1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Kortez: „Łatwo się gubię. Jestem naiwnym marzycielem”

Kortez: „Łatwo się gubię. Jestem naiwnym marzycielem”

Kortez (Fot. Hubert Grygielewicz)
Kortez (Fot. Hubert Grygielewicz)
Chłopak znikąd, o uroku nieokrzesanego blokersa, śpiewa z przejęciem piosenki o nieudanej miłości. Sukces gwarantowany? W tej historii nic nie było pewne, a mimo to Kortez niezmiennie utrzymuje się w czołówce polskich muzyków, wyprzedając trasy koncertowe. Mija dziesięć lat od premiery jego debiutanckiego albumu „bumerang”. Dobry pretekst, żeby spytać, co u niego słychać…

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.

Angelika Kucińska: Dziesięć lat to dużo?

Kortez: Podeszła do mnie niedawno po koncercie dziewczyna. Dorosła osoba. Mówi: „Jak byłam małą dziewczynką, tata puszczał mi »Zostań«. Miałam wtedy dziewięć lat”. Niezły strzał. Dziesięć lat minęło, a ja wciąż jestem taki sam.

Aż tak?

Może więcej rozumiem... Na przykład, że mój opór przed rozwiązaniem niektórych problemów brał się z lęku. Bałem się, że jak grzebnę w temacie głębiej, to stracę relację. Ale strata, już to wiem, jest fundamentem pod coś nowego. Trzymałem się fantazji, tkwiłem w rozczarowaniu tym, że nie mogło być tak, jak chciałem. Wreszcie przestałem się łudzić i żyć wyobrażeniami.

Jakie jeszcze zmiany zaszły w tobie w ciągu tych dziesięciu lat?

Na pewno się rozleniwiłem. I uważam to za plus, bo byłem tak przeciążony psychicznie i emocjonalnie, że kiedy próbowałem odpocząć, nie mogłem, cały czas musiałem coś robić. Potrzebowałem resetu, a reset w takiej sytuacji to nie jest po prostu ucieczka, tylko przemeblowanie życia od podstaw. Wiedziałem, że albo coś z tym zrobię, albo się kompletnie rozpadnę.

Mam teraz fajny czas, bo dużo do mnie dotarło, mam w sobie więcej spokoju, przestałem być agresywny. Jak się zdenerwuję, potrafię się szybko ostudzić.

Rozumiem, że wcześniej było inaczej?

Umiałem wstrzymać agresję do momentu, aż zostawałem sam. Wtedy już musiałem dać jej upust i robiłem to na różne sposoby, ale najczęściej niszcząc samego siebie. Dziś jest we mnie więcej świadomości, nie podążam już starym schematem. Skumałem, że jestem bardzo skupiony na sobie, ale... Ej, nie jestem nudny?

Nie.

A mnie się wydaje, że jestem. Od dziesięciu lat gram te same piosenki.

Ludzie wciąż chcą ich słuchać.

I to jest dla mnie niewyobrażalne, nie umiem się w tym odnaleźć. Jakbym stał z boku, a to, co się wydarzyło, w ogóle mnie nie dotyczyło. Coraz częściej siedzę na kanapie i zastanawiam się, kim ja w ogóle jestem. Mam 36 lat. Co takiego zrobiłem, że ludzie traktują mnie tak, jak traktują? Co ja mam niby do powiedzenia? Nagrałem jakieś piosenki i tyle. Wciąż nie mogę zatrybić, że to wystarczyło.

Wiesz, muzyka to piękny element życia. Dostałem wspaniałą możliwość i w pewnym momencie żyłem tylko tą fikcją, którą dawała mi scena. A jak z niej schodziłem, to był gruz i syf. Nie twierdzę, że dzisiaj wszystko mam poukładane, ale już zacząłem łapać, o co w tym wszystkim chodzi. Mam lepszą relację ze sobą samym. Był taki czas, gdy zastanawiałem się, czy zostać w tym, w czym stoję, czy iść dalej. Dla mnie dziesięć lat po premierze „Bumerangu” zamyka się pewien rozdział. To koniec tamtego Korteza.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

To jaki jest nowy Kortez?

Chyba nadal jestem bezpośredni i szczery, ale już uważam na słowa, ludzi dookoła mnie i różnorodność emocji, których doświadczamy.

Pamiętam, kiedy pierwszy raz cię usłyszałam. Olek Świerkot, producent „Bumerangu”, puścił mi demo „Pocztówki z kosmosu”. Powiedziałam wtedy, że ten gość musi zrobić karierę. Zrobiłeś.

A nie chciałem. Szedłem jak ślepe dziecko w mroku. Ktoś mi machał, pokazywał którędy. Serio. Na przesłuchania do talent show przywiozła mnie siostra. Miałem kaca, byłem zły, że mi to zrobiła. Uważałem, że piosenki, które piszę, są zbyt intymne, żeby iść z nimi do telewizji, ale byłem w takim momencie życia, że chyba już na niczym mi nie zależało, a wtedy podejmuje się największe ryzyko. Przykleili mi numer, wszedłem, zaśpiewałem, wyszedłem. Wypadł za mną jakiś gość, Uzek [Paweł Jóźwicki, wydawca i menedżer, założyciel wytwórni Sissy Records, a później szef Jazzboy Records – przyp. red.]. Pisał do mnie potem, żebym mu wysłał piosenki. Myślałem, że je ukradnie, a z drugiej strony czemu miałby kraść piosenki jakiegoś wsiura z Iwonicza? Niesamowite, że kompletnie w siebie nie wierzyłem i jednocześnie byłem przekonany, że moje numery są świetne. Kiedy wkładasz w coś 100 procent siebie, jesteś w stanie pójść za tym, jesteś w stanie za to zabić.

Co było dalej?

Uzek mnie przekonywał: przyjedziesz na weekend, mamy studio, nagrasz piosenki i wrócisz do tych swoich kamieniołomów. Sprawdziłem więc w necie, kim jest. Okazało się, że pracował z Brodką, Anią Dąbrowską, Myslovitz, Tomkiem Makowieckim. Dymałem busem po dziewięć godzin w każdą niedzielę, a w piątki o 23 wracałem do Iwonicza, żeby sobotę i pół niedzieli spędzić z synem. To było dla mnie najtrudniejsze – spełniałem marzenie, ale zaniedbywałem życie. Pragnienie grania było jednak tak silne, że odwracałem wzrok od rzeczywistości, nie chciałem widzieć, że gdy ja się spełniam, cierpi moja relacja z dzieckiem. Wracałem więc do Warszawy, spałem na kanapie w studiu, rano szedłem na budowę, gdzie pracowałem od siódmej do 17, ciągle się spóźniałem. Pan Sławek, kierownik, wiedział, że pracuję wieczorami w studiu, że robię piosenki, puszczałem mu je. Był wyrozumiały. Któregoś dnia wyciągnęliśmy książki i przez dwie godziny czytaliśmy wiersze. Na budowie. Szef i pracownik. Widzisz, jaki mam fart do ludzi?

Czytaj także: Krzysztof Zalewski: „Za każdym razem, jak pofrunąłem wysoko, ściągało mnie w dół”

Przypomniałam sobie niedawno nasz pierwszy wywiad. Powiedziałeś mi wtedy: „Pracując na budowie, jesteś spocony, śmierdzący, zły. Robiąc muzykę, wchodzisz w inny świat, gdzie jest pięknie, gdzie nic ci nie utrudnia życia”.

Bo tak jest. Muzyka była fantazją. Chciałem żyć tylko nią. Świadczy to pewnie o jakimś zadufaniu. Myślisz sobie, że jesteś super, uczuciowy i wrażliwy, a potem schodzisz ze sceny i życie weryfikuje twoje przekonania na własny temat. Od kiedy pamiętam, próbuję zrozumieć, jak to działa, że siadam przy pianinie, tworzę, a potem nie mogę z powrotem wkleić się w rzeczywistość. Nie chcę być sam, ale zachowuję się tak, jakbym żył tylko dla siebie. Chcę mieć rodzinę, ale nie wiem, jak ją mieć.

Wrażliwość, czyli to samo, co sprawia, że jesteś dobry w robieniu muzyki, jest jednocześnie tym samym, co utrudnia ci życie poza muzyką? To chcesz powiedzieć?

Jak odchodzę od pianina po czterech godzinach, wszystko wydaje mi się takie zwykłe, ziemskie, nudne, namacalne... Siedzę przy klawiaturze, jestem sam ze sobą, walczę, negocjuję, rozmawiam, zanurzam się w czymś. Po czym wstaję od instrumentu i……trzeba dziecku zrobić kanapkę?I w sumie jest to wspaniałe. Tylko ja będę robił tę kanapkę pół godziny. Tu coś dokończę, tu coś zanotuję, pogadam z synem w międzyczasie. Kiedy nagrywałem „Bumerang”, rodzina i sztuka rozmijały się, to były światy nie do pogodzenia. A teraz coraz częściej widzę, że one jednak mogą się spotkać.

Znam pewnego gościa – mieszka w Paryżu. Napisał kiedyś książkę, tylko że nikt mu jej nie chciał wydać, bo nie zgadzał się na żadne zmiany wprowadzane przez wydawnictwo. Gość skończył bez środków do życia, przez dłuższy czas był bezdomny. Jest bardem, poetą ulicy. Siedzi od rana do wieczora w tej samej knajpie, pije kawę za euro. Jak mu ktoś kupi jedzenie, to zje. Jak mu ktoś nie kupi, to nie zje. I jest przyjacielem, dobrym duchem, takim kolesiem, którego chcesz przytulić, bo ma w sobie miłość i mądrość. Jemu też się zwierzałem, kiedy męczył mnie temat godzenia rodziny z byciem artystą. Mówiłem mu, że nie umiem wybrać, bo chcę jednego i drugiego. Wiesz, co mi powiedział? Nie musisz wybierać. Musisz zarażać innych sobą. Eksplorować siebie i swoją emocjonalność w różnych przestrzeniach.

O czym marzyłeś 11 lat temu, kiedy przyjechałeś do Warszawy i zaczynałeś nagrywać „Bumerang”?

Żeby mnie ktoś zobaczył, zrozumiał i pokochał, tak po prostu. Marzyłem o miłości, w którą wierzyłem jako małe dziecko. Ale jestem egoistą, do którego dopiero niedawno – w dodatku w strasznych mękach – dotarło, że sam nie potrafił dać miłości, którą tak bardzo chciał dostać.

Czyli jakiej?

To miłość, która jest czysta, bezwarunkowa. Zgadza się na wiele, jest wytrwała, cierpliwa, spokojna, otaczająca ciepłem, ale też surowa. Trzepnie w ryj, kiedy trzeba trzepnąć w ryj. Przytuli, kiedy trzeba przytulić. To miłość pełna zrozumienia, obecna pomimo wszystkiego i za wszystko. Z wiarą. Nie w to, że będziesz lepszy, tylko z wiarą w moc samej miłości.

Dostałeś taką miłość?

Tak. Ale byłem ignorantem w odpowiedzi na tę miłość. Myślę, że to dobry moment, żeby za nią podziękować. Często gonimy jakieś wyobrażenie o miłości, a ona jest w małych, drobnych rzeczach. W ludziach. To, co piękne i warte zatrzymania, ginie w pośpiechu, w rutynie. Moi bliscy są cierpliwi, wyrozumiali wobec moich wyborów i decyzji. Łatwo się zgubić – ja łatwo się gubię. Jestem naiwnym marzycielem. To jest może i piękne, ale czasem uciążliwe. Wiem, że mam w życiu ogromne szczęście.

Jestem wdzięczny moim rodzicom za to, że wierzyli we mnie nawet wtedy, kiedy robiłem głupie rzeczy. Jestem wdzięczny za moje dzieci, bo każdy z trzech chłopców okazuje i daje mi coś innego, raz cios, a raz przywiązanie. Jestem wdzięczny za każdego, kto stanął na mojej drodze po to, żebym upadł i wstał.Inaczej byłbym jeszcze bardziej próżny, niż jestem. Każdy z moich przyjaciół, współpracowników, muzyków z zespołu jest dla mnie ważny.

Jestem wdzięczny za bezwarunkową miłość mojej Agi. Za jej szczerość i za to, że nie obchodzi się ze mną jak z jajkiem. Neil Young kiedyś śpiewał: No one else can kill me like you do. No one else can fill me like you do. And no one else can feel our pain. Love is a healer and I love you i to najpiękniej obrazuje naszą relację. Jestem też wdzięczny za każdą osobę, który czyta ten wywiad i przychodzi na koncerty. Za to, że stoicie w deszczu i słuchacie. Dziękuję za wasze słowa, krytykę i aprobatę, za wasze oczy pełne czegoś, co najprościej można nazwać miłością, akceptacją i wiarą.

Miałeś inne marzenia poza muzyką?

Chciałem mieć motocykl. Chciałem duży dom, dużego psa, dużego kota. Wszystko chciałem mieć duże. Co tylko potwierdza, jakim byłem idiotą. Myślałem, że duży dom, duży pies i duży samochód zapełnią pustkę w moim sercu, w mojej głowie, we mnie. Duże rzeczy mnie zasłonią. Nie będę musiał przed nikim się otwierać. Wezmę psa, który jest obronny, więc nikt mnie nie zaczepi, gdy wyjdę z nim na spacer. Rzeczywiście jak wsiadałem z nim do autobusu, to się cały prawy rząd przesuwał na lewą stronę, jak najdalej ode mnie. W dużym domu mogłem się zgubić… Odkładając na bok, do czego mi były potrzebne te duże rzeczy – fakt jest taki, że spełniłem marzenia. Ja, prosty gość z małej wsi, który w branży muzycznej znalazł się przez przypadek. Może bym pracował na budowie do końca życia. Może bym w końcu poszedł do szkoły uczyć muzyki. Może pisałbym sobie dalej własne utwory tylko dla siebie. Może byłbym zgorzkniały. To dzięki ludziom, których poznałem, uwierzyłem, że to, co robię, ma jakąś wartość.

Ostatnio graliśmy z zespołem na ZORZY. Na finałowym koncercie w Katowicach było 60 tysięcy ludzi. Grałem „Bumerang”, w trakcie koncertu był wyświetlany film nakręcony specjalnie na tę okazję. I stoi tych 60 tysięcy, słuchają i oglądają, są tak skupieni na historii, że po piosenkach nikt nie bije braw. 60 tysięcy ludzi wspólnie milczy. To większy hałas, niż gdyby krzyczeli.

Czytaj także: Mela Koteluk: „Rób coś, kochaj kogoś, nie bądź nicponiem”

Powiedziałeś, że trafiłeś do Warszawy i studia nagraniowego przypadkiem. Może faktycznie miałeś szczęście. Ale o tym, że zostałeś, zdecydował już talent.

Nie wiem, czy talent. Uzek mi przypomina, że ciężko pracowałem. Mogłem odpuścić, mogłem się obrazić, kiedy inni mówili mi, co powinienem robić, bo to przecież ja jestem artystą i ma być tak, jak ja chcę. Tylko dokąd to prowadzi? Spójrz na tego mojego kolegę z Paryża. Świetna książka i nic, bo się uparł, że nie da zmienić słowa.

Nie imponuje ci taka bezkompromisowość?

Jeśli robisz rzeczy dla ludzi i z ludźmi, musisz się z nimi dogadać. Ja dziś naprawdę doceniam tych, których mam obok. Opowiem ci coś… Kiedy miałem 12 lat, słuchaliśmy w szkole muzycznej Ewy Osińskiej interpretującej Chopina. Kompletnie rozwalały mnie jej wykonania. Ewa Osińska zbudowała moją emocjonalność i ustawiła to, jak słucham muzyki klasycznej, fortepianowej. Lata później pojechałem na casting do „Must Be The Music”. W tej samej edycji brał udział John Mitko, śpiewał Gainsbourga. Od razu się polubiliśmy, wyłoiliśmy wspólnie litry wódki, zrobiliśmy razem dużo piosenek i zostaliśmy przyjaciółmi. Czasem nam się wydaje, że jesteśmy jak bracia, których kiedyś rozdzielono. Po jakimś roku znajomości zapytałem o jego dodatkowy projekt muzyczny, który znalazłem na YouTubie. „Oshinski”. Jaki Oshinski, jak ty jesteś John Mitko? A on mi mówi, że to po mamie, Ewie Osińskiej, pianistce... W podstawówce słuchałem, jak gra mazurki i nokturny, a teraz mogę przyjść do jej domu, pogadać o muzyce, miłości i posłuchać, jak gra…

Widziałam film ilustrujący „Bumerang” [płyta zainspirowała reżysera Daniela Jaroszka do stworzenia filmowej impresji, którą pokazano na festiwalu ZORZA – przyp. red.]. Mocna rzecz.

Dwaj kumple byli na ZORZY we Wrocławiu. Płakali. Inny w Poznaniu – to samo. Mówił mi, że dobrze, że padało, to nie było widać, że płacze. Nie będę zdradzał, o czym dokładnie opowiada film, ale myślę, że wiele osób żyje z bólem, który doprowadza ich niemal do ostatecznego rozwiązania. Nie wiedzą, jak sobie poradzić. Albo widzą, że ktoś bliski cierpi i nie potrafią mu pomóc. Niech ten film pozwoli coś zrozumieć. W sobie, w innych. Wszystko jest dziś nastawione na zysk, ale nie zysk emocjonalny, który buduje cię jako człowieka. Odsuwamy się od siebie, chodzimy nastroszeni, jednym się wydaje, że są od wszystkich lepsi, innym – że są gorsi.

Prababcia – pierwsza osoba, którą kochałem – powiedziała kiedyś, że ludzie przestali ze sobą rozmawiać, a znaleźli porozumienie dopiero, gdy wybuchła wojna. Może musisz wszystko stracić, żeby nauczyć się dawać. Mnie w życiu chodzi o miłość. Kiedy byłem nastoletnim buntownikiem, wręcz o nią krzyczałem. Jako dorosły gość zacząłem się bać tego pragnienia, wstydzić się…

Patrzę na mężczyzn dookoła mnie i widzę, że wielu tak ma. Chcą miłości. Tylko boją się odsłonić. Łatwiej dać komuś w mordę niż zmierzyć się z własną potrzebą bycia kochanym. Wrażliwość to nic nadzwyczajnego, bo wszyscy jesteśmy wrażliwcami. Ale żeby pokazać ją innym, trzeba już mieć odwagę.

Czytaj także: Czuły czy barbarzyńca? Co o męskiej wrażliwości myśli świat, a co sami mężczyźni – wyjaśnia terapeuta Jacek Masłowski

A gdzie spotykasz tych mężczyzn, którzy są wrażliwi, ale się boją?

Lekarz mi kazał chodzić na siłownię. Ja, chudy, z wiszącym bebzonem, zero mięśni. Siadam do maszyny, wyciskam 20 kilo na uda, a po mnie wchodzi dziewczyna i ciśnie 150, więc stoję jak ciapa. Wreszcie przybyczyłem, bo już zamiast sześciu kilogramów na biceps biorę 16. Stoję przy tych chłopakach, wciąż szczypior, ale już się czuję jak kulturysta. Nikt tam nawet raz krzywo na mnie nie spojrzał. A ja się strasznie bałem. Myślałem, że uznają, że ten cały Kortez to jakiś pajac. Tymczasem ostatnio zaczepia mnie wielki, ale naprawdę wielki chłop i mówi: „Słuchałem twojej płyty, zajebista”. Nie zawsze dostaję taką informację zwrotną od facetów. Jedni mi mówią, że moje piosenki pomogły im wyjść z narkotyków, a inni, że rozbiły im związek. Dostałem kiedyś wiadomość: „Rozjebałeś mi małżeństwo. Do zobaczenia, Wojtek P.”. I ja się boję Wojtka P. A co, jak go spotkam, ale nie będzie chciał załatwić sprawy rozmową?

KORTEZ (właśc. Łukasz Federkiewicz) urodził się w 1989 roku w Krośnie, wychowywał się w Iwoniczu. Został wypatrzony podczas precastingu do programu „Must Be The Music. Tylko muzyka”, w 2015 roku wydał debiutancki album „Bumerang”. Dziś ma na koncie trzy płyty. Właśnie trwa jego trasa koncertowa Bumerang ’25 Tour.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE