy i dwie nagrody indywidualne na FPFF w Gdyni.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE