1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. LGBT – zrozumieć i zaakceptować

LGBT – zrozumieć i zaakceptować

W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna. (Ilustracja: iStock)
W dobie dyskusji i nieporozumień związanych z tematem LGBT warto wiedzieć czym tak naprawdę jest orientacja seksualna. (Ilustracja: iStock)
Orientacja seksualna nie jest kwestią wyboru. W naszej gestii pozostaje jedynie decyzja odnośnie podejmowanych zachowań seksualnych, co wiąże się z naszą tożsamością seksualną. O tym, czy jesteśmy homo-, hetero- czy biseksualni, decyduje struktura naszego mózgu. Dlatego seksuolog dr Andrzej Depko obala mity na temat gejów i lesbijek.

Odsetek osób homoseksualnych jest nieduży, lecz stały i wynosi 3–5 proc. społeczeństwa. Patrząc na to ewolucyjnie, można powiedzieć, że przecież geje i lesbijki nie rozmnażają się i powinni wymierać. Badania wykazują jednak, że homoseksualność jest predyspozycją genetyczną, przenoszoną z chromosomem X matki.

Osoby homoseksualne nigdy nie zanikną. Mogą jedynie nie ujawniać się w społeczeństwie, które je prześladuje. Chyba że społeczeństwo zrozumie, że homoseksualizm to taka sama cecha dziedziczna jak kolor włosów czy oczu. Nie mamy na to wpływu. A co za tym idzie, osoby homoseksualne będą spełnione tylko w związku z osobami swojej płci. Nie można zmusić ich do szczęścia z kimś innym, a jeżeli same się zmuszą, to będą nieszczęśliwe – one, ich partnerzy i ich dzieci.

Orientacja seksualna zakodowana w mózgu

Sposób, w jaki ukształtowany jest nasz mózg, wpływa na to, jak postrzegamy świat, jaką mamy wrażliwość i jak kształtuje się nasza osobowość, czy też jak przyswajamy wzory społeczne. W okresie dojrzewania, gdy na mózg zaczynają działać hormony płciowe, produkowane przez jądra lub jajniki, dochodzi do ujawnienia się zakodowanej w strukturach mózgowych orientacji seksualnej i wówczas kierujemy swój popęd seksualny do pożądanej płci. Popęd jako pragnienie kontaktu seksualnego, ale też jako pragnienie pokochania i bycia kochanym przez osobę płci odmiennej lub własnej płci.

Niezależnie od tego, czy jestem chłopcem, czy dziewczyną, mogę marzyć o koleżankach lub kolegach, nauczycielach lub nauczycielkach, aktorkach lub aktorach. Dochodzi jeszcze kwestia uczuć. Jeżeli kogoś kocham, dążę do fizycznego spełnienia tego pragnienia. Choć są też osoby, u których seksualność bierze prymat nad emocjami, i podejmują one wiele zachowań, żeby się dowartościować i udowodnić sobie, że są pożądane. Na przykład u mężczyzn homoseksualnych obserwujemy zwiększoną skłonność do kontaktów seksualnych. Winny jest znów mózg, który w części odpowiadającej za pożądanie u mężczyzn homoseksualnych i heteroseksualnych nie różni się. Obie grupy pożądają równie silnie, bo nakręca to testosteron. Różnicę stwarza dopiero kobieta, która w kontakcie w mężczyzną heteroseksualnym reguluje możliwość i częstotliwość podejmowanych kontaktów seksualnych. W przypadku relacji homoseksualnych spotykają się dwie osoby, które równie mocno i bez ograniczeń pragną i potrzebują. To zwiększa częstotliwość podejmowania zachowań seksualnych, ale też skłonność do podejmowania zachowań ryzykownych, czyli przypadkowych kontaktów i możliwości zachorowań na liczne choroby przenoszone drogą płciową.

W kwestii orientacji wszystko staje się jasne zazwyczaj w okresie dojrzewania. Jeżeli mam do wyboru czekoladę gorzką i mleczną, to sięgam po tę, która bardziej mi smakuje. Podobnie wybieram relacje, w które wchodzę – decyduję się na te, które wywołują we mnie stan euforii. Chcę przebywać z tą lub tym, którego wybrałem, i chcę, żeby ona lub on podzielił moje pragnienia. Jeżeli jestem chłopakiem, mogę poczuć, że nie ciągnie mnie do koleżanek, tylko do kolegów. Jeżeli jestem dziewczyną, mogę dojść do wniosku, że umawianie się z kolegami wcale mnie nie kręci, ale pójście do kina z koleżanką i owszem. Możliwa jest również sytuacja, że do homoseksualnych kontaktów dopuszczę po wielu latach i dopiero wtedy przekonam się co do swojej orientacji. Mogę jednak czuć wtedy do siebie taki żal i obrzydzenie, że więcej tego nie powtórzę. Podobnie poczuję się, jeśli jestem homoseksualistą, który podejmie zachowanie heteroseksualne na zasadzie „nie chcę być gejem”. Taki seks będzie wbrew mojej orientacji, preferencjom i pragnieniom. Wbrew temu, jaki jestem.

Orientacja seksualna a preferencje

Preferencja, w przeciwieństwie do orientacji, jest stanem nabytym i niezależnym od orientacji. Mogę być osobą heteroseksualną lub homoseksualną o różnych preferencjach wykształconych w drodze indywidualnego rozwoju poprzez nietypowe doświadczenia seksualne, które ukształtowały moją określoną skłonność do uzyskiwania zaspokojenia seksualnego. Zarówno osoba hetero-, jak i homoseksualna może mieć preferencje masochistyczne, a więc lubić, jak inna osoba o skłonnością sadystycznych sprawi jej fizyczny ból lub upokorzy w inny sposób. Różnica polega tylko na tym, że homoseksualista będzie chciał być upokarzany przez homoseksualistę o skłonnościach sadystycznych, a osoba heteroseksualna będzie dążyła do tego, by być upokarzaną przez osobę sadystyczną odmiennej płci. Z kolei pedofil preferencyjny homoseksualny będzie uwodził chłopców, a heteroseksualny będzie uwodził dziewczynki.

Podstawowa różnica polega zatem na tym, że orientacja jest ukierunkowaniem emocji i pożądania na płeć, a preferencja tym, co chciałbym z tą płcią robić.

Co determinuje orientację seksualną?

Każde dziecko posiada swoją pulę genów uzyskaną od rodziców i wie, czy pośród nich znajduje się gen homoseksualizmu, czy nie. Zatem wychowanie przez parę homoseksualną nie determinuje orientacji dziecka.

Natomiast heteroseksualni rodzice homoseksualnych dzieci mogą pożegnać się z nadzieją, że zdołają je „naprawić”. Wszelkie terapie reparatywne, popularne w kręgach katolickich, są zwykłym szalbierstwem, bo zmiana struktur mózgu jest niemożliwa. A takie działania mogą co najwyżej pogłębić traumę dzieci. Może będą w stanie powstrzymać się od zachowań homoseksualnych, ale nie zmienią swojej orientacji i gotowości do kochania kogoś tej samej płci.

Wskazówka dla zagubionych rodziców jest taka, żeby nie szukali winnych i kochali swoje dzieci bez względu na ich orientację. Zwłaszcza że ani rodzice, ani dzieci nie są w żaden sposób winni temu, co się stało w ich mózgu w okresie życia płodowego.

Dr n. med. Andrzej Depko, seksuolog, neurolog, prezes Polskiego Towarzystwa Medycyny Seksualnej, certyfikowany seksuolog sądowy, autor książek.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Karolina Hamer: „Niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie”

Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Karolina Hamer, pływaczka, medalistka mistrzostw świata i Europy. (Fot. Radosław Kaźmierczak)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Człowiek to człowiek. Miłość to miłość. Nie godzę się na żadną dyskryminację – mówi Karolina Hamer, biseksualna paraolimpijka. Uparta, szczera, odważna, walczy o prawa osób z niepełnosprawnościami, o systemowe rozwiązania i tolerancję. 1 lipca, w formie e-booka, ukaże się jej książka „Niezatapialna”.

Sport. Jak pojawił się w pani życiu?
Miałam cztery lata i pierwsze pływackie kroki robiłam przy moim tacie. Często jeździliśmy nad jakieś jeziora, na baseny i od razu było widać, że woda to jest mój żywioł. Dawała mi poczucie wolności, nie czułam w niej ograniczeń!  Wychodziłam z wody dopiero, jak robiłam się sina. Pamiętam, jak mama mówiła: „Karolina, tylko nie wypływaj na głębokie”, a ja po dwóch sekundach właśnie tam byłam. W końcu trafiłam do sekcji pływackiej. Miałam wtedy 17 lat.

Późno.
Tak. Ale po trzech miesiącach treningów zostałam medalistką. Wszystko przypadkiem. Ówczesny chłopak mojej siostry powiedział mi, że istnieje sekcja pływacka dla osób z niepełnosprawnościami. Poszłam, popływałam półtorej godziny żabką, trenerzy byli właściwie w szoku. Po trzech miesiącach pojechałam na pierwsze zawody – mistrzostwa Polski juniorów, zdobyłam tam brązowy medal. Potem po trzech latach trenowania dostałam się do kadry. Sport był ze mną od zawsze. Pamiętam, że jako dziewczynka oglądałam igrzyska olimpijskie w Seulu i najważniejsze było dla mnie, czy pan/pani dość dużych gabarytów podniesie ciężar, czy nie.

Z pani książki dowiedziałem się, że pani, osoba z niepełnosprawnością, chodziła do klasy sportowej.
Tak. Teoretycznie zaczynałam od siatkówki. Nie uczestniczyłam jednak aktywnie w lekcjach wychowania fizycznego. Patrzyłam na kolegów i koleżanki. To było prawdziwe przechytrzenie systemu. Moją pierwszą prawdziwą miłością sportową była koszykówka NBA – krańcowe zawodowstwo. Myślę, że z tego się wziął taki mój pęd do progresywnego myślenia, pęd do profesjonalizmu: „Będę zmieniać rzeczywistość” i „teraz będzie po mojemu”. Sport nauczył mnie też techniki „padłaś – powstań”.

I to było najważniejsze?
Zawsze najważniejsze było to poczucie wolności w wodzie, ucieczki od problemów, wolna, spokojna głowa w trakcie treningów. I to poczucie, że każdy sezon jest nową szansą. Czasem się śmieję, że jestem specjalistką od wstawania po upadkach. Kiedy patrzę z perspektywy czasu, kiedy robię podsumowania, to chyba właśnie to jest dla mnie najfajniejsze w sporcie: hartuje, wyrabia charakter i zostawia świadomość, że życie składa się ze wzlotów i upadków, że jak coś jest nie halo, to najważniejsze, żeby się po tym podnieść.

Kiedy pani upadła?
Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to prawdziwy rollercoaster. To bezpardonowa walka o życie po swojemu – wbrew wszystkiemu. Gdy przegrywałam zawody, a medal był na wyciągnięcie ręki, gdy zmarła moja mama. To dzięki tym upadkom jestem niezatapialna – tak brzmi zresztą tytuł książki.

Rodzice, tata przede wszystkim, wcale zachwyceni tymi sportowymi aspiracjami i planami dotyczącymi sportu nie byli.
Tata jest bardzo pragmatycznym i stąpającym twardo po ziemi człowiekiem. I prawdopodobnie czuł niepokój związany z tym, że sport niesie ze sobą niewiadomą. Bo przecież nie od razu wiadomo, czy się komuś uda, czy nie, czym skończy się ten wielki podejmowany wysiłek.

Martwił się o to, czy zdobędzie pani zawód, o pani przyszłość.
No i ja sobie wybrałam taką, a nie inną. Najważniejsza dla mnie jest własna droga. Rodzice naturalnie się o mnie martwili od samego początku, przecież kiedy się urodziłam, przez komplikacje podczas porodu (lekarz odmówił mamie cesarskiego cięcia) miałam nie chodzić, nie mówić, miałam być roślinką. Ten początkowy etap usprawniania, rehabilitacja i progres to zasługa mojej mamy. Ona była prawdziwą wojowniczką, na takiej wojnie z rzeczywistością. Widziałam i jeszcze bardziej dotarło to do mnie po niedawnej śmierci mamy, ile wysiłku to wszystko kosztowało – żeby doprowadzić do tego, żebym mogła realizować swoje marzenia.

Co oprócz uporu i wojowniczości odziedziczyła pani po mamie?
Ciepło, chęć niesienia pomocy innym, poczucie, że jestem na świecie po coś i że mogę zrobić coś dobrego.

A co dla rodziców było pani zdaniem najtrudniejsze? Oprócz tego lęku o pani przyszłość?
Przemoc systemowa. Tak to nazywam. Rodziny osób z niepełnosprawnościami przez 30 lat odczuwały to, że Polska jest w tyle, jeśli chodzi o systemowe wsparcie takich osób. Cały mechanizm radzenia sobie, wsparcia był na barkach rodziców, rodzin i uznawano to za normę. Taka codzienność osoby z niepełnosprawnością naprawdę bywa niełatwa.

Co to jest „mała solidarność”?
Kiedy system zawodzi, możemy wspierać siebie nawzajem, możemy być otwarci, tolerancyjni, dawać przykład. Mała solidarność zaczyna się wówczas, kiedy przestajemy zajmować się własnym tyłkiem,  a widzimy coś szerzej. Dla mnie taka solidarność wiąże się też z pewnego rodzaju wrażliwością. Osoby, które widzą, że świat jest piękny, zróżnicowany, i stają w jego obronie, są jak Avengersi, a nawet Avengerki, bohaterki, które ratują świat.

Sport nauczył mnie techniki 'padłaś-powstań'. Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak) Sport nauczył mnie techniki "padłaś-powstań". Upadałam i powstawałam wielokrotnie. Moje życie to rollercoaster. (Fot. Radosław Kaźmierczak)

Ale odniosłem wrażenie, czytając książkę pani i Karoliny Domagalskiej, że ta mała solidarność nie jest tylko czymś pozytywnym. Bo to jest taka mała solidarność wykazywana wobec osób z niepełnosprawnościami przez ich znajomych, kolegów, sąsiadów, która niejako w codzienności zastępuje rozwiązania systemowe. Przeciwstawiała pani te dwie sfery.
Oczywiście. To powinno, rzecz jasna, współgrać. Jest wspaniałą rzeczą, że ludzie są dobrzy, że chcą pomagać, potrafią rozumieć innych, nie dyskryminować, czuć się współodpowiedzialnymi, kształtować rzeczywistość. Obok tego, jako część całości, powinny być jednak przyjmowane rozwiązania systemowe, dające osobom z niepełnosprawnościami podmiotowość, decyzyjność i – co za tym idzie – szanse. Szanse na wolność w decydowaniu o własnym życiu. To dlatego tak ważny był dla mnie protest osób z niepełnosprawnościami, bo podczas niego nastąpiła obywatelska pobudka: nie będziemy już spychani butem pod powierzchnię. Ważne też jest, żeby osoby z niepełnosprawnościami zyskały konkretne twarze, bo często dzieje się tak, że pozostają pod jakimś przykryciem statystyk – o, niby jest lepiej, bo więcej środków. A ja pytam: „Gdzie w przestrzeni publicznej osoby z niepełnosprawnościami? Dlaczego jest ich tak mało na ulicach, w polityce, w sztuce? Gdzie są prawnicy czy prawniczki z niepełnosprawnościami? Aktorzy i aktorki? Przecież statystycznie powinni być, prawda?”.

Równe szanse…
To złożona kwestia. W 2012 roku Polska ratyfikowała konwencję ONZ dotyczącą praw osób z niepełnosprawnościami i tam jest wpisane prawo do niezależnego, samodzielnego życia, do edukacji, do rynku pracy, do decydowania o sobie i swoim ciele. W Polsce pracuje tylko jedna czwarta osób z niepełnosprawnościami – osób w tzw. wieku produkcyjnym. Oczywiście, istotne jest również to, by takie osoby uwierzyły, że mogą pracować, by stworzyć im takie warunki – normalne warunki – by bez lęku i jakiegoś rzucania się w przepaść mogły żyć w sposób najbardziej zbliżony do tego, w jaki chcą, i by mogły wykorzystywać swój potencjał, wykonywać jak najwięcej zawodów. To jest podmiotowość.

Może zawsze w jakiejś mierze jako ideał – utopijna.
Nie. To jest kwestia równości obywatelskiej. Chodzi o to, by te prawa były naprawdę równe dla wszystkich niezależnie od tego, czy jestem osobą z niepełnosprawnością, czy nie, czy jestem kobietą, czy mężczyzną. Cała książka opowiada właściwie o dążeniu do spełnienia marzeń z punktem wyjścia w równości: zdaję sobie sprawę, że jestem kobietą z niepełnosprawnością, ale ta niepełnosprawność nie jest najważniejszą cząstką mnie. I dlatego bywa, że się buntuję przeciwko temu, że – trochę tak jak teraz – rozmawiam z kimś sobie godzinę o niepełnosprawności. A są przecież inne tematy.

OK. Tylko że książkę pani napisała o sporcie paraolimpijskim i swojej z nim przygodzie. Napisała pani, że moc jest dawana przez autentyczność. Czym jest ta autentyczność?
To podążanie swoją drogą wbrew wszystkiemu, wbrew ograniczeniom, które są, ale nie muszą człowieka definiować. Coś, co naprawdę mam w sobie, to „prawdziwe ja” zawsze daje moc. Chcę być aktorką – robię wszystko, by nią być. Chcę być prawniczką – zmierzam do tego. Chcę być sportowczynią – będę. Choć, oczywiście, w sporcie paraolimpijskim, bo to kwestia fizyczności. Ale już o prawniku nikt nie powie „niepełnosprawny prawnik”, tylko dobry lub zły.

Równe szanse. Możliwość wyboru.
Tak! Bardzo często osoby z niepełnosprawnościami mają tyle do ogarnięcia we własnym zakresie – chodzi mi o to „łatanie systemu”, że ich potencjał jest hamowany albo nie do końca ujawniany. O to właśnie chodzi, gdy mówię, że osoby z niepełnosprawnościami są definiowane…

…przede wszystkim jako osoby z niepełnosprawnościami.
Dokładnie. Bywa, że ta niepełnosprawność jest pewną nadsprawnością: funkcjonujesz w świecie, w którym nic nie jest do ciebie dostosowane. I musisz się wykazać naprawdę specjalnymi zdolnościami, sprawnością, żeby w tym świecie żyć, działać, rozwijać się. W świecie, w którym większość ludzi byłaby osobami z niepełnosprawnościami, i świat byłby do nich „dostosowany”, osoby sprawne miałyby kłopoty, prawda? Wszystko jest relatywne. Mam wrażenie, że jesteśmy w przededniu rewolucji polegającej na tym, że ludzie to zrozumieją.

Zrozumieli, gdy ogłosiła pani światu, że jest biseksualna? Erotyka, seks osób z niepełnosprawnościami w przestrzeni publicznej stanowią jakieś tabu.
Są dwie płaszczyzny możliwych odpowiedzi. Po pierwsze, jestem zahartowana, mam w sobie dużo akceptacji, osobiście nie dotyka mnie żaden hejt. Skądinąd niemal go nie było, otrzymywałam wiele słów wsparcia. Natomiast druga odpowiedź brzmi następująco: nie godzę się na żadne strefy wolne od LGBT, bo przecież to proste – wykluczanie kogokolwiek ze względu na niezależne od niego rzeczy jest złe. Miłość to miłość. Człowiek to człowiek. Po prostu. Polska jest dla wszystkich. Powiedziałabym, że mam takie cztery dary, które bywają związane z wykluczeniem: jestem sportowczynią, osobą z niepełnosprawnością, jestem kobietą i jestem biseksualna.

Siła złego na jednego.
[Śmiech]. Nie! To naprawdę dary, zalety! Nie obciążenia.

Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B Karolina Hamer wspólnie z Karoliną Domagalską napisała książkę „Niezatapialna”, wyd. W.A.B

  1. Psychologia

Uprzedzenia - skąd się biorą i jak otworzyć się na odmienność?

Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. (Fot. iStock)
Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. (Fot. iStock)
Uprzedzenia wobec mniejszości etnicznych i seksualnych znikają, gdy naprawdę poznajemy ich członków. Kiedy zamiast kategorią stają się żywymi ludźmi. Odpowiedzialność za wzrost niechęci do odmienności ponoszą media, politycy i Internet – mówi psycholog społeczny dr hab. Michał Bilewicz.

Polacy są zamknięci na odmienność?
Tak, ale na pewno nie tylko Polacy. To procesy w Europie, Stanach Zjednoczonych i w innych miejscach. W krajach, w których triumfuje populizm, najłatwiej jest kierować społeczeństwem poprzez zarządzanie strachem, poprzez konfrontowanie grup etnicznych, większości i mniejszości… Lęk stał się paliwem napędowym współczesnej polityki i mediów.

Handel strachem, jak określał to zjawisko Zygmunt Bauman.
Tak. Treści „lękowe” sprzedają się dobrze.

W Polsce jest więcej nabywców niż gdzie indziej?
To odsetek stosunkowo większy niż w Europie Zachodniej i mniej więcej taki sam jak w innych krajach Europy Wschodniej. Kiedy popatrzymy na wyniki Europejskiego Sondażu Społecznego w Gruzji czy Mołdawii, nawet w krajach bałtyckich, poziom uprzedzeń okazuje się taki jak w Polsce albo wyższy.

Z czego to wynika?
To, co wspólne dla tych państw, to homogeniczność etniczna. Dużo łatwiej żywić uprzedzenia wobec jakiejś grupy, jeżeli nie ma się z nią na co dzień do czynienia. To wyróżnia Polskę na tle państw Unii Europejskiej: jesteśmy jednym z niewielu krajów Unii, w którym ponad 90 procent mieszkańców stanowi jedna grupa. Czyli Polacy, katolicy, biali, mówiący po polsku.

Ale rozmawiamy ogólnie o uprzedzeniach, nie tylko tych narodowościowych czy etnicznych. I na przykład homoseksualistów jest pewnie we wszystkich krajach mniej więcej tyle samo.
No tak, mniej więcej dziesięć procent populacji.

I nie są dziś w Polsce zupełnie egzotycznym zjawiskiem.
Niechęć wobec osób homoseksualnych występuje w wielu krajach i jest częścią szerszego światopoglądu politycznego. Ale mechanizm jest podobny: im więcej mam kontaktu z osobami homoseksualnymi – kiedy na przykład nauczyciel mojego dziecka będzie osobą w związku jednopłciowym albo ślusarz naprawiający drzwi przyjdzie ze swoim chłopakiem – tym mniej będę podatny na uprzedzenia. Proste i udowodnione: więcej kontaktu, mniej uprzedzeń. Bazowe uprzedzenia, które nazywamy tradycyjną homonegatywnością – kiedy ktoś nie chce, by osoby homoseksualne przebywały w jego otoczeniu, chęć dyskryminowania ich itd. – są dużo mniejsze u osób, które miały do czynienia z homoseksualistami. Dlatego to ważne, żeby osoby homoseksualne w otwarty sposób mówiły o swojej tożsamości. Ważne nie tylko dla nich, ale także dla ludzi heteroseksualnych, bo buduje wśród nich akceptację.

A w przypadku uchodźców?
Działa tu ten sam mechanizm: kiedy poznaję człowieka, który nie jest tylko „kategorią” – Arabem, uchodźcą, gejem, ale także sąsiadem, lekarzem, nauczycielem – wówczas trudno go tak jednoznacznie zaszufladkować.

Każdy antysemita ma swojego Żyda. Słyszał pan przecież.
To jest coś innego. Czasami mówimy o praktyce tokenizmu – mamy grupę dyskryminowaną, bierzemy sobie jedną osobę z tej grupy i ona jest naszym dowodem tolerancji, listkiem figowym, alibi. Jeżeli to jest jeden człowiek – to kontakt nie działa. Jeżeli kontakty są szersze i nieideologiczne – czyli właśnie nie po to, żeby mieć listek – uprzedzenia się zmniejszają. Dlaczego w dawnych landach wschodnich Niemiec jest zdecydowanie większy opór przeciw przyjmowaniu imigrantów i płoną ośrodki? Właśnie dlatego, że tam imigrantów prawie nie ma i nie było. Na zachodzie Niemiec jest inaczej, bo tam mniejszości muzułmańskie, zwłaszcza turecka, żyły od dawna i nie budzą niepokoju.

A sympatia? Jak to bywa z sympatią wobec innych? Z badań wynika, że na początku skali narodów, które Polacy lubią, są Słowacy, Czesi, ale bardzo wysoko, bodaj na podium, są także Norwegowie. Zna pan kogoś, kto zna kilkoro Norwegów? Nie mówimy o Heyerdahlu czy Ibsenie.
Myślę, że ta sympatia to właściwie brak antypatii. Ankietowani to nie byli ludzie zaangażowani w promowanie kultury norweskiej. Tak jak filosemityzm nie jest prostym przeciwieństwem antysemityzmu. Zwykle grupy, do których odnosimy się z sympatią, są grupami emocjonalnie neutralnymi. Inaczej dzieje się w przypadku Żydów. Prof. Ireneusz Krzemiński mówi na przykład o antyantysemityzmie, o ludziach, którzy są zaangażowani w walkę z antysemityzmem. Ich liczba w Polsce stale przyrasta. Następuje polaryzacja: z obojętności trzeba przechodzić w postawę pro lub odwrotnie – w niechęć.

W Polsce grupa ludzi wyrażających niechęć wobec wszelkich innych rośnie.
Tak. Od lat 2012–2013 zauważamy widoczny przyrost uprzedzeń wobec różnych grup: muzułmanów, Żydów, a także Ukraińców. Ten wzrost można jakoś wiązać z kryzysem migracyjnym i sposobem, w jaki go nagłaśniano, i sposobem, w jaki mówiono o zamachach terrorystycznych. Odpowiedzialność w pewnym stopniu ponoszą media i w pewnym stopniu politycy – media dostrzegły w strachu potencjał i politycy także.

A może sprzeciw wobec uchodźców to jakaś emanacja zbiorowej mądrości, taki odruch obronny? Poczucie bezpieczeństwa jest wartością.
Pytanie, czy poczucie bezpieczeństwa jest wartością, czy bezpieczeństwo jest wartością. Obiektywnie bezpieczeństwo nie zyskuje na tym, że nie ma u nas znaczącej liczby uchodźców. Skala zagrożenia, jakim są ataki terrorystyczne, w porównaniu do innych zagrożeń związanych z życiem codziennym, takich jak wypadki samochodowe, przestępczość osób z zaburzeniami psychicznymi, jest minimalna. Można, oczywiście, powiedzieć, że to dobrze, iż Polacy nie dodają sobie kolejnego źródła niebezpieczeństw. Oczywiście. Ale ile na tym tracą?

Ile?
Bardzo dużo. Zespoły wielokulturowe pracują wydajniej niż jednorodne etnicznie. Najlepsze uczelnie świata, najszybciej rozwijające się firmy to miejsca, gdzie pracują obok siebie Polak, Chińczyk, Irakijczyk i Izraelczyk. Wystarczy popatrzeć na amerykańską MIT albo na firmy w Dolinie Krzemowej. Nie wiemy, czy dzieci tych ludzi, którzy dziś ubiegają się w Polsce o status uchodźcy, nie będą świetnymi lekarzami czy wybitnymi naukowcami. Ale staramy się o tym nie myśleć. To element psychiki – zagrożenia mają „większą siłę” niż potencjalne zyski. Złotówka stracona i złotówka zyskana mają inną wartość, prawda? Była za to Nagroda Nobla z ekonomii, jedna z dwóch w historii przyznanych psychologowi. Daniel Kahneman odkrył, że 20 dolarów straconych znaczy dla nas dużo więcej niż 20 dolarów zyskanych.

Dlaczego?
Człowiek unika strat – to stary ewolucyjny mechanizm, ostrożność. Lęk przed mniejszościami i tym, że coś się ze względu na ich obecność straci, jest silniejszy niż racjonalna świadomość, że ich członkowie mogą wnieść coś pozytywnego.

Wystarczy popatrzeć na reprezentację Niemiec w piłce nożnej. Przegląd wszystkich imigranckich grup – niemieccy zawodnicy będący idolami.
No właśnie. Na przykład. Argument, że Polska gospodarka nie byłaby w stanie zaabsorbować imigrantów w takiej liczbie, jest nietrafiony. Na pewno nie tylu, ilu jest w Niemczech, bo tylu chętnych by nie było, ale w znacznej liczbie byłoby to możliwe. Zresztą Polska gospodarka już przyjęła około miliona imigrantów z Ukrainy. Od czasów międzywojnia takiej mniejszości nie było.

Uprzedzeniom sprzyja Internet. Jest współczesną agorą, przestrzenią dyskusji. Tylko że można występować na niej w masce, anonimowo.
Jest jeszcze gorzej, bywa, że maski opadają, bo rośnie przyzwolenie na otwarty hejt! Duża część nienawistnych wypowiedzi i komentarzy ma miejsce w portalach społecznościowych, które są Internetem twarzy, a nie jak kiedyś, tylko anonimowych nicków. Parę tygodni temu Amerykańska Liga przeciwko Zniesławieniu ogłosiła, że w ubiegłym roku na Twitterze pojawiło się ponad cztery miliony antysemickich tweetów. To pokazuje wzrastającą skalę hejtu. Zajmowałem się mową nienawiści i narażeniem na nią młodzieży w Polsce. Okazało się, że z nienawiścią wobec muzułmanów lub Żydów spotkało się trzy czwarte ankietowanych 16-, 18-latków. To wzrost o jedną trzecią w ciągu dwóch lat.

Wzrost wiąże się z przyzwoleniem na internetowy hejt?
Internet nie podlega żadnej kontroli. Dostawcy usług, oczywiście, twierdzą, że treści są moderowane itd. Ale to złudne, w skali problemu moderatorzy to drobiazg. Kula śniegowa się toczy.

Skąd skłonność do przylepiania się do niej?
Nawet na Facebooku czy Twitterze, gdzie często widzimy twarz, imię i nazwisko, wiemy, kim jest dana osoba – anonimowość działa w drugą stronę. Człowiek, który udostępnia czyjś post, przekazuje dalej tweet, nie widzi emocji osoby, którą obraża, którą nienawiść dotyka. Łatwiej jest mówić okropne rzeczy o innych, jeśli nie widzimy ich twarzy i reakcji na te słowa. Badania Julii Barlińskiej dotyczące przemocy rówieśniczej w sieci dowiodły, że wystarczy pokazać twarz osoby, przeciwko której kierowany jest hejt, pokazać jej smutek, zażenowanie, żeby zmniejszyć i spowolnić taką falę. Tak działa człowiek jako istota: kiedy krzywdzi kogoś innego i widzi to, rejony mózgu odpowiedzialne za empatię się aktywizują.

Czyli wciąż kontakt jako najskuteczniejsza metoda przeciwdziałania uprzedzeniom. Nienawidzisz gejów – otocz się gejami. Chyba nie będzie wielu homo- i ksenofobów chętnych na taką terapię.
Można podkreślać nawet historyczną obecność mniejszości. Wystarczy uświadamianie, że w danej miejscowości mieszkali na przykład Żydzi albo że najlepsza oranżada przy rynku była w żydowskim sklepiku, albo że świetny nauczyciel miał partnera, a nie żonę. Badaliśmy program Szkoły Dialogu motywujący Polaków z mniejszych miast do odkrywania historii obecności Żydów przed wojną. I okazało się, że świadomość pochodzenia z miasta, które było kiedyś wieloetniczne, jakaś duma z tego przekłada się na zdecydowanie większą otwartość i jednocześnie buduje silniejszą tożsamość z danym miejscem. To nawet trochę paradoksalne, ale okazało się, że tak właśnie jest. Drugą receptą – mówię teraz o uchodźcach i imigrantach – jest to, by zawsze pokazywać, że radykałowie stanowią mniejszość – na przykład w społeczności muzułmańskiej. To zmienia podejście do tematu i może przeciwdziałać uogólnieniom, które najczęściej stoją u podstaw uprzedzeń.

 

  1. Psychologia

Poznać to zrozumieć - dlaczego warto być otwartym na drugiego człowieka?

Im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. (Ilustracja: Aleksandra Morawiak)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czasem wystarczy prosty gest. Wyciągnięta ręka. Rozmowa. Wspólny posiłek. Bo im więcej o sobie wiemy, tym trudniej nam trwać w uprzedzeniach. Pozostawać w pozycji tego, który nie wie, nie zna, nigdy nie spotkał. Więc się boi.

Gej, muzułmanin, Żyd, uchodźczyni z Konga, uciekinier z Syrii – wszyscy oni wystąpili w reklamie chleba przygotowanej przez stowarzyszenia Chlebem i Solą oraz Otwarta Rzeczpospolita i piekarnię Putka. Pieką zwykły chleb. Nasz powszedni. A potem częstują nim zaproszonych na zaplecze sąsiadów. – Mam na imię Kamil, jestem gejem i przygotowałem dziś dla państwa chleb – mówi jeden z piekarzy. – Czy ten chleb smakuje tak samo jak chleb pieczony przez Polaka? – dopytuje Salam, muzułmanin z Syrii.

Normalnie, tak samo, nie widzę różnicy – odpowiadają klienci. Bo gdy weźmie się kromkę do ręki, ugryzie, posmakuje, trudniej jest zaatakować. Można pytać, dyskutować, kwestionować, ale nie atakować. Nie obrażać. Hejt karmi się anonimowością i strachem. Lęk – niewiedzą. Dlatego tak ważne jest, żeby jak najwięcej się o sobie dowiedzieć.

Są w Polsce ludzie, grupy oraz organizacje, którzy – niezależnie od mało optymistycznych sondaży, od lęku, presji, aktów agresji oraz wandalizmu, mnożących się nienawistnych napisów na murach – właśnie to robią. Dają wsparcie przedstawicielom dyskryminowanych środowisk, szukają dla nich mieszkań, pracy, uczą polskiego, ale i pomagają im poznać się ze swoimi sąsiadami. Do znudzenia powtarzają, że słowa takie, jak: „imigrant”, „uchodźca”, „muzułmanin”, powinny odzyskać swoje neutralne znaczenie. Zwłaszcza teraz, gdy coraz częściej używa się ich jako oręża w walce o polityczne poparcie.

Od czasu kryzysu migracyjnego, za którego początek uznaje się rok 2015, w Polsce wyraźnie wzrasta liczba przestępstw z nienawiści, znacząco więcej jest też przestępstw związanych z przemocą fizyczną albo werbalną w stosunku do osób o innej przynależności wyznaniowej albo etnicznej.

Imigranci z grupy Smile Warsaw, którzy regularnie karmią najuboższych, wykluczonych warszawiaków, poddali analizie grafologicznej rozproszone na terenie stolicy napisy. Okazało się, że wybazgrana na przystankach, słupach, ścianach fraza „Immigrants go home” najpewniej wyszła spod ręki tej samej osoby.  Tych, którzy swoim codziennym życiem symbolicznie zmazują tego typu napisy, wciąż jest dużo więcej.

Jasny sygnał

Można sobie nie radzić z coming outem dziecka. Można więc to dziecko terapeutycznie rysować: skuloną, samotną postać. Z czasem dziecko się na rysunku wyprostuje – mówią Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica.

Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada) Ewa Miastkowska i Marek Błaszczyk z Akademii Zaangażowanego Rodzica. (Fot. Albert Zawada)

Coming out to komunikat. Zwykle pierwszymi odbiorcami tego komunikatu są najbliżsi: rodzice, rodzeństwo. Według danych Kampanii przeciw Homofobii to matki wiedzą częściej – ujawnia się przed nimi mniej więcej połowa osób LGBT. Jedna trzecia nie ujawnia się przed nikim z rodziny.

Reakcje są różne. Płacz. Wyparcie. Lęk. Złość. Akceptacja nie przychodzi od razu, czasem nie przychodzi wcale. Orientację dzieci LGBT w pełni akceptuje 25 procent matek i 12 procent ojców. Dla tych, którzy chcą zrozumieć i przepracować orientację swoich dzieci, Kampania przeciw Homofobii organizuje Akademię Zaangażowanego Rodzica, sześć weekendowych spotkań warsztatowych.

Grupa rodziców po Akademii postanowiła działać, zmieniać rzeczywistość. Założyli stowarzyszenie My, Rodzice i służą wsparciem potrzebującym rodzicom, ale i osobom LGBT.

– My jesteśmy tym młodym ludziom potrzebni, bo niektórzy mają dramatyczne relacje ze swoimi rodzicami – wyjaśnia Marek Błaszczyk, prezes stowarzyszenia.

Ewa Miastkowska dowiedziała się o orientacji swojego syna w 2005 roku, gdy miał 15 lat. Martwiło ją, że przy powszechnej homofobii będzie mu trudniej w życiu, ale nie od razu zaczęła działać na rzecz tolerancji.

– Takim wstrząsem, kiedy pomyślałam, że muszę coś zrobić, była śmierć Dominika z Bieżunia. Dwa lata przed śmiercią Kacpra z Gorczyna. Nie wiedziałam, że hejt może być tak potworny.

Stowarzyszenie My, Rodzice działa na rzecz zwiększania świadomości. Dlatego zwróciło się do minister edukacji z apelem o edukację już od przedszkola. Żeby te dzieci, które dowiadują się o swojej homoseksualności, nie przeżywały tragedii, nie cierpiały.

– Kiedy córka przekazała nam w liście, że jest lesbijką, płaczu, wyklinań nie było – zaznacza Marek Błaszczyk. – Ale trafiliśmy do bardzo ważnej osoby, Elżbiety Szczęsnej. Kiedy jej syna geja pobito, zamiast się schować, skontaktowała się z Lambdą, usiadła tam i raz na miesiąc od dziesięciu lat dyżuruje w Lambdzie gotowa do przyjęcia rodzica, który potrzebuje pomocy. My z żoną nie mieliśmy problemu z akceptacją, ale zaimponowała nam ta postawa. Ja zaangażowałem się w działania rodziców osób LGBTQiA, bo zrozumiałem, jak ważne jest wsparcie i dla rodziców, i dla osób LGBT.

Ważne są też Żywe Biblioteki, czyli otwarte spotkania z przedstawicielami grup postrzeganych stereotypowo. Członkowie stowarzyszenia regularnie biorą w nich udział i na kilka godzin stają się książkami. Można ich „wypożyczyć”, czyli zadawać pytania. Najczęściej do rodziców żywych książek przychodzą ludzie młodzi, którzy szukają definicji swojej orientacji. Łatwiej im się otworzyć przed kimś obcym.

Nie wszyscy rodzice po Akademii należą do stowarzyszenia. Wiele osób ma dobre kontakty z dziećmi, ale się nie ujawniło.

– Boją się reakcji otoczenia – tłumaczy Ewa Miastkowska. – Mówią, że nie są gotowi, ale to społeczeństwo nie czuje się gotowe, by przyjąć tę informację.

Dlatego tak ważne jest grupowe uczestnictwo w paradach równości. Bo to jasny sygnał: rodzice osób LGBT istnieją. Akceptują swoje dzieci.

– Rodzice to jedyna grupa osób heteroseksualnych, która stara się zrozumieć sytuację osób homoseksualnych nie dlatego, że je bada, pisze doktorat – podkreśla Marek Błaszczyk. – My bezwarunkowo stajemy za osobami nieheteronormatywnymi. Ja nigdy nie przestanę kochać mojej córki, choćby nie wiem co się stało.

Bądź zmianą

Trzeba się wstawiać za tymi, za którymi nikt się nie wstawia. To filozofia działania ludzi z fundacji „Ocalenie”. Pomagają obcokrajowcom znaleźć dach nad głową, pracę, poznać język, zacząć normalnie żyć.

Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji 'Ocalenie'. (Fot. Albert Zawada) Kalina Czwarnóg i Gagik Grigoryan z Fundacji "Ocalenie". (Fot. Albert Zawada)

Od 8 rano do 19. Ciągle coś się dzieje. Ktoś przychodzi po pomoc prawną, ktoś na kurs języka, komuś potrzebny wózek, ktoś inny szuka mieszkania. Jeśli jest ciemnoskóry, nie znajdzie go tak szybko. Wolontariusze i pracownicy Fundacji „Ocalenie” dzwonią, dzwonią, dzwonią. Czasem przy telefonie siada Gagik Grigoryan. Mówi po polsku dobrze, ale z akcentem. Często się okazuje, że mieszkania do wynajęcia już nie ma. Gdy pod ten sam numer dzwoni Polak, mieszkanie wciąż jest do wynajęcia. Dla cudzoziemca? Nieaktualne.

Z myślą o tych trudnościach powstał program Refugees Welcome. Fundacja kontaktuje cudzoziemców – osoby samotne – z Polakami gotowymi wynająć pokój w niższej niż rynkowa cenie. Uchodźcy przez kilka miesięcy mają gdzie mieszkać, dostają też do pomocy tzw. kumpla, czyli wolontariusza, który im towarzyszy i pomaga się integrować. Stają na nogi.

Trudniej znaleźć dom dla rodzin z dziećmi. Uchodźcze rodziny często mieszkają w garażach, przybudówkach, bez wody. Kalina Czwarnóg podkreśla, że nie będzie się w stanie uczyć polskiego czy integrować ktoś, kto sypia w kurtce, w namiocie rozbitym na środku nieogrzewanego mieszkania. Dlatego w ramach programu „Witaj w domu” Fundacja „Ocalenie” szuka osób, które chcą wynająć mieszkanie lub dom na co najmniej dwa lata. To fundacja podpisuje umowę z właścicielem i umieszcza tam rodzinę uchodźczą.

Jak się pracuje z cudzoziemcami? Z trudem. Państwo finansowo nie pomaga, od kilku lat jest dużo trudniej o wsparcie. Wiele organizacji działających na rzecz migrantów musi ograniczać działania.

Gagik Grigoryan mówi, że praca w Fundacji „Ocalenie” to też trud emocjonalny. Codziennie słyszy się, w jak dramatycznych warunkach żyją ludzie, jak źle są traktowani, widzi się dzieci, które głodują, ludzi w traumie, którzy stracili bliskich, mężczyzn po torturach, po doświadczeniach wojny.

Kalina Czwarnóg, która rekrutuje wolontariuszy i koordynuje ich pracę, zauważyła, że po kryzysie migracyjnym zmieniły się motywacje zgłaszających się osób. Jeszcze kilka lat temu pisały w podaniach: „Chcę poznać ludzi z innych krajów, cenię wielokulturowość”. Dziś mówią: „Mam dość, jestem wkurzony, nie chcę już tylko komentować rzeczywistości na Facebooku, chcę pokazać cudzoziemcom, że Polacy to nie tylko rasiści. Chcę być tą zmianą”.

Seva znaczy pomoc

Pieczone ziemniaki i kiełbaski, pączki i herbata. Tak urodziny obchodziła organizacja Smile Warsaw. Warszawscy imigranci od roku karmią tych, którzy nie mają domu.

Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada) Działacze organizacji Smile Warsaw, od lewej: Piotr Podworski, Rajat Rana, Andy Eddles i Mo Khera. (Fot. Albert Zawada)

Dbamy o ludzi, o których się na co dzień zapomina – mówi Mo Khera, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw. Brytyjczyk, właściciel warszawskiej szkoły językowej, zawiaduje grupą wolontariuszy. Ludzi z prawie dwudziestu krajów. – Każdy kolejny tydzień jest szansą na nowy początek.

Mo, który przyszedł na świat w Walsall w środkowej Anglii, pochodzi z rodziny hinduskich sikhów z Pendżabu. Jego rodzice poważnie podchodzili do powinności, które religia nakłada na każdego członka sikhijskiej społeczności. Jedną z nich jest seva. Określenie pochodzi z sanskrytu. Oznacza regularną, bezinteresowną posługę na rzecz najbiedniejszych. Najczęściej – żywnościową. Wolontariusze z kuchni społecznej w Złotej Świątyni w Amritsarze codziennie szykują blisko 200 tys. placków roti i 1,5 tony soczewicowego dhalu. Wszystko z myślą o tych, którzy nie mają dość pieniędzy, żeby samemu sobie kupić posiłek.

To, co robi Smile Warsaw, jest sevą w nadwiślańskim wydaniu. Jedzenie nie zawsze jest wegetariańskie i nie powstaje w kuchni społecznej. Jest szykowane przez stołecznych restauratorów (w przygotowywaniu posiłków pomagają m.in.: The Alchemist Gastropub, Indian Taste, Legends, Le Cedre, a od niedawna też Regeneracja z Mokotowa oraz wegańska restauracja Leonardo Verde) i rozdawane przez ochotników z: Indii, Wielkiej Brytanii, Polski, Dubaju, Szkocji, Danii, Holandii, Brazylii, Kenii, Kanady, Wietnamu i Ukrainy.

Ludzie w kryzysach, którzy korzystają z pomocy Smile Warsaw, to nie tylko Polacy. Są Ukraińcy, zdarzają się uchodźcy. Tacy jak Andrij z Krymu, lekarz radiolog, który uciekł przed politycznymi prześladowaniami. Od prawie trzech lat czeka na status uchodźcy, a ponieważ przyznane mu przez państwo polskie środki nie starczają na przeżycie, ubiera się i żywi na ulicy.

– Chcemy im pomóc na nowo odnaleźć się w społeczeństwie – mówi Mo Khera. Dlatego Smile Warsaw nie ogranicza się do wydawania jedzenia. Rozdaje też ubrania, buty, kosmetyki, materace, namioty. Jest pion odpowiedzialny za profilowanie – zbierają informacje o podopiecznych, ich potrzebach oraz umiejętnościach. Chcą pomagać im w szukaniu zatrudnienia.

Ostatnio z Londynu przyleciał fryzjer. Wpadła manikiurzystka. Regularnie działa punkt medyczny. Rajat Rana z Indii oraz Wed Najjar z Arabii Saudyjskiej opatrują rany tym, którzy tego potrzebują. Popatrz, mówią, ten człowiek, który tańczy na chodniku, jeszcze kilka tygodni temu przyjeżdżał na wózku. Miał rozbabraną ranę na stopie, wdało się zakażenie. Dziś wszystko się zagoiło. A po wizycie fryzjera jeden z bezdomnych zorganizował maszynkę i teraz sam strzyże kolegów.

Gdy kończy się seva, kolorowo ubrani członkowie Smile Warsaw idą do baru. To ważna część procesu – ludzie z różnych miejsc na Ziemi, którzy pomagają w Warszawie wykluczonym, też potrzebują integracji. – Najbardziej brakuje nam Polaków – mówi Piotr Podworski, urodzony w Londynie syn polskiego pilota i śpiewaczki, który jest w Smile Warsaw od samego początku. – Chodźcie, zapraszamy serdecznie.

Grupa daje wsparcie imigrantom też przez projekt No Hate. Ubrani w odblaskowe pomarańczowe kamizelki z hasłem „No hate” na plecach chodzą na demonstracje w obronie praw wykluczanych środowisk: kobiet, lesbijek i gejów, imigrantów. Gdy na początku 2017 roku drzwi i szyby śródmiejskiej kawiarni Brunet Kafe wymazano farbą, a jej właścicielowi, Irańczykowi, grożono śmiercią, grupa stawiła się w kawiarni w komplecie. Nie będą żadni rasiści terroryzować sąsiadów, powiedzieli.

– Koniec końców wszyscy jesteśmy imigrantami – mówi Andy Eddles, jeden ze współzałożycieli Smile Warsaw, Kornwalijczyk z Milanówka. – Pora odzyskać to słowo, wycisnąć z niego całą truciznę.

Chciałem coś powiedzieć

Michał „Dimon” Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. Wyszedł z szafy, by przerwać błędne koło stereotypów.

Michał 'Dimon' Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada) Michał "Dimon" Jastrzębski-Szwed, muzyk rockowy, perkusista zespołu Lao Che, gej. (Fot. Albert Zawada)

Kiedy to się stało, nie czułem lęku. On przyszedł później, już po coming oucie.  Nagraliśmy płytę „Powstanie warszawskie”, i to zestawienie – płyta plus coming out – było dla niektórych skandalem, rozpisały się o tym gazety, Internet, dziennikarze wydzwaniali, zapraszali mnie do telewizji, a nie taki był mój cel. Po prostu chciałem coś powiedzieć.

Na płycie „Dzieciom” nagraliśmy ten kawałek: „Zawyły chamy: Bij gejów, mścij braci!”.

A potem Kampania przeciw Homofobii zapytała, czy zespół weźmie udział w akcji „Ramię w ramię po równość”. Ja jako osoba homoseksualna nie chciałem namawiać, powiedziałem: „Róbcie, jak uważacie”. Moi koledzy z zespołu uznali, że w to wchodzimy, i dziękuję im, że stanęli za mną, za wszystkimi osobami LGBT. Ta ich postawa zadziałała na mnie.

Bo później w rozmowie z Kampanią przeciw Homofobii  przyznałem, że żyję w związku z mężczyzną, a oni zapytali, czy nie chciałbym o tym opowiedzieć. Często uprawiam czarnowidztwo, analizuję w nieskończoność. A wtedy stwierdziłem, że OK, powiem to publicznie. Wcześniej, gdy kogoś poznawałem, było oszukiwanie i kręcenie. Teraz mówię wprost. Pozbyłem się tego balastu. I już się nie zastanawiam, czy się to komuś spodoba. Jak się nie spodoba, trudno, najwyżej mnie nie polubi. Ludzie nie lubią się z różnych powodów.

Ale się bałem. Najbardziej o zespół. Po tej burzy zastanawiałem się, czy ktoś nie wparuje nam na koncert, ale właściwie tylko jeden fan oddał nam wszystkie płyty. Na stronie zespołu pojawiły się obelgi, ale to była chwila, a zespół jest, robimy muzykę, dalej gramy, ludzie przychodzą. Mieliśmy też dużo pozytywnych reakcji na żywo.

Nie wszyscy mają tyle szczęścia. Dzieciaki cierpią, popełniają samobójstwa, to są tragedie. I wielka lekcja dla nas wszystkich, tylko czy my rzeczywiście wyciągamy z tego wnioski?

Wiele osób ze środowiska LGBT żyje w strachu. Boją się o pracę, o rodzinę. Ale to jest błędne koło, bo jak nie zaczniemy wychodzić z szaf i pokazywać się mamie, tacie, wujkowi i szefowi, stereotypy będą się utrwalać.

Parom hetero nikt nie zagląda do sypialni, a pary homoseksualne są sprowadzane wyłącznie do spraw seksu. A to przecież kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o normalne życie. O mieszkanie, psa, spacer w niedzielę.

  1. Styl Życia

Językoznawcy i internauci wybrali słowa roku 2019

Kapituła konkursu słowem roku 2019 wybrała
Kapituła konkursu słowem roku 2019 wybrała "klimat", natomiast w głosowaniu internetowym zwyciężył akronim "LGBT". (Fot. iStock)
„Klimat” i „LGBT” zostały wybrane najważniejszymi słowami minionego roku. Uniwersytet Warszawski już po raz dziewiąty zorganizował konkurs na najważniejsze słowo ostatnich dwunastu miesięcy.

Kapituła złożona z językoznawców zadecydowała, że słowem roku 2019 jest „klimat”, który był również słowem grudnia 2019 roku. Natomiast w głosowaniu internetowym zwyciężył wyraz „LGBT”, na drugim miejscu uplasował się „klimat”, a na kolejnym słowo „hulajnoga”.

Według informacji umieszczonych na stronie Uniwersytetu Warszawskiego, głosowanie internetowe na Słowo Roku 2019  trwało od 26 października do 31 grudnia. Uczestnicy plebiscytu mieli dwie ścieżki wyboru – mogli głosować na propozycje organizatorów lub proponować własne typy. Łącznie w plebiscycie oddano 34 tys. głosów, a spośród wyróżnionych wyrazów żaden nie uzyskał znaczącej przewagi. W pierwszej dziesiątce znalazły się słowa: feminatyw, niezawisłość, pedofilia, smog, Brexit, równość i nienawiść

Kapituła konkursu dokonała własnego wyboru, niezależnie od głosowania internetowego – zwyciężył „klimat”. Drugie miejsce przyznano akronimowi „LGBT”, a trzecie wyrazowi „feminatyw”. Innymi zgłoszonymi przez członków kapituły słowami były: hulajnoga, nauczyciel, smog, wolne sądy.

W skład Kapituły plebiscytu Słowo Roku wchodzą: Jerzy Bartmiński (UMCS), Jerzy Bralczyk (UW), Katarzyna Kłosińska (UW), Ewa Kołodziejek (USz), Marek Łaziński (UW), Andrzej Markowski (UW), Jan Miodek (UWr), Renata Przybylska (UJ), Halina Zgółkowa (UAM).

>> Czytaj także Czym różnią się związki homo- i heteroseksualne? >> Czytaj także Być rodzicem homoseksualnego nastolatka >> Czytaj także Zwierzęta maleją z powodu… ocieplenia klimatu >> Czytaj także Jak żyć ekologicznie i nie zwariować?

  1. Seks

Tożsamość seksualna - kogo naprawdę pragnę?

To, z jaką orientacją seksualną identyfikujemy się, świadczy o naszej tożsamości seksualnej (fot. iStock)
To, z jaką orientacją seksualną identyfikujemy się, świadczy o naszej tożsamości seksualnej (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeśli jesteś kobietą i żyjesz z mężczyzną – jest ok. Jeśli jesteś kobietą i na życie wybrałaś kobietę – jesteś inna, ale też odważna i w zgodzie z samą sobą. Jeśli jesteś kobietą, przez lata byłaś z mężczyzną, ale pragniesz kobiety to… kim jesteś?

Jak to jest z tymi naszymi preferencjami seksualnymi? Zmieniają się jak w kalejdoskopie? Ukrywamy je przez lata, by pewnego dnia wyskoczyły jak królik z kapelusza, choćby tylko na jedną noc? A może jakieś traumy z dziecięcego pokoiku sprawiają, że wybieramy ,,dziwny” seks?

Kobieta zmienną jest…

Także w sprawie swojej seksualności.

Zgodnie z encyklopedyczną definicją, orientacja seksualna to trwały, odczuwany wewnętrznie popęd płciowy do osobnika określonej płci. Pojawia się na wczesnym etapie rozwoju i uwarunkowana jest czynnikami biologicznymi i genetycznymi. Jest niezmienna, stabilna, wewnętrznie zgodna, ale… nie do końca. W roku 1948 Alfred Kinsey wraz ze współpracownikami opracował siedmiopunktową skalę badającą orientacje seksualną. 0 – oznaczało całkowitą heteroseksualność, 7 – całkowitą homoseksualność, a biseksualność znajdowała się pośrodku skali. Okazało się, że większość badanych uplasowała się pośrodku skali Kinseya. Czyżbyśmy w większości byli biseksualni?

W odpowiedzi na wyniki badań Kinseya pojawiło się pojęcie:"sexsual fluidity” – seksualna płynność, które oznacza umiejętność odpowiadania erotycznie na określone sytuacje czy relacje, bez względu na płeć partnera relacji.

W 2004 roku, na Uniwersytecie Northwestern przeprowadzono eksperyment w wyniku, którego okazało się, że kobiety – zarówno hetero jak i homoseksualne jednakowo pobudzają filmy erotyczne z udziałem par hetero jak i par homo. Wnioski z tego badania sugerują, że pożądanie kobiet może ulegać znacznym zmianom oraz, że jest ono w mniejszym stopniu skierowane w kierunku konkretnej płci. Kobiety pociąga konkretny człowiek (łagodność, inteligencja, poczucie humoru) a nie jego płeć. Być może więź emocjonalna jest dla nas ważniejsza od naszej orientacji seksualnej.

W trakcie życia, zdobywając nowe doświadczenia, możemy (i mamy do tego prawo) odkrywać coraz to nowe obszary naszej orientacji seksualnej. Pytanie, czy mamy odwagę je realizować w zachowaniach. A jeśli nie, to co w związku z tym tracimy? Jaką ważną część siebie, swojego autentycznego "ja”?

Tożsamość seksualna to płeć, z którą się identyfikujemy. To kwestia naszego osobistego wyboru. Jeśli określasz siebie jako osobę heteroseksualną a miewasz fantazje na temat seksu z kobietą – z czego to może wynikać. Po pierwsze, być może jesteś homoseksualna z natury tzn. odczuwasz trwały, wewnętrzny popęd w stosunku do kobiet, a nie mężczyzn, czyli twoja orientacja jest homoseksualna. Po drugie, być może z racji traumatycznych doświadczeń z przeszłości z mężczyznami, albo udanych eksperymentów seksualnych z kobietą, czy naturalnej ciekawości powstają twoje fantazje. Tożsamość seksualna to właśnie twój świadomy wybór: Jestem hetero czy homoseksualna? – możesz być z natury homoseksualna, ale podajesz się za osobę heteroseksualną i z tym się identyfikujesz, wypierając skłonności homoseksualne. Wybór ten nie warunkuje do końca życia twoich preferencji seksualnych i w miarę upływu czasu może; na stałe, lub na chwilę, ulec zmianie.

No i mamy jeszcze gender, czyli płeć uwarunkowaną kulturowo. Skoro przyszłaś na świat w ciele kobiety, powinnaś realizować swoją seksualność z mężczyzną.

Eksperyment czy grzech?

Fantazje o seksie z kobietą, erotyczne fascynacje czy eksperymenty zdarzają się nawet zdeklarowanym hetero. Choć odkrycie w sobie tego typu pragnień może budzić wstyd, lęk, poczucie winy to tak naprawdę jest to jeden z ważniejszych sposobów poznawania samej siebie. Z badań wynika, że jedynie 3% kobiet to osoby jednoznacznie homoseksualne. Bywa, że decydujesz się nie tylko na seks, ale na życie z kobietą ze względu na negatywne doświadczenia z mężczyznami, z tęsknoty za czułością, delikatnością czy byciem zrozumianą a twoja orientacja seksualna ma tu mniejsze znaczenie.

Z punktu widzenia psychoanalizy homoseksualizm to tęsknota za bliską relacją za rodzicem tej samej płci. A seks to nie tylko realizacja popędu, ale także emocjonalnej więzi, bliskości i intymności. Wiele kobiet homoseksualnych twierdzi, że seks z kobietą pozwala im na swobodne okazywanie autentycznych potrzeb, bez lęku, że zostaną wyśmiane czy odrzucone.

Możesz przez lata być w związkach z mężczyznami i nagle zdecydujesz się na bycie z kobietą. Kaprys, prowokacja, anormalne zachowanie? A może chęć eksperymentu mającego na celu zbadanie lub poszerzenie granic orientacji seksualnej? Najważniejsze, co zrobisz z tym dalej. I tu wracamy do sprawy tożsamości seksualnej, czyli twojej decyzji: potraktować to jako kaprys i czekać, że minie, żyć w ukryciu, czy jawnie przyznać się: ,,Jestem lesbijką”? To drugie wymaga odwagi, wzięcia odpowiedzialności za coming out i zmiany relacji z rodziną, przyjaciółmi. Decyzja należy do ciebie. Tożsamość seksualna jest ważną częścią naszej osobowości. Zaprzeczanie jej; życie z mężczyzną wbrew sobie, czy ukrywanie homoseksualnego związku, to zaprzeczenie, wyparcie się czy ukrycie ważnej części siebie.