1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Lato miłości. O okrucieństwie wobec osób homoseksualnych rozmawiamy z twórczyniami „Dobry wieczór, dobry dzień”

Lato miłości. O okrucieństwie wobec osób homoseksualnych rozmawiamy z twórczyniami „Dobry wieczór, dobry dzień”

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\
Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)
Lovro, Nenad, Ivan i Stevan są przyjaciółmi i jugosłowiańskimi bohaterami wojennymi. W trakcie II wojny światowej walczyli w partyzanckim ruchu oporu przeciw nazistom i ustaszom. Kiedy koszmar wojny dobiega końca, zaczyna się koszmar dnia codziennego. Pomimo prestiżowej pracy w przemyśle filmowym i zaszczytnych odznaczeń, mężczyźni wciąż muszą ukrywać swoją prawdziwą tożsamość. W trakcie komunistycznego reżimu homoseksualiści są traktowani jak przestępcy i zsyłani do więzienia politycznego o zaostrzonym rygorze. Do wytwórni filmowej zostaje wysłany Emir, agent komunistyczny, który ma za zadanie zdemaskować ich orientację seksualną, zniszczyć karierę i życie. Nakręcony w czerni i bieli chorwacki film to poemat o tym, że w świecie, w którym przyjaciel okazuje się wrogiem, a wróg przyjacielem, wciąż można zwrócić się w stronę miłości. Z jego twórczyniami oraz siostrami: reżyserką Ivoną Juką i producentką Anitą Juką rozmawia Ida Marszałek.

Ida Marszałek: Wasz film jest odważny pod wieloma względami, jednym z nich jest sposób przedstawiania miłości fizycznej. Dlaczego zdecydowałyście się na tak śmiałe sceny erotyczne z pełną frontalną nagością?

Ivona Juka: Czułam, że jeśli będziemy chować się za kocami, to zdradzimy całą społeczność gejowską. W końcu u par hetero widzieliśmy już wszystko. Zależało mi, żeby przedstawić moich bohaterów na wzór greckich bogów. Uważam, że każda miłość jest piękna, każde ciało jest piękne i nie powinniśmy się tego wstydzić. W tym filmie chciałam celebrować miłość homoseksualną. Oczywiście przenigdy nie zmusiłabym moich aktorów do zrobienia czegoś, na co nie czują się gotowi. Scenariusz został napisany bardzo precyzyjnie, tak aby każdy, kto go przeczytał, mógł dokładnie wiedzieć, w jakim kierunku zmierzamy.

Naprawdę wyglądają jak greccy bogowie! Film zachwyca wizualnie. Z dużą rozwagą ustawiasz człowieka w kadrze. Skąd u Ciebie takie wyczucie?

I.J.: Moją pierwszą miłością było malarstwo. Mimo początkowego oporu rodziców, poszłam na Akademię Sztuk Pięknych. Ponieważ filmy opowiadają historię poprzez obraz, naturalną kontynuacją stał się dla mnie zawód operatorki. Ostatecznie zostałam reżyserką, ale zdjęcia są moim oczkiem w głowie. Zawsze staram się uzyskać jak najmocniejszy efekt. Odpowiednich lokalizacji do tego filmu szukałam prawie rok. Uwielbiam tę część procesu filmowego. W „Dobry wieczór, dobry dzień" ważne były dla mnie kontrasty. Umieszczałam bohaterów w monumentalnych przestrzeniach, bo chciałam zwizualizować komunizm, system, który stawiał się ponad człowiekiem. Innym razem przestrzenie były klaustrofobiczne, jako symbol ucisku. Jakoś tak się dzieje, że miejsca, które wyglądają kiepsko w oczach innych ludzi, mnie akurat inspirują. Intuicyjnie wiem, gdzie ustawić kamerę, jaką obrać perspektywę. Ludzie z ekipy są często zaskoczeni, że to niepozorne miejsce może wyglądać aż tak imponująco.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

Jedną z kluczowych decyzji wizualnych była czerń i biel.

I.J.: Rzeczywistość bohaterów to nieustanna walka Erosa z Tanatosem. Wszędzie wokół jest śmierć. Nie ma wolności słowa, nie ma wolności pracy, nie ma wolności bycia sobą. W każdej chwili ktoś może ich zdradzić. Siostra, ojciec, sąsiad, partner, ktokolwiek, jeśli jest szantażowany przez partię. Eros to jedyne, co daje im wolność. Żeby podkreślić tę polaryzację użyłam czarno-białego obrazu. To decyzja odważna artystycznie, ale także sprzedażowo.

Zaskakujące, że tak mówisz. Od razu przychodzi mi do głowy sukces choćby filmu „Roma” lub polskiej „Idy”.

Anita Juka: Filmy czarno-białe często są traktowane jako niszowe, a więc mają mniejsze szanse trafić do szerokiej widowni. Trzeba mieć na to dobry plan. „Roma” to też kino artystyczne, mimo że została wyprodukowana przez Netflixa. Tyle że platforma najpierw zezwoliła na dystrybucję festiwalową, dopiero potem rozpoczęła oscarową kampanię. Przykłady, które podałaś są niestety odosobnione. W kinach nie ma zbyt wielu czarno-białych filmów. Ale chcemy, by był o jeden więcej. Naprawdę wierzymy, że „Dobry wieczór, dobry dzień" zrobiliśmy dla widzów. I mamy potwierdzenie! W końcu zdobywa nagrody publiczności na całym świecie. Ludzie naprawdę się z nim utożsamiają. Mimo że to film kostiumowy, wiele osób odbiera go bardzo współcześnie. Dziś znowu mamy problemy z wolnością słowa. Obserwujemy cenzurę, tylko pod inną postacią. W social mediach nie wszystko można opublikować. Filmy, które są odważne i śmiałe, są teraz ważniejsze niż kiedykolwiek, ponieważ to właściwie jedyna platforma, na której możemy swobodnie mówić.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

Wasz film porusza problem cenzury. Sztuka imituje życie, ponieważ Wy też miałyście z nią problem przy zeszłorocznej kampanii oscarowej.

I.J.: Po raz pierwszy w historii nasz film został wybrany jako chorwacki kandydat do Oscara po pięciu minutach, jednomyślnie, przez wszystkich dwunastu członków gildii filmowej. Zazwyczaj się kłócą się i podejmują decyzję przez trzy dni. „Dobry wieczór, dobry dzień" ich zjednoczył. Myślałyśmy, że wszystkie nasze zmagania się skończyły. Ale niestety, nasz rząd, który skłania się bardziej w prawą stronę, dał nam tylko jedną trzecią zwykłego budżetu na promocję filmu do Oscara. A taka kampania nie jest tania. Anita, która jest bardzo odważną i zaradną osobą, postanowiła, że ​​nie ma mowy, nie damy im tego, czego chcą. Opracowała niesamowitą strategię promocji filmu. Promowaliśmy go tak mocno, jak tylko się dało, przy ograniczonym budżecie. Niestety, to nie wystarczyło, ale odniosłyśmy pewne zwycięstwa. Film dotarł do ludzi i to jest dla nas najcenniejsze. Trzykrotny zdobywca Oscara, Michael Minkler, który pracuje z Tarantino, z Tomem Hanksem, był nim zachwycony. Powiedział, że to najlepsze, co widział podczas całej kampanii. Nie miał żadnego ukrytego powodu, żeby mówić nam takie rzeczy. Po prostu zobaczył w tym filmie coś wyjątkowego.

Wyjątkowy był temat filmu „Dobry wieczór, dobry dzień". Przywracacie na karty historii II wojny światowej i sowieckiego reżimu mniejszość homoseksualną, która została z nich wykreślona.

I.J.: Nie musimy mieć czyjegoś doświadczenia, żeby się z tą osobą utożsamiać. W przeciwnym razie historia choćby Hamleta, nic by nam nie mówiła. Historia mniejszości to tak naprawdę historia nas wszystkich. „Dobry wieczór, dobry dzień" opowiada o wolności kochania tego, kogo chcielibyśmy kochać. A to temat uniwersalny. W latach 50. homoseksualiści byli prześladowani na całym świecie. To nie dotyczyło tylko reżimu komunistycznego. Alan Turing wynalazł Enigmę i uratował nas przed nazistami, ale w Anglii był ścigany ze względu na swoją orientację. Mam wrażenie, że po każdej wojnie następuje nowa fala odrzucenia inności. Widzę to również teraz, w przypadku konfliktów w Ukrainie, na Bliskim Wschodzie. Ludzie stają się coraz mniej akceptujący, a coraz bardziej sztywni, zamknięci w sobie. Odmawiaja kontaktu z każdą „innością”. Chcą narzucić wszystkim, jak powinni żyć. Niech nas wreszcie zacznie niepokoić, ten cholerny zamknięty cykl.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

Niczego się nie uczymy na błędach.

A.J.: Nie do wiary, że ludzie latają na Marsa, a my wciąż dyskutujemy o podstawowych prawach człowieka.

Podobno do nakręcenia filmu zainspirował Was ktoś z Waszej rodziny?

I.J.: Faktycznie, choć jego młodość nie przypadała na czasy, o których opowiadamy w filmie. Byłyśmy wtedy dziećmi, ale zdawałyśmy sobie sprawę z tego, że był prześladowany. Nie mogłyśmy pojąć, dlaczego. Nasza rodzina jest postępowa i liberalna, próbowała go chronić. Ale na zewnątrz nie był bezpieczny. Wielokrotnie tracił pracę. Kilka razy trafił do więzienia. Nawet w latach 80. można było pójść siedzieć za bycie gejem. Wystarczyło rzucić przeciwko takiej osobie fałszywe oskarżenie o kradzież. Wyobraź sobie, jaki to wstyd dla osoby, która jest uczciwa. To była pierwsza inspiracja. Anita bardzo mnie zachęcała, żebym zajęła się tym tematem. Twierdziła, że dam radę. I tak zaczęliśmy myśleć o scenariuszu.

A jak teraz wyglądają prawa gejów w Chorwacji?

I.J.: To zależy. W Zagrzebiu ludzie są bardziej wyluzowani. Chociaż nie tak jak w Berlinie. Nie zobaczysz tam gejów całujących się na ulicy, ale powiedzmy, że są akceptowani. Mniejsze miejscowości czy wioski podchodzą do tego bardzo surowo. Niemożliwe jest nawet ujawnienie się. Wszystko zmienia się latem. Chorwacja to bardzo turystyczny kraj. Kiedy przyjeżdżają ludzie z zagranicy, gotowi zostawić swoje pieniądze, wszyscy konserwatyści zmieniają podejście o 180 stopni. Wtedy nic ich nie obchodzi. Odwracają wzrok i jest ok. A po sezonie wszystko znów jest po staremu.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

Więc każde lato, to lato miłości.

I.J.: Dokładnie (śmiech). Zachowanie prawicowców jest prymitywne, ale to nie znaczy, że lewicowcy są lepsi. W zasadzie to z nimi mamy większe problemy przy promocji filmu. Część historii, którą pokazujemy w „Dobry wieczór, dobry dzień" najchętniej zamietliby pod dywan. Chorwacka lewica lubi udawać, że zawsze była za prawami osób LGBTQ. A to nieprawda.

Nie mogłoby to być dalsze od prawdy, patrząc na to przez jaki koszmar przechodzą bohaterowie Waszego filmu. Oparłyście go na historii 500 homoseksualnych mężczyzn, zesłanych przez komunistyczny reżim na wyspę Goli Otok, tak zwane "jugosłowiańskie Alcatraz", więzienie polityczne o zaostrzonym rygorze. A tak naprawdę miejsce strasznych tortur.

I.J.: Przeprowadziłam wiele badań, przeczytałam wiele książek, rozpraw doktorskich i to, do czego ludzie byli zdolni, jest niewyobrażalne. Komuniści stosowali w swoich obozach koncentracyjnych te same tortury, co naziści. Niektóre rzeczy, których się dowiedziałam były tak obrzydliwe, że nie chciałam ich pokazywać na ekranie. Jedną z taktyk było zmuszanie więźniów do torturowania innych więźniów. Jeśli ktoś odmawiał, dołączał do torturowanych. W ten sposób nikt nie miał czystych rąk. Skazani byli zniszczeni psychicznie. Pozostało tak niewielu ocalałych, którzy są świadkami tamtych wydarzeń i chcą o tym mówić.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

Poznałaś ich?

I.J.: Kilku. Rozmawialiśmy z nimi, bardzo nam pomogli. Myślałyśmy nawet o umieszczeniu ich w napisach końcowych, ale zdecydowałyśmy się tego nie robić, bo byłaby to zbyt duża ingerencja w ich intymność.

Czytałam, że w obozie przebywał ojciec jednego z aktorów, Vojislava Brajovića.

I.J.: Zgadza się, jego ojciec był w tym obozie. Podobnie jak ojciec Milicy Mihajlović, która także gra w filmie. Jej tata był znanym serbskim pisarzem. Strasznie go torturowali. Artyści często kończyli w tym więzieniu; czasem wystarczył jeden dowcip na temat władzy. Komunistom podobało się, że mogą pomieszać intelektualistów z prawdziwymi przestępcami i mordercami.

Jak Ci aktorzy zareagowali na film?

I.J.: Kiedy przeczytali scenariusz, powiedzieli, że przypomniały im się rozmowy z ojcami. Byli wzruszeni, że mogą pośredniczyć, w przekazaniu historii swoich bliskich.

W Waszym filmie pośrednikiem między bohaterami jest muzyka. Ważne role odgrywają zwłaszcza dwa utwory: „Bella ciao” i „Unchained Melody”. Dlaczego wybrałyście akurat te piosenki?

I.J.: „Bella ciao” nasunęła nam się od razu. To pieśń antyfaszystowska. Opowiada o rewolucjonistach, idealistach. Bardzo pasowała do sceny nad morzem, kiedy komunistyczny urzędnik łączy się w śpiewie z wolnościowymi artystami.

Początkowo ta piosenka należała do rolników, później została zapożyczona przez włoskich partyzantów, Wy znów zmieniłyście jej znaczenie. „Oddałyście” ją homoseksualistom.

I.J.: Taką mamy nadzieję! Natomiast „Unchained Melody”, zanim stała się popularną balladą miłosną, była piosenką więźnia, który śpiewa do swojej ukochanej i prosi, by na niego poczekała. Roy Hamilton był jednym z wielu artystów, którzy ją wykonywali, ale po prostu uwielbiam jego głos. Zależało mi na tym, że kiedy Emir, komunistyczny urzędnik, pierwszy raz usłyszy tę zakazaną melodię, powinien mieć uczucie, jakby pierwszy raz w życiu spróbował lodów. On siedzący za żelazną kurtyną, posłusznie wypełniający komunistyczne rozkazy, nagle ma gęsią skórkę. Nie rozumie, co się z nim dzieje i czemu partia mu tego zabrania. Roy Hamilton ma głos, który potrafi wywołać tego typu uczucie.

Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień\ Kadr z filmu „Dobry wieczór, dobry dzień" (Fot. materiały prasowe ORKA Film)

„Dobry wieczór, dobry dzień" jest czarno-biały, ale jest w nim wiele szarych postaci. Takich, których nie da się jednoznacznie ocenić. Jedną z nich jest właśnie Emir. Sam z siebie nie jest złym człowiekiem, ale system, za którym wiernie podąża, czyni go złym.

I.J.: Emir właściwie nie jest już wyznawcą komunizmu. Jest jego „księdzem”. Naprawdę żyje życiem, które głosi partia. Dzieli mieszkanie z dwiema wspólokatorkami. Żyje skromnie. Podróżuje w wagonie drugiej klasy. Jest uczciwy w tym, co robi. W przeciwieństwie do swoich przełożonych, którzy głoszą komunistyczne wartości, a sami są właścicielami ogromnych willi. To było bardzo powszechne w Jugosławii. Nasz Tito żył jak król. Miał wyspę, na którą zapraszał Sofię Loren czy Elizabeth Taylor. Miał ze sto willi w najpiękniejszych miejscach Jugosławii. Emir to tak naprawdę każdy z nas. Czasami silne przekonania na jakiś temat nie pozwalają nam spojrzeć szerzej.

Sceny na wyspie, choć przerażające, poszerzają horyzont bohatera. Czy na Goli Otok jest teraz jakieś muzeum albo miejsce pamięci, które mogłoby otworzyć oczy tym, którzy tego potrzebują?

I.J.: Niestety nie. Jestem z tego powodu wściekła. W latach 80. i 90. wyspa została całkowicie zniszczona. Najpierw komuniści pozbyli się całych archiwów. A kiedy Chorwacja uzyskała niepodległość, w ramach zemsty doszło do aktów wandalizmu we wszystkich miejscach związanych z reżimem. Złodzieje kradli wszystko, nawet metal. Budynki pokryto grafitti. Chcieliśmy tam kręcić, ale się nie dało. Teraz wygląda jak ogromna góra śmieci. I jest tam mnóstwo szczurów. Gdy tam byłyśmy, przeżyłyśmy coś strasznego. Na wyspie była dziura, do której wsadzali ludzi i zostawiali ich tam na śmierć. Podczas oglądania Goli Otok nagle poczułam straszny smród. Wszędzie były tylko kamienie, ale ten zapach był nie do zniesienia. Wszyscy to poczuli. Dopiero potem odkryłyśmy, że stoimy w miejscu, gdzie kiedyś była ta dziura. To niemożliwe, by smród się utrzymał, minęło przecież 30 lat. Tak jakby obecne tam zło dawało o sobie znać.


Ivona Juka, reżyserka nagradzanych filmów krótkometrażowych „Garbage” i „Editing”. Jej pełnometrażowy film dokumentalny „Facing the Day”, o więźniach zakładu karnego o zaostrzonym rygorze w Lepoglavie, otrzymał Grand Prix na goEast Film Festival w Wiesbaden. Jej pełnometrażowy film fabularny „You Carry Me” miał premierę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Karlowych Warach. Zdobył 17 międzynarodowych nagród i był chorwackim kandydatem do Oscara w kategorii Najlepszy Film Nieanglojęzyczny. Przy swoich filmach często pracuje z siostrą, znaną producentką, Anitą Juką. „Beautiful Evening, Beautiful Day" to efekt ich wspólnej pracy.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Film „Dobry wieczór, dobry dzień" pojawi się na ekranach polskich kin 23 stycznia.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE