„Kocham piękno” – powiedział kiedyś Valentino. „Zawsze było moją religią”. Mistrz haute couture, który uczynił czerwień swoim znakiem rozpoznawczym, odszedł wczoraj w wieku 93 lat. Zostawił po sobie setki spektakularnych sukni, fundację wspierającą sztukę – i kilka celnych uwag, które podsumowują jego filozofię.
„Zawsze nieustannie o wszystkim marzyłem. Nie wiem, czy byłem normalną osobą”.
Valentino Garavani urodził się w 1932 roku w Vogherze, w zamożnej, ale bardzo mieszczańskiej rodzinie. Już jako dziecko był wyraźnie „gdzie indziej”: rysował, oglądał filmy, chłonął obrazy i marzył o świecie piękniejszym niż ten, który miał przed oczami. Fascynowały go kino i gwiazdy Złotej Ery Hollywood – Lana Turner, Judy Garland, „piękne damy srebrnego ekranu”, jak sam je nazywał. Te dziecięce sny zaprowadziły go do Paryża, gdzie uczył się rzemiosła haute couture u Jeana Dessèsa.
(Fot. Fairchild Archive/Penske Media via Getty Images)
„Myślę, że kobieta ubrana na czerwono zawsze wygląda wspaniale. To doskonały obraz bohaterki”.
W 1959 roku stworzył sukienkę z drapowanego tiulu w odcieniu, który miał zmienić historię mody. Była to mieszanka karminu, szkarłatu i oranżu – zainspirowana starszą damą, którą młody Valentino zauważył w operze w Barcelonie. Nazwa „Valentino Red” pojawiła się kilka lat później, ale kolor stał się jego znakiem rozpoznawczym. Od tamtej pory każda kolekcja zawierała przynajmniej jedną czerwoną kreację.
(Fot. Rose Hartman/Archive Photos/Getty Images)
„Elegancja to równowaga między proporcją, emocją i zaskoczeniem”.
Nie był minimalistą, ascetą ani fanem ironii, ale nawet w najprostszych krojach musiało kryć się coś zaskakującego. Wiedział, kiedy dodać niespodziewane cięcie, jak poprowadzić ramiączko, by załamane światło odsłoniło nagi obojczyk. Często mówił, że to kobiety dają sens jego pracy – i że zawsze projektował z myślą o tym, by czuły się piękne, a nie przebierane.
(Fot. Vittoriano Rastelli/CORBIS/Corbis via Getty Images)
„Mam swoją ulubioną dekadę w modzie – lata 60. To była pewnego rodzaju mała rewolucja; ubrania były niesamowite, ale nie przesadzone”.
To dekada, w której Valentino zyskał status „cesarza mody”. Wtedy też podbił Paryż – jako pierwszy Włoch został zaproszony do oficjalnego kalendarza pokazów haute couture. Ubrał Elizabeth Taylor na premierę „Spartakusa” w 1960 roku, zaprzyjaźnił się z Jackie Kennedy, a jego atelier na via Condotti w Rzymie zaczęły odwiedzać największe ikony tamtej dekady. Jego klientkami były Sophia Loren, Audrey Hepburn, księżniczki, arystokratki…
(Fot. Keystone/Getty Images)
„Nie jestem zachwycony, gdy widzę na ulicy tak wiele osób ubranych na czarno”.
Valentino otwarcie sprzeciwiał się modowej monotonii. Paradoksalnie jednym z jego największych sukcesów była „kolekcja bez koloru” z 1967 roku – w beżach, bielach i kości słoniowej – która przyniosła mu nagrodę Neiman Marcus Award i na zawsze zmieniła język włoskiego haute couture.
(Fot. Gianni GIANSANTI/Gamma-Rapho via Getty Images)
„Mam swój rekord: osiem aktorek odebrało Oscara w moich kreacjach”.
Elizabeth Taylor, Sharon Stone, Penélope Cruz, Anne Hathaway, Julia Roberts – lista jego muz była dłuższa niż czerwony dywan, po którym kroczyły. Gdy w 2001 roku Roberts odbierała Oscara za „Erin Brockovich”, miała na sobie czarno-białą suknię jego projektu, którą stylistka Debbie Mason wybrała z archiwum Valentino. Projektant oglądał ceremonię w telewizji i – jak przyznał: – Ubierałem wiele kobiet, ale ta chwila naprawdę mnie uszczęśliwiła.
(Fot. Vinnie Zuffante/Getty Images)
„Chciałbym wyjść z przyjęcia, kiedy sala wciąż jest pełna”.
W 2008 roku – po niemal pięciu dekadach pracy – Valentino ogłosił odejście z mody. – To idealny moment, by powiedzieć światu mody: adieu – mówił wtedy. Jego ostatni pokaz w Paryżu zebrał Naomi Campbell, Claudię Schiffer, Evę Herzigovą i cały panteon jego muz. Dobrze wyczuł moment: recesja, a potem stopniowa dominacja mediów społecznościowych zmieniły świat haute couture na dobre. Ostatni cesarz mody pozostał wierny sobie do samego końca.
(Fot. Michel Dufour/WireImage)