Od lat zajmuje się prawami zwierząt, kobiet i osób LGBT+. Karolina Skowron-Baka, sprawcza aktywistka, swoją książką „Feminizm to weganizm” próbuje namówić feministki do obrony praw zwierząt, obnażając ich podobne uprzedmiotowienie. Wierzy w weganizm jako kolejną falę feminizmu. I w to, że mógłby być początkiem końca okrucieństwa, którego dziś nie zauważamy.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Remigiusz Grzela: Łączenie feminizmu i weganizmu to nowe zjawisko?
Karolina Skowron-Baka: W krajach anglosaskich istnieje od początku lat 90., od książki Carol J. Adams „Polityka seksualna mięsa. Feministyczno-wegetariańska teoria krytyczna”. Do nas ta dyskusja prawie nie dotarła. Kiedy przed 10 laty zaczęłam o tym mówić do polskich feministek, był to temat nowy.
Słyszałaś sprzeciw?
Spodziewałam się, i przy tej książce, i przy swoich wcześniejszych wystąpieniach, sprzeciwu ze strony feministek urażonych porównaniem doświadczenia kobiet do zwierząt czy nazywaniem opresji krów w chowie przemysłowym gwałtem. Tak się nie stało. Za to słyszę czasami: „Kobiety muszą się zajmować wieloma tematami, wszystkie troski świata są na ich barkach, a ty dorzucasz jeszcze zmartwienie o prawa zwierząt”. Że nie tylko mają być feministkami, ale i wegankami. Rozumiem, bo stale wyręczamy państwo, organizujemy zbiórki, zakładamy fundacje, stowarzyszenia. W społeczeństwie jest za dużo wymagań wobec kobiet, w tym tych, które doświadczyły przemocy i decydują się stać aktywistkami. Jednak większość reakcji objawia empatię. Wybrałam grupę, z której się wywodzę, ruch feministyczny, przekonana, że mamy szczególną skłonność do sprzeciwu wobec przemocy, do zrozumienia, jak działa opresja, jakie są jej mechanizmy. Dlatego dużo łatwiej nam zrozumieć krzywdę zwierząt.
Ten wspólny obszar to co?
Choćby uprzedmiotowienie w sferze publicznej, co szczególnie widać w reklamach. Patriarchat uprzedmiotawia kobiety jako obiekty seksualne, opiekunki, matki, w oderwaniu od pełnej istoty, co widać w najazdach kamery na poszczególne części ciała kobiet reklamujących samochody, alkohole, napoje energetyczne. Nazywam to przemocą symboliczną, bo najpierw jest ciało, a potem człowiek.
Ten wspólny obszar to też suicide food – samobójcze jedzenie. Reklamy, w których używa się wizerunku zwierząt, które z uśmiechem się kroją lub pozwalają siebie kroić innym, przebierają racicami, by wylądować na talerzu. To usypia naszą wyobraźnię?
Tak, bo widzimy spożywanie ciał zwierząt jako normalne, może zabawne, a poza tym może nikomu nie robimy krzywdy, skoro te zwierzęta się cieszą, że będą zjedzone… Taka jest ich rola, to jest ich miejsce, prawda? To zjawisko tak powszechne, że praktycznie niewidzialne. Gdy o tym komuś opowiadam, na początku jest zdumiony, gdzie te reklamy? Zaczyna się rozglądać i widzi je dosłownie wszędzie.
Jak mamy sobie uświadomić skalę cierpienia, jeżeli nie jesteśmy w stanie nawet skojarzyć, że za tą reklamą jest okrucieństwo?
To pułapka. Jeśli coś jest tak powszechne, wszechobecne, przestajemy to zauważać. Gdybyśmy ciągle zajmowali się analizowaniem każdego szczegółu pod kątem występowania przemocy, trudno by nam było funkcjonować. I o to reklamodawcom chodzi.
Zapytałaś mnie przed wywiadem, jak odebrałem twoją książkę jako mężczyzna. To nasuwa mi inne pytanie. Jak z nią dotrzeć do mężczyzn, sprawców przemocy? To oni prowadzą fermy zwierząt futerkowych, są myśliwymi – m.in. tymi obszarami się zajmujesz.
To gigantyczny problem społeczny. Skalę opresji wobec zwierząt trudno w ogóle porównać do innej. Nie wierzę, że jakakolwiek osoba czy grupa jest w stanie to samodzielnie rozwiązać. Trzeba by zastosować bardzo wiele strategii jednocześnie. Mówię do feministek, bo je rozumiem, podzielam ich wartości. Do innych grup skuteczniej będą mówić ich członkinie. Są już takie grupy, np. Chrześcijanie dla Zwierząt. Ja, ateistka, raczej nie przekonałabym katolików.
Karolina Kuszlewicz, adwokatka zwierząt, mówiła w tym cyklu, że ma poczucie, jakby pracowała w wydziale zbrodni, z tak niewyobrażalnym okrucieństwem ma do czynienia.
Liczby zwierząt torturowanych, dręczonych, zabijanych każdego dnia nie mieszczą się w głowie. Na przykład chów przemysłowy. Nieustannie od nowa uczę się, ile zwierząt zabija się każdego roku. Te liczby zostają mi w głowie przez kilka minut i znikają, bo są abstrakcyjne. Najnowsze dane są z 2023 roku, to około 85,4 miliarda zwierząt lądowych.
Szacunki dla ryb i innych zwierząt wodnych są niepewne, ale mówimy o setkach miliardów do ponad biliona osobników. Trend jest rosnący.
Siłą twojej książki są nie tylko badania i statystyki, ale też śledztwa. Dotarłaś np. do byłej żony właściciela fermy zwierząt futerkowych. Wiosną jest cisza na fermie, to okres przymusowego zapładniania lisów, właściciele dbają o brak hałasu. Latem rodzą się szczenięta, łamią sobie nogi, bo nie potrafią chodzić po prętach, a po paszy z martwych zwierząt chce im się pić, ale mają puste kubki z wodą przykręcone do rozgrzanych prętów. Jesienią dostają wartościową karmę, bo to wpływa na futro, a to wtedy selekcjonuje się lisy do zabicia zimą. Grudzień to rzeź. Na mnie jej słowa robią olbrzymie wrażenie. Ta była żona właściciela przeszła swoje piekło?
Bardzo chciałam uzupełnić swoje badania relacjami ze środka „piekła”. To była taka łańcuszkowa droga, ktoś mówi o kimś itd. Do Aleksandry Kubsdy dotarłam dzięki Bognie Wiltowskiej, innej bohaterce książki, która od lat walczy z fermami futrzarskimi. Naprawdę nie spodziewałam się, że będę w stanie znaleźć kogoś z wnętrza tego środowiska, co graniczyło z cudem. Aleksandra próbowała ratować pojedyncze zwierzęta, za każdym razem była to beznadziejna, okrutna historia. Kiedyś pojechała z mężem do właściciela innej fermy, uchodzącej za wzorcową, mającego renomę w środowisku. Był to człowiek przemocowy, okrutny. Także wobec niej zastosował przemoc seksualną, publicznie, podczas konferencji futrzarskiej. A ponieważ „ jest taka ładna”, pozwolił jej wybrać jednego lisa z jego fermy. Ona chciała uratować chociaż to jedno życie. Ze łzami w oczach opisywała mi, jak wybiera tego jednego lisa, którego ocali.
Fermami futrzarskimi rządzą mężczyźni. Kobiety są schowane. Nie mają prawa głosu, mają być niewidzialne.
Jak w „Opowieści podręcznej”?
Mają nie przeszkadzać, tylko obsługiwać. Na oczach swoich mężów jeszcze są molestowane, upokarzane przez innych mężczyzn, podczas gdy mąż i jego koledzy się śmieją. One mają być „przedmiotem”. Mówię tak, bo Aleksandra powiedziała mi, że właściciele ferm futrzarskich podchodzą do kobiety, do swojej żony tak jak do fermy, jak do zwierząt tam hodowanych. Czyli on jest panem i władcą tej ziemi, tych zwierząt i tej kobiety. W jego przekonaniu one wszystkie do niego należą. Obserwowała to u każdej odwiedzanej przez nich rodziny z tej branży. Aleksandra jest jedyną znaną mi osobą, która doprowadziła do zamknięcia fermy futrzarskiej. Postawiła to jako warunek przetrwania małżeństwa, które i tak się rozpadło. Trudno policzyć, ile istnień w ten sposób uratowała. Aleksandra Kubsda to inspirująca osoba, dzisiaj jest aktywistką prozwierzęcą, feministką i szczęśliwą mężatką.
Jak to możliwe, że nadal istnieją w Polsce fermy futrzarskie, chociaż społeczeństwo potępia zakładanie futer?
Wciąż jesteśmy drugim producentem futer na świecie, tuż za Chinami. To się niedługo zmieni, jest na to ogromna szansa.
O ile przeszliśmy drogę w sprawie futer, wciąż nie interesuje nas los krów. Nie kojarzymy kostki masła czy kartonu mleka z okrucieństwem. Dlaczego nie przebija się do nas ten przekaz?
Dobre pytanie. Większość z nas nie ma pojęcia, co spotyka krowę. Wiele osób, także wegetarian, jest przekonanych, że to branża mięsna jest najokrutniejsza. Branża mleczna jest jeszcze gorsza. Są ze sobą ściśle powiązane, bo krowy, które okradamy z ich mleka, tak naprawdę okradając z mleka przeznaczonego dla cieląt, trafiają później do rzeźni i na nasz talerz. Zanim to się stanie, przechodzą niewyobrażalne tortury, wśród których jest przymusowa inseminacja, czyli bardzo bolesny gwałt.
Bo żeby miała mleko, musi mieć cielęta?
Właśnie, może warto zacząć od podstaw, bo ta branża od lat próbuje nam wmawiać, że krowa daje mleko tak po prostu. A to zaprzeczenie wszystkiego, co wiemy z biologii. Każda samica każdego ssaka, żeby dawać mleko, musi mieć dziecko.
Wiele osób nie wie, że cielęta są zabierane matkom zaraz po urodzeniu. To sceny rozdzierające serce. Dlatego powstała grupa Mothers Against Dairy, czyli matek przeciwko nabiałowi, gdzie kobiety, które od niedawna są matkami, dowiadują się więcej o branży mlecznej i stają się wegankami w solidarności z matkami innych gatunków. Pęka im serce na myśl o tym, że ich dziecko mogłoby zostać im wyrwane z rąk dosłownie sekundy po urodzeniu, a na tym polega całe życie krów, które są kilkukrotnie przymusowo zapładniane, siłowo, boleśnie, po czym przechodzą ciążę za ciążą. To je zużywa, nie mają jak się zregenerować. Są zrujnowane psychicznie, bo godzinami płaczą za cielakiem. Po paru takich cyklach są zabijane. Ich życie to nieustanna przemoc seksualna, fizyczna i psychiczna.
Czytaj także: Simona Kossak – najpiękniejsze cytaty o miłości do zwierząt i natury
Co tobie otworzyło oczy na weganizm?
Głębokie przyjaźnie, które mam od dzieciństwa ze zwierzętami, nawet ważniejsze niż z ludźmi. Pierwszym zwierzęciem był królik, którego dostałam od rodziców. Był moim najlepszym przyjacielem. Ukształtował mnie na całe życie.
Gdzie się wychowałaś?
W Polsce i w Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkałam od czwartego do jedenastego roku życia, w stanie Wisconsin słynącym z branży mlecznej. Widywałam wtedy krowy może częściej na trawie, niż to możliwe dzisiaj. Nie wiedziałam, co je spotyka. To nawet teraz wiedza trudna do pozyskania, bo choć z jednej strony wszystko jest dostępne w internecie, to z drugiej branża produktów odzwierzęcych, jedna z najbogatszych na świecie, ma bardzo silne lobby infiltrujące geopolitykę, naukę, media. Ten skorumpowany system przeznacza ogromne pieniądze na marketing, promocję, oszukiwanie ludzi. Dlatego warto się zainteresować zarówno kulisami chowu przemysłowego, jak i własnym zdrowiem. Jest dużo (opłaconych przez lobby) badań, które wmawiają, że dieta mięsna, a nie wegańska, jest zdrowa. Rzetelne badania pokazują, że jest odwrotnie. Sama jestem weganką, dla zwierząt, nie chcę brać udziału w okrucieństwie. To wybór etyczny. Ale oczywiście czerpię korzyści zdrowotne z diety. Mam chorobę autoimmunologiczną, która się cofnęła. Czuję się lepiej, lżej, odkąd jestem weganką. Ale to dostałam dodatkowo. Jestem weganką od 10 lat, wegetarianką od ponad 20. Niemal nikt się nie rodzi weganinem. Wiele osób, które kocha zwierzęta, także wegetarian, myśli, że nie robi niczego złego. Wiedza odsłania nasz udział w czymś potwornym.
Twoja rewolucja zaczęła się od praw kobiet?
Od dzieciństwa miałam głęboką niezgodę, nieznośną, nie do wytrzymania, na niesprawiedliwość. Bunty feministyczne przechodziłam już jako dziewczynka, były to moje pierwsze bunty. Szłam z grupą chłopców i dziewczyn i mówiłam: szłyśmy. Upierałam się, że będę popełniać błąd gramatyczny, a nie powiem: szliśmy. Bo z jakiej racji? Nie mogłam zrozumieć, że gramatyka dyskryminuje. Chciałam zrozumieć genezę swojego nazwiska. Pytałam tatę, dlaczego mam jego nazwisko. „A gdzie jest moje nazwisko? Jakie będę miała kiedyś nazwisko? Męża? Dlaczego raz ojca, raz męża?” Nie byłam w stanie tego pojąć. A potem zaczęłam odkrywać, że istnieją rasizm, homofobia, seksizm i wszystkie możliwe ich wymiary. Byłam mała, kiedy zapytałam, skąd się bierze kotlet na talerzu. Było wielogodzinne płakanie, jak się dowiedziałam. Byłam trochę bardziej wrażliwa od rówieśników, a jednocześnie czułam się silna, sprawcza. Ja się urodziłam zbuntowana i z tą antysystemowością zostałam. Ponieważ doświadczałam różnych szykan jako kobieta, jako lesbijka, czego nie wiedziałam o sobie jako dziecko, ale jako nastolatka już tak. Długo zanim dowiedziałam się o własnej orientacji, wiedziałam, że istnieje homofobia, słyszałam nieprzyjemne sformułowania na temat gejów. Bardzo się denerwowałam i reagowałam.
Czytaj także: Ziemia do odzyskania – o ciałaczkach, czyli kobietach, które wcielają feminizm
Kiedy zaangażowałaś się w tę walkę?
Pracowałam w innych sektorach. Dla zwierząt mogłam działać po pracy, którą traktowałam zarobkowo. Ale wybijała 17.00 i biegłam w aktywizm trwający do nocy. W weekendy aktywizm feministyczny, równolegle z prozwierzęcym. Wtedy ich nie łączyłam, działałam w kilku organizacjach jako wolontariuszka.
Kiedy pojawiły się pierwsze możliwości pracy w fundacjach, przeniosłam do nich to, czego nauczyłam się w innych branżach. Globalne organizacje prozwierzęce działają jak najlepsze korporacje, jednak bez ich balastu, spotkań o niczym. Za to z podobną efektywnością i wyciskaniem maksimum z każdej złotówki i każdej kropli zasobów. Od kilku lat ustawiają się kolejki osób, które chcą pracować zawodowo dla zwierząt. Brakuje dla nich stanowisk. Ale można też zrobić dla zwierząt wiele, wcale nie pracując w organizacjach pozarządowych, tylko wchodząc do polityki, urzędów, sektorów finansowego i spożywczego, wpływając na decyzje i inwestycje etyczne.
Kiedyś pytałaś ojca, dlaczego nosisz jego nazwisko. Ale świadomie zdecydowałaś się na nazwisko żony.
Dołożyłam je do swojego, z wielkiej miłości. Chciałyśmy mieć wspólne, ale też chciałam zachować swoje, bo na nie pracowałam, lubię je, jest dla mnie ważne. Czuję się cudownie, że nazywam się Baka, bo moja ukochana żona się tak nazywa. Wspólne nazwisko podkreśla, że jesteśmy małżeństwem, choć ono w Polsce nie jest uznawane. Zawarte legalnie w Portugalii jest ważne w większości krajów, ale w momencie przekroczenia polskiej granicy stajemy się prawnie obcymi dla siebie osobami. Więc prowadzimy walkę w Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu i w polskich sądach o to, żeby nasze małżeństwo zostało uznane w Polsce. Wiele osób myśli, że wszystko właściwie możemy załatwić u notariusza. Nie załatwimy tam na przykład braku podatku przy dziedziczeniu czy wspólnego rozliczania się z podatków. Nawet nie chcę myśleć, ile państwo polskie jest nam winne, rozliczając nas oddzielnie i tym samym dyskryminując nas ekonomicznie. A szpitale, zależność od lekarza – czy zauważy, że jesteśmy najbliższymi sobie osobami i udzieli nam informacji o stanie zdrowia? To zawsze niewiadoma.
Są fantastyczne lekarki, ale też znam wiele historii, gdzie nie udzielano informacji, a nawet poniżano... Dlaczego jako równoprawne obywatelki mamy płacić notariuszowi za to, za co inni płacić nie muszą? Dlaczego nie możemy mieć celebracji naszej miłości jak każda osoba, która ma na to ochotę w Polsce? Wzięłyśmy ślub za granicą, bo zależało nam na ceremonii. Było dla nas ważne, żeby symbolicznie połączyć nasze rodziny. Każdy na to zasługuje. Nie każdy ma taką potrzebę, ale każdy powinien mieć takie prawo. Dlatego teraz walczymy o to, żeby inne pary miały trochę łatwiej.
Wierzysz w zmianę?
Nie zamierzamy się poddać. Czekamy na wyroki sądów. Nie za bardzo już wierzę w polityków, ale wierzę w wyroki sądów międzynarodowych. Może równość małżeńską wprowadzimy oknem, a nie drzwiami, bo państwo będzie zmuszone uznać nasze małżeństwo. Bywa, że tracę wiarę, bo upokarzanie osób LGBT+, także przez polityków, jest codziennością.
Jak powinien wyglądać lepszy świat?
Jestem przywiązana do demokracji, chociaż widzę jej niedoskonałości, bo możliwe jest dojście do władzy sił autorytarnych, które z kolei mogą niszczyć filary demokracji. Gdyby tylko każdy mógł z równymi prawami żyć swoim życiem wolnym od przemocy, to już by był dla mnie idealny system.
O czym marzysz?
O wegańskim świecie. Żeby kolejna fala feminizmu była wegańska. Jeżeli feminizm zacznie traktować weganizm jako swoją naturalną część, nastąpi przełom. Feminizm odrobił lekcję z inkluzywności w kontekście praw człowieka. Już nie wypada być feministką i homofobką czy rasistką. To zajęło wiele lat ruchowi feministycznemu, który był kiedyś białym ruchem kobiet heteroseksualnych, uprzywilejowanych ekonomicznie, gdzie każda z grup musiała sobie wywalczyć w nim miejsce. Musi przyjść czas na zwierzęta pozaludzkie. One tak samo jak my chcą żyć, patrzeć na niebo, czuć słońce na twarzy, bawić się, budować więzi społeczne.
Karolina Skowron-Baka, absolwentka socjologii na The London School of Economics, dyplomacji globalnej na SOAS w Londynie i retoryki na Polskiej Akademii Nauk. Autorka książki „Feminizm to weganizm. Dlaczego feministki powinny walczyć o prawa zwierząt” (Wydawnictwo Krytyki Politycznej), działaczka społeczna, obrończyni praw zwierząt, kobiet i osób LGBT+. Dyrektorka zarządzająca w Animal Advocacy Careers, międzynarodowej organizacji wspierającej kariery w ruchu prozwierzęcym. Wcześniej kierowała Akcją Demokracją i Fundacją Alberta Schweitzera. Współtworzyła wiele zmian dotyczących ochrony zwierząt. Nominowana do tytułu Warszawianki Roku 2025.