Autopromocja
WOS - 6 - desktop
WOS - 6 - desktop
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Dom nie musi być miejscem”. Salamon & Fitzsimons o muzyce, trudnych emocjach i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie

„Dom nie musi być miejscem”. Salamon & Fitzsimons o muzyce, trudnych emocjach i poszukiwaniu swojego miejsca w świecie

Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)
Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)
Ich historia zaczęła się w warszawskim studio, od prostego „zagraj mi coś” i wspólnej pasji do melodii, które opowiadają więcej niż słowa. Michał Salamon wnosi jazzową wrażliwość i mistrzostwo aranżacji, Kev Fitzsimons – baryton pełen emocji i poetyckie teksty, które łączą osobiste doświadczenia z uniwersalnymi refleksjami. Tak powstał duet, w którym każde spotkanie dźwięku z dźwiękiem staje się podróżą – od intymnych ballad po kompozycje, w których pulsuje życie, nadzieja i poszukiwanie swojego miejsca.

Po wydaniu singli „Thin Air” i „Warszawa”, polsko-nowozelandzki duet Salamon & Fitzsimons zaprezentował debiutancki minialbum „Home”. Wydana pod koniec listopada ubiegłego roku EP-ka „Home” jest zbiorem pięciu kompozycji, które w mistrzowski sposób opowiadają o poszukiwaniu miejsca, zarówno w świecie, jak i w sobie samym. W rozmowie z Robertem Choińskim muzycy opowiadają o początkach współpracy, procesie twórczym, emocjach towarzyszących powstawaniu utworów oraz o tym, jak doświadczenie i intuicja splatają się w ich unikatowym brzmieniu.

Robert Choiński, Zwierciadlo.pl: Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?

Kev Fitzsimons: Kiedy przyjechałem do Polski, miałem nauczycielkę śpiewu – Edytę Glińską. Pracowałem wtedy nad kilkoma pomysłami i zapytałem ją, czy zna kogoś, kto mógłby pomóc mi je zaaranżować albo wejść we współpracę. Zasugerowała Michała. Napisałem do niego wiadomość, spotkaliśmy się w jego studio i pamiętam, że powiedział: „Zagraj mi coś”. Od tego momentu wszystko się potoczyło bardzo naturalnie. Dość szybko poczuliśmy, że między nami jest jakaś kreatywna chemia.

Michał Salamon: Po prostu poczuliśmy się muzycznie. Dużo rozmawialiśmy, nie tylko o dźwiękach, ale też o tym, co nas interesuje, w jakim kierunku chcemy iść. Oczywiście ważne było to, że dobrze się uzupełniamy. Ja coś wnoszę, Kev coś wnosi i razem tworzymy nową jakość. Ale równie istotna była zgodność estetyczna. Wiedzieliśmy, że mamy podobną wrażliwość i że możemy wspólnie dojść do czegoś ciekawego.

Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia) Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)

Jak opisalibyście wasz styl komuś, kto jeszcze was nie słyszał?

K.F.: Staramy się splatać w naszej muzyce to, co nam się podoba, struktura utworów jest raczej piosenkowa: zwrotka, refren, bridge. Dlatego mówimy o czymś w rodzaju „indie jazzu”.

M.S.: Albo „Polzealand” (śmiech) Ja generalnie nie przepadam za etykietowaniem muzyki. Natomiast słychać u nas to, skąd się wywodzimy. Kev ma bardzo klasyczne podejście do songwritingu, zbudowane na doświadczeniu indie i post-rockowym. Ja z kolei przez lata jestem zanurzony w jazzie, muzyce improwizowanej, wcześniej w klasyce. Zawsze jednak ciągnęło mnie w stronę piosenkowości, alternatywy, chociażby artystów takich jak Bon Iver, Ásgeir czy Jordan Rakei. Znaleźliśmy wspólną. płaszczyznę,, na której mogliśmy połączyć nasze doświadczenia. Myślę też, że jesteśmy na takim etapie życia, w którym wiemy już nie tylko, czego chcemy, ale też czego nie chcemy. Ato bardzo ułatwia pracę twórczą.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

To ciekawe, bo mam wrażenie, że wiedza o tym, czego się nie chce, jest podstawą nie tylko w muzyce, ale w życiu w ogóle.

M.S.: Zdecydowanie. To dotyczy relacji, pracy, wszystkiego. Jeśli chodzi o produkcję muzyczną, dziś masz praktycznie nieskończone możliwości. Miliony brzmień, bibliotek, narzędzi.

K.F.: Czasami tego jest aż po prostu za dużo.

M.S.: Dokładnie. Bardzo często proces polega na tym, że przechodzisz przez setki opcji i większość z nich odrzucasz, bo szukasz tego jednego brzmienia, które masz w głowie. I to jest bardzo życiowe – żeby dojść do tego, czego naprawdę chcesz, musisz najpierw pozbyć się tego, czego nie chcesz.

Jak wyglądały wasze pierwsze poszukiwania brzmieniowe – improwizacje, szkice, jamy?

K.F.: Musieliśmy znaleźć wspólny język. Nie tylko ten komunikacyjny, ale muzyczny. Wiedzieliśmy, że Michał jest jazzowym pianistą i kompozytorem, a ja śpiewam i piszę piosenki w estetyce indie. To był nasz punkt wyjścia. Pierwszy utwór, „Thin Air”, powstawał bardzo długo – cztery, a może nawet sześć miesięcy. Dlatego, że chcieliśmy znaleźć brzmienie, które będzie autentyczne, naturalne i naprawdę nasze. Zaczęliśmy od samego fortepianu, potem pojawiły się bębny, groove, dużo prób i błędów aby finalnie dojść do tego co w pełni nas zadowala. Staraliśmy się niczego nadmiernie nie komplikować, aby zostawić dla odbiorcy przestrzeń i organiczność.

M.S.: Utwór „Thin Air” był dla nas drzwiami do naszego świata. Ten długi proces nie wynikał z trudności kompozycyjnych, tylko z tego, że się wcześniej nie znaliśmy. Wprowadziliśmy więc systematyczne spotkania – raz w tygodniu, w piątki. Przez ponad rok spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, piliśmy kawę, słuchaliśmy muzyki, dzieliliśmy się inspiracjami. Analizowaliśmy, co nam się podoba w danym utworze, czy to gitara, czy beat, czy atmosfera. Kev przynosił teksty z melodią, co było dla mnie bardzo pomocne kompozycyjnie. Z biegiem czasu zdarzały się też momenty zupełnie inne, jak przy „Only Get Better”. Kev przyniósł gitarę, co rzadko się zdarzało. Usiedliśmy, piliśmy kawę i zaczęliśmy grać. Ta piosenka dosłownie przepłynęła przez nas w 10–15 minut. Musiałem ją od razu nagrać na dyktafon, bo baliśmy się, że zniknie.

Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia) Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)

K.F.: Co ciekawe, tekst pojawił się niemal jednocześnie z muzyką. W refrenie słowa od razu były prawie takie same jak w finalnej wersji. To jeden z tych momentów twórczych, o których się słyszy – rzadkich, ale bardzo satysfakcjonujących.

M.S.: I to pokazuje paradoks procesu twórczego. Z jednej strony jest rzemiosło, praca, analiza formy, brzmienia, struktury. Z drugiej, czasem coś po prostu się wydarza. Trzeba umieć być pomiędzy tymi dwoma stanami.

„Only Get Better” brzmi jak najbardziej optymistyczny utwór z waszego repertuaru. Skąd taka energia?

K.F.: Z życia. (śmiech). I to wbrew pozorom. W momencie, kiedy go pisaliśmy, obaj byliśmy w dość trudnych sytuacjach. Ten optymizm był raczej kontrastem, próbą zasugerowania nadziei, ruchu do przodu. Tekst opowiada o byciu w ciemności i szukaniu wyjścia.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Kev, czy twoje teksty są autobiograficzne?

K.F.: Częściowo tak, częściowo nie. „Warszawa” jest po części autobiograficzna, „Keys to the Kingdom” to bardziej poetycka historia o relacji, niekoniecznie oparta na moim życiu. Ale życie jest najczęstszym źródłem inspiracji, nawet jeśli tekst nie jest dosłowny.

Chciałbym zapytać o utwór „Home”. Jakie emocje najbardziej wpłynęły na jego powstanie?

M.S.: „Home” miało zupełnie inny proces. Progresję akordów nosiłem w sobie przez 7–8 lat. To był szkic, który czekał na odpowiedni moment i odpowiednich ludzi. Kiedy skończyliśmy „Thin Air”, zagrałem ją Kevowi, czując, że to powinien być utwór z tekstem. Ta muzyka od początku niosła w sobie emocję poszukiwania domu. I to idealnie zbiegło się z doświadczeniem Keva, a więc osoby, która nie pochodzi z Polski, a właśnie tutaj próbuje odnaleźć swoje miejsce.

K.F.: Praca nad tekstem była tutaj wyzwaniem, ale przełomowym momentem było napisane przeze mnie zdanie: „Wiem, że nie ma go na mapie”. To otworzyło całą piosenkę. Dom nie musi być miejscem. Może być uczuciem, osobą, stanem wewnętrznym.

Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia) Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)

Czy któryś z utworów był dla was najtrudniejszy do zrobienia?

M.S.: Z różnych powodów. „Thin Air” było najdłuższym procesem. Musieliśmy się nauczyć współpracy. Z kolei „Home” było bardzo wymagające produkcyjnie.

K.F.: Zawsze jest jakiś fragment, który sprawia problemy – beat, bridge, jakiś moment, którego nie da się „złapać”. Zwykle kończy się na tym, że wracasz do pierwszego pomysłu.

M.S.: Mamy też wspólny perfekcjonizm. Czasami trzeba sobie powiedzieć: „Już wystarczy”. Kev ma po 18 take’ów wokalu, ja mam sesję w Cubase poukładaną kolorami jak obrazy (śmiech).

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Jak radzicie sobie z różnicami wrażliwości czy opinii?

K.F.: Szczerze? Nie mamy poważnych konfliktów. Różnice omawiamy spokojnie i z szacunkiem.

Michał: Myślę, że jesteśmy bardzo blisko pod względem wrażliwości muzycznej. Uzupełniamy się. Ja słyszę piosenkowo, Kev wnosi tekst i głos. Cel i kierunek były ustalone bardzo wcześnie.

Kev, muszę Cię o to zapytać – jak znalazłeś się w Polsce?

K.F.: Większość ludzi uważa, że to szalona decyzja. Przyjechałem z powodów rodzinnych i zawodowych – mam dwoje dzieci, są w połowie Polakami. Zostałem z powodów twórczych. Warszawa jest fascynująca, pełna historii, znaków przeszłości, kultury. Scena muzyczna jest świetna, a poziom muzyków bardzo wysoki. Czuję tu ogromny szacunek do sztuki.

Jakie są wasze główne inspiracje?

K.F.: Muzycznie – Radiohead, Leonard Cohen, Nick Cave, Tom Waits. Lubię melancholię, ale też czystą radość, jak w AC/DC. Literacko – poezja: Bukowski, T.S. Eliot, Szymborska. Oglądam też dużo polskiego kina, Wajdę, żeby lepiej zrozumieć kulturę.

Michał: Muzycznie byłem wszędzie – od klasyki, przez metal, techno, jazz. Uwielbiam przestrzeń, niedopowiedzenie. W muzyce, filmie, fotografii. Wierzę w sztukę jako coś potrzebnego, szczególnie dziś, w świecie nadmiaru i technologii.

Co dalej?

K.F.: Koncerty, nowa muzyka i praca nad pełnym albumem. Na początku lutego gramy jako support SYML-a w Krakowie i Warszawie.

Michał: 3 lutego – Klub Kwadrat, 4 lutego – Progresja. Zapraszamy.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE