Według badań aż dwie trzecie osób w wieku od 18 do 34 lat mieszka z rodzicami. I ten odsetek z roku na rok rośnie. Dlaczego tak się dzieje i jak rodzice powinni sobie z tym radzić, wyjaśnia psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Alina Gutek: Z danych Eurostatu wynika, że w 2024 roku na garnuszku rodziców pozostawało w Polsce 67 procent młodych do 34. roku życia. To zresztą problem nie tylko polski. We Włoszech obserwuje się podobny trend zwany bamboccioni, który wyraża się nawet wyższymi liczbami niż u nas. Czym to zjawisko różni się od dawnego modelu rodzin wielopokoleniowych, które żyły pod jednym dachem?
Wojciech Eichelberger: Istnieje zasadnicza różnica – w wielopokoleniowych domach mieszkali rodzice z dorosłymi dziećmi, które miały już swoje rodziny, czyli partnerów czy partnerki i dzieci. Dzisiaj są to z reguły single, głównie młodzi mężczyźni. Rzeczywiście to zjawisko znane jest w wielu krajach, ale tylko w tych nazywanych wysoko rozwiniętymi. Pamiętam, jak swego czasu profesor Zimbardo zainteresował się tym trendem, próbując odpowiedzieć na pytanie, gdzie się podziali młodzi mężczyźni.
Okazało się, że są u mamusi.
Tak. Fizycznie w domach rodziców, ale mentalnie i emocjonalnie w internecie. Przyczyny są oczywiście złożone i wielorakie: systemowo-ekonomiczne, technologiczne, edukacyjne, obyczajowe, środowiskowe, społeczne i oczywiście psychiczne. Wszystkie razem tworzą potężny destrukcyjny mechanizm eliminujący coraz większą liczbę młodych mężczyzn z życia społecznego, zawodowego, rodzinnego. Przyczyny systemowo-ekonomiczne to po pierwsze, zbyt niskie płace za pierwszą pracę, a w konsekwencji brak środków na wynajem mieszkania i brak zdolności kredytowej. Po drugie – koszt utrzymania w wielkich miastach rośnie szybciej niż pensje. Po trzecie – ewentualność pojawienia się dzieci u wielu potencjalnych rodziców budzi grozę ze względu na ogromną skalę czasowego i finansowego poświęcenia, które by się z tym wiązało. Same tylko powody ekonomiczno-systemowe mogą wystarczająco zniechęcać młodych do podejmowania trudu dorosłego, samodzielnego życia. Ale wbrew pozorom nie są one decydujące. No bo przecież wszyscy wiemy, że jeśli młodzi ludzie się w sobie rozkochają i zapragną prywatności, to w końcu znajdą sposób, żeby uwić sobie jakieś pierwsze gniazdko.
Czytaj także: Nadopiekuńczość matki wobec syna – jakie może mieć konsekwencje?
Młodzi dzisiaj rzadziej się zakochują?
Zakochują się często, ale na krótko. Deficyty pozytywnych rodzicielskich wzorców, nadużywanie mediów społecznościowych, izolacja pandemiczna, portale randkowe i pornografia – wszystko to razem sprawia, że wśród młodych pokoleń narasta kryzys umiejętności budowania więzi. Nawiązanie trwałych, bliskich relacji staje się dla nich albo nadmiernie trudnym wyzwaniem, albo – co gorsza – wręcz nie odczuwają takiej potrzeby.
Podobno młodzi nie są specjalnie zainteresowani seksem.
To druga strona tego samego medalu. Wielu młodych nie lokuje swoich erotycznych i seksualnych pragnień w żywych, ludzkich obiektach. Tak jakby ich proces seksualnego dojrzewania zatrzymał się na etapie wczesnonastoletnim, kiedy pragnienia seksualne kierujemy ku postaciom wyobrażanym lub realnym, lecz niedostępnym – jak niegdyś idole. Obecnie są to gwiazdy internetu, mediów społecznościowych. Cyfrowa technologia dostarcza obrazy tak doskonale imitujące rzeczywiste obiekty seksualnych uniesień, a nawet jakiś rodzaj interakcji z nimi, że poszukiwanie czegokolwiek innego wydaje się młodym ludziom niepotrzebne. Prawdopodobnie znaczny procent młodych z ostatnich dwóch pokoleń jest już mocno uzależniony od internetowej pornografii i autoerotyzmu wspomaganego humanoidalnymi lalkami-robotami i zabawkami. Niestety, coraz więcej osób – szczególnie młodych mężczyzn – zdaje się nadmiernie chętnie korzystać z takich sposobów radzenia sobie z seksualnością. Wszystko to przyczynia się do zanikania potrzeby opuszczenia rodzicielskiego gniazda i założenia własnego.
Młodzi nie mają więc imperatywu na poziomie biologicznym, żeby wyprowadzić się od rodziców?
Wiele na to wskazuje. Tym bardziej że mężczyznom spada poziom testosteronu. Słynne badania francuskie wykazały, że 20–30 lat temu w nasieniu mężczyzn było dwa razy więcej plemników niż obecnie. Środowisko naturalne już nie tylko nie wspiera mężczyzn w ich biologicznym rozwoju i posłannictwie, ale im wręcz szkodzi. A dzieje się tak, bo dwa kobiece hormony – progesteron i estrogen – od lat krążą w naturalnym obiegu biologicznym, czyli w wodzie, w glebie i w żywności.
To też z pewnością wpływa na słabnącą wydolność rozrodczą mężczyzn oraz osłabia instynktowną potrzebę opuszczania rodzinnego domu i zbudowania własnego gniazda. By dopełnić obrazu, dodajmy, że u współczesnych rodziców także zanika zdrowy instynkt wypychania młodych z gniazda na świat. Jeszcze nie tak dawno raczej nie zgadzali się na to, aby ich dzieci zapraszały swoje sympatie na noc do domu. Obecnie wielu z nich nie ma nic przeciwko temu. Wygląda więc na to, że też rodzice coraz częściej sami chcą jak najdłużej zatrzymywać dorosłe dzieci w domu w obawie przed kryzysem pustego gniazda. Wiąże się to z coraz bardziej powszechnym odwracaniem ról opiekuńczych w rodzinach tak, że to dzieci biorą na siebie rolę opiekunów swoich niewydolnych, chorujących, uzależnionych rodziców. To się nazywa parentyfikowaniem dzieci, czyli czynienie z dzieci zastępczych rodziców.
Dzisiaj między rodzicami i dorosłymi dziećmi nie ma takiego dystansu, hierarchii, podległości jak kiedyś, często jest natomiast przyjaźń. Dlaczego zatem ta zmiana nie do końca wychodzi wszystkim na zdrowie?
Tego, co łączy rodziców i dorosłe mieszkające z nimi dzieci, nie nazywałbym przyjaźnią – bo przyjaźń to relacja równorzędna i symetryczna – ale jednostronnym pasożytowaniem. Minimalne wymagania dla powstania przyjaźni między dzieckiem i rodzicami to wyjście dziecka z domu i jego samodzielność finansowa. Dodatkowe – niekonieczne, lecz pożądane – to związek dziecka z kimś, kto staje się emocjonalnie i życiowo ważniejszy od rodziców, no i przynajmniej gotowość do stania się samemu rodzicem. Jeśli, nie uwzględniając tych wymagań, tworzymy z dzieckiem pozory przyjacielskiej relacji, mu tylko szkodzimy, dodatkowo wikłając je w swoje życie. Pozwólmy dzieciom mieć ich własnych przyjaciół i zadbajmy o swoich. To obu stronom dobrze zrobi. Bo jako rodzice powinniśmy też jakoś „uwierać” nasze dorosłe dzieci, wymagać od nich dojrzałości – z wiarą, że dadzą radę. Dzieciom nie powinno być z nami tylko fajnie, wygodnie i bezpiecznie. Nie powinniśmy też być dla nich wszystkim i wszystkimi: przyjaciółmi, mentorami, przytulankami, wierzycielami, opiekunami, sędziami, bankomatami, karmicielami, szefami, trenerami. Te role są nie do pogodzenia, tworzą w relacjach z dzieckiem ogromne zamieszanie, powodują konflikty i rozczarowania.
Kiedyś separacja dorosłych dzieci od rodziców następowała naturalnie – starsi wcześniej umierali i młodzi musieli mierzyć się ze światem. Obecnie długo żyją, mają kasę i dają ją dzieciom, bo komu mają dawać? Ale to pułapka.
Z pewnością. Nie wolno nam, rodzicom, ani na chwilę zapomnieć o tym, że naszą naczelną rodzicielską odpowiedzialnością jest możliwie szybko uczynić dziecko samodzielnym i niezależnym człowiekiem. Oczywiście dzieci trzeba czasami zasilić także żywą gotówką, ale nie może to stanowić reguły. Dawanie ryby zamiast wędki jest sprzeczne z odpowiedzialnością rodzica-łuku, wyrzucającego dziecko-strzałę w świat, nie ma też nic wspólnego z miłością i z prawdziwą troską. Najczęściej bywa wyrazem rodzicielskiej bezradności i poczucia winy. W egzystencjalnej sytuacji, jaką jest nieuchronne następstwo pokoleń, nasza rodzicielska odpowiedzialność za dobrostan dzieci może i powinna najpełniej wyrażać się w dbaniu ze wszystkich sił o jakość łuku, którym jesteśmy. Bo gdy łuk słaby, to strzała zaledwie zsunie się z cięciwy, miast z impetem wystrzelić w przestrzeń.
Czytaj także: Toksyczni i krzywdzący czy kochający i troskliwi? Relacje rodziców z dorosłymi dziećmi
Kruchość i nieprzystosowanie do życia dzisiejszych młodych bierze się moim zdaniem z braku doświadczenia wysiłku i frustracji, bo wysiłek i frustracje budują odporność.
Tak. Ale to wina nas, rodziców. Zbyt często jesteśmy dla nich kiepskimi wzorcami, sami skutecznie przestraszeni światem przez marketing lęku i ratunku chronimy za wszelką cenę nasze dzieci przed życiem w realnym świecie i trudami. Nie sposób w tym duchu wychować człowieka, który zechce samodzielnie ruszyć w świat.
Jako dorosły naprawdę nie będzie umiał sobie radzić.
Muszę tu przypomnieć świętą rodzicielską zasadę, jaką powinniśmy kierować się w wychowaniu dzieci: 50 procent troski, 50 procent dobrze sprofilowanych wymagań. Nie twórzmy naszym dzieciom życia na wzór Disneylandu. Wyzwania i wysiłek budują i realizują nasze ludzkie możliwości, stymulują rozwój potencjału na wszystkich poziomach: tkankowym, narządowym, fizjologicznym, immunologicznym, motorycznym, emocjonalnym, mentalnym i duchowym.
Grupa gniazdowników nie jest jednorodna. Są w niej osoby studiujące, pracujące, odkładające na pierwsze mieszkanie. Większość z nich stanowią jednak młodzi, którzy nie studiują i nie pracują. Nazwano ich NIT-ami, od angielskiego skrótu NEET: Not in Education, Employment or Training. Ostatni raport OECD mówi, że w Polsce w 2023 roku stanowili oni 11,4 procent gniazdowników. Wstają w południe, idą spać nad ranem, siedzą w internecie i właściwie nie wychodzą z pokoju. Rodzice są bezradni. Mówią, że przecież nie wyrzucą ich z domu.
Błędy wychowawcze zapewne zostały popełnione dużo wcześniej.
I co teraz?
Nie ma prostego wyjścia z tej sytuacji. Rodzice muszą zacząć od siebie. Muszą wiele zmienić w swoim sposobie życia, w swoim katalogu wartości. Stać się dla dziecka lepszymi wzorcami i nawiązać z nim kontakt. A cały proces tej transformacji zacząć od pytania, co się stanie z dzieckiem, gdy ich nie będzie.
Może rodzice powinni nimi potrząsnąć, postawić ultimatum?
W takiej sytuacji przemocą nic się nie wskóra. Ci młodzi zachowują się jak depresyjne dzieci. Odcinają się od rzeczywistości, żyją w pozornym świecie internetu, gdzie pozornie zaspokajają swoje najważniejsze potrzeby. Pierwszą reakcją rodziców powinno być zorganizowanie dziecku wizyty u psychoterapeuty i (lub) psychiatry.
Rodzice nie mogą już nic więcej zrobić?
Niewiele. Bo między nimi i dzieckiem nie ma wystarczającej więzi, a rodzice nie są dla dziecka autorytetami. Pomóc powinna rodzinna psychoterapia więzi rodziców i dziecka. Ale pamiętajmy, że więź z dzieckiem i jego samodzielność buduje się stopniowo, od początku życia. Już od trzylatka powinniśmy sporo wymagać. Kontakt z rówieśnikami też jest wymagający i uczący, więc trzeba wysyłać dziecko na wędrówki, obozy. Przyzwyczajać do rozstań z rodzicami. Tworzyć wiele okazji do radosnego ruchu, odkrywania radości z nabywania sprawności i wytrzymałości. Także okazji do hartowania i wzmacniania odporności. Bo wszystko to stopniowo buduje w dziecku poczucie samodzielności, wartości i mocy, a to najlepiej zapobiega „gniazdownictwu”.
NIT-owcy pytani w badaniach, dlaczego nie mają potrzeby szukania pracy, odpowiadają, że nie znaleźli takiej, która by ich satysfakcjonowała. Wolą siedzieć w domu, niż robić byle co. Czy dobrym krokiem nie byłoby radykalne rozwiązanie: spakowana walizka i zmiana zamków w drzwiach?
Takie rozwiązanie jest możliwe i właściwie konieczne tylko wtedy, gdy dziecko jest uzależnione od substancji i zaczyna okradać rodziców, wynosić wartościowe rzeczy, żeby zdobyć kasę na działkę. Wtedy specjaliści od uzależnień doradzają rodzicom takie rozwiązanie.
Część NIT-owców jest uzależniona.
To prawdopodobne. Ale większość rodziców nie wyobraża sobie wyrzucenia dziecka z domu. W jakiejś mierze zdają sobie sprawę, że zaniedbali dziecko, więc wzbraniają się przed karaniem go. Wsparcie terapeuty uzależnień w trafnym rozpoznaniu sytuacji jest tu niezbędne.
Myślę, że zawsze można i trzeba rozmawiać, zarzucać haczyki, które przeciągną dziecko na dobrą stronę mocy. Najgorsze, co można zrobić, to się poddać. Zaapelujmy zatem do rodziców: nie ustawajcie w wysiłkach, żeby odzyskać dziecko! Ono przecież dojrzewa, zmienia się, może przejrzy na oczy.
Zawsze trzeba się starać dotrzeć do dziecka, znaleźć na to czas i energię. A zacząć od bycia dobrym wzorcem, samemu sobie pomóc i zmobilizować się do zmiany. Nie można wypędzać syna z domu do życia, gdy samemu się nieustannie siedzi i patrzy w ekran. Trzeba wstać z fotela i powiedzieć: „Synu, siedzę przy ekranach, zapominając, że mam nogi, ty też o tym zapominasz. Spróbujmy razem potrenować, a potem pójdziemy sobie w góry. Może kiedyś zdobędziemy Kilimandżaro?”.
Rodzice, których dzieci nie chcą wyprowadzić się z domu, mają poczucie porażki. Z kolei dzieci zamykają się w sobie. Zostawienie relacji w takim stanie to nie jest dobra strategia.
Z pewnością. Tylko nie miejmy pretensji do dzieci, że nie podejmują naszej oferty rozmowy. Naszym obowiązkiem jest nauczyć się konstruktywnie rozmawiać z własnymi dziećmi. Dajmy sobie czas i przyzwolenie na wielokrotne porażki, bo nie jest łatwo rozpocząć konstruktywną komunikację z dorosłym dzieckiem, gdy przez lata nagromadziło się wiele wzajemnych żalów i pretensji. Ale warto próbować, a w razie niepowodzenia szukać pomocy u specjalistów.