1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Autentyczność to jej siła. Vanessa Aleksander – mistrzyni metamorfoz

Autentyczność to jej siła. Vanessa Aleksander – mistrzyni metamorfoz

Vanessa Aleksander (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Vanessa Aleksander (Fot. Aleksandra Zaborowska)
Choć w pracę wkłada całe serce, to już wie, że dla roli nie będzie poświęcać siebie. Chce kochać z wzajemnością, jednocześnie uważa, że z pewnych rzeczy nie wolno rezygnować w imię miłości. Vanessa Aleksander jest mistrzynią metamorfoz, ale to autentyczność jest jej największą siłą.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 3/2026.

Joanna Olekszyk: Podobno jesteś fanką miłości…

Vanessa Aleksander: Wierzę w miłość, bo ją znam. Bo blisko mnie są osoby, które szczerze się kochają, i to trwa latami. Wypełniają mnie w ten sposób nadzieją, że miłość może być dobra i budująca. W kontrze do większości jestem też fanką walentynek, tym bardziej że wtedy są urodziny mojego taty. I choć zdaję sobie sprawę, że są wykorzystywane komercyjnie, to dla mnie walentynki są kolejnym dniem, w którym mogę się cieszyć, że mam wokół siebie osoby, które kocham.

Kiedy myślisz „miłość”, to jako pierwsza przychodzi ci na myśl miłość romantyczna?

Tak, ale zaraz potem przypominają mi się dziadkowie. Spędzili ze sobą prawie 65 lat i do ostatnich dni, kiedy jeszcze żył dziadek, byli nierozłączni. Nie robili tego na pokaz, świadkami ich uczucia nie byliśmy tylko my – wnuczkowie, dzieci, rodzina – to widzieli też choćby sąsiedzi, bo dziadkowie zawsze szli, trzymając się za ręce. I zawsze kładli się spać przytuleni, uprzednio wyznając sobie miłość – mieli takie rytuały umacniające ich relację. Bardzo starałam się wyciągnąć od nich jakąś wskazówkę, zrozumieć, jak to się robi. Mówili, że nie ma recepty, ale na pewno ważne jest, żeby się nawzajem słuchać. Rytuały to nie tylko wyznania miłości, poranne i wieczorne, lecz także wspólny śpiew i taniec. Babcia przeczytała kiedyś w gazecie, że aby być długo zdrowym, trzeba codziennie śpiewać, więc codziennie wspólnie śpiewali. I dużo tańczyli.

Oczywiście przykładów udanych związków mam wokół więcej, moi rodzice są długo razem, są szczęśliwi, ale taka miłość jak moich dziadków… Nie wiem, czy to się dziś jeszcze zdarza. Cieszę się, że miałam okazję z bliska oglądać, jak się buduje taką relację.

W moim domu „kocham” padało bardzo często, przy każdym śniadaniu, po każdym „dzień dobry” i przed każdym „dobranoc”. Ja sama bardzo często mówię, że kocham. Nie tylko partnerowi, ale też członkom mojej rodziny, przyjaciółkom. Uważam, że generalnie mam wielkie szczęście do ludzi. Zarówno prywatnie, jak i zawodowo otrzymuję od innych wiele serdeczności i bardzo lubię ją zwracać. Moim zdaniem serdeczność, życzliwość stoją bardzo blisko miłości.

Skoro tak, to pora na moje wyznanie. Vanesso, mogłabym cię jeść codziennie na śniadanie i byś mi się nie znudziła!

Jejku, naprawdę? Dziękuję.

A muszę dodać, że jestem wielką fanką śniadań, to mój ulubiony posiłek dnia…

Dobrze, że to dodałaś, bo ja na przykład śniadania jem bardzo rzadko… [śmiech]

Powodów mojej miłości do ciebie jest wiele, ale jeden z nich to rola Pati w „The Office PL”. Jest nie tylko przezabawna, ale też jako jedna z niewielu postaci na przestrzeni pięciu sezonów przechodzi prawdziwą przemianę. Wiedziałaś, że to tak się potoczy? I pytam też o ogromną popularność tego serialu.

Absolutnie nie byłam przygotowana na tak piękny rozwój tej postaci, bo nie zakładałam, niestety, że będzie szansa na kolejne sezony. Raz, że jestem bardzo surowa wobec tego, co robię, a dwa – otrzymaliśmy tyle słów krytyki ze strony widzów, zanim nawet jeszcze „The Office PL” pojawiło się na platformie, że spodziewałam się, że serial skończy się na jednej transzy. To, co się wydarzyło potem – że jednak znalazł sympatyków, a nawet wyznawców – było dla nas wszystkich ogromnym zaskoczeniem.

Patrycja była postacią, nad którą chyba najwięcej się napłakałam. Początkowo kompletnie jej nie rozumiałam, długo zastanawiałam się, jakich narzędzi użyć, żeby zmieścić się w tym dość specyficznym formacie. To, że ludzie ją tak lubią, jest zasługą naszych świetnych scenarzystów, którzy co sezon wymyślają coś, z czym ja potem muszę się namęczyć… Co uwielbiam. Kiedy dostaję rolę, z którą nie mam żadnej potyczki, nie ekscytuje mnie to tak bardzo, jak coś, co jest dla mnie wyzwaniem. Poza tym na planie przez wszystkie turbulencje bezpiecznie nas przeprowadza Maciek Bochniak, nasz reżyser, to dzięki niemu trzymamy się razem. Nikt nie czuje się tu zbędny, wprost przeciwnie – mam poczucie, że gdyby kogoś z nas zabrakło, cała układanka by się rozsypała. A spotykamy się co roku już od pięciu lat.

Masz chyba też szczęście do takich długich zawodowych relacji.

Chodzi ci o „Wojenne dziewczyny”? Też pięć sezonów, które nagrywaliśmy w każde wakacje. Podobnie jest z „The Office PL”, bo zdjęcia zaczynają się pod koniec wiosny, więc pierwsze ciepłe dni spędzam na warszawskim Żeraniu, który udaje serialowe Siedlce. I mam nadzieję, że w tym roku spotkamy się znowu.

Ten serial dla mnie mógłby się nigdy nie kończyć, bo opowiada o nas, o Polsce, a tu materiał dla scenarzystów zawsze się znajdzie.

A że z każdym sezonem przybywa nam widzów, świadczy to chyba o tym, że potrafimy się w tych żartach przeglądać, nie obrażamy się za nie. Na przykład Patrycja jest odbiciem naszego egoizmu. Jest bezrefleksyjna, bezkompromisowa i bardzo skupiona na sobie. Była dla mnie nie lada zadaniem. Każdy, kto mnie dobrze zna, wie, jak bardzo się z Patrycją różnimy. Przede wszystkim mamy kompletnie inne śmiechy.

No właśnie, charakterystyczny śmiech i kolorowe marynarki – cała Pati.

To wszystko zasługa Hanki Podrazy, naszej kostiumografki. Razem z Izą Woldańską, charakteryzatorką, stworzyły dla mnie tę postać. Gdyby nie doczepione rzęsy w pierwszym sezonie, gdyby nie te garnitury i błyszczące spinki – Pati by nie było.

Przyznaję, kiedy dowiedziałam się, że w piątym sezonie – uwaga, spojler – Patrycja będzie mieć romans z Reganem, byłam temu przeciwna. Jako orędowniczka miłości mam uczulenie na zdradę i nielojalność. Oczywiście świat nie jest czarno-biały, ale mając na uwadze swoje doświadczenia i doświadczenia bliskich, uważam, że akurat w tym temacie powinien być. Nie mam w sobie tu elastyczności i wyrozumiałości. A że muszę rozumieć intencje mojej postaci, żeby ją obronić, miałam z tym duży problem. Ostatecznie kluczem okazała się właśnie ta bezrefleksyjność Pati. Mimo wątpliwej etyki jej działań widzom ten wątek bardzo przypadł do gustu.

W ostatnim sezonie pojawia się sugestia, że Pati ma ADHD. Najbardziej jej ulega oczywiście ona sama…

U niej wszystko jest w krzywym zwierciadle, ale to, że ten temat jest obecny, pokazuje, jak jest ważny. Mówienie głośno o cechach, jakościach czy zaburzeniach naszej psychiki ma wiele sensu, mnie samej pomogło dotrzeć do mojej prywatnej diagnozy OCD, czyli zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych. Zdjęło mi to z ramion sporo ciężaru. Zobaczyłam, że jest więcej takich osób jak ja, potrzebujących kontroli, ale też szalenie wrażliwych.

Ładnie powiedziane – szalenie wrażliwych. Mówiłaś chyba, że wszystko zaczęło się od filmiku, który zobaczyłaś na jednej z platform społecznościowych…

Tak, odnalazłam się w tym przekazie, ale od razu pomyślałam, że zweryfikuję to na terapii. Zaczęłam szukać informacji, innych materiałów. Oczywiście nie chodzi o to, by identyfikować się z tym, co oglądamy w internecie jeden do jednego, a już na pewno na tej podstawie nie powinniśmy się autodiagnozować, u mnie od tego impulsu zaczął się cały wieloletni proces. Samo nazwanie tego, czego doświadczam, bardzo wiele mi dało. Poczułam, że jeśli jest więcej takich osób jak ja, to jest większe prawdopodobieństwo, że jest też jakieś rozwiązanie problemów, z którymi się mierzymy. Co więcej, kiedy po raz pierwszy opowiedziałam o swojej przypadłości, odezwało się do mnie mnóstwo osób, mówiąc, że mają tak samo lub podobnie, nawet osoby z szeroko pojętego środowiska artystycznego, których zupełnie o to bym nie podejrzewała.

Spotkałam się oczywiście z takimi głosami, że aktor powinien prywatne sprawy zostawić dla siebie, być jak płótno, na którym wyświetlają się jego kolejne role. Poniekąd się z tym zgadzam, ale jednocześnie w związku z pewnymi decyzjami zawodowymi, jakie w przeszłości podjęłam, stałam się dla niektórych rozpoznawalna. Nie ucieknę od tego, że ludzie mają jakieś wyobrażenia o mnie, że chcą słuchać tego, co mam do powiedzenia, są tego ciekawi. Mogę to wykorzystać na mówienie o rzeczach nieistotnych lub mogę zabrać głos w sprawach, które dla mnie są ważne.

Wracając do „The Office PL”, wielu widzów jest przekonanych, że niektóre teksty Patrycji powstają we współpracy z tobą.

Powiem szczerze: znaczna większość tego, co mówimy, to są pomysły naszych wspaniałych scenarzystów, wprowadzane bez konsultacji z nami.

Czyli dobrze znają was albo wasze możliwości.

Pewnie jakiś zasób moich całkiem prywatnych cech sprawił, że zostałam obsadzona w tej roli, chociaż castingowałam się równolegle do roli Patrycji i Asi.

To tak jak w „Wojennych dziewczynach”, gdzie castingowałaś się do roli Irki, ale ostatecznie zostałaś Ewką, czyli tą bardziej…

… charakterną, tak. Do dziś Ewka ma bardzo szczególne miejsce w moim sercu i, co ciekawe, w sercach widzów również. Jeśli zdarza się, że ktoś mnie zaczepia na ulicy, najczęściej mówi właśnie, że pamięta mnie z „Wojennych dziewczyn”. Dla mnie to była szkoła zawodu, ale i życia. Początek studiów i wejście w dorosłość. Miałam prawie zerowe doświadczenie zawodowe, kiedy podczas pierwszego dnia zdjęciowego padały jakieś komendy, to kompletnie nie rozumiałam, co się dzieje.

Pamiętasz, jaką scenę wtedy kręciliście?

Jak siedzimy z Olą Pisulą i Martą Mazurek, czyli kolejno z serialową Marysią i Irką, w kuchni i rozmawiamy o akcji, w której Irka ma być naszą przynętą. Irka pytała: „Ale czy ja teraz nie wyglądam jak dziwka?”, na co moja bohaterka odpowiadała: Na dziwkę wyglądam ja”. Taka była Ewka, pyskata dziewczyna z Czerniakowa.

To był naprawdę wyjątkowy czas, uwielbiałam grać tę postać. Miałam wtedy wrażenie, że żyję życiem z moich snów. Do dziś czuję ogromną wdzięczność do losu za to, że dostałam tę szansę, że było mi dane przeżyć tak cudowną aktorską przygodę. Że mogłam zaprosić na plan moich rodziców i dziadków ze Słowacji.

Łapałaś się czasem na tym, że nie wierzysz w to, co się dzieje? Mówiłaś sobie: „Zapamiętaj ten moment. Grasz w jednej scenie z Danutą Stenką”?

No pewnie, że tak. A Danutę Stenkę wprost uwielbiałam, „Nigdy w życiu” to jest film dla mojego pokolenia kultowy, zresztą chyba wyznałam jej to od razu podczas naszego pierwszego spotkania, co było najpewniej niezręczne. Na szczęście rzuciłam też tytułami kilku spektakli z Narodowego, w których ją widziałam. [śmiech]

Szczególnie podczas kręcenia ostatniego sezonu, kiedy już wiedziałam, że to są nasze ostatnie dni, próbowałam zatrzymać ten czas, zapisać sobie go na stałe. Myślę, że gdyby nie „Wojenne dziewczyny”, to z dużym prawdopodobieństwem moja dalsza kariera nie potoczyłaby się tak, jak się potoczyła. Zawsze wkładałam dużo energii i pracy w to, by spełniać swoje marzenia, więc wierzę, że dostałabym kiedyś jeszcze jakąś szansę, ale na pewno nie tak wcześnie. Przecież ja zaczęłam grać Ewkę, gdy miałam 18 lat! Do dzisiaj jestem bardzo wdzięczna za wiarę produkcji w umiejętności nowicjuszki. Będąc aktorem, aktorką, niezależnie od tego jak ambitnymi i pracowitymi, nie osiągnie się niczego bez zaufania innych. Wiem, że pozycja aktora, moja i każdego innego, na rynku jest bardzo krucha i że mam wielkie szczęście, bo te szanse są mi wciąż od 10 lat dawane.

A nie przeszło ci choć raz przez myśl, że twoja pozycja jest silniejsza, niż myślisz? W zeszłym roku znalazłaś się na liście Najcenniejszych Kobiecych Marek Roku „Forbes Women”, zostałaś – ponownie! – nagrodzona Telekamerą, zwyciężyłaś też w plebiscycie Top Seriale.

Nie, jeszcze nie jestem w tym miejscu. I chyba długo nie będę. Miewam pewne przebłyski, bo rzeczywiście czuję ogromne wsparcie i sympatię ze strony widzów. I może nawet docieram do tego, że to jest ważniejsze – przecież filmy, seriale czy spektakle bez widzów nie istnieją. Jakakolwiek sztuka nie wybrzmi bez odbiorcy. A u mnie w ciągu dwóch ostatnich lat dużo się w tej kwestii zmieniło. Tak że naprawdę się z tego cieszę. Natomiast kompleksy – bo to jest kwestia MOICH kompleksów i lęków – mocno we mnie pracują. Pewnie to reperkusje szkoły teatralnej, może moje przewrażliwienie i nieustanna potrzeba poprawy.

Może nigdy nie dojdę do momentu, w którym powiem sobie: „Jest dobrze, czuję się doceniona”. Wciąż czekam na rolę, która będzie w kontrze do moich warunków, którą coś sobie – i pewnie innym – udowodnię. Czuję i wierzę, że moją pracę wykonuję bardzo dobrze, tak na 150 procent, oddaję jej całe serce i całe zaangażowanie. Nie wyobrażam sobie momentu, w którym przestanę o to walczyć.

Zawód aktora chyba najlepiej pokazuje, że jedna rzecz to doskonalenie warsztatu i zdobywanie profesjonalnego doświadczenia, a druga to po prostu życie. Aby być dobrą aktorką, trzeba wiele rzeczy z tego życia wyciągać.

I być na to życie uważnym – absolutnie się zgadzam. Myślę, że z tym jest u mnie całkiem dobrze. [śmiech] Mocno stąpam po ziemi i staram się mieć oczy szeroko otwarte. Owszem, czasem jestem zbyt uparta i widzę świat zbyt jednowymiarowo, ale jednocześnie jestem tego świata bardzo ciekawa: nowych miejsc, ludzi, ich zdania.

Ubiegły rok był dla mnie także rokiem wielu ważnych i dużych przegranych. Castingów, które trwały czasem miesiącami, a jeden z nich ponad rok. Często powtarzam, że w tej pracy rzadziej się wygrywa, ale są przegrane, które bolą bardziej i zostają w nas na dłużej. Widocznie to nie był ten czas. Ta praca uczy mnie, jak niewiele spraw – szczególnie zawodowych – mogę kontrolować. Uczę się tego i próbuję przyjąć, ale czasem jest to trudne. Obiecałam sobie, że jeśli do 30. urodzin nie dostanę propozycji, którą sobie wymarzyłam i na którą – powiem trochę pysznie – uważam, że zasługuję, będę zbierać środki na to, by sobie taki, nawet krótkometrażowy, film wyprodukować.

Jak zrobiło już wiele aktorek przed tobą. I to z powodzeniem. A masz w swoim dorobku takie aktorskie doświadczenie, podczas którego miałaś na przykład intensywne, sugestywne sny?

Szczególnie barwne sny, powiązane z planem zdjęciowym, miałam w trakcie kręcenia filmu „Sala samobójców: Hejter” Jana Komasy. To był trudny czas, bo zupełnie nie potrafiłam rozdzielić tego, co się dzieje na planie, od tego, co się dzieje u mnie prywatnie. Zresztą czerpałam z tego garściami, chciałam, żeby Gabi, którą grałam, była wewnętrznie pęknięta, zniszczona. Trzymałam się wtedy jeszcze metody, zgodnie z którą, aby twoja postać znalazła się w trudnym miejscu, i ty powinnaś to zrobić. Śniły mi się na przykład sceny zamachu z filmu, ale z udziałem członków mojej rodziny. To było bardzo intensywne, ale też sny są często odzwierciedleniem tego, czego najbardziej się boimy, więc rozumiem, czemu się wtedy pojawiały. Myślę, że ten okres był wytrychem do moich późniejszych stanów lękowych, z którymi się mierzę do dziś. Ale wyciągnęłam wnioski, zrozumiałam, że nie mogę tyle z siebie – ze swojej emocjonalności i ze swojej psychiki – dawać roli. Tym bardziej że równolegle z „Hejterem” grałam trudną rolę w spektaklu Agaty Dudy-Gracz „Każdy kiedyś musi umrzeć, Porcelanko”. Dziś uważam, że pełne zaangażowanie w projekt jest jak najbardziej wskazane, ale ono nie może odbijać się na zdrowiu psychicznym.

Zdaje się, że to Paul Mescal powiedział ostatnio: aktor nie jest po to, żeby – odgrywając rolę – czuć emocje, to publiczność ma je czuć. Tak naprawdę nieistotne są narzędzia, z jakich skorzystasz, budując daną scenę, czy będziesz myślała o rozczulającym kotku z internetu czy śmierci bliskiej ci osoby. Widz nie będzie wiedział, dlaczego się wzruszasz. Łzy mogą być też wywołane całkowicie syntetycznie albo być efektem różnych ćwiczeń oddechowych. Droga nie ma tu większego znaczenia, w tym wypadku najbardziej liczy się efekt.

W sesji towarzyszącej wywiadowi zabawiliśmy się wariacjami wokół czterech najbarwniejszych postaci, jakie zagrałaś: Pati, Ewki, Hani i Pauli. Byłam pod wrażeniem, jak cierpliwie znosiłaś zmiany makijażu, fryzur i kostiumów. Dużo cię kosztuje, psychicznie, ale i czysto fizycznie, taka przemiana do roli?

Kiedy kilka lat temu, w ramach improwizacji do spektaklu „Każdy kiedyś musi umrzeć, Porcelanko” pracowaliśmy nad postaciami, odgrywając scenę rozpaczy, w której miała być moja bohaterka, a w którą sama się wprowadziłam, zaczęłam sobie wyrywać włosy. Reżyserka zwróciła na to uwagę, uznała to za porażające, więc postanowiłam, że będę to robiła podczas każdego spektaklu. Graliśmy go kilka razy w miesiącu i za każdym razem miałam w ręku pukle włosów. Wtedy patrzyłam na to jako na akt odwagi i oddania. To był czas, w którym bardzo schudłam, co z kolei wydawało mi się konieczne do zagrania Gabrysi w „Hejterze”. Byłam przekonana, że muszę przejść jakąś spektakularną transformację. Dziś uważam to za akt bezrefleksyjności, chociaż wtedy, będąc początkującą 20-letnią aktorką, tego nie rozumiałam. Teraz wiem już, że do takiej transformacji lepiej prowadzą świetna charakteryzacja, genialny kostium, zabawa fryzurą, czasem sztucznym uzębieniem, wymyślenie jakiejś charakterystyczności w chodzie czy mowie. Nie trzeba poświęcać się dla roli, oddawać części siebie. Wspomnę tu słowa Kristen Stewart, która w wywiadzie dla „New York Timesa” powiedziała, że jej zdaniem po tak zwaną metodę najczęściej sięgają mężczyźni, którzy mają trudność z poradzeniem sobie ze swoimi uczuciami. I coś w tym jest.

Uwielbiam metamorfozy, kocham zmiany. Kiedyś często mówiłam – część tych wypowiedzi można znaleźć w internecie – że dla roli byłabym gotowa nawet coś sobie wstrzyknąć, bo kocham skrajne rozwiązania. Nadal kocham skrajne rozwiązania, dopóki są bezpieczne dla zdrowia fizycznego i psychicznego. Nie zgodziłabym się już na rwanie włosów z głowy, poprosiłabym o perukę. Kiedyś przefarbowywałam je na okrągło, i to czasem na przestrzeni dwóch tygodni, bo rola tego wymagała. Teraz podchodzę do tego z większą ostrożnością, bo wiem, że moje ciało i moje włosy są narzędziem mojej pracy. A skoro chcę i planuję wykonywać ten zawód latami, powinnam mieć do siebie i swoich narzędzi jak największy szacunek.

Opowiedz o Hani Bielskiej, którą grasz w „Marcu ’68”. Mówiłaś, że to najbliższe ci ze wszystkich wcieleń.

To do tej pory moja najważniejsza rola, mam nadzieję, że będzie mi kiedyś dane zagrać kogoś podobnego, może w innych okolicznościach, innym czasie, ale z podobną rozpiętością emocjonalną. Podczas budowania tej postaci zdecydowanie najwięcej czerpałam z tego, jaka jestem prywatnie, nie siliłam się na myślenie o jakiejś charakterystyczności, bo czułam, że dostałam szansę na wyrażenie siebie. Hania jest wzorowana na prawdziwej postaci, pani Renacie, którą poznałam osobiście – premiera filmu była jej pierwszą podróżą do Polski po wyjeździe w tytułowym marcu 1968 roku. Jej zdjęcie z tamtego czasu nosiłam codziennie na plan w egzemplarzu mojego scenariusza.

Hanię poznajemy, kiedy jest u progu dorosłości, dostaje się na wymarzone studia aktorskie, zakochuje się, ma w sobie ogromny głód życia i spełnienia. Niestety otaczająca ją rzeczywistość odbiera jej wszelkie nadzieje i widzimy, jak bardzo to ją zmienia. Miałam do zagrania sporo emocjonalnych scen, zwykle muszę się bardzo skupić, by na przykład się popłakać, a tu łzy płynęły już na samą myśl o jej historii. Myślę, że wspólnie z Ignacym Lissem, który grał Janka, oraz reżyserem Krzysztofem Langiem uczciwie opowiedzieliśmy tę historię. Film przeszedł w Polsce trochę niezauważony, za granicą był o wiele cieplej przyjmowany, a ja jestem z niego ogromnie dumna.

Nie wyobrażam sobie, jak musi się czuć człowiek zmuszony do ucieczki z własnego kraju, bo jego kraj go nie chce. Człowiek, któremu nie pozwalają zabrać niczego osobistego, żadnych kosztowności, nie pozwalają zabrać nawet psa.

Ja dopiero podczas kręcenia tego filmu zrozumiałam, czym naprawdę były wydarzenia marcowe. Oczywiście uczymy się o tym w szkole, ale kiedy dostałam do własnych rąk materiały archiwalne – także filmy, wywiady czy rozmowy z osobami, które zmuszone były do takiego wyjazdu – naprawdę to poczułam. Na tyle, na ile mogłam poczuć coś, co nie było moim doświadczeniem.

Można powiedzieć, że „Marzec ’68” opowiada o tym, że nie wszystkie „wojenne dziewczyny” miały swój happy end. A o czym opowiada najnowszy film „Król dopalaczy”, w którym grasz Paulę?

Co mogę powiedzieć, żeby za dużo nie zdradzać…Każdy z nas włożył w niego maksimum swoich umiejętności i zasobów, żeby efekt był jak najlepszy. Dlatego też tak długo czekał na swoją premierę – kręciliśmy go prawie sześć lat temu – bo był dopieszczany z każdej strony. Nie chcę za dużo opowiadać na temat Pauli, bo wolę, by widz dał się nią zaskoczyć. Na pierwszy rzut oka wydaje się przebojowa i bezkompromisowa, korzystająca w pełni ze swojej kobiecości. To jest na pierwszym planie, na drugim jest jej wrażliwość i tajemnica, która była dla mnie frapująca.

Mam nadzieję, że widzowie docenią oba jej wcielenia, i liczę na to, że ten film po prostu nam wyszedł. A czy ja będę ze swojej pracy zadowolona, to jeszcze zobaczymy… [śmiech]

Znając cię już trochę, zaryzykuję stwierdzenie, że pewnie nie do końca. [śmiech] A może jesteś jedną z tych aktorek, które nie oglądają siebie na ekranie?

Staram się oglądać, bo chcę wyciągać wnioski na przyszłość, ale zawsze jest to okraszone moimi westchnięciami, przewracaniem oczami i komentarzami mamrotanymi pod nosem. Podczas pierwszego seansu jestem dla siebie najsurowsza, patrzę na to, co mi nie wyszło lub wyszło nie tak, jak chciałabym, ale drugi, a już na pewno trzeci seans pozwala mi po prostu skupić się na filmie. Dać mu się porwać. Na przykład w wypadku „The Office PL” miałam pięć lat na to, by się zdystansować do tego, jak gram, i oglądam go już z przyjemnością. Ale wciąż mam takie momenty, że się na siebie denerwuję. Ale chcę jeszcze powiedzieć, że Tomek Włosok, który gra w „Królu dopalaczy” główną rolę, jest wspaniałym aktorem.

Odkąd spotkaliśmy się na planie krótkiego metrażu – byłam wtedy jeszcze przed szkołą aktorską – czyli w „Smoku” Tomka Bagińskiego, nasze wspólne drogi nieustannie się przecinają. Tomek nic się nie zmienił na przestrzeni tego czasu, tak skromny i fajny, jak był na początku, jest i dziś. Za to zmieniło się to, że dostaje mnóstwo ciekawych propozycji, z czego bardzo się cieszę.

Mówiłyśmy już o twoich kreacjach aktorskich, ale ja bardzo lubię cię też prywatnie, zwłaszcza w wywiadach. Jesteś wrażliwa, empatyczna, sprawiedliwa i masz też jedną cechę, za którą cię podziwiam i której chciałabym się od ciebie nauczyć: nigdy nie dajesz się zawstydzić. A twoi rozmówcy nieraz próbowali. Zwłaszcza mężczyźni.

Dziękuję, że to zauważyłaś. Na pewno ważne jest dla mnie bycie asertywną, mam to chyba po tacie, zawsze potrafił nas skutecznie sprowadzić na ziemię. Nie wyobrażam sobie, żeby nie zareagować, jeśli z czymś czuję się niewygodnie. Moi rodzice tacy właśnie są –bardzo kulturalni, ale jednocześnie nie mają problemu z tym, żeby zaznaczyć granicę. U mnie nie zawsze tak było – wielokrotnie dawałam się nie tyle może onieśmielić, co zbić z tropu. Niektórzy mężczyźni sprawiali, że czułam się gorsza – chcieli, bym taka się poczuła i, niestety, im się to udawało.

Także prywatnie długo nie miałam do siebie wystarczającego szacunku, by postawić siebie przed innymi i zawalczyć o swoje. Brało się to chyba z tego, że bardzo chciałam gdzieś przynależeć, być częścią jakiejś społeczności, więc rezygnowałam z siebie, by to się wydarzyło. Ale to było zgubne, bo ani nie doprowadzało mnie do miejsca, w którym poczułabym się lepiej, ani nie byłam przez innych bardziej uwzględniana.

To chyba działa dokładnie na odwrót, prawda?

A ja musiałam się tego nauczyć w najbardziej przykry sposób, czyli na swoich doświadczeniach. Jednocześnie zawsze umiałam zaznaczać granice i chciałam mieć ostatnie zdanie. Rodzice śmiali się, że powinnam była zostać prawniczką. Mam to do dzisiaj, niestety. [śmiech]

Jak myślisz, co cię najbardziej chroni w życiu?

Prawda. Uważam się za prawą osobę. Nie za nieskazitelną, bo mam sobie, pewnie jak każdy, wiele do zarzucenia. Po prostu jestem zdania, że należy żyć w zgodzie ze sobą, że to wzmacnia. Fundamentem tego przekonania jest moja rodzina. Moja mama jest osobą, która zawsze była bardzo szczera. Myślę, że ja też taka jestem. Ma to oczywiście minusy. Czasem pewne rzeczy warto przemilczeć. Ktoś zachowuje się inaczej, niż ty byś się zachowała, trudno, trzeba to zostawić… Ja nie potrafię. To też moja wada, trudno mi się pogodzić z tym, że coś, co uważam za niefajne, dla kogoś jest na przykład neutralne… Dla mnie zasady są i zawsze były ważne, ale widzę też, że moja potrzeba przestrzegania ich nieustannie jest nieelastyczna i sprawia, że się niepotrzebnie frustruję. Nie rozumiem fałszu, nieszczerości. Uciekam od takich sytuacji, miejsc i ludzi. Myślę, że to jest moja siła, która pomaga mi też w pracy. Nie udaję kogoś, kim nie jestem, nie kalkuluję.

To chyba chroni cię też przed wchodzeniem w toksyczne, krzywdzące relacje?

Toksycznych nie pamiętam, ale mam doświadczenie bycia w relacji, gdzie zgadzałam się na to, by być traktowaną inaczej, niż czułam, że powinnam być traktowana – bo tak bardzo chciałam, by ktoś odwzajemnił moje uczucie w taki sposób, w jaki ja to uczucie dawałam.

Co sprawiło, że przestałaś się na to zgadzać?

Najsmutniejsze, że momentem zwrotnym wcale nie był ten, w którym dowiedziałam się, że jestem zdradzana. Tak bardzo chciałam ratować coś, w co wierzyłam, w co włożyłam tak dużo serca, czasu i energii, że byłam w stanie pomniejszyć siebie, nie uwzględnić swoich potrzeb i emocji. To nieodwracalnie zniszczyło jakąś część mnie.

Twoją niewinność, naiwność?

Naiwność – tak, chyba o nią chodzi. Nie chcę za dużo o tym mówić, bo to doświadczenie wciąż jest dla mnie przykre, wspominam o nim pierwszy raz i zapewne ostatni, ale niech to wybrzmi choć raz, może pomoże komuś w podobnej sytuacji.

Czasem długo trwa, zanim porozumiemy się sami ze sobą na temat tego, czego naprawdę potrzebujemy. Za długo przeglądałam się w czyjejś wizji mnie, w tym, jak ktoś mnie kocha (lub nie), to mnie wtedy definiowało. Dziś na przykład wiem, że potrzebuję dokładnie tego, co daję. A daję zaangażowanie, lojalność, empatię. I już wiem, że jeśli nie dostaję tego z powrotem, to znaczy, że widocznie to nie jest moje miejsce ani moja osoba. Nie obrażam się na to, każdy ma swoje matryce i swoje potrzeby. Mogą być inne niż moje. Natomiast jeśli ktoś jest wobec ciebie uczciwy, a ty latami go oszukujesz, rachunek jest chyba prosty. W przeszłości brakowało mi odwagi, żeby upomnieć się o to, co jest dla mnie ważne. Myślałam, że to przyjdzie samo. Beznadziejnie chciałam być wybrana, bo wtedy o mojej wartości świadczyło to, czy kocham z wzajemnością i w jakim wymiarze. Ale z pewnych rzeczy nie wolno rezygnować w imię miłości. Chcę móc oczekiwać od drugiej strony wierności. Obiecuję sobie i mam nadzieję, że obietnicy dotrzymam, że już nigdy nie zignoruję tej potrzeby.

Teraz przyszła do mnie taka refleksja, że postaci, które grasz, jak choćby Kaja w spektaklu „Nienasyceni”, często stają po drugiej stronie – są tymi, które zdradzają. Tymi, którymi ty nigdy nie mogłabyś się stać.

Tego nie chcę powiedzieć. Wierzę, znając swoją emocjonalność i mając na uwadze to, co jest dla mnie najważniejsze, że nie będzie mnie to dotyczyć. Natomiast życie może nas postawić przed sytuacjami, w których sami siebie zaskoczymy. Można być w rozterce, mieć wątpliwości, wierzę, że można pokochać dwie osoby jednocześnie – o tym opowiada mój najukochańszy film „Najgorszy człowiek na świecie” Joachima Triera. Nie jestem nieskazitelna, więc nie mam odwagi używać takich słów jak „nigdy” lub „zawsze”, bo nie wiem, co mnie czeka w przyszłości. Pamiętając, jak tamto doświadczenie mnie odmieniło, mam nadzieję, że nie zrobię tego drugiej osobie.

Może będzie ci się to zdarzało tylko w filmach. Moim mottem jest ostatnio tytuł piosenki Olivii Dean „Nice to each other”. Uważam, że wszyscy moglibyśmy być dla siebie po prostu milsi.

Zgadzam się. A przy okazji – kocham Olivię Dean! Jestem jej wierną fanką, taką jeszcze sprzed wielkiego wybuchu jej ogromnej i zasłużonej popularności. Bardzo się cieszę, że udało mi się kupić bilet na jej londyński koncert. Może uda mi się ją dodatkowo zobaczyć także na Orange Festiwal w Warszawie.

Gdybyś miała kiedyś nagrać swoją płytę, a słyszałam, że o tym marzysz, to byłaby ona właśnie w stylu Olivii?

Chyba nie mam wystarczająco aksamitnego głosu, żeby się o to pokusić, pewnie kombinowałabym raczej coś w klimacie gitary basowej. Lubię indie alternatywę, zahaczającą o delikatny rock. Lubię to, co robi Lola Young. Lubię, kiedy muzyka jest nośnikiem emocji, a tekst osobistym wyznaniem. Bardzo często słucham muzyki, nie wyobrażam sobie nie zaczynać z nią dnia. Mamy tylu wspaniałych artystów w Polsce i na świecie, mam wobec nich tyle szacunku i pokory, że chyba nie mam na razie odwagi wypuszczać niczego swojego.

Odkryłam twoją jeszcze inną, bardzo ciekawą właściwość. Ze wszystkich swoich projektów zawodowych wynosisz przyjaciół. Czy ja dobrze kojarzę: z Mają Szopą, która grała w „Wojennych dziewczynach” Nitkę, przyjaźnicie się od lat?

Maja jest jedną z moich najlepszych przyjaciółek, byłyśmy na tym samym roku w szkole teatralnej.

Kolejny przyjaciel to Maciej Musiałowski, graliście razem w „Hejterze”. Mówiłaś o Tomku Włosoku, ale jest jeszcze Iza Kuna, z którą też poznałyście się na planie. Czy ta wspólna nocowanka, o której dowiedziałam się z Instagrama, już się wydarzyła?

Nie, nocowanka jeszcze przed nami, widocznie Iza bardzo długo ścieli dla mnie łóżko. [śmiech] Poznałyśmy się na planie nowego filmu Kaliny Alabrudzińskiej, i to była miłość od pierwszego wejrzenia. Wyznam szczerze, zdecydowałam się na ten projekt właśnie ze względu na nią. Iza to jest skarb zesłany z niebios. Skarb aktorski – to wszyscy wiedzą, bo udowodniła to nie raz. W jej komediowości jest tyle dramatyzmu, mądrości, przytomności i uważności… Ale Iza to też skarb po prostu człowieczy. Zanim się spotkałyśmy, kilka razy mijałam ją gdzieś w centrum Warszawy i zawsze się do niej nieśmiało uśmiechałam, a ona uśmiechała się do mnie. Myślałam sobie wtedy: „Może jakimś cudem ona wie, że ja też jestem aktorką?”. Wiedziała, a nawet więcej, w trakcie realizacji projektu powiedziała mi, że zdecydowała się na ten film też dlatego, że ja wezmę w nim udział. Czy to nie jest wprost kosmiczny komplement?! I tak to trwa do dzisiaj. Jakiś malutki promil tej relacji pokazujemy w mediach społecznościowych. To na początku miała być tylko zapowiedź wspólnego filmu, nie sądziłyśmy, że to się ludziom tak spodoba i pójdzie tak szeroko. Nawet ostatnio, będąc w szpitalu jako wolontariuszka, zostałam zaczepiona przez pielęgniarkę, która spytała mnie, tak jak ty, czy byłam już na nocowance u Izy Kuny. Zrozumiałam, że zrobiła się z tego sprawa. [śmiech] Mam nadzieję, że przed nami jeszcze wiele projektów, które zrobimy wspólnie, ale Iza wywarła na mnie przede wszystkim ogromne wrażenie tak po ludzku. Pod względem asertywności, empatii, uważności. Na przykład niedawno w sylwestra podjechała pod teatr, w którym grałam spektakl, okutana w szalik i czapkę, tylko po to, żeby mi dać noworoczne ciasto. Ja naprawdę mam ogromnego farta do ludzi, no przyznaj.

Vanessa Aleksander rocznik 1996. Polsko-słowacka aktorka teatralna, filmowa i serialowa. Jej rodzicami są łyżwiarze figurowi Renata Aleksander i Mirosław Aleksander. Ma młodszego o cztery lata brata Oliwiera. Absolwentka Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. W 2024 roku wystąpiła w 15. edycji programu „Taniec z gwiazdami”, który wygrała wraz z partnerem Michałem Bartkiewiczem. Film „Król dopalaczy” z jej udziałem wszedł do kin 13 marca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE