Ich historia zaczęła się w warszawskim studio, od prostego „zagraj mi coś” i wspólnej pasji do melodii, które opowiadają więcej niż słowa. Michał Salamon wnosi jazzową wrażliwość i mistrzostwo aranżacji, Kev Fitzsimons – baryton pełen emocji i poetyckie teksty, które łączą osobiste doświadczenia z uniwersalnymi refleksjami. Tak powstał duet, w którym każde spotkanie dźwięku z dźwiękiem staje się podróżą – od intymnych ballad po kompozycje, w których pulsuje życie, nadzieja i poszukiwanie swojego miejsca.
Po wydaniu singli „Thin Air” i „Warszawa”, polsko-nowozelandzki duet Salamon & Fitzsimons zaprezentował debiutancki minialbum „Home”. Wydana pod koniec listopada ubiegłego roku EP-ka „Home” jest zbiorem pięciu kompozycji, które w mistrzowski sposób opowiadają o poszukiwaniu miejsca, zarówno w świecie, jak i w sobie samym. W rozmowie z Robertem Choińskim muzycy opowiadają o początkach współpracy, procesie twórczym, emocjach towarzyszących powstawaniu utworów oraz o tym, jak doświadczenie i intuicja splatają się w ich unikatowym brzmieniu.
Robert Choiński, Zwierciadlo.pl: Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
Kev Fitzsimons: Kiedy przyjechałem do Polski, miałem nauczycielkę śpiewu – Edytę Glińską. Pracowałem wtedy nad kilkoma pomysłami i zapytałem ją, czy zna kogoś, kto mógłby pomóc mi je zaaranżować albo wejść we współpracę. Zasugerowała Michała. Napisałem do niego wiadomość, spotkaliśmy się w jego studio i pamiętam, że powiedział: „Zagraj mi coś”. Od tego momentu wszystko się potoczyło bardzo naturalnie. Dość szybko poczuliśmy, że między nami jest jakaś kreatywna chemia.
Michał Salamon: Po prostu poczuliśmy się muzycznie. Dużo rozmawialiśmy, nie tylko o dźwiękach, ale też o tym, co nas interesuje, w jakim kierunku chcemy iść. Oczywiście ważne było to, że dobrze się uzupełniamy. Ja coś wnoszę, Kev coś wnosi i razem tworzymy nową jakość. Ale równie istotna była zgodność estetyczna. Wiedzieliśmy, że mamy podobną wrażliwość i że możemy wspólnie dojść do czegoś ciekawego.
Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)
Jak opisalibyście wasz styl komuś, kto jeszcze was nie słyszał?
K.F.: Staramy się splatać w naszej muzyce to, co nam się podoba, struktura utworów jest raczej piosenkowa: zwrotka, refren, bridge. Dlatego mówimy o czymś w rodzaju „indie jazzu”.
M.S.: Albo „Polzealand” (śmiech) Ja generalnie nie przepadam za etykietowaniem muzyki. Natomiast słychać u nas to, skąd się wywodzimy. Kev ma bardzo klasyczne podejście do songwritingu, zbudowane na doświadczeniu indie i post-rockowym. Ja z kolei przez lata jestem zanurzony w jazzie, muzyce improwizowanej, wcześniej w klasyce. Zawsze jednak ciągnęło mnie w stronę piosenkowości, alternatywy, chociażby artystów takich jak Bon Iver, Ásgeir czy Jordan Rakei. Znaleźliśmy wspólną. płaszczyznę,, na której mogliśmy połączyć nasze doświadczenia. Myślę też, że jesteśmy na takim etapie życia, w którym wiemy już nie tylko, czego chcemy, ale też czego nie chcemy. Ato bardzo ułatwia pracę twórczą.
To ciekawe, bo mam wrażenie, że wiedza o tym, czego się nie chce, jest podstawą nie tylko w muzyce, ale w życiu w ogóle.
M.S.: Zdecydowanie. To dotyczy relacji, pracy, wszystkiego. Jeśli chodzi o produkcję muzyczną, dziś masz praktycznie nieskończone możliwości. Miliony brzmień, bibliotek, narzędzi.
K.F.: Czasami tego jest aż po prostu za dużo.
M.S.: Dokładnie. Bardzo często proces polega na tym, że przechodzisz przez setki opcji i większość z nich odrzucasz, bo szukasz tego jednego brzmienia, które masz w głowie. I to jest bardzo życiowe – żeby dojść do tego, czego naprawdę chcesz, musisz najpierw pozbyć się tego, czego nie chcesz.
Jak wyglądały wasze pierwsze poszukiwania brzmieniowe – improwizacje, szkice, jamy?
K.F.: Musieliśmy znaleźć wspólny język. Nie tylko ten komunikacyjny, ale muzyczny. Wiedzieliśmy, że Michał jest jazzowym pianistą i kompozytorem, a ja śpiewam i piszę piosenki w estetyce indie. To był nasz punkt wyjścia. Pierwszy utwór, „Thin Air”, powstawał bardzo długo – cztery, a może nawet sześć miesięcy. Dlatego, że chcieliśmy znaleźć brzmienie, które będzie autentyczne, naturalne i naprawdę nasze. Zaczęliśmy od samego fortepianu, potem pojawiły się bębny, groove, dużo prób i błędów aby finalnie dojść do tego co w pełni nas zadowala. Staraliśmy się niczego nadmiernie nie komplikować, aby zostawić dla odbiorcy przestrzeń i organiczność.
M.S.: Utwór „Thin Air” był dla nas drzwiami do naszego świata. Ten długi proces nie wynikał z trudności kompozycyjnych, tylko z tego, że się wcześniej nie znaliśmy. Wprowadziliśmy więc systematyczne spotkania – raz w tygodniu, w piątki. Przez ponad rok spotykaliśmy się, rozmawialiśmy, piliśmy kawę, słuchaliśmy muzyki, dzieliliśmy się inspiracjami. Analizowaliśmy, co nam się podoba w danym utworze, czy to gitara, czy beat, czy atmosfera. Kev przynosił teksty z melodią, co było dla mnie bardzo pomocne kompozycyjnie. Z biegiem czasu zdarzały się też momenty zupełnie inne, jak przy „Only Get Better”. Kev przyniósł gitarę, co rzadko się zdarzało. Usiedliśmy, piliśmy kawę i zaczęliśmy grać. Ta piosenka dosłownie przepłynęła przez nas w 10–15 minut. Musiałem ją od razu nagrać na dyktafon, bo baliśmy się, że zniknie.
Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)
K.F.: Co ciekawe, tekst pojawił się niemal jednocześnie z muzyką. W refrenie słowa od razu były prawie takie same jak w finalnej wersji. To jeden z tych momentów twórczych, o których się słyszy – rzadkich, ale bardzo satysfakcjonujących.
M.S.: I to pokazuje paradoks procesu twórczego. Z jednej strony jest rzemiosło, praca, analiza formy, brzmienia, struktury. Z drugiej, czasem coś po prostu się wydarza. Trzeba umieć być pomiędzy tymi dwoma stanami.
„Only Get Better” brzmi jak najbardziej optymistyczny utwór z waszego repertuaru. Skąd taka energia?
K.F.: Z życia. (śmiech). I to wbrew pozorom. W momencie, kiedy go pisaliśmy, obaj byliśmy w dość trudnych sytuacjach. Ten optymizm był raczej kontrastem, próbą zasugerowania nadziei, ruchu do przodu. Tekst opowiada o byciu w ciemności i szukaniu wyjścia.
Kev, czy twoje teksty są autobiograficzne?
K.F.: Częściowo tak, częściowo nie. „Warszawa” jest po części autobiograficzna, „Keys to the Kingdom” to bardziej poetycka historia o relacji, niekoniecznie oparta na moim życiu. Ale życie jest najczęstszym źródłem inspiracji, nawet jeśli tekst nie jest dosłowny.
Chciałbym zapytać o utwór „Home”. Jakie emocje najbardziej wpłynęły na jego powstanie?
M.S.: „Home” miało zupełnie inny proces. Progresję akordów nosiłem w sobie przez 7–8 lat. To był szkic, który czekał na odpowiedni moment i odpowiednich ludzi. Kiedy skończyliśmy „Thin Air”, zagrałem ją Kevowi, czując, że to powinien być utwór z tekstem. Ta muzyka od początku niosła w sobie emocję poszukiwania domu. I to idealnie zbiegło się z doświadczeniem Keva, a więc osoby, która nie pochodzi z Polski, a właśnie tutaj próbuje odnaleźć swoje miejsce.
K.F.: Praca nad tekstem była tutaj wyzwaniem, ale przełomowym momentem było napisane przeze mnie zdanie: „Wiem, że nie ma go na mapie”. To otworzyło całą piosenkę. Dom nie musi być miejscem. Może być uczuciem, osobą, stanem wewnętrznym.
Salamon & Fitzsimons (Fot. Sisi Cecylia)
Czy któryś z utworów był dla was najtrudniejszy do zrobienia?
M.S.: Z różnych powodów. „Thin Air” było najdłuższym procesem. Musieliśmy się nauczyć współpracy. Z kolei „Home” było bardzo wymagające produkcyjnie.
K.F.: Zawsze jest jakiś fragment, który sprawia problemy – beat, bridge, jakiś moment, którego nie da się „złapać”. Zwykle kończy się na tym, że wracasz do pierwszego pomysłu.
M.S.: Mamy też wspólny perfekcjonizm. Czasami trzeba sobie powiedzieć: „Już wystarczy”. Kev ma po 18 take’ów wokalu, ja mam sesję w Cubase poukładaną kolorami jak obrazy (śmiech).
Jak radzicie sobie z różnicami wrażliwości czy opinii?
K.F.: Szczerze? Nie mamy poważnych konfliktów. Różnice omawiamy spokojnie i z szacunkiem.
Michał: Myślę, że jesteśmy bardzo blisko pod względem wrażliwości muzycznej. Uzupełniamy się. Ja słyszę piosenkowo, Kev wnosi tekst i głos. Cel i kierunek były ustalone bardzo wcześnie.
Kev, muszę Cię o to zapytać – jak znalazłeś się w Polsce?
K.F.: Większość ludzi uważa, że to szalona decyzja. Przyjechałem z powodów rodzinnych i zawodowych – mam dwoje dzieci, są w połowie Polakami. Zostałem z powodów twórczych. Warszawa jest fascynująca, pełna historii, znaków przeszłości, kultury. Scena muzyczna jest świetna, a poziom muzyków bardzo wysoki. Czuję tu ogromny szacunek do sztuki.
Jakie są wasze główne inspiracje?
K.F.: Muzycznie – Radiohead, Leonard Cohen, Nick Cave, Tom Waits. Lubię melancholię, ale też czystą radość, jak w AC/DC. Literacko – poezja: Bukowski, T.S. Eliot, Szymborska. Oglądam też dużo polskiego kina, Wajdę, żeby lepiej zrozumieć kulturę.
Michał: Muzycznie byłem wszędzie – od klasyki, przez metal, techno, jazz. Uwielbiam przestrzeń, niedopowiedzenie. W muzyce, filmie, fotografii. Wierzę w sztukę jako coś potrzebnego, szczególnie dziś, w świecie nadmiaru i technologii.
Co dalej?
K.F.: Koncerty, nowa muzyka i praca nad pełnym albumem. Na początku lutego gramy jako support SYML-a w Krakowie i Warszawie.
Michał: 3 lutego – Klub Kwadrat, 4 lutego – Progresja. Zapraszamy.