1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Sztukę robi się po to, żeby rozpuszczała granice i mentalne zatwardzenia” – mówi Justyna Wasilewska, którą podziwialiśmy ostatnio w „Heweliuszu”

„Sztukę robi się po to, żeby rozpuszczała granice i mentalne zatwardzenia” – mówi Justyna Wasilewska, którą podziwialiśmy ostatnio w „Heweliuszu”

Justyna Wasilewska (Fot. Weronika Ławniczak/ Netflix)
Justyna Wasilewska (Fot. Weronika Ławniczak/ Netflix)
Na planie i na scenie potrzebuje wolności oraz bezpieczeństwa. W życiu wystarczy, żeby nikt nie zasłaniał jej słońca. „Jest mi dobrze ze sobą”, mówi aktorka Justyna Wasilewska, która po kilku latach przerwy wraca do grania w serialach świetną rolą w „Heweliuszu”.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

„Sztukę robi się po to, żeby rozpuszczała granice i mentalne zatwardzenia”

Angelika Kucińska: Przyznam, że nie spodziewałam się ciebie w takiej roli.

Justyna Wasilewska: Ja też nie. Ale to, że się nie spodziewałam, nie znaczy, że nie chciałam jej zagrać. To niejednoznaczna bohaterka. Zaskakująca w swoich wyborach. Harda, ale też zdolna do refleksji. Prosta i obcesowa, ale jednocześnie pełna miłości do dzieci i męża. Poza tym marzyłam, żeby pracować z Jankiem Holoubkiem, bo uważam, że robi naprawdę rzetelny kawałek serialu i kina, zawsze na poziomie. Trafia szeroko, a jednocześnie reprezentuje jakość i nie spłyca tematów, które podejmuje. Janek to reżyser, któremu ufasz. Daje ci przestrzeń, pozwala wnosić sporo od siebie, ale też jest uważnym obserwatorem i trzyma całość w ryzach. Czyli daje i wolność, i bezpieczeństwo.

Czym poruszyła cię Kaczkowska, wdowa po pasażerze, który zginął w katastrofie Heweliusza?

To prosta kobieta, która mierzy się z systemem, większym i silniejszym od siebie. Można by pomyśleć, że łatwo ją przekupić, a okazuje się, że to wcale nie jest takie oczywiste. Szybko wychodzi, że w starciu z systemem jest zupełnie sama. Nie ma za sobą ludzi, wsparcia, jest bez środków. Jej postawa to więc mały heroizm. Kaczkowska postanawia walczyć o prawdę, a nie o swój komfort.

Regularnie grasz siłaczki, ale to jednak bohaterka z innego świata. Typowa żona ze starego porządku, która nawet nie wie, czym zajmuje się jej mąż.

„Heweliusz” opowiada o konkretnym momencie w historii. Od tamtej katastrofy minęło niby tylko 30 lat, ale świat zdążył się bardzo zmienić. Wiadomo, że jest jeszcze dużo do zrobienia, ale jednak różnice między naszymi czasami a czasami Kaczkowskiej są ogromne. Świat się zmienił, ale jest nadal mnóstwo kobiet, których system nie chce widzieć. Na przykład matki dzieci z niepełnosprawnościami. Istnieje rodzaj szarych stref, w których człowiek wciąż musi wołać o to, żeby uznano jego obecność.

Justyna Wasilewska w serialu \ Justyna Wasilewska w serialu "Heweliusz"; kadr z  miniserialu „Heweliusz”, dostępnego w serwisie Netflix) (Fot. Robert Pałka)

Kino czy serial, opowiadając historie osób marginalizowanych, potrafią zmieniać ich rzeczywistość?

Po to robi się sztukę. Żeby rozpuszczała granice. Żeby rozmiękczała mentalne zatwardzenia. Nie wiem, czy sztuka może zmienić świat, ale może dać do myślenia. A przecież od tego zaczynają się zmiany. Od tych indywidualnych impulsów, które dostajemy i które zmieniają nasze widzenie świata. Inne patrzenie na świat z kolei przemienia się w inną postawę, a inna postawa sprawia, że stawiamy w innych miejscach granice albo je rozpuszczamy i pomalutku, krok po kroku, realizuje się zmiana.

W serialu „Heweliusz” dwie główne bohaterki, Kaczkowska i wdowa po kapitanie statku, którą gra Magdalena Różczka, reprezentują dwa inne światy, ale ostatecznie walczą o tę samą sprawiedliwość. Myślisz, że mogłyby się dogadać?

Kapitanowa ma system wsparcia, rodzinę i znajomych. Ma zasoby, żeby w sposób świadomy jakoś rozprowadzić problem w sobie. Potrafi poradzić sobie z emocjami. To wynika również z różnic klasowych. Kaczkowska, pewnie z pochodzenia chłopka, jest pokazana jako dość prosta w konstrukcji. Radzi sobie, jak umie.

Nie wiem, czy Kaczkowska i Kapitanowa mogłyby chodzić sobie razem na kawkę, ale widzą i rozumieją wzajemnie swój ból. Swoją drogą nagrywałam self-tape na casting do „Heweliusza”, nie wierząc, że dostanę tę rolę…

Czytaj także: „Nie rozmawiałyśmy dużo, tylko się przytuliłyśmy”. Magdalena Różczka o roli kapitanowej Jolanty Ułasiewicz w serialu „Heweliusz”

Dlaczego?

Wielu rzeczy po drodze nie dostałam. Kolejne castingi, które nie kończyły się rolą, sprawiły, że straciłam wiarę, że cokolwiek jeszcze mnie spotka w kinie lub serialu. Taki moment. Dużo pracuję w teatrze, więc nigdy nie towarzyszy mi poczucie kompletnego nicnierobienia. Ale gdy przez dłuższy czas nie dostawałam ról w filmach i serialach, zaczęłam myśleć, że może to już nie dla mnie. Może się nie nadaję. Pojawiają się różne wątpliwości, bo trudno, żeby się nie pojawiały, gdy stajesz do kolejnego castingu i odpadasz. W pewnym momencie odpuszczasz, trudno. A ja chcę dalej się rozwijać. Pomyślałam więc, że pójdę na studia. Dokształcę się. Może zmienię swoją profesję na bardziej twórczą, sprawczą, będę mogła decydować. Bo jako aktorka jestem bardzo zależna od zewnętrznych okoliczności.

I co z tymi studiami?

Akurat przyszły dwie produkcje plus plany w teatrze, więc w tym roku nie dało się tego pogodzić. Ale w przyszłym będę próbować. Interesują mnie kondycja ludzka i miejsce, w którym cywilizacyjnie jesteśmy teraz, a aktorstwo jest bardzo ciekawym punktem wyjścia do rozważań nad stanem współczesnego człowieka, bo przecież wszyscy odgrywamy jakieś społeczne role przypisane przez system, uprawiamy jakiegoś rodzaju prywatne i publiczne performance. Patriarchat to też konwencja, z której należałoby po prostu wyjść. Spojrzeć na ten system z zewnątrz. Zobaczyć wyraźnie, w jakie role nas wtłoczono. Po co nam one były, co utwierdzały. I w wyobrażeniu o nowym społeczeństwie, w którym nie obowiązują dychotomie, sfery kobiece i męskie czy dominujące i zdominowane, zastanowić się, jakie role możemy przyjąć. Aktorstwo podsuwa różne scenariusze, umożliwia sprawdzenie wielu strategii i w ten sposób paradoksalnie sprawia, że stajemy się coraz bardziej autentyczni i wolni od konwencji.

Mieszkałaś kiedyś za granicą?

Nigdy, a nęci mnie bardzo, żeby wyjść na dłużej poza nasz polski kontekst. Bywałam gdzieś przez kilka tygodni, miesięcy, ale to nie to samo, co takie dłuższe bycie w innej przestrzeni, w innym narzeczu kulturowym. Fajnie byłoby pomieszkać w Berlinie, fajnie byłoby gdzieś we Francji, a już naprawdę fajnie byłoby wyjechać jeszcze dalej, poza Europę, bo to jest dopiero ciekawe doświadczenie. Spędziłam pięć tygodni w Japonii, gdzie brałam udział w realizacji opery w reżyserii Mariusza Trelińskiego. Niesamowite doświadczenie. Zobaczyłam kulturę opartą na innych wartościach – nie na kapitalistycznym skupieniu na jednostce, bo tam ważniejsze są: tradycja, zbiorowość i szacunek do siebie nawzajem. I ten ich porządek. Może nie potrafiłabym tak żyć…

Dlaczego?

Brakowałoby mi bezpośredniości w byciu z drugim człowiekiem, takiej obecności bez konwencji. My dla nich jesteśmy jak dzikusy. Brudni, śmierdzimy, przechodzimy na czerwonym świetle, pchamy się w metrze, głośno mówimy i patrzymy prosto w oczy. To wszystko jest dla Japończyków za bardzo, zbyt intensywne. Ja lubię konwencją się bawić, tylko nie chcę, żeby mnie więziła. Jestem dzikusem.

Lubisz dzikość?

Tak, ale taką humanitarną. Bo dzikość bywa niebezpieczna.

Za blisko przemocy?

W społeczeństwie obowiązują pewne zasady, które są dla mnie ważne. Jak chociażby szacunek dla drugiego człowieka i jego autonomii. A dzikie dąży do przetrwania za wszelką cenę. To zwierzę, które musi przeżyć. Człowiek dzięki dobrodziejstwom postępu cywilizacyjnego nie musi już tak walczyć. I na tym polega nasza odpowiedzialność, żeby to dzikie zwierzę, napędzane atawizmami, utrzymać na smyczy, postępując moralnie. Nie krzywdzić innych, nie okradać z jedzenia, nie napadać na inne stada. Już nie musimy.

Nie wszyscy przyjmują do wiadomości, że nie muszą.

To kwestia nieprzerobionych spraw, a każdy z nas jest odpowiedzialny za to, żeby swoje przerobić, przejrzeć, zrozumieć i uzdrowić. W ten sposób wspólna przestrzeń staje się miejscem bezpiecznym dla wszystkich. Zdatnym do życia.

Opowiadając o pracy na planie „Heweliusza”, podkreśliłaś, że z jednej strony dostałaś dużo wolności, a z drugiej poczucie bezpieczeństwa. To samo mówiłaś o pracy nad spektaklem „Cząstki kobiety” w reżyserii Kornéla Mundruczó. Zgaduję więc, że to dla ciebie ważne, żeby dostać jedno i drugie.

Kiedy reżyser nie wyznacza żadnych granic, to niedobrze. Tworzenie postaci jest przecież o ograniczaniu siebie. Gdy masz obok reżysera, który jest czujny, a jednocześnie pozwala ci popływać w postaci, jest to niesamowity komfort pracy. Nie spotykasz się na planie z treserem, możesz sobie pobiegać, ale wiesz, że w tym pueblo obowiązują reguły, a ty jesteś częścią stada.

To prawda, i z Kornelem, i z Jankiem pracowało mi się podobnie. Obaj komunikują się w bardzo prosty sposób. Bez zbędnego przeintelektualizowania. Nie ingerują w twój proces, ale nadają mu kierunek. Aktor czy aktorka rzadko mają wpływ na kształt świata, w którym biorą udział, a Janek i Kornel dają ci ten wpływ. Czujesz, że coś współtworzysz.

Czytaj także: „Rozmawiałem z ocalałym z Heweliusza. Po prostu wrócił na morze, to była jego terapia”. Wywiad z Konradem Elerykiem i Michaliną Łabacz

To pewnie możliwe wyłącznie wtedy, gdy reżyser lub reżyserka nie mają fiksacji na punkcie swojej uprzywilejowanej pozycji na planie.

Czyli kiedy nie grają reżysera. Nie chcą rządzić, tylko współpatrzeć.

Masz dobrą intuicję? Kierujesz się nią?

Bywało różnie, ale nie dlatego, że intuicja jest słaba, tylko że nie zawsze potrafiłam się w nią wsłuchać. Dziś umiem.

Co się działo, gdy nie umiałaś?

Wchodziłam we współprace, w które nie powinnam wchodzić. Nie wiem, może trzeba było zabrnąć na te rogatki, żeby zobaczyć, zawrócić i zrozumieć, że tak już nigdy więcej. Nie będę wnikać w szczegóły, bo uważam, że lepiej opowiadać o świecie, którego się chce, a nie o tym, który powinien odejść. Tego już można nie respektować, już można go nie uznawać.

Jesteś zadowolona z miejsca, w którym jesteś?

Tak naprawdę cały czas jestem w drodze. I ta moja droga jest super, bo umiem cieszyć się różnymi przydrożnymi atrakcjami. Umiem czerpać radość z tego, co małe, dostępne, darmowe. Nie trzeba nie wiadomo ile, żeby trwać w zadowoleniu. W ogóle nie mówię teraz o przedmiotach i materialnym aspekcie życia. Chodzi mi o moją wewnętrzną podróż i krajobraz, w którym się odbywa. Podniosły się kurtyny i odsłoniły ładne widoki. Nie poszła za tym euforia, ale cicha, spokojna radość z tego, że mam w życiu dużo przestrzeni na przyjemność. Przyjemność bycia z ludźmi. Przyjemność bycia wśród natury. Przyjemność z wykonywania zawodu, który mnie rozwija. Czuję wdzięczność do siebie za pracę, którą wykonałam. Dziś bywam jak Diogenes [śmiech]. Pierwszy performer. Żył poza systemem, mieszkał w beczce, nosił łachmany, nazywał siebie psem. Jako jedyny spośród ówczesnych cyników naprawdę praktykował założenia wyznawanej filozofii. Któregoś dnia przyszedł do niego Aleksander Wielki i zapytał, czy może mu jakoś pomóc. A Diogenes na to, żeby się przesunął, bo zasłania mu słońce.

Dobrze wiedzieć, co powinno robić na tobie wrażenie w życiu.Kapitalizm wmawia nam, że potrzebujemy nieskończonej ilości dóbr i usług do szczęścia, a naprawdę potrzebujemy umieć cieszyć się tym, co jest za darmo. Mam wrażenie, że mnie odsłonięto właśnie to słońce. Wygrzewam się w nim. Jest mi dobrze ze sobą. A nie zawsze przychodziło to łatwo, taka radość ze zwykłego gapienia się w słońce. Dziś mogę po prostu siedzieć i czytać książki. Żyję skromnie, ale wszystko, co mam, mi wystarcza. Jestem spokojna. Ufam, że właśnie tak jest OK. Jestem lepsza dla siebie. Umocniłam się we własnych oczach.

Na tyle, żeby uznać swój talent?

Wiem, że moje aktorstwo ma wartość. Doceniam siebie. Ale znam też swoje ograniczenia. Trochę w tym zawodzie zrobiłam, nawet jeśli czasem gdzieś skręciłam i się zgubiłam. Mam świadomość, że mogłabym naprawdę dużo zagrać. Znam swój warsztat i swoją wrażliwość, które w połączeniu z żywą wyobraźnią i zapleczem intelektualnym pozwalają mi budować postaci składające się z wielu warstw. Jasne, że cały czas się uczę, ale zgromadziłam już jakieś narzędzia, wiszą na ścianie w warsztacie. Zakład aktorski Justyny Wasilewskiej. Robimy!

A umiesz uznać swoją charyzmę?

A czym dla ciebie jest charyzma?

Siłą. Magnetyzmem. Umiejętnością przyciągania uwagi. Jest naturalna, nie wymaga napinania się.

Ludzie mnie zapamiętują, bo mam charakterystyczną buzię… Uczę się uważności na siebie i innych. To brzmi banalnie, jak porada ze świata wellness, ale jest dla mnie naprawdę ważne, by być tu i teraz. W tym momencie, który się właśnie dzieje, i tylko w nim. Jeśli więc charyzma istnieje, to może polega właśnie na uważnym współistnieniu z innymi. Bycie razem jest wtedy autentyczne.

Spokoju, który dziś odczuwasz, nie burzy nawet nieprzewidywalny zawód aktorki?

Albo godzisz się na nieprzewidywalność, albo nie będziesz w stanie wytrwać w tym zawodzie. Niewiadoma jest po równo upiorna i wspaniała. Może przyjść do ciebie coś, czego się nie spodziewasz. Może przyjść całe nic. Trzeba być pogodzoną. Jest, jak jest, było, jak było, będzie, jak będzie [śmiech].

Mnie poczucie stabilizacji daje etat w teatrze. Jestem częścią wspaniałego zespołu. To miłe uczucie wiedzieć, że gdzieś przynależysz. Teatralna konstelacja, której jestem częścią, jest unikatowa. Mimo to czasem zastanawiam się, czy tego rodzaju stabilizacja to coś, czego potrzebuję dziś ponad wszystko. Pracuję w teatrze 20 lat. Kawał czasu. Poświęciłam teatrowi prawie wszystko. Ja przecież teatr wyznawałam. Może dziś po prostu życie zaczyna mi się podobać bardziej niż praca?

Justyna Wasilewska, absolwentka Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi, od ponad dekady na stałe w zespole TR Warszawa. Za rolę w „Cząstkach kobiety” otrzymała Nagrodę im. Aleksandra Zelwerowicza oraz główną nagrodę aktorską podczas 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych. Znana z takich filmów, jak „Serce miłości”, „Ikar. Legenda Mietka Kosza” czy „Sztuka kochania”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE