1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Związki homo- i heteroseksualne - czym się różnią? Komu łatwiej się dogadać?

Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Czy związki homoseksualne budowane są na podobnych zasadach co heteroseksualne? (fot. iStock)
Płeć przeciwna pociąga i fascynuje swą odmiennością, a czy ta sama ułatwia porozumienie? Czego moglibyśmy się nauczyć o komunikacji i ustalaniu zasad w związku od par homoseksualnych, według badań, bardziej zadowolonych ze swoich relacji niż pary heteroseksualne? Pytamy psycholożkę Katarzynę Miller.

Co jest lepsze dla związku: jak jesteśmy do siebie podobni czy jak się różnimy?
Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli ludzie są zafascynowani tym, jak bardzo ich ukochana czy ukochany jest różna czy różny od nich, to potem to samo zaczyna ich niesamowicie wnerwiać. Z kolei jeśli zakochują się w sobie, bo tak wiele ich łączy, to po kilku latach ten fakt też zaczyna ich wnerwiać. Wychodzi na to, że po pewnym czasie w związku każdego zaczynają wkurzać pewne rzeczy, i to jest chyba taki etap, przez który po prostu trzeba przejść.

Czy ma znaczenie, czego dotyczą te różnice? Może niektóre wkurzają bardziej, a inne mniej?
Problemem są na pewno różnice światopoglądowe. Bo to w żadnym temacie nie idzie się dogadać, zarówno jak wychowywać dzieci, na kogo głosować, ale też jak uprawiać seks… Jedno uważa, że nie należy sypiać ze sobą przed ślubem, a drugie, że należy. Albo po ślubie jedno uważa, że skoki w bok nie są niczym strasznym, pod warunkiem że się kochamy, a dla drugiego to jest koszmar.

Ja jestem przywiązana do wyników badań, które mówią o tym, że najlepiej dogadują się ze sobą ludzie pochodzący z podobnych środowisk: wykształceni z wykształconymi, majętni z majętnymi, robotnicy z robotnikami. Choć, co też podkreśla psychoterapia, podobne środowisko może oznaczać tyle, że w domu były podobne problemy, niezależnie od tego, czy był to dom bogaty czy biedny, wielkomiejski czy wiejski. Ludzie podświadomie dobierają się na podstawie swoich haków, czyli ciemnych stron. Na poziomie świadomym ludzi chyba najbardziej fascynuje odmienność – zobacz, że zwykle spokojny facet woli wariatkę, a furiat lubi odpocząć sobie przy łagodnej. Najlepiej jak te różnice są komplementarne, czyli się uzupełniają: on uwielbia nowinki techniczne, za to ona organizuje najlepsze przyjęcia.

A gdyby tak ta podstawowa różnica – różnica płci została zniesiona… Czy pary jednopłciowe lepiej się dogadują? Jest im łatwiej czy trudniej?
Pary jednopłciowe już z gruntu mają trudniej. Po pierwsze, mają mniej osób do wyboru, bo orientację homoseksualną ma jedynie ułamek społeczeństwa. Po drugie, nadal często towarzyszy im odium społeczne, zwłaszcza w kręgach tradycyjno-fundamentalistycznych. Rzucają się w oczy, wystają z tłumu. Czasem więc, dla własnego bezpieczeństwa, ukrywają swoją miłość.

Ale to może też – paradoksalnie – bardziej scalać ich związek. Razem przeciwko światu.
Może też dawać poczucie, że tym bardziej trzeba tę miłość ochraniać. Gdy przypominam sobie życiorysy wielkich artystów gejów, a bardzo wielu jest wśród gejów artystów, to od razu rzuca mi się w oczy fakt, że bardzo trudno im było dobrać sobie partnera, który by odpowiadał im zarówno seksualnie, jak i środowiskowo. Dlatego tak częste są przykłady związków synów lorda z synem portiera. Ale geje w ogóle lubią przekraczać różne granice. Są całkowicie niestereotypowi, a poza tym bardzo uczuciowi i nadmiarowi – to właśnie moim zdaniem odróżnia pary homoseksualne od heteroseksualnych. Tam więcej się przeżywa – także kłótni, konfliktów, rozczarowań. To zawsze są bardzo silne emocje. Poza tym ich podejście do seksu cechuje promiskuityzm, czyli częste zmiany partnerów i podejmowanie kontaktów seksualnych często bez więzi uczuciowych.

Jest takie społeczne przekonanie, że dlatego właśnie związki homoseksualne są nietrwałe.
Ja znam bardzo wiele trwałych związków homoseksualnych. Powiedziałabym nawet, gdyby ktoś mnie spytał, czy znam szczęśliwe pary, że znam jedną i to jest właśnie para gejów. Przez całe życie miałam przyjaciół gejów i dużo wiedziałam o ich życiu. Przyznam, że ich skłonność do ryzyka zawsze trochę mnie przerażała. Ale być może na takich trafiałam, to też mogą być kwestie osobowościowe.

Wśród twoich pacjentów zdarzały się osoby homoseksualne?
Pamiętam zwłaszcza jednego chłopaka, przychodził do mnie sam, ale potem poznałam także jego partnera i ich krąg towarzyski. Obaj byli niezwykle wrażliwi i bardzo przejęci swoim związkiem, ale też byli dosyć młodzi, więc może to brało się z wieku. Na pewno problemy mieli bardzo podobne do par heteroseksualnych – martwili się, czy im się uda, czy jemu zależy tak bardzo jak mnie. Utwierdzili mnie w przekonaniu, że geje są nadwrażliwi, ale nie wiem, czy to samo powiedziałabym o lesbijkach. Być może wpływ na to ma fakt, że wszystkie pary lesbijskie, jakie znam, są ze środowisk zaangażowanych społecznie i związanych z pozarządowymi organizacjami – te dziewczyny są silne, przedsiębiorcze i inteligentne. Bardzo duże tu uogólnienie zrobiłam, ale cóż, takie pary właśnie znałam.

Przygotowując się do naszej rozmowy, trafiłam na artykuł Joanny Fielding w brytyjskim „Psychologies”. Przez lata była w związkach z mężczyznami, a teraz jest szczęśliwa w związku z kobietą. Powołuje się w nim na brytyjskie badania z 2013 roku, które potwierdzają, że pary homoseksualne są bardziej zadowolone ze swoich związków. Fielding twierdzi, że pary hetero mogłyby się nauczyć wiele od par homoseksualnych. Przede wszystkim ustalania własnych reguł. Ponieważ od zarania dziejów świat akceptował i promował pary heteroseksualne, jest bardzo silny wzór takiego związku. Pary homoseksualne nie są obarczone tym balastem.
I mogą sobie ustalać zasady według własnych potrzeb i preferencji. Chcesz zmywać – będziesz zmywała, chcesz zarabiać pieniądze – zarabiaj, albo obie będziemy zarabiać. Nie masz ochoty dbać o dom – zatrudnimy panią do sprzątania a jeść będziemy na mieście. Jakoś sobie poradzimy. To cudowne i bardzo inspirujące. Choć założę się, że społeczeństwo i tak będzie im zaglądać pod stół i pytać, kto tam jest mężem, a kto żoną.

A zawsze jest taki podział?
Czasem jest, a czasem go nie ma. Są na pewno różne typy lesbijek, tak jak są różne typy gejów. Są więc lesbijki w typie butch, które wyglądają prawie jak mężczyźni, i one często mają bardzo kobiece partnerki, w typie femme. I wtedy jest bardzo jasny podział. Natomiast myślę, że w seksie może być zupełnie inaczej, choć do łóżka nikomu nie zaglądałam. Ale wracając do poprzedniego wątku – zawsze powtarzam, że pary robią jeden podstawowy błąd: zanim się pobiorą, nie siadają razem i nie ustalają, na czym im najbardziej zależy, czego chcą w związku, a czego nie.

Kolejna wskazówka z artykułu – pary homoseksualne więcej rozmawiają. Wszystko na bieżąco przegadują.
Odkładanie spraw na później, przełykanie problemów i pretensji, nieodnoszenie się do palących nas kwestii na bieżąco – to kolejny błąd, jaki popełniamy w związkach. Pary homoseksualne dzięki rozmowom bardziej siebie rozumieją i są siebie bardziej ciekawe.

Fielding twierdzi, że związki homoseksualne są kompletnie wolne od stereotypów. My lubimy zwalać winę na płeć: „on robi tak, bo jest mężczyzną”, „ona myśli to i to, bo jest kobietą”. Tu nie możesz użyć tego argumentu.
Nie powiesz, że twoja partnerka jest wkurzona, bo pewnie okres jej się zbliża. Albo właśnie wiesz, że okres jej się zbliża i jak się może czuć. To bardzo ważne widzieć w drugiej osobie tę, którą muszę najpierw poznać, a nie zakładać z góry, jaka jest.

Nie sadzisz, że fakt, że większość par homoseksualnych nie ma dzieci, może wpływać na ich zadowolenie ze związku?
Na pewno mogą bardziej się na sobie skupić, są bardziej wolni w sensie czasu, możliwości wyjazdu czy finansowych – wydają więcej pieniędzy na siebie i swoje przyjemności. Ja bardzo lubię nie mieć dzieci i bardzo lubię moje życie – wolne i swobodne. Oczywiście mam też w nim zobowiązania, ale wynikające z moich zawodowych decyzji, na które mam wpływ.

Czego twoim zdaniem moglibyśmy się nauczyć od par homoseksualnych, by być bardziej zadowolonymi w naszych związkach?
Może właśnie tego zdrowego egoizmu? Lejtmotyw ostatnich lat mojej pracy terapeutycznej jest taki, żeby zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że ja jestem dla siebie najważniejsza i ty jesteś dla siebie najważniejszy. Szanujmy swoje odrębności, bądźmy wdzięczni za to, że się ze sobą spotykamy, bo wcale nie musimy. Nie czerpmy nieustannie z drugiej osoby, tylko dawajmy sobie wszystko, co najlepsze, a to, co nam zostanie, dawajmy partnerowi. Taki oświecony dwuosobowy egoizm.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

O pierwszeństwie partnera przed dzieckiem

Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. (Fot. iStock)
W wielu małżeństwach pojawienie się dziecka zaburza naturalną kolejność „karmienia”. To, co najważniejsze, czyli nasz czas, uwagę, troskę, dostaje maluch, a nie partner. I związek zawisa na włosku. Psychoterapeutka Katarzyna Miller wyjaśnia, że dzieci są o wiele szczęśliwsze w domu, w którym rodzice skupiają się najpierw na sobie.

Co się dzieje ze związkiem mężczyzny i kobiety, gdy pojawia się dziecko?
Zacznijmy od tego, że najczęściej dzieje się to za szybko. Ile znasz par, które sobie założyły, że pożyją sobie jako młodzi, zakochani w sobie i nieobciążeni dodatkowymi obowiązkami, że będą sobie jeździć w podróże, balować, zostawać poza domem, na ile chcą? A ile par wiąże się ze sobą tylko dlatego, że pojawiła się ciąża? Wtedy w ogóle nie mają czasu na to, by nacieszyć się sobą. A ile małżeństw by ze sobą nie było, gdyby nie dziecko? Ja nie chcę powiedzieć, że życie ma być przyjemnością, ale ono ma być przyjemne. Obowiązki, zadania, praca – też mogą być przyjemne. Nie chodzi o to, żeby unikać wszelkiego wysiłku, tylko żeby podejmować się zadań, których wykonanie sprawia nam satysfakcję. Na początku małżeństwa gotowanie i pranie sprawiało mi przyjemność, więc to robiłam, a gdy przestało, skończyłam z tym. Jeżeli nie umiesz żyć i marzysz tylko o tym, żeby stworzyć z kimś dom, do którego on wniesie tę lekkość i pogodę ducha, to się możesz przeliczyć.

Chcesz powiedzieć, że nie dajemy sobie pożyć wspólnie w przyjemności, tylko od razu bierzemy na głowę obowiązki, czyli dziecko…
Dokładnie tak. I wiesz, co się dzieje…? Oczywiście są mądre dziewczyny, które chwalą swoich mężów za to, że od początku zajmują się dziećmi, ale zwykle jest tak, że facet, który się boi wziąć dziecko na ręce, zamiast być zachęcanym do tego, jest strofowany, że robi to nie tak. Więc natychmiast przestaje próbować. Nie chce być uważany za fajtłapę ani czuć się jak fajtłapa. A fajna żona zamienia się – nawet nie w matkę, ale w mateczkę.

I co on się do dziecka zbliży, to ona go ofukuje, że teraz dziecko musi pospać albo że źle je trzyma…
Ona, po pierwsze, robi tak, bo chce być królową na jakimś polu, po drugie, nie wierzy w siebie i w to, że na innych polach jest ważna i potrzebna, a po trzecie, nie zbudowała z ojcem dziecka silnej więzi. Bardzo często kobiety po to mają mężów, żeby mieć dzieci, żeby nad kimś górować. Bo dzieci są dla wielu osób po to, by mieć coś swojego. Znacznie trudniej, niż urodzić dziecko, jest dogadać się z facetem, szczególnie że ludzie są zwykle niedojrzali i bardzo często dobierają się na zasadzie: ktoś chciał, trafił się, wychodził mnie sobie, wyjął mnie z domu, rozwiódł mnie z mężem albo podobał mi się bardziej niż ktoś inny, co nie znaczy, że podobał mi się najbardziej ze wszystkich albo że się sprawdziliśmy i do siebie pasujemy. Sami siebie nie znamy i niezbyt dobrze czytamy innych, w związku z tym, jak się komuś uda trafić na kogoś dla siebie dobrego, to albo Bozia pomaga, albo intuicja. A to przecież jest najważniejsze, by najbliższą więź mieć ze swoim partnerem.

Bo on najpierw jest partnerem, a dopiero później ojcem twoich dzieci?
Właśnie. Mąż jest pierwszy i zawsze powinien być pierwszy, bo to jest twój partner, mężczyzna, którego wybrałaś, który powinien cię obchodzić, podobać ci się, zachwycać tobą, a ty nim. Powinniście najpierw zbudować bazę, na której dopiero stanie wasz dom, czyli cała reszta, w której też mieszczą się dzieci. Wy jesteście tu dorośli, dzieci są dziećmi. One mają przyjść do domu, w którym jest dwoje kochających się, w miarę mądrych, w miarę zadowolonych i w miarę lubiących się ludzi. W dodatku takich, którzy uważają, że posiadanie dziecka nie jest udręką, nie jest poświęceniem ani hodowaniem sobie kogoś, kto mi będzie herbatę na starość podawał…

I nie jest jedynym szczęściem w życiu.
Tak jak nie jest jedynym szczęściem w życiu mieć udany związek. Jest wielkim szczęściem, ale nie jedynym.

Czyli komu należy się palma pierwszeństwa?
Kiedyś było tak, że pan domu dostawał przy stole najlepsze kąski, co nie do końca było sprawiedliwe, bo jak mordę pruł, to wszyscy siedzieli cicho. Zresztą dziś też tacy tyrani się zdarzają, tylko oni znęcają się z racji tego, że są tyranami, wtedy dodatkowy pretekst dawała im pozycja. Dziś to już, na szczęście, minęło, starszym odebrało się władzę, ale oddało się ją młodym, którzy są, niestety, durni. Młodość nie może, nie powinna rządzić!

Dziś najlepsze kąski dostają dzieci.
I nie wiedzą, co z nimi zrobić. Młodzi nie chcą mieć przyjemnego życia, tylko chcą samej przyjemności. I jeśli się uczą, że nie muszą na nią zapracować, tylko mogą ją dostać, to sobie roszczą do niej prawo. A już najlepsze kąski dostają chłopcy. I znów mamy to samo – kobiety wychowują synów w kulcie patriarchatu.

To jaki powinien być podział kąsków przy stole?
To nawet nie o kąski chodzi, tylko o kolejność. Powinno być tak, że my, jako para, zasiadamy do stołu z dziećmi. I gdybym to ja przy tym stole rozlewała rosół, tobym zaczynała od męża, a on powinien zaczynać ode mnie. Dopiero potem wlewamy rosół do talerzy dzieci. Uwaga, jaką się sobie poświęca, troska o siebie, jaką się przejawia na zewnątrz, powinna być skierowana na partnera, bo dzieci to widzą i w takim domu już jest dobrze. Jeżeli obserwują, że tata o nic nie dba, a mama dba o nich nadmiernie, to ich świat się wykrzywia. Rodzice mają wzajemnie o siebie dbać, mają być dla siebie uprzejmi i mili, co nie znaczy, że mają się nie kłócić, tylko nie wciągać w te kłótnie dzieci. Powiedzieć: „To nie wasze sprawy, mama i tata muszą sobie teraz coś wyjaśnić”.

W sumie, jakby to wziąć na logikę, mąż był pierwszy, bez niego nie byłoby dzieci. Dlaczego teraz miałby być nieważny lub mniej ważny?
To przecież z nim chcę porozmawiać o dzieciach, to z nim chcę się zastanowić, co robimy w ogóle w naszym życiu, to z nim chcę wypocząć, to z nim chcę się bawić. Owszem, z dziećmi też chcę wypocząć i się pobawić albo iść do filharmonii, ale to dlatego, że on nie lubi filharmonii. Jeśli podobał nam się ten okres zakochania, kiedy byliśmy dziewczyną i chłopakiem, to przedłużmy go, pokażmy drugiej osobie, że ją kochamy. Tymczasem dziewczyny odstawiają na bok swoją kobiecość, dziewczęcość i dziecko w sobie na rzecz bycia mamuśką. Kobieta powinna mieć czas dla siebie, bez dzieci i bez męża, ale też czas dla męża, bez dzieci. Dzieci nie czują się skrzywdzone, kiedy rodzice zamykają drzwi do swojego pokoju, tylko kiedy nie są zauważane i ważne. Każdy jest ważny, ale powinien być na swoim miejscu. Uważam, że rodzice nie zawsze powinni mieć takie samo zdanie, skoro mają inne. Wtedy mówią dzieciom: „Tata ma takie zdanie, ja takie, ale wspólnie postanowiliśmy, że…”. Czyli w skrócie: nie skłócicie nas.

Żeby wszystko stało na swoim miejscu, jaka powinna być kolejność? Najpierw…
…ja, potem mój partner, a potem dzieci. Jasne jest, że dzieci zostają na zawsze naszymi dziećmi, a partner nie zawsze musi być partnerem do końca życia. Jeśli rozstajemy się, bo było mi z nim niedobrze, to oczywiście z tego zaszczytnego miejsca go wystawiamy, ale nadal pozostaje ojcem mojego dziecka. Dopóki jednak on jest moim partnerem i nie zamierzam się z nim rozstawać, to wspólnie ten dom budujemy, jesteśmy tym fundamentem, mamy siebie wspierać i być sobie potrzebni. Pójdziesz na bal z partnerem, a nie z dzieckiem, do łóżka też. Poza tym dzieci dorastają, mają rówieśników, swoje sprawy, przestaniemy być dla nich tak ważne. Dzieci powinny wiedzieć, że są tylko dziećmi.

Wiesz, że wiele matek nie zgodzi się z tym, co mówisz? Żyjemy w czasach, kiedy to mężczyźni zawodzą, a dzieci są jedynym, co nam się udało.
Ale my nie mówimy tu o wyższości męża nad dzieckiem, tylko o jego pierwszeństwie. To jedno. Inna kwestia jest taka, że mamy teraz nadopiekuńcze mamusie. To oznacza tyle, że matki żyją życiem dzieci, a nie swoim. A dlatego to robią, bo nie mają mężów, z którymi jest im dobrze. A nie mają mężów, z którymi jest im dobrze, między innymi dlatego, że pozwalają mężczyznom na wszystko, a w zamian dostają od nich figę z makiem. I to jest taki zaplątany układ, w którym kobiety godzą się na bycie traktowanymi źle przez mężczyzn, bo oni są wartością wyższą według nich, niezależnie od tego, że mamy równouprawnienie i niezależnie od tego, ile kobiet powie: „Wolę być sama niż z kimkolwiek”.

Zauważ, co się dzieje, kiedy siedzi sześć panienek przy herbacie i wchodzi jeden facet. Przynajmniej połowa z nich poleci mu herbatę zrobić albo zapyta: „Jadłeś coś?”, „A może byś tu usiadł? Bo tu jest takie cudowne miejsce”. Nie będą dalej zajmowały się sobą, a niech on sobie sam radzi, tylko zaraz pojawi się słodka minka, zmieniony głosik, całym ciałem się zwrócą w jego kierunku… Dlatego jeżeli kobiety mówią, że dzieci są dla nich najważniejsze, to przepraszam bardzo, ale jest to po prostu zmyła.

Zmyła?
Nieprawda i rodzaj usprawiedliwienia. To bardzo pogmatwany temat. Wystarczająco długo pracuję z kobietami, mężczyznami również, ale nade wszystko z dziećmi tych kobiet i tych mężczyzn, żeby widzieć, co się dzieje. Jak bardzo nie sięgamy do rozwiązań, tylko przyklepujemy problemy. Jeśli kobietom jest nie najlepiej w związku, to – dziś coraz częściej niż ich matki – odchodzą. Tyle tylko, że one się rozwodzą dopiero wtedy, kiedy ledwo co żyją, natomiast bardzo długo wytrzymują stan swojego niespełnienia. I pozwalają na to, by było tak, jak jest, nie wymagając i nie domagając się, ale też nie biorąc, tylko oceniając, krytykując i wypłacając. Trzeba się nauczyć brać, a nie mordę drzeć, kiedy się nie dostało. Trzeba brać i nie mieć pretensji. Trzeba siebie kochać, trzeba być egoistką, ale ponieważ mamusie tak nas wychowują, żebyśmy nie były egoistkami, to dla kogo my tymi egoistkami nie będziemy? Dla faceta. Bo jemu trzeba usłużyć, jemu trzeba umilić, jego trzeba omamić, że jestem taka kochana. A przecież nie jestem aż taka kochana, jestem trochę fajna, trochę zołza, a trochę leniwa. Przynajmniej takie powinnyśmy być. Z zezwoleniem na swój egoizm, ale i na egoizm męża.

Mężczyźni to potrafią.
I tego się, moje drogie, od nich uczmy. Tymczasem kobiety prędzej dokładnie wyliczą, czego to nie robi ich mężczyzna, jak jest dla nich niemiły, nieadorujący czy nieczuły. Dobrze, kochanie, to powiedz, kiedy ostatnio powiedziałaś mu dobre słowo? Ale za co ja mam mu je mówić? No może za to, że jeszcze, kurde, z tobą jest? Że nie polazł na widok twojej niezadowolonej miny. Ja wiem, że jak ja mam niezadowoloną minę, to mój Edek mnie nie znosi, z tym że ja to robię świadomie, bo nie mam zamiaru się uśmiechać, kiedy nie mam humoru. A niech mnie wtedy nie znosi, ja też go czasem nie znoszę. Ale ja się tego nie boję, że on mnie nie znosi. A one nie są w stanie wytrzymać tego, że on ich nie lubi, bo za sobą nie stoją. W jego oczach szukają potwierdzenia tego, że są coś warte. A przecież ja, ty, my  jesteśmy warte same z siebie.

Ale kiedy związek się nie udaje i się rozstają, mówią: „przynajmniej mam dzieci”.
Dzieci nie są do posiadania. Poza tym te kobiety nadal nie mają tego, na czym najbardziej im zależało. Ale tego nas nauczyły mamy. Nie bierz, tylko dawaj. I jeszcze: jak będziesz miła, skromna i grzeczna, to ci dadzą. A nie dadzą. Mało tego, będziesz miła i grzeczna, ale z coraz bardziej zaciśniętymi ustami. Aż wreszcie walniesz pięścią w stół, a on zdziwiony: „Ale co się stało?”. A ty, że ci się uzbierało. „Ale przecież nic nie mówiłaś?”. No właśnie… Jeżeli mama nie pozwalała brać, bo to egoizm, to ty musisz sprytnie dawać po to, żeby dostać. Ale to jest strasznie zawiłe, bo ten, co dostał, nie wie, że ma oddać.

Czyli, po pierwsze, nie mówimy, czego chcemy, a po drugie, nie chwalimy partnerów i nie dziękujemy im, jak już to od nich dostaniemy. Bo się facet rozpuści. Najlepiej, jakby się sam wszystkiego domyślił. I tego też nauczyły nas mamy.

Wprawdzie kobiety decydują się dziś na rozwód, częściej niż ich matki, ale to, co robią przed rozwodem, robią tak samo. Nie mogą już wytrzymać w małżeństwie, ale albo nic o tym mu nie mówią…
…albo mówią o tym bez przerwy. I kto jest winny? No przecież on. Gdyby umiały sobie wytłumaczyć, że nie tyle są winne, co współodpowiedzialne za sytuację, do której doszło, byłoby im łatwiej to przepracować. Przecież zależy nam na tym, by mieć kogoś, kogo obchodzimy, a nie kogoś, kto jest winien tego, jak ci jest. No, chyba że odwrotnie

Katarzyna Miller 
psycholożka, psychoterapeutka, pisarka, filozofka, poetka. Autorka wielu książek i poradników psychologicznych, m.in. „Instrukcja obsługi faceta”, „Daj się pokochać dziewczyno”, „Nie bój się życia”, „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”, „Kup kochance męża kwiaty” i „Chcę być kochana tak jak chcę” (Wydawnictwo Zwierciadło). 

  1. Styl Życia

Tomasz Raczek: "Jak dorośniesz, to zrozumiesz"

Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Tomasz Raczek przed kinem Iluzjon w Warszawie. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Przeszłość wraca do mnie falami – przyznaje Tomasz Raczek. – Dzisiaj potrafię docenić to, że miałem szczęśliwe dzieciństwo. Natomiast jako chłopiec miałem poczucie, że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany.

Niedawno zmarła, w wieku 93 lat, moja mama. To smutny czas, ale też czas sprzyjający wspominaniu. Porządkuję rzeczy po mamie, natykam się na różne dokumenty, listy, zdjęcia. Przypominam sobie przede wszystkim, co jako dziecko czy młody człowiek myślałem, jak się czułem. Ciekawe, bo zwykle pamięta się fakty, a ja przypominam sobie właśnie emocje.

Za wolno

Może należałoby zacząć od tego, że nie lubiłem być dzieckiem. Całe dzieciństwo marzyłem, żeby być starszy, niż byłem. Wysiadywałem w przedszkolu w oknie, patrzyłem na dzieci, które z tornistrami idą do szkoły, i im zazdrościłem. Nudziły mnie rzeczy, które zajmowały moich rówieśników – mnie się wydawały dziecinne. Potem, kiedy byłem w szkole średniej, zwalniałem się z lekcji i jako wolny słuchacz biegłem na studia, bo nie mogłem się tego doczekać. A od pierwszego roku studiów pracowałem na etacie.

Wydawało mi się, że wszystko dzieje się w moim życiu za wolno. I  że bycie dzieckiem to jakby bycie gorszym rodzajem człowieka, który wciąż jest do czegoś niedopuszczany. Nienawidziłem, kiedy w telewizji Edyta Wojtczak mówiła: „A teraz, drodzy państwo, będzie film dla dorosłych”, i słyszałem od rodziców: „No to marsz do swojego pokoju”. A już najbardziej nie lubiłem tekstu mojego ojca: „Jak dorośniesz, to zrozumiesz”. Kiedy coś takiego wygłaszał, dostawałem białej gorączki. Dla mnie to była potwarz.

Scena

Pamiętam taką sytuację. Siedzę w swoim pokoju i robię teatr. Z książeczek Disneya w twardych okładkach (tak zwana złota seria) buduję scenę, kulisy, żołnierzyki to moi aktorzy, oświetlam ich latarkami, przygotowuję spektakl, na który wieczorem będę zapraszał rodziców. A właściwie nie tyle zapraszał, ile każę kupić na niego bilety. I tak to wszystko ustawiam, aż przychodzi moja mama i mówi: „Tomek, zobacz, jaka piękna pogoda, chłopcy grają w piłkę, idź też pograć z nimi na świeżym powietrzu. Będziesz siedział tak cały dzień?”. Odpowiadam, że tak, będę tak siedział, aż w końcu, kiedy nic do mnie nie dociera, mama mówi z wyrzutem: „Dlaczego ty nie możesz być taki jak inni chłopcy?”. Na co ja: „Bo ja nie jestem jak oni. Jestem inny”. Powtarzałem to w dzieciństwie setki razy. I nie chodziło mi o to, że jestem gejem, nie mogłem tego wiedzieć, dziesięcioletniemu chłopcu trudno się tak zdefiniować. Mówiłem: „Mamo, musisz przyjąć, że jestem inny niż wszyscy”, bo naprawdę tak czułem. Dotyczyło to wielu sfer mojego życia.

A ty rąk nie masz?

Byłem pulchnym chłopcem, więc idealnie nadawałem się na taką ciapę, co to będzie szturchana czy bita. I to się zaczęło od razu, już w pierwszej klasie. Był u nas taki Witek, łobuz klasowy. Popychał mnie, musiałem znosić kuksańce, groźby, że jeśli nie zrobię, co mi każe, dostanę w pysk. Poszedłem z tym w końcu do mamy. Powiedziałem, że jest taki chłopak, że się go boję. „Co robić? Iść do pani?”. A mama: „Po co do pani? A ty rąk nie masz? Jak on cię uderzy, to ty nie możesz mu oddać?”. Mama waleczna, rozpamiętująca powstańcze bohaterstwo, nie widziała powodu, dla którego miałaby mnie w tej sytuacji ratować. Kompletnie inny charakter niż ojciec, właściwie to ona nauczyła mnie tego, czego być może powinien mnie nauczyć on. W porządku, tylko jak ja mam tego Witka uderzyć, skoro jestem od niego słabszy? Nigdy nikogo nie pobiłem... Aż wymyśliłem – do worka na szkolne kapcie włożyłem łyżwy, a następnie tym workiem, jak mnie Witek zaczepił, zakręciłem i dałem mu w łeb. Polała się krew, był wrzask, wezwano lekarza. Rozcięcie skóry głowy. Nauczyciele nie mogli uwierzyć: „Tomek zrobił coś takiego?”. A wszystkie dzieci się z Witka śmiały, że go pokonałem. Nigdy mnie już nie zaczepił.

Użyłem tego sposobu jeszcze kilka razy w życiu. Może nie z łyżwami, ale uderzyłem kiedyś milicjanta chlebakiem, w którym miałem półkilogramową konserwę „Przysmak śniadaniowy”. Byliśmy z moją przyjaciółką z roku, dzisiaj znaną pisarką Agatą Tuszyńską, na festiwalu studenckim FAMA i zaatakowało mnie trzech nieumundurowanych tajniaków. Myśleli, że jestem działaczem opozycyjnym, byłem pewnie podobny, i omyłkowo mnie zgarnęli z ulicy do bramy, po czym prysnęli gazem po oczach. Potem mnie wylegitymowali i okazało się, że to nie ten, którego szukali, natomiast w międzyczasie ja tym chlebakiem dałem w łeb kapralowi Frankowi. Miałem sprawę o pobicie milicjanta na służbie, z czego do dzisiaj jestem dumny.

Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne) Tomasz Raczek z tatą na terenach AWF, obok którego mieszkaliśmy; ok 1960-61. (Fot. archiwum prywatne)

Marika Rökk

Darek, Krzysiek i ja. Trzech przyjaciół. W szkole podstawowej wołali na nas „Trójca Święta”, bo trzymaliśmy się razem i bardzo dobrze się uczyliśmy. Była jeszcze najlepsza uczennica w klasie – Marzenka. Najlepsza, a jednocześnie fajna. Na języku polskim wypracowania Marzenki i moje były oceniane najwyżej. Tylko że Marzenka pisała tak, jak nauczycielka chciała, żeby pisać, a ja zawsze pisałem tak, że pani mówiła, że są trochę nie na temat. Pisałem po swojemu, ewentualnie pisałem prowokacje. Był kiedyś, pamiętam, wolny temat: „Moja ulubiona aktorka”. Napisałem o Marice Rökk. Czyli aktorce filmów faszystowskich, wodewilowych, ulubienicy Hitlera. Napisałem, że uwielbiam jej wdzięk i delikatność, opisałem filmy, w których ją widziałem. Zrobiłem to z pełną premedytacją. Po pierwsze, już wtedy interesowałem się niemiecką kulturą (do dzisiaj nie rozumiem, jak ze względów ideologicznych można przekreślać film, przecież sztuka to sztuka; muzyki dyrygowanej przez Herberta von Karajana jakoś się nie potępia, choć popierał Hitlera). Po drugie, nasza nauczycielka przez pół roku omawiała tylko „Pana Tadeusza”, obsesyjnie się nim zachwycając, czym skutecznie i bezpowrotnie mnie do tego dzieła zniechęciła.

Po tym, jak przeczytała moje wypracowanie o Marice Rökk, wpadła w rozpacz: „Żeby polskie dziecko lubiło kogoś takiego jak Rökk?! Przecież to jest hitlerówa!”. Zawiadomiła kierownika szkoły, wezwano rodziców. Przyszedł ojciec. Kierownik szkoły pyta mojego ojca, jak to jest możliwe: „Wie pan – mówi, podwija rękaw koszuli i pokazuje tatuaż na przedramieniu – ja byłem więźniem Oświęcimia. Czy pan rozumie, co ja czuję, kiedy pana syn pisze takie rzeczy?”. Na co mój ojciec podwija swój rękaw: „Ja byłem więźniem obozu Stutthof i rozumiem”. Kierownik: „No to gdzie on zobaczył te filmy?”. Ojciec: „Poszedł do kina Iluzjon razem ze mną. Na przegląd niemieckich filmów z czasów II wojny światowej, wszystkie widzieliśmy razem”. Kierownik: „Jak pan, więzień obozu koncentracyjnego, może chodzić z dzieckiem na takie filmy?”. Ojciec: „Chcę, żeby on to poznał, żeby wszystko wiedział, musi to wiedzieć. Potem sam zrozumie, co jest dobre, a co złe”.

Kontrola

Ludzie się taty trochę bali, miał taki wyraz twarzy… Kilka razy zdarzyło się, że kiedy szliśmy do kawiarni i tata podchodził do lady chłodniczej zobaczyć, jakie są ciastka, na jego widok bufetowa leciała na zaplecze i krzyczała: „Kontrola przyszła!”. Pamiętam też, jak rozmawiał z kelnerką po tym, jak zamówił wuzetkę, a ona przyniosła torcik marcello. Mama trącała go łokciem i szeptała: „Daj spokój, to też jest dobre, daj spokój”, ale ojciec się nie zrażał: „Droga pani, proszę mi powiedzieć, jak mianowicie wygląda wuzetka?”. Ja, może pięcioletni, siedziałem obok i wpatrzony z zachwytem w ojca myślałem, że też taki będę. I trochę jestem, w moich filmowych recenzjach potrafię być, tak jak on, zasadniczy. Natomiast jeśli mam trochę wdzięku, to po mamie. Mama się dużo uśmiechała, ja też się uśmiecham. Błysk w oku, otwartość do ludzi – mimo że jestem w gruncie rzeczy introwertykiem i musiałem się tego uczyć – to od mamy. Ona mnie tego nauczyła.

Odwrotnie

Tata umarł w 1993 roku. Za jego życia nie zrobiłem przed rodzicami coming outu. I to mimo że mama była lekarką (genialną, bardzo cenioną pediatrą), a nawet od pewnego momentu zajmowała się seksuologią. Nie zrobiłem, bo wychodziłem z założenia, że to jest moje życie. Miałem kłopot z tego typu deklaracją po części także dlatego, że kiedy byłem młodym człowiekiem i poznałem środowisko homoseksualne w Warszawie, ono mi się bardzo nie podobało. Teraz, dzięki LGBT+, wiemy, jak wiele może być różnych wariantów seksualności człowieka. A wtedy mówiło się „pedał” i na tym temat się kończył. Mnie się wydawało, że homoseksualność jest fascynacją męskością, a nie pragnieniem bycia kobiecym. Tymczasem poznałem homoseksualistów, którzy mieli, jak się wtedy mówiło, wiotkie nadgarstki, chcieli, żeby zwracać się do nich żeńskimi imionami i w rodzaju żeńskim. To było małe środowisko, zamknięte, skazane trochę na siebie. Miałem poważne wątpliwości, czy do niego pasuję. A jeśli nie, to kim w takim razie jestem? Nie byłem pewien i nie mówiłem o tym z rodzicami.

Lata później, już po moim oficjalnym coming oucie, odbyliśmy z mamą taką oto rozmowę: „Mamo, ja do tej pory nie mam pojęcia, czy tata wiedział”. „Wiedział”. „I nie miał z tym problemu?”. „Kiedyś dyskutowaliśmy i poradził mi »Zostaw Tomka, to jest mądry chłopak, da sobie radę, my się nie wtrącajmy«”. Na koniec mama zupełnie mnie rozbroiła: „Ja wtedy uważałam, że ty nie jesteś gejem, nawet przekonywałam ojca, że nie. Wiesz dlaczego? Bo jako seksuolog wiedziałam, że geje mają lepszy kontakt z matkami niż z ojcami. A u nas było przecież odwrotnie”.

Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF) Tomasz Raczek: Ojciec był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. (Fot. Szymon Szczęśniak/LAF)

Ty nic nie rozumiesz

Mama miała rację, moja relacja z ojcem była wyjątkowa. Tata był z wykształcenia pianistą, ale kiedy zorientował się, że nie ma talentu wystarczającego, żeby zostać wirtuozem, poszedł na drugie studia, skończył ekonomię na SGPiS i zarabiał na życie, pracując w Ministerstwie Przemysłu Spożywczego jako naczelnik wydziału. Miał na czarnych płytach całą klasykę muzyki poważnej, nauczył mnie słuchać nagrań, chodziliśmy do filharmonii, czytał mi o wielkich kompozytorach.

Był dla mnie punktem odniesienia, chociaż się z nim programowo nie zgadzałem. Z jednej strony był moim mentorem, z drugiej – nieustannie prowadziliśmy słowną szermierkę. Jak coś pisałem, nie wiem, artykuł do gazetki szkolnej, biegłem najpierw do niego i czekałem, co powie. Czytał zawsze bardzo uważnie i bardzo merytorycznie krytykował. I wtedy się zaczynało. Nasze kłótnie były spektakularne, szedłem do swojego pokoju, wykrzykując: „Ty nic nie rozumiesz! Nie masz pojęcia, co czuję!”. Kłóciliśmy się czasem tak mocno, że dochodziło do rękoczynów. Mimo że mój ojciec z natury był bardzo powściągliwy, a ja może mam coś z chuligana mentalnie, ale na pewno nie byłem chłopakiem, który celowo szukałby fizycznej zaczepki. To, że w ogóle dochodziło do przepychanek – bo oczywiście my się nie biliśmy, raczej, jeśli już, to przepychaliśmy w korytarzu, wygrażaliśmy pięściami – świadczyło o intensywności naszej relacji i w ogóle o podejściu do siebie nawzajem. Bardzo się kochaliśmy, ale nie było w tym czułostkowości, zagłaskiwania się, którego do dzisiaj nienawidzę. Wyznaję raczej zasadę „przez walkę do miłości”. Trzeba się zetrzeć w pojedynku i dopiero potem się przeprosić, pogodzić, przytulić na zgodę, wtedy to jest najuczciwsze.

Radziwiłłka

Ponieważ w podstawówce byłem laureatem dwóch olimpiad – z matematyki i z języka polskiego – mogłem bez egzaminu wybrać sobie liceum. Powodem, dla którego wybrałem XLI LO im. Lelewela, była Anna Radziwiłł. Już w nowej Polsce premier Mazowiecki zaprosił ją do współtworzenia rządu, została wiceministrą szkolnictwa. Wtedy, w latach 70., była żywą legendą. Historyczka, zwana przez wszystkich Radziwiłłką, niesłychanie inteligentna, wyjątkowa, niezależna. W prostej linii potomkini „tych” Radziwiłłów. Uczyła inaczej, oceniała inaczej. Ocena na koniec roku była na przykład taka: „pierwiastek z czwórki, łamany na kropkę”. Przychodziło się do niej i ona wyjaśniała, co to znaczy. Dziwaczka, ale genialna. Mówiła: „Jest wtorek, macie na piątek przeczytać »Braci Karamazow« Dostojewskiego”. To było jej potrzebne do lekcji o inkwizycji. A my: „Pani profesor, przecież to jest 700 stron! Kiedy?”. W odpowiedzi słyszeliśmy: „Trudno, spróbujcie”. Wychodziliśmy ze szkoły z myślą, że nie, tym razem się zbuntujemy. A potem i tak dochodziliśmy do wniosku, że przecież tego Radziwiłłce zrobić nie możemy, i czytaliśmy „Braci Karamazow” po nocach. Kreatywne myślenie, łączenie faktów – to były jej metody. Dzięki niej i razem z nią ja i kilkoro innych uczniów zaczęliśmy jeździć w weekendy na wykłady Uniwersytetu Latającego Kuronia i Michnika.

Pod koniec czwartej klasy zaprosiła mnie do pracowni historycznej na rozmowę. Poinformowała, że jako najlepszy uczeń w szkole mogę iść na dowolne studia bez egzaminów wstępnych. I że oczywiście mogę sobie złożyć papiery na co tam chcę, ale ona uważa, że nadaję się na historyka. Mam podpisać zobowiązanie, że złożę papiery na historię i tam będę studiował. „Ale pani profesor, ja chcę zdawać na teatrologię, polonistykę i informatykę”. Nie zrobiło to na niej wrażenia: „Nie wypuszczę cię z tej sali, dopóki nie podpiszesz, będziemy tak siedzieli do czasu, aż się zobowiążesz”. Przekręciła klucz w zamku. Siedzieliśmy, rozmawialiśmy. Po czym znowu zapytała: „No i co? Podpiszesz?”. „Nie, pani profesor, mogę się zobowiązać tylko do tego, że będę zdawał historię jako przedmiot dodatkowy na maturze. Dla pani profesor to zrobię, chociaż wiem, jak będzie wyglądał ten egzamin, i nie powiem, żebym się nie bał”. Minęły ze dwie godziny, Radziwiłłka w końcu mówi: „Nie chcesz? Dobrze, ale w takim razie będziesz musiał zrzec się prawa prymusa i zdawać normalnie na studia. Niech następna osoba w kolejce skorzysta z tego przywileju”. Złożyłem więc papiery i czekałem na egzaminy. A ponieważ do szkół artystycznych zdaje się wcześniej, to na kierunek wiedza o teatrze zdawałem już w czerwcu. Zostałem przyjęty (postanowiłem więc już nie zdawać na informatykę i polonistykę) i od razu, jeszcze pod koniec czerwca, poszedłem do Radziwiłł jej o tym powiedzieć. Stanęła, popatrzyła na mnie. Aż w końcu mówi: „Jestem z ciebie dumna”. Kiedy przypominam sobie ten moment, mam łzy w oczach.

Plan

Na pierwszym roku studiów trafiłem do programu telewizyjnego „Warianty”. Producentka „Wariantów”, Anna Barcikowska, zapraszała studentów naszego nowo powstałego wydziału do dyskusji na antenie. Za każdym razem miały to być cztery inne osoby. Pojawiłem się w pierwszym odcinku. Wiedząc, że prowadzącym jest Zygmunt Kałużyński, że go po raz pierwszy spotkam (był moją ulubioną osobowością telewizyjną, uwielbiałem to, że się kłócił, przerywał, wysadzał w powietrze dyskusję), jechałem na nagranie z postanowieniem, że nie pozwolę sobie przerwać, że go przegadam. To był mój plan strategiczny. Nie pamiętam samej dyskusji, ale walczyłem ostro. Zdziwiłem się, kiedy znowu mnie zaprosili, i tak zostałem przez wszystkie odcinki do końca emisji. Już po śmierci Zygmunta przypadkowo spotkałem panią Annę. Rozmawialiśmy i w pewnym momencie spytała, czy wiem, dlaczego zapraszano mnie za każdym razem. Nie wiedziałem i dopiero wtedy się dowiedziałem. Po pierwszym programie przyszedł do niej Zygmunt i zapytał, czy zauważyła tego chłopaka, co mu nie dawał dojść do głosu: „Niech pani go zawsze zaprasza, bo mi się z nim dobrze rozmawia”. Mnie nigdy się do tego nie przyznał. Nie powiedział, że jestem w telewizji dzięki niemu. I na tym chyba właśnie polega prawdziwa przyjaźń. Że takich rzeczy się nie mówi.

Zdanie

A wie pani, że Zygmunta Kałużyńskiego dostałem, dosłownie, z rąk mojego ojca? Kiedyś, na imieniny, jak byłem jeszcze w szkole podstawowej, tata podarował mi książkę Kałużyńskiego pod tytułem „Nowa fala zalewa kino”. Powiedział mi wtedy coś, co cytuję na swoich spotkaniach autorskich: „Jeśli się interesujesz kinem, musisz przeczytać książkę tego faceta, bo on pisze inaczej niż wszyscy”. Mam to zdanie wyryte w mózgu. Tata oglądał potem nasze programy, lubił „Perły z lamusa” i nigdy nie był zazdrosny o to, że Zygmunt traktował mnie właściwie jak syna.

Natomiast bardzo późno dotarło do mnie, że w tamtym zdaniu wypowiedzianym przez ojca było coś jeszcze, może nawet ważniejszego. Tata mnie, chłopcu, mówił przecież, że robienie czegoś inaczej niż wszyscy jest dobre, właściwe. W odróżnieniu od mamy, która była pragmatyczna i uważała, że jeśli nie będę wyróżniał się z tłumu, to łatwiej będzie mi żyć, ojciec był przekonany, że warto być innym, bo wtedy życie jest ciekawsze.

Tomasz Raczek, rocznik 1957. Krytyk filmowy, publicysta, dziennikarz. Prowadzi Instytut Wydawniczy „Latarnik”, autorski kanał „Wideorecenzje Tomasza Raczka” w serwisie YouTube oraz audycję „Raczek Movie” w internetowym Radiu Nowy Świat. Za życia Zygmunta Kałużyńskiego prowadzili wspólnie programy poświęcone kinu, napisali też serię książek.

  1. Styl Życia

Sylwia Chutnik - kamikadze

Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Sylwia Chutnik (Fot. Marcin Łobaczewski)
Jej dzieciństwo to najpierw brokat i cekiny, a potem marzenie o irokezie i rebelia. Plus zawsze dla niej ważne książki. nie mówiąc już o tym, że Sylwia Chutnik jako niemowlę ledwo uszła z życiem, a jej krewka babcia gotowa była się za nią bić.

Tego nie mogę pamiętać, bo miałam tylko trzy miesiące. Mieszkaliśmy wtedy na warszawskiej Woli, razem z dziadkami od strony mojego taty. Blisko był szpital. To ważne, bo nieśli mnie tam na rękach bardzo chorą. Spędziłam w szpitalu pół roku. Trafiłam na oddział z odmą czy może pierwotnie z jakimś zapaleniem płuc, a po drodze zakażono mnie gronkowcem i sepsą. W każdym razie miałam umrzeć, mama do tej pory ma w swoich dokumentach karteczkę: dowód na to, że odprawiono za mnie mszę. W końcu wróciłam do żywych, ale zostało mi kilka pamiątek. Na przykład ślad, chyba po wkłuciach igły, na udzie. Charakterystyczne szlaki żył. Uważałam, że tworzą mapę, i bawiłam się, że to mapa skarbów. Dla mojej rodziny to doświadczenie musiało być traumatyczne, w domu jeszcze długo w ogóle się o tym nie mówiło. Chyba dopiero jak byłam nastolatką, trafiały do mnie takie opowieści jak ta, że moja mama, kiedy lekarz powiedział, żeby się ze mną pożegnała, bo na odratowanie mnie raczej nie ma szans, zemdlała na schodach szpitala. Albo że już jakiś czas później mój tata – perkusista – grał na ślubie Grażyny Torbickiej i w trakcie wesela odkrył, że na sali jest lekarz, który uratował mi życie. Oczywiście się we dwóch ubzdryngolili, tata dziękował, rzucał mu się na szyję. O, jeszcze jest historia o babci, jak wparowała do szpitala na salę, gdzie ja ledwo ciepła osuwałam się w niebyt, a jedna z pielęgniarek akurat piłowała paznokcie. Babcia, krewka dziewczyna wychowana na Ochocie, rzuciła się na nią z pięściami.

Nasz dom

Teraz, jako dorosła osoba, rozumiem, jak działa wzorzec. Dziewczynka socjalizowana do bycia miłą i sympatyczną obserwuje kobiety z najbliższego otoczenia. I widzi, że potrafią walnąć pięścią w stół, mogą zadecydować, mówią wprost, czego chcą, a czego nie. Moja mama też w niestandardowy sposób jest twarda, ale babcie to w ogóle niezłe wymiataczki. Ta druga krótko po wojnie razem z dziadkiem miała epizod squatowania. Ich dzieci były już na świecie, także młodszy brat mojej mamy, całkiem wtedy mały. Wiadomo, w zrujnowanej Warszawie zajmowało się, co tylko było można, ale przyszła milicja i chciała całą ich rodzinę wyrzucić z pustostanu. Babcia najpierw ukryła mojego dziadka pod pierzyną, a potem, jako że właśnie gotowała w wielkim garze pieluchy, chwyciła gar z wrzątkiem. Zagroziła milicjantom, że jak tylko przekroczą próg, obleje ich, siebie i dzieci. W skrócie: won stąd! Nie musiałam nawet słuchać tych opowieści z przeszłości. Widziałam, jak babcie funkcjonują na co dzień, że dziadkowie może robią dużo hałasu, ale wiadomo, kto rządzi. A jakiś czas po tamtej historii z pustostanem babcia z dziadkiem dostali mieszkanie w nowo wybudowanym domu, w ścisłym centrum Warszawy. Do tej pory tam mieszkają.

Skok na główkę

Wszystko to znam w formie anegdot, nigdy nie było na ten temat jakiejś poważniejszej rozmowy. To taka cecha mojej rodziny. Mówić o złych rzeczach? A po co to, na co? Ta wesołkowatość mnie zresztą wiele razy ratowała i ratuje do tej pory. Przede wszystkim poczucie humoru na własny temat. Autoironia pomagała mi uciekać z opresji i depresji. Od ciężkiego doła, że ja naprawdę odstaję, i to na wielu frontach, że nijak się nie dopasuję. I nie chcę się dopasować. Często słyszę, szczególnie teraz, po tym, jak zrobiłam coming out, że jestem odważna. Nie, nie jestem i nigdy nie byłam. W wieku ośmiu, może już nawet dziewięciu lat nie mogłam się pogodzić z tym, że tata odkręcił mi w sankach oparcie. Umierałam ze strachu, darłam się i cały czas zapierałam nogami przy zjeżdżaniu. To samo na huśtawce – robiłam wszystko, byle tylko nie rozhuśtać się na tyle, żeby całkowicie stracić kontakt z podłożem. To mi zostało, nadal jestem control freakiem, muszę mieć nad wszystkim kontrolę. Ale jest też we mnie coś takiego, że kiedy staje przede mną wyzwanie, kiedy tak bardzo jestem zestrachana, że nie podołam, to po prostu zamykam oczy i skaczę na główkę. Ta – nie wiem – skłonność, cecha bardzo się przydaje, kiedy jest się introwertyczką, a jednocześnie ma się silne poczucie bycia innym. Dlatego kiedy już trochę później, pod koniec podstawówki i w liceum, zaczęły się niewybredne komentarze i żarciochy na temat moich kolorowych włosów, ciuchów, kolczyków, kiedy zdarzało się, że na mnie zwyczajnie, po prostu pluli, to może i chciało mi się, jak małej dziewczynce, płakać, ale zamiast tego zapierałam się i kolejnego dnia wychodziłam znowu w tych ciuchach, kolczykach, z tymi włosami. Robiłam rzeczy, które chciałam robić. I to naprawdę nie jest kwestia odwagi. Może bardziej jakiś rodzaj bezczelności? Rozumianej nie jako arogancja wobec ludzi, ale upór, stupor. Nie oglądasz się za siebie, idziesz dalej. Kamikadze.

A rodzice wiedzą?

Po Woli były Bielany, ale do szkoły podstawowej dojeżdżałam na Żoliborz. Do kościoła też. Kościół Świętego Stanisława Kostki na tyłach placu Wilsona był super. Realizowałam się tam jako mała aktywistka. Byłam z życiem kościelnym mocno związana. Czasy Solidarności – kościół był miejscem, gdzie się dużo działo. Nie mówiąc o nieograniczonych ilościach zagranicznych słodyczy. Jako dzieci z represjonowanego kraju dostawaliśmy z Zachodu paczki, których zawartość rozdawano w salce katechetycznej. Była tam siostra zakonna, bardzo aktywna, zawsze z gitarą, organizowała jasełka i różne inne występy, w kółko były jakieś próby i mama mnie na nie odprowadzała. Już wtedy miałam ciągoty do intelektualnego życia wyższych sfer, a kościół tak mi się kojarzył. Czuło się, że walczymy, że to jest ważne, choć wtedy nie wiedziałam za bardzo, w związku z czym. Poza tym ta forma! Na bogato, wszędzie kwiaty. Robiło to na mnie wrażenie, moja przyjaciółka ze szkoły miała nianię i mieszkała w willi na Żoliborzu. To ciekawe, bo przecież mimo różnic klasowych chodziłyśmy do jednej klasy. Tymczasem ja po szkole wracałam do kawalerki przedzielonej szafą. Na religię chodziłam, dopóki była w kościele. A w momencie, kiedy została wprowadzona do szkół – moja piąta klasa podstawówki – przestałam. Uważałam, że religia i wiara to są nasze osobiste sprawy i że nie można robić kolejnej lekcji z tak ważnej rzeczy. A poza tym, co mają robić ci, którzy nie wierzą? To, że nie mieli wyboru, wydawało mi się bardzo niesprawiedliwe. Przez cały pierwszy rok, kiedy wprowadzili religię, byłam jedyna w szkole, która w czasie tych lekcji siedziała na korytarzu, w bibliotece albo w świetlicy, jak była otwarta. I przez cały rok, za każdym razem, któryś z nauczycieli podchodził i pytał, dlaczego tu siedzę. A ja za każdym razem odpowiadałam: bo nie chodzę na religię. „Dlaczego?”. Bo nie chcę chodzić. „A rodzice wiedzą o tym?”. Tak, wiedzą. To, że w tym wieku musiałam to mówić, tak jasno sformułować, było dla kształtowania moich poglądów totalnie ważne. Co na to moja rodzina? Oni, wierzący niepraktykujący, uważali, że to pierwsze oznaki buntu. Trochę wczesne, ale przeczekamy. Tak samo było z moim niejedzeniem mięsa. Myśleli, że mi w końcu kiedyś przejdzie.

Córka dansingu

Mój tata jako muzyk jeździł na tak zwane kontrakty. Dwu-, trzymiesięczne wyjazdy, grał gdzieś na statku między Finlandią a Polską. Albo jechał do Abu Zabi w ramach kontraktu z Pagartem. Przed rokiem 1989 to była jedyna agencja artystyczna, przez którą można było wyjechać oficjalnie, dostać paszport, pobierali oczywiście kosmiczne prowizje. Tata grał razem z moim wujkiem gitarzystą i przed wyjazdami często spotykali się w mieszkaniu mojej prababci, gdzie mieli bazę i trzymali wszystkie rzeczy. Tam się przygotowywali, czasem mieli jakieś próby. Moje wspomnienia z tamtego czasu są takie, że zajmują się mną te wszystkie ciocie, czyli dziewczyny, bo w ich zespole zawsze były dwie wokalistki, najlepiej blondyna i brunetka. I że mnie przebierają. Już wtedy wiedziałam, że chcę zostać artystką, cokolwiek to znaczy. Akurat wtedy chciałam chodzić odpierdzielona jak one, codziennie od rana do wieczora, mieć szalone życie. Na te wyjazdy jechały całe skrzynie ciuchów scenicznych. Brokat, cekiny, błysk, kicz, kicz, kicz, dansing. Coś, co razem z „Akademią pana Kleksa” ugruntowało mój gust. Dwa razy byłyśmy z mamą w trasie razem z nimi za granicą. Raz w Turku w Finlandii, raz w Berlinie Zachodnim. Szał. Większość zdjęć z tamtego wyjazdu to jestem ja wśród zabawek, nienaturalnie pobudzona. Samo to, że one tam były, to już było dla mnie wiele. Że są nieosiągalne, było w jakiś sposób oczywiste i nie wiązało się ze szczególnym żalem. Fajnie się było napatrzeć. Jak się dostawało z zagranicy katalog wysyłkowy, to te katalogi się pożyczało, kursowały po rodzinie, znajomych, sama oglądałam je z 50 razy dziennie, coś wycinałam i wklejałam do zeszytu. Pamiętam też ten zapach. Zapach luksusu. W zeszłym roku pojechałyśmy z moją mamą do Berlina i chodziłyśmy śladami tamtego wyjazdu, nas z roku 1986. Zrobiłyśmy sobie superzdjęcia, w tych samych miejscach, w których byłyśmy wtedy, mój syn był fotografem. Weszłyśmy między innymi do wielkiego centrum handlowego. Chodziłyśmy po nim teraz bez wielkiego wow. Ale ten zapach!

Klucz w zamku

Mama długo pracowała w gastronomii, w knajpie, na zmiany. Pachniała fryturą i papierosami. Cudzymi, bo sama nie paliła. Kiedy wracała z pracy po wieczornej zmianie, to ja, siedząc w mieszkaniu, z korytarza na klatce schodowej najpierw czułam moją mamę, a dopiero potem słyszałam dźwięk klucza przekręcanego w zamku. Przychodziła, zdejmowała wszystko i od razu szła do łazienki, żeby tylko to z siebie zmyć.

Do zobaczenia

Kiedy miałam 11 lat, tata odprowadził mnie na przystanek tramwajowy, jechałam do szkoły. Pożegnaliśmy się, wiedziałam, że wyjeżdża na kolejny kontrakt. Kolejne dwa, trzy miesiące grania w Stanach. Następnym razem zobaczyliśmy się siedem czy osiem lat później, kiedy mógł już do Polski przyjechać. Tata został tam, zamieszkał niedaleko Nowego Jorku. Mieliśmy w tym czasie kontakt, ale telefoniczny i listowny. Kiedy wspominam swoje dzieciństwo, mam wewnętrzną cezurę. Na własny użytek używam sformułowania: „Jak jeszcze tata był z nami”, więc myślę, że to ważny punkt w ogóle w moim życiu, nie tylko w dzieciństwie. Właściwie non stop mam poczucie tymczasowości w kontaktach z ludźmi. Takie poczucie, że jest ktoś, i fajnie, ale ten ktoś w każdej chwili może zniknąć.

Wychowanie seksualne

Zostałam uświadomiona przez moją mamę. Subtelnie. Pamiętam, że posłużyła się broszurą zakupioną w kiosku Ruchu. Tytuł „Mamo i tato, opowiedzcie mi, skąd się wziąłem”. Niebieska okładka, dość niewielka pozycja, z ilustracjami. Wydanie kryzysowe, czas nie za dobry dla polskich książek. Już wtedy – a byłam może w czwartej klasie podstawówki i moja wyniesiona z podwórka wiedza na temat seksualności człowieka była naprawdę mikro – kuriozalny wydawał mi się obrazek przedstawiający, uwaga, ubrane postaci. Parę, która jest w uścisku, plus podpis: „Dzieci są, kiedy mama i tata się przytulają”. Nie pamiętam, żebym była przerażona dojrzewaniem. W ogóle ciało było dla mnie w jakiś sposób drugorzędne, to nie był dla mnie wielki temat. Chyba że w kontekście kreacji, przerabiania go na własną modłę. Miałam 16 lat, kiedy w Baszcie na moście Poniatowskiego, w pomieszczeniu nad knajpą dla harleyowców, zrobiono mi, osobie niepełnoletniej, pierwszy tatuaż. Sporo też dowiadywałam się o cielesności z książek, mam wrażenie, że to one mnie na różne doświadczenia przygotowały. „Czy już wtedy coś wiedziałaś, przeczuwałaś?”, „Kiedy się zorientowałaś?”. Tak, teraz często słyszę tego typu pytania. Przede wszystkim były inne czasy, nie mieliśmy nawet języka, słownictwa, sposobów na określanie siebie. Co mnie, nawiasem mówiąc, z wiekiem coraz mniej interesuje. Kocham tę albo tę osobę. Mój coming out był ważny ze względu na okoliczności, czułam, że ważne jest powiedzieć to, wyraźnie, właśnie teraz. Ale wtedy? Jesteś młoda, masz pierwsze doświadczenia, eksperymentujesz. Byłam inna, akceptowałam to, także w kwestiach seksualności. Po prostu zawsze podobali mi się i faceci, i dziewczyny. Oglądałam się za dziewczynami i mówiłam koleżankom, że są piękne i fajne.

Heca

Bardzo wcześnie przeczytałam „Bunt długich spódnic”, biografię Emmeline Pankhurst, założycielki i przywódczyni ruchu sufrażystek w Wielkiej Brytanii. Mocna rzecz, o rebelii, naparzaniu się z policją. Pamiętam wstrząsające sceny przymusowego karmienia Pankhurst w trakcie strajku głodowego w więzieniu. „Bunt…” leżał na działce moich dziadków, nie mam pojęcia, co tam robił, chyba los mi go zesłał. Ale jeszcze wcześniej czytałam, i to nie raz, „Dziewczynę i chłopaka, czyli hecę na 14 fajerek” Hanny Ożogowskiej. Bliźniaki, dziewczyna i chłopak, zamieniają się rolami i siostra jedzie za brata na wakacje w jedno miejsce, a on za nią w drugie. Był też serial, ale powieść lepiej pokazywała dziewczynkę, która musi zadbać, żeby wszystko było w rodzinie w porządku. Siostra godzi się przecież jechać i udawać chłopca, żeby ratować tyłek tego nieogara, swojego brata. Irytowało mnie to na bardzo podstawowym poziomie, „ej, czemu jego traktują inaczej?!”. Ten jego całkowity brak sprawczości. Aż mnie korci, żeby zajrzeć do tej książki teraz i zinterpretować ją genderowo.

Klub ludzi artystycznie niewyżytych

Miałam 12, 13 lat i mama nie pozwalała mi jeszcze wychodzić wieczorami. W sąsiedztwie mieszkał chłopak. Starszy ode mnie, punk z irokezem. Obserwowałam go z oddali, z okna, i na tle tych wszystkich ludzi widziałam tylko jego, bo się wyróżniał. Totalnie mi to imponowało. On mi się niekoniecznie podobał jako mężczyzna, ale był ucieleśnieniem pewnej idei. Chciałam być taka jak on. Latem jechałam na kolonie i wróciłam z nich już z nową fryzurą. Tak się złożyło, że reakcja mojej mamy na tę fryzurę została uwieczniona. Wujek pożyczył kamerę VHS i poszedł z moją mamą mnie odebrać, bo ja z tych kolonii wracałam autokarem. Na nagraniu widać, jak autokar wjeżdża, dzieciaki wysiadają i słychać głos mamy: „O, jest Sylwia, jest!”. Ja w tym samym momencie się odwracam i słychać takie „ooooo!”, tylko już trzy tonacje niżej. Czytaj: „O mój Boże!”. Od tych włosów poszło szybko. Porwane swetry, przestałam jeść mięso, no i trafiłam do Klubu. W gazecie „Filipinka”, którą czytałam, swoją rubrykę „Cześć, poeci i poetki” miała Danuta Wawiłow [1942–1999, poetka, prozaiczka, tłumaczka, autorka literatury dla dzieci, w tym słynnego wiersza „Daktyle” – przyp. red.]. Młodzi ludzie wysyłali jej swoje utwory, a ona je publikowała i komentowała. Wyczytałam, że raz w tygodniu spotyka się założony przez Wawiłow Klub Ludzi Artystycznie Niewyżytych. Ja, będąc wtedy jeszcze w podstawówce, powinnam iść z osobą starszą, ale poszłam sama. Taki moment w życiu, że wiesz już, kim chcesz być, potrzebujesz tylko wsparcia, potwierdzenia tej twojej intuicji, że dobrze kombinujesz. W Klubie znalazłam osoby myślące tak jak ja. Jedni z nas interesowali się filmem, inni fotografią, były punki, byli hip-hopowcy. Ważne było to, czego ci ludzie słuchali, co czytali, czym się interesowali, jak wyglądali. Dorwałam się do tego źródła wiedzy, pamiętajmy, że nie mieliśmy jeszcze Internetu. Czytaliśmy, tłumaczyliśmy poezję, przynosiliśmy swoje wiersze, omawialiśmy je. Ale to był pretekst, chodziło o to, żeby być razem. Trochę jak w kawiarniach literackich, już samo to, że nawzajem się inspirujemy, było ważne. Pisałam wiersze na maszynie do pisania, którą wtedy miałam, ozdabiałam kolażami lub swoimi rysunkami i robiłam z nich książeczki, które potem, jak ziny, odbijałam na ksero i rozdawałam. Nadal mam mnóstwo takich tomików, także tych pisanych przez innych. Zostało mi trochę przyjaźni. Klub to była szkoła życia, polana artystycznym kontrkulturowym sosem.

Gdyby

Liceum księgarskie wybrałam świadomie. Opcja licealna, ale z możliwością zrobienia dyplomu zawodowego: technik księgarstwa. Idealne miejsce – uwielbiałam książki – i dość niedaleko mojego domu. Klasa żeńska, w większości hipisiary, tylko my z koleżanką byłyśmy punkówami, grupa niezłych freaków. W drugiej klasie oblałam matmę. Jak dziewięć innych osób z klasy. Miałam rok do tyłu. Poznałam superfajne osoby, ale moje doświadczenie z edukacją w liceum oceniam raczej negatywnie. Gdybym tak zebrała to, co mówili do mnie nauczyciele i nauczycielki... Gdybym tylko miała cieńszą skórę… No cóż, to były intensywne lata, nie miałam czasu na naukę. Ale w ostatniej klasie się ogarnęłam. Wiedziałam już, że chcę iść na kulturoznawstwo na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie bardzo ważne były punkty i wyniki na świadectwie maturalnym. Zorientowałam się, że wreszcie mam cel, wiem, po co mam się uczyć, i zupełnie inaczej zaczęłam podchodzić do tego, co mi proponowało szkolnictwo. No i miałam praktyki księgarskie. Potem pracowałam w Stanach w księgarni, już w czasie studiów w ramach wakacyjnej pracy. I nadal, kiedy wchodzę do jakiegokolwiek sklepu z książkami, mam odruch porządkowania. Kiedy coś jest źle rozplanowane, jestem okropna, mądrzę się potwornie. Potrafię nawet fukać jak Magda Gessler w „Kuchennych rewolucjach”. I tak sobie myślę, że gdyby to wszystko szlag trafił, gdyby była na rynku zapaść, gdybym straciła źródła dochodów – to w porządku, otworzę swoją księgarnię. Albo zatrudnię się w jednej z tych, które lubię.

Sylwia Chutnik, rocznik 1979. Pisarka, działaczka społeczna (założycielka Fundacji MaMa), feministka, publicystka, promotorka czytania. Była trzykrotnie nominowana do Nagrody Literackiej Nike, za książki: „Kieszonkowy atlas kobiet”, „Cwaniary” i „W krainie czarów”. W lipcu tego roku oficjalnie dokonała coming outu jako osoba nieheteronormatywna.

  1. Psychologia

Na ile ufasz swoim bliskim?

Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Na czym polega zaufanie? Czy ufając zyskujemy poczucie bezpieczeństwa i pewności? (fot. iStock)
Jak wygląda nasze zaufanie w relacji z partnerem, w rodzinie, w społeczeństwie? - Rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku – mówi psycholog Katarzyna Popiołek z Uniwersytetu SWPS w Katowicach.

W życiu społecznym jesteśmy nieufni. A w rodzinie?
Z badań profesor Krystyny Skarżyńskiej wynika, że rodzina jest sferą, w której obdarzamy się największym zaufaniem. Natomiast nasze zaufanie do innych ludzi, do instytucji, władzy jest niewielkie. Wygląda na to, że popadamy w ekstrema – obcym nie ufamy wcale, natomiast bliskim czasem za bardzo. Niedobry jest kompletny brak zaufania do ludzi – gdy jesteśmy podejrzliwi, gdy uważamy, że inni dbają wyłącznie o własny interes – ale zgubna okazuje się też postawa absolutnego zaufania: gdy spodziewamy się, że zawsze wszystko będzie przebiegało zgodnie z naszymi oczekiwaniami. Najlepszy okazuje się oczywiście arystotelesowski złoty środek.

Na czym polega złoty środek w bliskich związkach?
Na tym, że na początku przyjmujemy założenie: wierzę w uczciwość i wiarygodność partnera. Takie założenie jest rozsądne, bo nie mamy jeszcze doświadczeń. A zaufanie to funkcja doświadczeń, które zdobywamy w relacjach z drugą osobą. Kiedy kogoś dopiero poznajemy, mamy wiele wątpliwości, no bo nic o nim nie wiemy. Ale wątpliwości powinna zastąpić wiara, że partner jest uczciwy. Dajemy rodzaj kredytu, świadomi, że możemy doznać zawodu. Bez tego nie da się zbudować trwałego związku. Można powiedzieć, że rozwój zaufania to zmniejszanie niepewności dotyczącej siły związku. W miarę jak czyny potwierdzają nasze zaufanie, gdy przekonujemy się, że partner udziela nam wsparcia, zachowuje się zgodnie z naszymi oczekiwaniami, jest wrażliwy na nasze potrzeby, przejawia pozytywne działania, zaufanie do partnera się stabilizuje. I wtedy nie potrzebujemy już ustawicznych dowodów jego wiarygodności. Co więcej – jeśli nawet zdarzy się, że on coś przeskrobie, to uznamy, że jego zachowanie jest przejściowe i nie powinno być przyczyną konfliktu. To nie oznacza, że mamy wszystko w związku akceptować. Zasada ufności to nie nakaz wyłączenia rozsądku.

No a kiedy wchodzimy w związek z podejrzeniami, nieufnością?
To mamy kłopot. Czeski terapeuta Miroslav Plzak odwołuje się tu do innej silnej obawy, jaką jest lęk o życie. Wiemy, że jest kruche, ale to nie znaczy, że z lęku o jego utratę nie będziemy wychodzili z domu. Podobnie jest z zaufaniem – z lęku o jego utratę nie możemy zadręczać partnera kontrolą, nadzorem.

Przykładem braku zaufania jest zazdrość.
Człowiek zazdrosny żąda od partnera dowodu wierności. Taki dowód jest jednak faktycznie i logicznie niemożliwy. Nie da się udokumentować wierności, najwyżej można komuś udowodnić, że był niewierny. Jeśli nawet zamknę się w domu i powiem: „popatrz, jestem tylko twój”, zazdrośnik powie: „dobra, dobra, ale zdradzasz mnie w myślach”. Dlatego droga osoby zazdrosnej jest zawsze drogą w labiryncie. Jak powiedział Szekspir, zazdrośnicy są w szponach zielonookiego potwora.

Z takim bagażem nie warto zaczynać związku? Dobrze jest zacząć od aktu zaufania o niewielkim stopniu ryzyka. Na przykład poprosić o spełnienie jakiegoś małego oczekiwania, które stosunkowo łatwo będzie zrealizować. I zobaczyć, czy ta osoba to uczyni.

 
W relacji rodzice – dzieci postępować podobnie?
Tak. I podobnie jak w relacji z partnerem musimy zacząć od próbnego zaufania. Powinniśmy jednak pamiętać, że pokusa, na jaką wystawiamy dziecko, nie powinna być duża. Sprawdźmy, czy dotrzyma obietnicy, czy powie prawdę, zacznijmy od kredytu zaufania. Ale na początku ten kredyt powinien być adekwatny do możliwości jego spłaty, tak jak w ekonomii.

A jeśli się przekonamy, że partner nas zawiódł, że dziecko zrobiło coś, czego nie chcieliśmy?
Często zawiedzione zaufanie jest sygnałem, że chcieliśmy czegoś niemożliwego albo że coś jest nie tak w naszych relacjach. W bliskich związkach przyczyną może być tak zwany syndrom ciepłej wody. Ktoś siedzi sobie w ciepłym basenie, jest mu dobrze, a na dworze czeka partner i marznie. Może być tak, że czujemy komfort kosztem partnera. Czasami fakt, że ktoś zawiódł nasze zaufanie, może być sygnałem, że nie robimy czegoś, co jest potrzebne drugiej stronie. Ale jeśli kłamstwa się powtarzają, obietnice nie są dotrzymywane, uciekajmy. Z kimś, kto kilkakrotnie zawiódł zaufanie, nie ma sensu budować związku.

A jeśli tym kimś jest dziecko?
Dziecko dopiero się uczy, jak nie zawodzić zaufania i jak je okazywać. Jeśli tu coś nie gra, to znaczy, że popełniliśmy jakiś błąd. Na przykład sami na tym polu źle funkcjonujemy – kłamiemy, ile się da. A może mamy zbyt wygórowane wymagania niemożliwe do spełnienia i dziecko dla świętego spokoju obiecuje, a potem nie dotrzymuje słowa, bo wymaganie było nierealne.

Jakie korzyści mamy w życiu z zaufania?
Uważam, że bez zaufania człowiek może zginąć, bo w trudnych chwilach nie będzie miał do kogo się udać po pomoc. Stała nieufność prowadzi do samotności i niszczy nas samych.

Powinniśmy ufać, ale i nie zawodzić zaufania, bo dostajemy to, co dajemy.
Działają tu dwa prawa: tak zwane prawo bumerangu – co wysyłam, to do mnie wraca. Ale nie zawsze tak jest. Wtedy trzeba zastanowić się dlaczego. Nie wszyscy zasługują na zaufanie, a my czasami nie chcemy tego widzieć. Drugie prawo to tak zwany efekt Rosenthala. Jeśli uważam, że ktoś jest nieuczciwy, to jestem wobec niego nieufna, kontrolująca. A taka postawa często wywołuje u tej osoby zachowania, o które właśnie ją podejrzewałam. Powinniśmy zatem dawać kredyt zaufania, ale jak się okaże, że ktoś nas zawiódł, bądźmy ostrożni w dalszych kontaktach.

Ale najpierw czyńmy innym to, co i nam miłe.
Gdy czasem słyszę: „nie ufam nikomu, bo wszyscy mnie zawiedli”, to jestem prawie pewna, że przyczyna leży w tym, kto to mówi. Pamiętajmy, że czas też gra rolę w budowaniu zaufania. Im dłuższy dobry związek, tym większy bank zaufania. Dlatego tak bardzo boli, gdy zdradzi przyjaciel. Mamy wtedy poczucie, że cały nasz bank został obrabowany. Ale z drugiej strony – myślimy sobie: „przez tyle lat ten ktoś nas nie zawiódł i teraz, po jednym złym doświadczeniu, mamy kończyć znajomość?”. I najczęściej, nawet przy dużym wykroczeniu, wybaczamy. Dobrze mieć bank z dużym kapitałem zaufania.

Katarzyna Popiołek - dr hab. psychologii społecznej, profesor Uniwersytetu SWPS Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. Zajmuje się problematyką relacji międzyludzkich, szczególnie relacji pomocy i wsparcia, oraz specyfiką zachowań w sytuacjach kryzysowych. Jest autorką wielu publikacji naukowych, współtwórczynią Instytutu Współczesnego Miasta.

  1. Psychologia

Czy w waszym związku rządzą stereotypy?

Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania. (Fot. Getty Images)
Jaki powinien być dobry związek? Na ten temat wciąż istnieje mnóstwo stereotypów. Rozmawiamy z psychoterapeutą Michałem Dudą. 

Z perspektywy gabinetu terapeutycznego chyba widać, że na temat relacji posiadamy pewną wiedzę, która nam szkodzi. Są to stereotypy.
Stereotypy należą do sfery mitu. To taki mit uproszczony, spłaszczony. Z pewnością nie należy brać stereotypów dosłownie, ale nie znaczy to, że nie ma w nich ziarna prawdy. Niestety, często stereotypy stają się narzędziem manipulacji. Wspierają uprzedzenia, interesy jednej ze stron. Pozwalają wymagać rozwoju lub zmiany od kogoś, unikając spojrzenia na siebie. Jest mnóstwo przekonań na temat relacji, według których ludzie żyją, uważają za normę i stosują wobec siebie, a częściej wobec innych. Myślę, że stereotypy są wygodne. Podtrzymują ten wzorzec relacji, którego chcemy i szukamy. Popierają naszą wizję relacji, związek ma przecież spełniać oczekiwania. Stereotypy nie zmuszają do rozwoju, nie stawiają na progach, nie dotyczą tego, jaki ja powinienem być, raczej tego jaka powinna być żona, co powinien robić mąż.

Mamy na ten temat sztywne przekonania, utarte schematy.
Tak. Jest na przykład bardzo utarty schemat myślowy, że w związku mężczyzna nie może mieć zbyt silnej relacji z matką, tylko raczej z żoną. Świetny stereotyp. Zresztą moim zdaniem to całkiem mądry pomysł. Problem polega na tym, że w drugą stronę on już nie jest taki oczywisty – to znaczy, że kobieta nie powinna mieć zbyt silnej relacji z ojcem, tylko powinna być raczej z mężem.

Rzeczywiście, na to się mniej zwraca uwagę.
No właśnie. Dlatego mówię o wybiórczym stosowaniu, bo drugi pogląd jest równie słuszny. Przekonanie o złym wpływie zbyt bliskich relacji z rodzicem na związek z partnerem sprawdza się w obu przypadkach. Jednak najczęściej nie zajmujemy się stereotypem na własny temat. Zazwyczaj jest tak, że kobieta intensywnie reaguje i mocno pilnuje, żeby jej mężczyzna za blisko z mamusią nie był i jednocześnie chroni, pielęgnuje swój związek z ojcem lub matką.

I pojawiają się kłopoty, bo mężczyzna nagle znajduje się w trudnej sytuacji między dwiema ważnymi dla siebie kobietami.
Tak, są duże oczekiwania. Oczywiście, on ma tutaj swoje do zrobienia i to dla niego jest dobre, żeby się od tej mamusi jednak oderwać i zacząć tworzyć związek ze swoją żoną. Ciśnienie, jakie jest tworzone wokół tego przez żonę, może mieć dwa podłoża. Jedno takie – chcę mieć męża i z nim być, i razem tworzyć rodzinę. I drugie – chcę mojego męża dołączyć do rodziny mojego taty. Chcę go wcielić w szeregi rodziny, którą tata zarządza, ja jestem jego oczkiem w głowie, matka jest trochę na marginesie, a mój mąż ma się w tym wszystkim jakoś znaleźć. Ta motywacja, żeby wyrwać męża z rodziny pochodzenia, mniej służy relacji. Jeśli kobieta działa z tego miejsca, mąż temu jakoś mniej ufa.

Inaczej to wygląda, jeśli przyjęta zostaje postawa – ok, rozstałam się ze swoim gniazdem, chciałabym żebyś ty też się rozstał ze swoim i żebyśmy stworzyli razem nasze gniazdo. Wtedy nie mamy do czynienia z podstępem, żeby go wcielić do swojej rzeczywistości. Wtedy też mężczyzna inaczej to czuje i inaczej reaguje. Podobnie jest w drugą stronę, kiedy chłopak chce, żeby jego dziewczyna dołączyła do jego mamy. To są dosyć powszechne przekonania, zwłaszcza w początkowych fazach bycia w związku czy małżeństwa. Dochodzi wówczas do konfliktów wokół tego, u kogo spędzamy święta, dokąd jedziemy na wakacje. A jest to związane z nową tożsamością rodziny, która musi się określić.

Kiedy się rozwijamy i zmieniamy, zaczynają nas interesować inne relacje. Wiąże się to z tym, że często trzeba się rozstać. A rozstania są trudne, bo stereotypowo postrzegane są jako zło.
Jest sporo przyczyn takiego stanu rzeczy. Zwykle łatwiej się rozstawać z tym, co było złe, trochę trudniej z tym, co było dobre. Łatwo jest powiedzieć – mam dosyć tego i tego, i z ulgą to złe pozostawić, wychodząc z relacji. Później okazuje się, że już nigdy nie pójdziemy nad morze na spacer, nie będziemy trzymać się za ręce albo już nigdy nikt nie będzie tak na mnie patrzył i że tego nam brakuje. Zwykle jak się ludzie rozstają, szybko przechodzą przez fazę numer jeden, a kiedy zaczyna się faza numer dwa, zaczynają się też problemy: wahania, tęsknoty, powroty, znowu rozstania… sprawa rozciąga się w czasie. Trudna jest też kwestia wzięcia odpowiedzialności za rozstanie. Chętnie delegujemy ją na drugą stronę. Możemy „z bólem” zaproponować rozstanie, ale zazwyczaj uważamy, że nie jest to z naszej winy. Są też ludzie, którzy biorą wszystko na siebie, zrzekają się wspólnych dóbr, bo chcą mieć kontrolę nad tym procesem i nie chcą być odrzuceni. Myślę jednak, że po wszystkim, jak się nad tym zastanawiają, czują, że zostali skrzywdzeni.

Po co jest nam ta wina przy rozstaniach?
Temat winy jest jakoś nieodłączny, gdy myślimy o rozstaniu. O ile lubimy, żeby związek powstał troszeczkę z woli bożej, o tyle rozstania zwykle same się nie stają. Ktoś coś musiał popsuć, żeby to przestało funkcjonować. Rzadko ludzie mówią – było, skończyło się i ja się z tym godzę. Częściej albo sami poczuwają się do winy, albo myślą, że ta druga osoba nie spełniła oczekiwań, albo robiła coś, co jest przeciwko tej relacji. Kwestia ta jest dokładnie „wałkowana” z przyjaciółmi, widać to także przy sprawach rozwodowych.

Wina jest nam potrzebna, żeby się rozstać.
Rozstawanie się nie ma dobrego public relations. Zawsze zakończenie związku jest dużym przeżyciem. Trzeba je jakoś uzasadnić, jakoś sobie wytłumaczyć. Stereotyp winy bardzo się tu przydaje, bo upraszcza sprawę i daje prostą, wygodną i wiarygodną odpowiedź – zamiast zrozumienia i świadomości co się właściwie stało.

Jak to wszystko uprościć? Z jednej strony nasz wewnętrzny rozwój popycha nas do innych relacji, a z drugiej – są przecież ludzie, którzy żyją w jednym związku przez dziesięciolecia. Czy oni są stworzeni do monogamii, czy oni tak żyją, bo rozstanie jest dla nich zbyt trudne?
Myślę, że ten temat wykracza poza psychologię, dotyczy pewnego rodzaju wzorców społecznych, kulturowych, religijnych. Rozstanie nie jest tylko indywidualną, osobistą decyzją, zwłaszcza jeśli chodzi o małżeństwa. Zawiera się je publicznie, w kontekście społecznym i tak też się je kończy. W zależności, w jakim kręgu kulturowym żyjemy, rozstanie jest mniej lub bardziej możliwe. Małżeństwo związane jest z wizją rodziny, ze społeczną funkcją, jaką ona pełni. Z tego miejsca nie ma akceptacji dla łatwego zmieniania partnerów. Są uzasadnienia społeczne, ale są też i psychiczne. Jeśli na przykład w związek z mężczyzną kobieta ucieka przed dominującą matką, to od tego faceta łatwo nie odejdzie. Z takiego związku trudno wyjść, bo zanim to nastąpi coś innego musi przejąć funkcję buforu, ochrony przed matką albo musi zniknąć źródło dyskomfortu czy zagrożenia. Oczywiście można też rozwiązać realną relację z rodzicem, a to zwykle wydaje się wielu ludziom ponad ich siły, chociaż nie jest niemożliwe.

Dlaczego rozstania cały czas są „złe”?
Rozwód był „zły” do lat 60-tych, potem zaczęło się to chwiać, a teraz co druga para się rozwodzi, robi się to normalniejsze. Kultura rozwija się w taką stronę, że jest mniejsze ciśnienie społeczne dookoła rozwodów. Ich ilość wskazuje nie tylko na kondycję relacji i rodziny ale też na to, że ludzie czasem mają po prostu potrzebę, żeby się rozstać, nie przejmując się tak bardzo stereotypem. Często rozstanie jest ucieczką, szantażem, manipulacją, ale czasem jest to najlepsza rzecz jaka może spotkać związek i partnerów, którzy go tworzą.

Kolejnym stereotypem relacyjnym jest monogamia rozumiana jako jeden związek na całe życie. A przecież są ludzie, którzy potrzebują ich więcej.
Związki mają różne funkcje, stąd różne potrzeby, formy i preferencje. Współcześnie różnorodne rozwiązania są coraz bardziej akceptowane społecznie. Choć cały czas jest spora i bolesna przestrzeń braku akceptacji, opartego na stereotypach, dotyczących tego, jaki jest właściwy związek i kto z kim może go tworzyć – na przykład ze względu na orientację seksualną, różnice wieku, religijne, rasowe, klasowe. Mimo zmian społecznych, idea związku na całe życie dla bardzo wielu osób cały czas pozostaje aktualna. Wracając do wzorców, to po rozpadzie związku, który w założeniu miał być na całe życie, ktoś nadal może poszukiwać partnera, który będzie mu odpowiadał i nadal może mieć założenie, że z nim zostanie. Może też mieć pomysł, że nie zamierza w żadnym związku pozostać i uznać, że rozstanie jest normalną częścią życia. Są ludzie, dla których związki się zmieniają, są w ruchu. Relacja jest dla nich jak buddyjska mandala, czyli – „do rzeki z nią!”. Są również tacy, którzy w ogóle nie chcą być w związkach. Zapewniają sobie kontakty seksualne, jakoś dbają, żeby nie czuli się samotni, ale to nie znaczy, że chcą coś tworzyć razem. Mają inne priorytety.

Może warto rozpoznawać, co jest dla nas dobre?
Na pewno warto, ale trzeba pamiętać, że to jest podejście indywidualistyczne. Na związki można też patrzeć jako na całość. Istnieje przecież jakieś „my”, nie tylko „ja” i „ty”. To „my” ma historię i może się rozwijać. To jest inna filozofia patrzenia na te sprawy. Jestem w związku i zmieniam się razem z nim, ale to związek jest nadrzędną wartością. On jako całość może chcieć być inny niż indywidualne „ja” osób, które go tworzą. Czasem coś większego od nas woła, byśmy się połączyli. Ludzie wtedy idą bardziej za tym, czego potrzebuje związek. Niektórzy częściej mówią „my” niż „ja”. Czasem myślimy w ten sposób. My jesteśmy otwarci, a Kowalscy są inni, tacy sztywni. Albo czujemy, że jakiś dom, rodzina mają swój nastrój, ciepło albo chłód, swobodę albo reguły, wsparcie lub wymagania. Te wyczuwane jakości, to jest właśnie duch całości, wspólnoty. Wypadkowa cech, osób, które tworzą ten dom.

Panuje przekonanie, że jeżeli ja się zmienię, ta druga osoba i związek także przejdą metamorfozę. Jest taka możliwość, że partner powie „veto” na mój rozwój i chęć zmiany?
To nie jest tak, że jak ja się bardzo postaram, to zmienię całość i uzyskam to, czego chcę. To by było całkiem sprytne. Można byłoby trochę manipulować tą sytuacją. Tymczasem druga osoba wcale nie musi reagować na nasze zmiany. Co więcej, może reagować inaczej niż byśmy chcieli. Oczywiście, jeśli rzeczywiście się zmieniamy, prędzej czy później zostanie to zauważone przez drugą stronę. Partner może to polubić, ale może zacząć się trochę tego bać. Na ogół musi się do tego odnieść, bo nie jest już tak samo, jak było. Chyba, że nie zauważy zmiany. Część osób zamiast docenić rozwój partnera, oskarża go – nie tak miało być. Dla mnie ważniejsze jest, żeby relacja spełniała istotne dla mnie funkcje. Jeśli chcesz się zmieniać, to trudno, poszukam sobie kogoś innego, kogoś kto te funkcje wypełni.

Mam wrażenie, że w bliskich relacjach stereotypowo wiele oczekujemy. On ma zarabiać na dom, a ona gotować. Od innych osób tego jakoś nie wymagamy.
Wiele osób myli związek z opieką, zapewnianiem potrzeb, spełnianiem oczekiwań. To się wiąże z poczuciem bezpieczeństwa i kontroli. Z jednej strony mamy, oczywiście, różne preferencje – po prostu mam prawo czegoś chcieć lub nie, coś lubić, a czegoś nie. Z drugiej – jeśli aż tak bardzo czegoś chcę, że tak być musi, a jak nie, to jestem nieszczęśliwy, wpadam w złość, siada mi nastrój i łapię depresję… wtedy najczęściej nie chodzi tu o konkretne zachowania partnera. Bardziej o naszą interpretację tych zachowań, o nasz lęk oraz pragnienia, które są w tle. Powołując się na podany przykład – jeśli on pozwala mi rozmawiać godzinami przez telefon, to znaczy że mnie kocha i rozumie. Takiego męża chcę mieć, ponieważ do tej pory nikt mnie nie kochał i nie rozumiał albo przeciwnie – wszyscy mnie kochali i rozumieli, więc nie jestem przyzwyczajona do tego, żeby mi na coś nie pozwalano. Mogło mi czegoś brakować w domu rodzinnym i teraz pilnuję, by ten brak zniwelować w moim związku lub pewne zachowania kojarzę z domem i dzięki nim czuję się jak w domu, czuję że mam dom. Kiedy ich brakuje, to wydaję mi się, że ten dom tracę, a wraz z nim tracę jakąś część siebie i czuję lęk oraz samotność. W tym kontekście oczekiwania czasem robią się nieco obsesyjne. Jak się nad tym zastanowić obiektywnie, z dorosłego punktu widzenia, to sama sprawa zwykle nie jest warta tych emocji i energii, którą się w nią wkłada. Stoją za nią inne powody. Jakie? To dobre pytanie, które warto sobie zadać. Czemu właściwie tak bardzo mi na tym zależy? Odpowiedzi warto szukać w uczuciach, nie tylko myśleć o przyczynach.

Czyli za moim oczekiwaniem stoi jakiś mój problem?
Jeśli bardzo mi na czymś zależy i mam silne emocje – może tak być. W konfliktach wokół oczekiwań przydają się nam stereotypy – one mówią jak powinno być. Zamiast do swoich uczuć i pragnień, odwołujemy się wówczas do słuszności społeczno-moralnej – jak to jest możliwe, żebyś mi nie ugotowała obiadu! A przecież kiedy krzyczymy „MUSISZ!”, stoją za tym niewyrażone uczucia. Gdyby facet, który wykrzykuje takie rzeczy, miał świadomość swojej historii i zdolność dzielenia się uczuciami w relacji, mógłby powiedzieć – jak tego nie robisz, to się boję, czuję się gorszy, odrzucony, zagrożony. To budzi historie z innej czasoprzestrzeni – kiedyś ciągle czułem się odrzucony i czuję to nadal, oczekuję od ciebie, że ty to zmienisz! To, oczywiście, nie jest na dłuższą metę możliwe. Stereotyp ma uprawomocnić jego potrzeby i uczucia, do których sam nie daje sobie prawa, a czasem nawet o nich świadomie nie wie. Rozmowa o tym między partnerami może pomóc.

Jaki jeszcze stereotyp relacyjny jest powszechny?
Dotyczący wierności. Jest jednym z mocniejszych stereotypów. Funkcjonuje założenie, że trzeba być wiernym, że jest to dobre i właściwe. Jak się tego chce, to fajnie. Jak się musi, to już jest gorzej. Znów, nie o to chodzi, żeby się stosować albo nie stosować do stereotypu. Ważne, żeby to było coś, o czym można rozmawiać. To, jak będzie, zależy od ludzi, którzy są razem i podejmują swoje decyzje. Stereotypu wierności często się używa, żeby pokazać swoje reguły i zasady. Ten stereotyp doskonale nadaje się do tego, żeby nieść go na sztandarach swojej wizji relacji i daje poczucie pewności, słuszności i wyższości moralnej. Prawdziwa wierność lub jej brak jest obszarem tabu. Wierność jest często wyłącznie wersją oficjalną. Mówią o tym statystyki. To bardzo delikatny temat, zwykle wyzwalający duże emocje, dla wielu osób bardzo bolesny i dlatego często pozostaje on poza sferą świadomości. Już samo poruszenie go wywołuje spory niepokój, a potem jest już tylko gorzej. W niektórych momentach rozmowa o wierności jednak staje się konieczna. Nie jestem zwolennikiem codziennego omawiania tej kwestii – są ludzie, którzy potrafią zamęczać takimi rozmowami – ale pojawiają się takie momenty w relacjach, kiedy ta sprawa jest istotna i trzeba ją poruszyć. Nierozmawianie o tym jest dość powszechną praktyką i zazwyczaj działa na szkodę relacji, rozdziela parę.

Jak postępować z relacyjnymi stereotypami? Może warto badać, jakie mamy dookoła nich uczucia?
Tak mi się wydaje. Warto też o nich dyskutować. Warto mieć świadomość, że większość z nich traktowana dosłownie jest po prostu nieprawdziwa. Dużo par żyje na przykład według stereotypu, że trzeba wobec innych zawsze stać po stronie partnera albo zawsze należy starać się być dla siebie miłym. Uleganie takim stereotypom jest często destrukcyjne dla związku. Sprawia, że w którymś momencie relacja traci siły witalne, robi się sztuczna i niedorosła, zastąpiona dziecięcymi potrzebami, które ta druga osoba bezwzględnie ma spełniać. Pamiętajmy, że stereotypy są często używane do tego, żeby uzasadnić, wesprzeć własne oczekiwania – bo tak jest i tak się robi. Żona musi zgadzać się z mężem! A mąż z żoną? Już niekoniecznie. To tak, jakbyśmy woleli pokonać partnera, zmusić, powołać się na jakąś wyższą instancję, której należy się podporządkować, zamiast pytać siebie nawzajem, uzgadniać, prosić, tworzyć związek razem.

Michał Duda psycholog, psychoterapeuta. Nauczyciel i superwizor w Instytucie Psychologii Procesu.