1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Warszawska Patelnia to ptasi raj – no proszę, a kto by pomyślał…

Warszawska Patelnia to ptasi raj – no proszę, a kto by pomyślał…

Stanisław Łubieński (Fot. Tomasz Kaczor)
Stanisław Łubieński (Fot. Tomasz Kaczor)
Nazwa „Patelnia” mogła się wziąć od zaokrąglonego kształtu placu przed stacją metra Centrum albo może od tego, że jego powierzchnia nagrzewa się jak cienkie aluminium. Choć może trudno to dostrzec w otaczającej ją brzydocie, Patelnia jest otoczona zielenią. Nie są to ogrody Semiramidy, raczej oaza na pustyni asfaltu. Kilka razy do roku przychodzę tu, żeby fotografować sekretne życie krzaków. Trudno jednak napawać się przyrodą w miejscu, w którym tak łatwo wdepnąć w ludzkie gówno.

Fragment książki „Drugie życie czarnego kota” Stanisław Łubieński, wyd. Agora

To ciekawe ćwiczenie: obserwować mimo przetaczającego się tłumu, mimo hałasu, w atmosferze niesprzyjającej kontemplacji i niesprzyjającej w ogóle niczemu. A przecież w tych krzakach, pełnych szczurzych norek i tuneli, zawalonych niedopałkami, opakowaniami i innymi pospolitymi śmieciami, co roku w majowe noce śpiewa słowik szary. Lubię patrzeć, jak ludzie przystają, szeroko otwierają oczy ze zdumienia i rozglądają się z niedowierzaniem. Niektórzy orientują się, że ich obserwuję, i odchodzą pośpiesznie, zawstydzeni jak dzieci. Dorosły człowiek powinien przecież nosić na twarzy maskę obojętności. Ale kiedy widzą, że uśmiecham się ciepło i niezłośliwie, pytają czasem: „To leci z głośników, prawda?”. Głos słowika jest donośny, a tony dźwięczne, więc kiedy ruch uliczny rzednie, trele, gwizdy i kląskania z łatwością przebijają się przez miejski szum. Gdy śpiewa, słychać go kilkaset metrów dalej.

Patelnia zwróciła uwagę warszawskich ptasiarzy przeszło dekadę temu. Późną jesienią i zimą 2014 roku Adam Dmoch obserwował tu między innymi piegżę i cierniówkę, gatunki, których o tej porze roku już się w Polsce nie spotyka. Największą sensację wzbudziła wówczas jednak ciepłolubna jarzębatka, która wcześnie, bo już w sierpniu i wrześniu, migruje do wschodniej Afryki. Zjeżdżali się do niej obserwatorzy i fotografowie z całego kraju. Pierwszy raz widziałem ją przy słupie kilometrowym, który wskazuje nieubłaganie, że mamy z Warszawy tak samo daleko do Brukseli, jak blisko do Moskwy: 1122 kilometry.

W tych samych zaroślach wypatrzono wówczas słowika szarego, choć w grudniu można się go spodziewać raczej gdzieś na południe od jeziora Tanganika. Ptasiarze zaczęli więc baczniej przypatrywać się przemykającym w gęstwinie ptakom. Okazało się, że jesień 2014 roku nie była jednorazowym incydentem – zimujące jarzębatki i słowiki przestały dziwić, wkrótce stały się czymś właściwie oczywistym. Ten trend nie miał jednak ogólnopolskiego charakteru – krzaki wokół Patelni to zimowiskowa eksklawa dla ciepłolubnych gatunków. Według jednej z hipotez ciepłe podmuchy z wywietrzników metra wydłużają sezon wegetacyjny okolicznych krzewów; tutejsze bezkręgowce także mogą być dłużej aktywne. Okazało się też, że ciekawe ptaki można tu zobaczyć przez cały rok.

Patelnia to niespodzianka. Najbardziej wytrwałym kronikarzem tych okolic jest warszawski fotograf przyrody Krzysztof Koper, który udokumentował tu niemal siedemdziesiąt gatunków. Do tej pory nikomu nie udało się przekonująco wytłumaczyć fenomenu tego miejsca. W kępach tamaryszków, rokitników, ogników, berberysów i kosówki, a także na okolicznych drzewach można się spodziewać niepojętego. W krzakach terkotał szuwarowy trzciniak, wyciągała się drobna czapla – bączek – na gałęziach przysiadł nocny, wrzosowiskowy lelek. Być może część z nich to ofiary kolizji z Pałacem, które próbują tu dojść do siebie. Zderzenia z najsłynniejszym warszawskim drapaczem chmur opisywane były już od połowy lat pięćdziesiątych, od chwili, kiedy budynek na trwałe wpisał się w krajobraz miasta.

W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych problem ten szczegółowo analizowali Łukasz Rejt i Michał Maniakowski. W ciągu blisko trzech lat badań zebrali w okolicy Pałacu trzysta siedemdziesiąt martwych ptaków należących do dwudziestu siedmiu gatunków. Najczęściej rozbijały się tu przepiórki, skowronki, różne drozdy i derkacze, a większość ofiar stanowili migranci długodystansowi. Kolizjom wyraźnie sprzyjała mgła. Liczba ofiar z czasem się zmniejszyła; zdaniem autorów badania wiele ptaków zaczęło omijać coraz jaśniejsze miasto, a stałe oświetlenie budynku umożliwiało im dostrzeżenie przeszkody.

Wyniki nowszych zagranicznych badań skłaniają do innych wniosków. Na podstawie danych zbieranych przez blisko dwie dekady w Chicago naukowcy wykazali, że ograniczenie oświetlenia o połowę redukowało liczbę ofiar o sześćdziesiąt procent. Na liczbę wypadków wpływ miały wielkość fali migracyjnej, stopień iluminacji budynków i siła wiatru. W istocie światło przyciąga ptaki, mówi się o efekcie latarni morskiej – wielokrotnie obserwowano, jak je dezorientuje i sprawia, że długo krążą wokół jego źródła. Badania pokazują wyraźną korelację między wysokim natężeniem światła a liczbą ptaków, które zatrzymywały się w okolicy na odpoczynek i żerowanie. Ich liczebność wyraźnie spadała już kilka kilometrów dalej, gdzie było znacznie ciemniej. Ptaki lądowały masowo w miastach, czyli w miejscach, które nie zapewniały im bazy pokarmowej ani bezpiecznego ukrycia, to zaś mogło mieć wpływ na ich kondycję.

O Patelni mówi się – sam zresztą czasem to powtarzam – że ptaki przyciąga zielona wyspa wśród szarych gradientów betonu, asfaltu i blaszanych dachów Śródmieścia. Może jest tak, jak podejrzewa Witek, i to miejsce to tylko fatamorgana, pułapka, z której trudno się wydostać? Niektóre migrujące ptaki niechętnie przelatują przez otwarte przestrzenie, a znalezienie się w takim izolowanym, jasno oświetlonym miejscu może wymuszać długi postój i zaburzać ich wędrówkę. Trzymając się raz przyjętej metafory: z wyspy trudno się wydostać, jeżeli do kolejnego lądu jest daleko i nie prowadzi do niego żaden most. Choćby w postaci korytarzy zieleni.

Nie lekceważ miejskiej zieleni, choćby nie wiem jak podle wyglądała

Nikt nie wie dokładnie, kiedy wylądowała na Patelni pokrzewka aksamitna. Wiemy z pewnością, że 8 października 2023 roku wypatrzył ją podwarszawski ptasiarz, z zawodu synoptyk, Michał Kowalczuk. Oczywiście trafił tam nieprzypadkowo – przyszedł obserwować mieszkające na Pałacu sokoły i podglądać kryjące się w gęstwinie jarzębatki. Jego uwagę przykuł jednak szary ptak z czarną głową i białym podgardlem; na pierwszy rzut oka przypominał kapturkę, tylko jakby drobniejszą i bardziej kontrastową. Kiedy pokazał się znowu, Michał dostrzegł jeszcze charakterystyczną czerwoną obwódkę wokół oka. Szybko zajrzał do atlasu w telefonie i miał już pewność, że w krzakach siedzi pokrzewka aksamitna. To było sensacyjne, zaledwie czwarte stwierdzenie tego gatunku w Polsce – najrzadszy ptak na zamknięcie blisko dekady regularnych obserwacji w tej okolicy.

Brakowało jeszcze dokumentacji. Obserwacje takich rzadkości są akceptowane tylko na podstawie zdjęcia albo nagrania głosu. Kolejne pół godziny ciągnęło się w nieskończoność, pokrzewka zapadła gdzieś nisko i przestała się pokazywać. A co, jeżeli w tej chwili dopadł ją jeden z tutejszych szczurów albo zdecydowała się polecieć dalej? Na szczęście w końcu wyjrzała z krzaków, a czujny obserwator zdążył nacisnąć spust migawki. Pierwsze zdjęcie było prześwietlone, niedoskonałe, ale nie pozostawiało wątpliwości, co to za gatunek. Michał wysłał informację przez grupę na jednym z komunikatorów, a pierwsi obserwatorzy pojawili się dwadzieścia minut później.

Pokrzewka aksamitna jest pospolita na terenach swojego regularnego występowania – wprawdzie trudno ją dojrzeć, ale odzywa się w kępach zarośli przy niemal każdej sycylijskiej czy kreteńskiej plaży. Tutaj jednak była sensacją. Śródziemnomorski gatunek przy Patelni, kilka minut od dworca, przyciągnął ptasiarzy nie tylko z całej Polski, ale również z sąsiednich krajów. Przez kolejne miesiące pokrzewka właściwie nie ruszała się z miejsca i stopniowo oswajała się z otoczeniem, turkoczącymi na dworzec walizkami, tłumem przechodniów i (z czasem jednak rzednącą) grupką obserwatorów.

W grudniu zaczęto ją dokarmiać larwami mączników, z czego skwapliwie skorzystały również kryjące się w tych samych zaroślach rudziki. Wszyscy uczyliśmy się pokrzewki aksamitnej, nikt z nas nie znał przecież jej zwyczajów. Dowiedzieliśmy się, że podlatuje stosunkowo rzadko, chętnie natomiast skacze po ziemi, w gęstwinie krzaków. Stali bywalcy wiedzieli, gdzie pojawia się najczęściej i jaka pogoda najbardziej jej odpowiada. Czasami terkotała po swojemu, charakterystycznie, ale w tonie naszej rodzimej piegży, należącej zresztą do tego samego rodzaju Curruca.

Jak tu trafiła? Spekulowano, że zwiały ją z kursu wichury targające Europą na początku października. Tylko o jakim kursie mowa, skoro pokrzewka aksamitna to gatunek osiadły, migrujący jedynie lokalnie, na nieduże odległości? Co sprawiło, że spośród wszystkich krzakowisk w Polsce, czy nawet, niech będzie, w Warszawie, wybrała właśnie to, tak kontrowersyjne miejsce? Cóż, nie mamy pewności, czy była to jedyna pokrzewka aksamitna tej jesieni, wiemy natomiast tylko o tej jednej. Potwierdzają to dziesiątki tysięcy zdjęć na kartach pamięci aparatów. Tutaj po prostu znalazł się człowiek, który potrafił ją rozpoznać. Wydaje się, że morał tej historii, o ile w ogóle może tu być miejsce na morał, jest taki, że nie należy lekceważyć miejskiej zieleni, choćby nie wiem jak podle wyglądała.

(Fot. materiały prasowe) (Fot. materiały prasowe)

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE