Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Niech wprowadza dialog, niech zachęca do rozmowy”. Rozmowa z Moną Fastvold o filmie „Testament Ann Lee”

„Niech wprowadza dialog, niech zachęca do rozmowy”. Rozmowa z Moną Fastvold o filmie „Testament Ann Lee”

Mona Fastvold (Fot. Jordan Pettitt/ East News)
Mona Fastvold (Fot. Jordan Pettitt/ East News)
Przyszłość należy do troskliwych, opiekuńczych przywódczyń? Reżyserka Mona Fastvold w filmowej biografii Ann Lee, protestanckiej mistyczki, przekonuje, że ktoś, kto ma władzę, może kierować innymi w atmosferze pełnej akceptacji i ciepła, dawać ludziom przestrzeń, by mogli wzrastać.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.

Angelika Kucińska: Spośród bohaterek, których historie mogłaś opowiedzieć, wybrałaś akurat Ann Lee, liderkę protestanckiego ruchu szejkersów. Dlaczego?

Mona Fastvold: Z dużą ekscytacją odkrywałam historię Mateczki Ann – kobiety obdarzonej niezwykłą charyzmą, ważnej postaci historycznej, niezwykle istotnej zwłaszcza dla dziejów Stanów Zjednoczonych. A kompletnie pomijanej w podręcznikach. Ann Lee żarliwie domagała się równości płci i rasy w czasach, w których kobiety nie posiadały żadnej autonomii, a w Ameryce wciąż handlowano niewolnikami. Niesamowity życiorys – aż dziwne, że nikt wcześniej nie nakręcił o niej filmu.

Łatwo było ten życiorys zgłębiać? Wchodzisz do biblioteki, a tam trzy półki z książkami o szejkersach?

Jest sporo książek o ich designie, bo społeczność szejkersów tworzyła przepiękne przedmioty codziennego użytku: słynne owalne pudła z drewna do przechowywania rzeczy czy krzesła, z których byli najbardziej znani. Cenili prostotę i byli pomysłowi, projektując chociażby wieszaki ścienne, wówczas innowacyjne. To jest ich dziedzictwo, bardzo dobrze opisane. O samej Ann Lee jednak wiadomo niewiele, powstało parę książek, ale większość z nich dawno zniknęła z obiegu. Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce, spędzałam długie godziny w bibliotekach publicznych w Massachusetts, gdzie mieści się również Hancock Shaker Village, największe muzeum szejkersów, stworzone na terenie dawnej komuny. Miałam dostęp do archiwum, pełnego rzadkich zapisków czy historycznych przedmiotów i strojów – to pozwoliło mi trochę lepiej poznać wspólnotę, której przewodziła Ann Lee.

Mateczkę Ann nazywano „żeńskim Chrystusem”. Kobieta na czele ruchu religijnego do tej pory wzbudza niezły popłoch.

Przywództwo w wykonaniu kobiet nie przestaje mnie fascynować. To zarządzanie praktykowane z matczyną troską, choć dla mnie matkować, w pozytywnym znaczeniu tego słowa, może każdy, niezależnie od płci, z którą się utożsamia.

To na czym polega matkowanie?

Tworzysz, zamiast niszczyć. Dajesz ludziom przestrzeń, by mogli wzrastać. Otaczasz opieką. Matka nie jest figurą autorytarną. Jest współtowarzyszką, przyjaciółką i przewodniczką. To był fundament filozofii Ann Lee. Uważam, że naprawdę warto rozmawiać o realizowanym przez nią modelu przywództwa czy w ogóle o kobiecym podejściu do władzy. Zwłaszcza dziś, gdy świat coraz bardziej pogrąża się w chaosie.

Ktoś taki jak Ann Lee mógłby zmienić globalną politykę? To chcesz powiedzieć?

A nie byłoby pięknie, gdyby światem zarządzały takie kobiety jak Mateczka Ann? Oczywiście nie mówię, żeby wskrzeszać zasadę absolutnej czystości seksualnej. Jej wiara w celibat jako konieczny warunek zbawienia jest kontrowersyjna, ale musimy też wziąć pod uwagę kontekst czasów, w których żyła Ann Lee. Antykoncepcja, jakakolwiek, nie istniała. Seks, który znała, był traumatyzujący. Rozumiem, z czego wynikała jej niechęć do fizycznej bliskości.

Czytaj także: „I Ty możesz być liderką!” – przekonuje Joanna Chmura, psycholożka

Ann Lee w radykalnych zasadach religijnej wspólnoty odnajduje bezpieczeństwo. Wprowadza obowiązek celibatu, bo życie w czystości chroni ją przed przemocą. Łatwo dziś uznać Mateczkę Ann czy inne mistyczki za wariatki doświadczające rzekomych objawień, a przecież często to były kobiety, które szukały ukojenia po niszczących, traumatycznych przeżyciach.

Do tego bardzo często osobiste doświadczenia stawały się bazą przełomowych idei. Tak było w przypadku Ann Lee, która doświadczyła przemocy, wprowadziła nowe zasady, by uniknąć nadużyć w przyszłości i tym samym poddała głębokiej reformie dominujące wówczas struktury społeczne i rodzinne. Była wyjątkowo krytyczna wobec instytucji małżeństwa. W czasach Mateczki Ann żona należała do męża, nie była mu równa. Liderka szejkersów doprowadziła do rozpadu tradycyjnego związku małżeńskiego, a kobiety i mężczyzn należących do społeczności tytułowała braćmi i siostrami, by podkreślić ich równość. Jej idee były nowatorskie, progresywne, nawet jeśli wprowadzała je w życie tak, jak mogła sobie na to pozwolić 300 lat temu.

W „Testamencie Ann Lee” wrażenie robi nie tylko bohaterka, ale też rozmach produkcji…

Film nakręciliśmy w 34 dni. Niewiele, biorąc pod uwagę, że to kino – nie przesadzam – epickie w formie. Budżet był wyliczony na sztywno, dysponowałam podobnymi pieniędzmi do tych, za które powstał „Brutalista” [Mona Fastvold jest współscenarzystką „Brutalisty” – przyp. red.], a to ambitne przedsięwzięcie. Musieliśmy przepłynąć ocean. Potrzebowaliśmy wielkiego, wysokiego statku. Musieliśmy zbudować wioskę, która będzie wyglądać jak XVIII-wieczny Manchester, a kręciliśmy w Nowym Jorku. Brakowało nam pieniędzy, więc forsowaliśmy się, pracowaliśmy ponad siły, by zrealizować tę wizję. Ja i autor zdjęć William Rexer krążyliśmy pomiędzy ekipą podzieloną na dwa równoległe plany, bo tylko w ten sposób nie obciążaliśmy naszego zespołu, ale za to sami pracowaliśmy po 17 godzin na dobę. Amanda Seyfried [która gra główną rolę – przyp. red.] również. Tak długie dni zdjęciowe jeszcze mi się nie zdarzały. Byliśmy wykończeni, zwłaszcza gdy kręciliśmy najbardziej wymagające sceny – jak scena sztormu. Bywało, że czułam się jak Syzyf. Jakbym toczyła pod górę wielki głaz.

To trudy pracy nad filmem. A radości?

Źródłem radości byli ludzie. To, jak przebiegała współpraca, sprawiało, że mi się chciało.

Słuchaj także: „Amanda prawie się udusiła, ale zatańczyła do końca”. Małgorzata Karpiuk o kostiumach do filmu „Testament Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 8

Skąd taki ograniczony budżet?

Wyobraź sobie, że próbujesz sprzedać musical o „żeńskim Chrystusie” [śmiech]. Nie było łatwo, więc jestem tym bardziej wdzięczna wszystkim partnerom, którzy zdecydowali się zainwestować w nasz film. Niedługo po napisaniu scenariusza zorganizowaliśmy swego rodzaju przymiarki. Na pokładzie była już Amanda, miałam też skompletowany 25-osobowy zespół tancerzy i tancerek. Były gotowe pierwsze fragmenty ścieżki dźwiękowej, mieliśmy opracowane kawałki choreografii, a także kostiumy. Zaczęłam nagrywać pojedyncze sceny kamerą 35 milimetrów, żeby pokazać potencjalnym producentom, jaki efekt chcemy uzyskać, bo trudno było go opisać wyłącznie słowami – musisz to jednak zobaczyć, poczuć. Te fragmenty nakręcone w ramach zdjęć próbnych trafiły do filmu, bo nie chciałam, żeby się zmarnowały. Zresztą pięknie wyszły.

Słuchaj także: „Jeśli wychodzisz z kina, myśląc tylko o zdjęciach, film nie zadziałał”. Will Rexer o operatorskiej pracy przy „Testamencie Ann Lee” | „Rzecz gustu”, odc. 7

Skoro poruszyłyśmy temat kobiecego przywództwa… Jaką liderką jesteś? Jak zarządzasz planem zdjęciowym?

Może poglądy Ann Lee zrobiły na mnie takie wrażenie, bo się z nimi utożsamiam? Dziś trudno mi stwierdzić, czy nasiąkłam przekonaniami Mateczki Ann, gdy zaczęłam zgłębiać jej biografię, czy może od zawsze bliskie były mi te same zasady przywództwa, a praca nad filmem jedynie pomogła mi je skrystalizować. Wiem na pewno, że chcę być zmianą.

Kiedy myślisz „reżyser”, to kogo widzisz? Gościa w średnim wieku, który wrzeszczy, wydaje polecenia, rozstawia ludzi po kątach? Pan i władca z megafonem… Oczywiście nie tylko tacy ludzie pracują w przemyśle filmowym, wielu reżyserów płci męskiej działa w sposób daleki od szkodliwego stereotypu, niemniej wciąż dochodzi do nadużyć władzy.

Z kolei matka, która robi kilka rzeczy jednocześnie – bo na tym polega macierzyństwo – wydaje mi się figurą dużo lepiej przygotowaną do wykonywania profesji reżysera czy reżyserki. Jest opiekuńcza, stwarza przestrzeń, w której wszyscy czują się bezpiecznie i mogą sobie pozwolić na swobodną ekspresję artystyczną, a jednocześnie trzyma dyscyplinę. Na tym polega reżyseria. Musisz podołać wszystkim technicznym wymogom tej pracy, do tego posiadać cały zestaw miękkich kompetencji, na przykład bardzo precyzyjnie komunikować swoje oczekiwania, żeby każda osoba w ekipie wiedziała dokładnie, co ma robić. Tak jak matka, która jedną ręką gotuje obiad, drugą odkurza, a przy okazji pomaga dziecku w odrabianiu pracy domowej.

Mona Fastvold na planie filmu \ Mona Fastvold na planie filmu "Testament Ann Lee (Fot. materiały prasowe)

Skąd wiem, że zarządzanie planem zdjęciowym wymaga matczynego podejścia? Dorastałam na planach. Przez wiele lat byłam aktorką – zaczęłam grać wcześnie, jako ośmiolatka. Szybko zrozumiałam, że wykonuję powierzone mi zadania, gdy czuję się bezpiecznie, a na planie panuje atmosfera pełna miłości, akceptacji i ciepła. Tylko wtedy szło mi dobrze. I dlatego dziś robię wszystko, by stwarzać najlepsze warunki pracy. Czy zawsze się udaje? Czasem kręcimy nocne sceny na mrozie i w deszczu. Ludzie są zmęczeni i zestresowani. Ale nawet wtedy wiedzą, jaki ton obowiązuje na planie. Gdy rozpoczynałyśmy współpracę przy „Testamencie Ann Lee”, ustaliłyśmy z Amandą, jakich wartości chcemy się trzymać. Obu nam zależało na tym, aby nikt z ekipy nie czuł się wykluczony. Nie uznajemy sztywnej hierarchii, każdy ma prawo podzielić się opinią czy pomysłem, nawet jeśli wychodzi w ten sposób poza obszar swojej ekspertyzy.

Zrezygnowałaś z aktorstwa, bo reżyseria daje więcej satysfakcji?

Powiem więcej – jestem przekonana, że jako dziecko i młoda kobieta pracowałam jako aktorka tylko po to, żeby być na planie. Ciągnęło mnie do robienia filmów, nie do aktorstwa, ale kto pozwoli ośmiolatce reżyserować? [śmiech] Nie żałuję, zobaczyłam, jak wyglądają kulisy produkcji filmowej, a wszystko, czego się wtedy nauczyłam, mogę dziś wykorzystywać w pracy reżyserki. Co nie zmienia faktu, że zrezygnowałam z aktorstwa, gdy tylko mogłam zrezygnować. Piszę scenariusze i reżyseruję filmy, bo w tym czuję się najlepiej. Moje miejsce jest za kamerą.

Plan filmowy to raczej świeckie miejsce. A twój rodzinny dom? Pytam, bo „Testament Ann Lee” pośrednio dotyka też tematu kryzysu duchowości, z którym się dziś mierzymy.

Mój dom rodzinny też był świecki. Nie wierzę jednak w człowieczeństwo pozbawione duchowości. Popatrz na dzieci, modlą się nawet te, które nie dorastają w religijnych domach. To bezwarunkowy odruch. Proszą, błagają, zaklinają rzeczywistość. Wołają o zmianę, wypowiadają życzenia, których spełnienia pragną. Czym to jest, jeśli właśnie nie modlitwą do siły, która miałaby przynieść zmianę lub spełnić życzenie? Im większy postęp technologiczny, tym bardziej jesteśmy przekonani, że wszystko już wiemy. A tymczasem są pytania, które zawsze pozostaną bez odpowiedzi. Ciekawość jest bardzo ludzka, ale nie każdą tajemnicę uda nam się rozwikłać.

Można być osobą uduchowioną, nie przynależąc do jakiegokolwiek porządku religijnego.

Oczywiście, kreatywność karmi ducha. Skąd pragnienie, by tworzyć? Dlaczego tak napędza? Dokąd zaprowadzi? Sztuka też jest przecież próbą znalezienia odpowiedzi na najbardziej nurtujące nas pytania, podobnie jak religie. „Testament Ann Lee” to także film, który przypomina o wadze wspólnoty.

Jeśli ludzie mają wyjść z kina z jedną myślą, niech to będzie przekonanie o tym, jak bezcenne jest poczucie przynależenia.

Ann Lee zabiera swoją jeszcze wtedy mikrowspólnotę, przepływa ocean i przybywa do Stanów Zjednoczonych z nadzieją, że tam będzie budować lepszy świat. Też miałaś takie marzenia?

Chyba każdy marzy, że pozytywnie wpłynie na swoją małą społeczność, na swój kawałek świata, prawda? Film bywa skutecznym narzędziem do realizacji tego marzenia. Możesz podzielić się swoimi przekonaniami z innymi ludźmi, opowiedzieć im o wartościach, które są dla ciebie ważne. Tylko wiesz, ja nie jestem aktywistką. Ani polityczką. Nie robię filmów z tezą, nie kręcę ich, żeby zaszczepić w świecie konkretny przekaz. Dla mnie to forma artystycznego wyrazu: niech wprowadza dialog, niech zachęca do rozmowy. W swoich filmach podejmuję tematy, które wzbudzają we mnie emocje. Chcę się nimi dzielić, gadać o nich z innymi. I im więcej tych innych do gadania, tym lepiej. Ale to tyle – nie wchodzę na plan z postanowieniem, że o, teraz zmienię świat.

Mona Fastvold pochodząca z Norwegii reżyserka, scenarzystka i aktorka. Współtworzyła scenariusze m.in. „Dzieciństwa wodza” czy „The Brutalist”, wyreżyserowała filmy „The Sleepwalker” i „W tłumie”. Jej najnowszy „Testament Ann Lee” (z nominacją do Złotego Globu dla Amandy Seyfried) ma polską premierę 13 marca.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE