Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Od „najgorszej asystentki” Agnieszki Holland do Oscarowej nominacji. Kim jest Małgosia Turzańska, kostiumografka „Hamneta”?

Od „najgorszej asystentki” Agnieszki Holland do Oscarowej nominacji. Kim jest Małgosia Turzańska, kostiumografka „Hamneta”?

(Fot. Emma McIntyre/Getty Images)
(Fot. Emma McIntyre/Getty Images)
Jej kostiumy do „Hamneta” nie olśniewają. Są brudne, zużyte i prawdziwe – jak żałoba, którą sama przeżywała podczas zdjęć. Małgosia Turzańska, krakowianka, która Hollywood zdobywała przez dwie dekady, stoi dziś przed szansą na Oscara. I jako jedyna spośród nominowanych mówi wprost, że go nie dostanie.

Małgosia, nie Małgorzata – i nie „Mal”

Kiedy hollywoodzcy producenci i dziennikarze pytają Małgosię Turzańską, czy jej imię nie ma jakiegoś skrótu lub czy mogą mówić na nią „Mal”, odpowiedź jest zawsze ta sama.

– Odpowiadam wtedy, że nie. Jestem Małgosia. Takie imię mam wpisane oficjalnie w paszporcie, nigdy nie czułam się Małgorzatą – powiedziała w rozmowie z Wyborcza.pl. Na jedno ustępstwo się jednak zgodziła: zrezygnowała z kropki nad zet w nazwisku, bo „Turzanska” to tak naprawdę „Turżańska”. Z czasem pozazdrościła jednak, że autor zdjęć do „Hamneta”, Łukasz Żal, w każdej publikacji ma wszystkie polskie znaki diakrytyczne na swoim miejscu.

Ten drobny szczegół wiele mówi o kobiecie, która od ponad dwóch dekad funkcjonuje na styku kultur i która nigdy nie zatarła tego, skąd pochodzi. Urodziła się w Krakowie. Jako nastolatka zamieszkała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Potem trafiła do Pragi – na wydział kostiumu i scenografii praskiej DAMU – a w 2005 roku do Nowego Jorku, na słynną Tisch School of the Arts. Od lat jest jedną z najbardziej cenionych kostiumografek w Hollywood – ale wciąż jest Małgosią.

„Najgorsza asystentka” na planie Agnieszki Holland – tak zaczęła się kariera Małgosi Turzańskiej

Zanim Turzańska ubierała Nicole Kidman, Julianne Moore czy Paula Mescala, parzyła kawę i drukowała maile. Albo przynajmniej powinna była to robić. Bo kiedy dostała pierwsze „prawdziwe” doświadczenie na planie – jako asystentka przy „Janosiku” Agnieszki Holland i Kasi Adamik – szybko okazało się, że właściwe obowiązki asystentki niespecjalnie ją interesują.

– Studiowałam wtedy na Wydziale Kostiumu i Scenografii na praskiej DAMU. Nasz kolega, aktor Václav Jiráček, dostał rolę Janosika. Próbowałam się przez niego dostać na plan, ale zespół od kostiumów był dawno skompletowany. Vasek komuś ważnemu przekazał jednak, że jest taka dziewczyna, która mówi po polsku, czesku i angielsku, i w ten sposób wciągnął mnie w produkcję – opowiadała w rozmowie z Wyborcza.pl.

Jej zadaniem było podawać kawę, drukować maile i podawać reżyserce kurtkę, kiedy robiło się zimno. Tyle teorii. W praktyce Turzańska korzystała z każdej okazji, żeby dołączyć do pracy przy kostiumach – choćby przy ich brudzeniu. Aż pewnego dnia Kasia Adamik wzięła ją za rękę i spojrzała na jej paznokcie.

– Z uśmiechem powiedziała: „No dobrze” – wspominała. To właśnie wtedy, na słowackim planie „Janosika” – bo film Agnieszki Holland kręcono nie w Polsce, lecz na Słowacji – Turzańska po raz pierwszy zobaczyła od środka, jak działa filmowa maszyna. I zrozumiała, czego tak naprawdę chce.

– Wydawało mi się, że będę robiła scenografię. A na planie „Janosika” okazało się, że bardziej koncentruję się na ludzkiej skali, że to mnie bardziej ciągnie. Czuję się bliżej ludzkiej części – wyznała w audycji „Rozmowy po zmroku” na antenie Polskiego Radia Dwójka.

Przełomem okazała się praca przy „Stranger Things”

Turzańska zaczynała od krótkich metraży z Benem Zeitlinem (późniejszym twórcą „Bestii z południowych krain”) i teledysku MGMT z Rayem Tintorim – oboje poznała jeszcze w Pradze, gdy byli tam na kursie animacji. Powoli budowała portfolio, aż pewnego dnia trafiła na rozmowę kwalifikacyjną do „Stranger Things”. Miała świetny lookbook, miała chemię z braćmi Dufferami – i była przekonana, że dostanie tę robotę. Nie dostała. Dufferowie postawili na Kimberly Adams, która miała znacznie większe doświadczenie.

– Podjęli dobrą decyzję, bo nie wiem, czy na tamtym etapie zdołałabym urządzić departament kostiumów tak dużej produkcji – przyznała z rozbrajającą szczerością w rozmowie z Wyborcza.pl.

Życie pisze jednak scenariusze pełne zwrotów akcji. Kilka tygodni po odmowie zadzwoniła do niej przyjaciółka odpowiedzialna za fryzury na planie. Zaczęła podpytywać o plany zawodowe. A potem – czy Turzańska ma żal, że jej nie zatrudnili? Kiedy odpowiedziała zgodnie z prawdą, że nie, usłyszała tajemnicze: „No dobra, to zaraz będziesz miała telefon”. I rzeczywiście, zadzwonili z zaproszeniem.

Tak polska kostiumografka trafiła do jednego z najpopularniejszych seriali świata. „Stranger Things” otworzyło jej drzwi do kolejnych projektów: horrorów Ti Westa „X” i „Pearl” z Mią Goth, mrocznego „The Green Knight” Davida Lowery'ego. Jej nazwisko zaczęło się liczyć.

Myślała, że jej ciało odmawia posłuszeństwa. To było trzęsienie ziemi

W polskich mediach Turzańska bywa opisywana jako „Polka, która ubiera hollywoodzkie gwiazdy”. Nie przepada za takim ujęciem.

– Takie sformułowanie nie oddaje ani twórczego aspektu tej pracy, jakim jest współtworzenie emocjonalnej warstwy filmów, ani brudu i potu, który jej towarzyszy. W moim zawodzie jest naprawdę niewiele glamouru – mówiła w rozmowie z Wyborcza.pl.

Żeby zrozumieć, co to znaczy w praktyce: filmy „X” i „Pearl” Ti Westa Turzańska kręciła niemal jednocześnie w Nowej Zelandii. W dzień pracowała nad jednym, w nocy jeździła na plan drugiego. Pewnej nocy, około drugiej lub trzeciej, znalazła się sama w namiocie z monitorami. Nagle wszystko zaczęło się trząść.

– Najpierw pomyślałam, że muszę wyjść na zewnątrz i poprosić kogoś o wezwanie karetki, bo już nie wytrzymuję fizycznie i potrzebuję pomocy. Okazało się jednak, że to było trzęsienie ziemi! Do głowy mi nie przyszło, że to może być coś innego niż efekt potwornego zmęczenia – opowiadała na łamach Culture.pl. Kilka tygodni po tamtej sytuacji wracała późno w nocy ze studia, rozmawiając przez telefon z rodzicami w Polsce. Usłyszała syrenę, samochód policyjny ją zatrzymał. I wtedy zobaczyła siebie oczami funkcjonariuszki: dwa fartuchy pokryte sztuczną krwią, czerwone plamy na rękach – a w dodatku zapomniała portfela i prawa jazdy. Na szczęście w kieszeni fartucha wciąż była karta kredytowa.

– Ten poziom zmęczenia, który odczuwałam przy realizacji mniejszych projektów, nie wpływa dobrze na zdrowie i nikomu go nie polecam. Mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia w branży filmowej, jeśli chodzi o odpowiedni work-life balance – skomentowała.

Na „Hamneta” czekała dwadzieścia lat. Warto było

Turzańska i Chloé Zhao mijały się latami: najpierw na korytarzach nowojorskiej Tisch School, potem miały razem kręcić debiut reżyserki „Pieśń braci moich” – ale terminy się rozjechały. Dopiero na festiwalu Sundance w końcu stanęły twarzą w twarz. Zhao od razu wiedziała, kim jest ta Polka.

– Co się odwlecze, to nie uciecze – skwitowała Turzańska. I rzeczywiście.

„Hamnet”, oparty na powieści Maggie O'Farrell o prywatnym życiu Williama Szekspira i jego rodziny, był dla Turzańskiej artystyczną ekstremą: celowo odchodził od teatralnego przepychu epoki elżbietańskiej na rzecz surowości, prowincjonalności, codzienności. Kostiumy miały oddawać stratę i żałobę – nie olśniewać. Historyczność w służbie emocji. Największym artystycznym wyzwaniem były stroje Paula Mescala grającego Szekspira. Charakterystyczne rozdarcia na jego dubletach nie były dekoracją.

– To nie są rozdarcia. To są rany – mówiła Turzańska w rozmowie z Radiem Kraków Kultura. I wyjaśniała: na początku rani go ojciec, potem sam zaczyna ranić siebie. Kostiumy pokazują ten wewnętrzny proces. Z biegiem fabuły stawały się coraz bardziej niewygodne, bolesne – aż do finałowego kostiumu ducha: lnu pokrytego gliną, kruszącego się, odpadającego.

Na planie działy się zresztą rzeczy niezwykłe. Chloé Zhao za pośrednictwem Jessie Buckley sprowadziła na plan coacha snów. Jego zadaniem była praca z aktorami – pomagał im eksplorować marzenia senne, żeby lepiej połączyć się z postaciami.

– Wszyscy wchłanialiśmy te dziwne, emocjonalne fragmenty, i znajdowały swoją drogę do wszystkiego: do kostiumów, do scenografii. To był żywy, organiczny proces – opowiadała Turzańska w rozmowie z Harper's Bazaar US.

A między ujęciami? Polacy gotowali. Tomasz Sternicki, kierownik pionu gripu, zasłynął na planie ze swojego żeliwnego garnka. Żurek, gulaszowa – menu zmieniało się z dnia na dzień. Reżyserka Chloé Zhao zajadała się jego zupami razem z ekipą. Turzańska zrobiła nawet zdjęcie Zhao stojącej za Stiernickim z łyżką w dłoni.

– To było cudowne! (…) Robiliśmy wymagający emocjonalnie film o utracie dziecka i żałobie, więc takie momenty spędzane razem były niezmiernie ważne, dodawały nam siły na kolejny dzień. Chloé mówiła, że jesteśmy jej wioską. Czuję, jak oczy szklą mi się na samo wspomnienie tego czasu – wyznała Turzańska ze wzruszeniem w rozmowie z Wyborcza.pl.

Kręciła film o żałobie. W tym samym czasie umierał jej ojciec

Film o utracie dziecka i o tym, jak żal może zniszczyć człowieka lub go przemienić, przybrał dla Turzańskiej zupełnie osobisty wymiar. Podczas zdjęć jej ojciec był w śpiączce, po czym zmarł.

– „Hamnet” pomógł mi przejść przez własną żałobę – powiedziała Turzańska w rozmowie z WWD.com. – Nie wyobrażam sobie w tamtym czasie kręcić inny film. Kochałam wszystko, co się tam działo.

To osobiste doświadczenie odcisnęło się na wizualnym języku jej kostiumów. Nadało im namacalny realizm – coś, czego nie da się zaplanować ani wyczytać z historycznej monografii.

– Nie staram się być historycznie dokładna. To nie jest eksponat muzealny. To jest ludzka historia i to jest dla mnie najważniejsze – mówiła na łamach amerykańskiego Harper's Bazaar.

Czy Małgosia Turzańska zdobędzie Oscara? Ona sama mówi, że nie

Kiedy ogłoszono nominacje oscarowe, Turzańska była akurat w rodzinnym mieście. Kino Pod Baranami zorganizowało specjalny pokaz „Hamneta” – mogła spędzić ten wieczór z rodziną i przyjaciółmi, z ludźmi, których nie widziała od lat.

– Patrząc ze sceny na widownię, przez moment czułam się, jakbym już umarła: jakbym leżała w trumnie i obserwowała wszystkich ludzi stojących nad moim grobem. Bo jak inaczej określić sytuację, w której w tym samym miejscu i czasie zbierają się osoby z różnych etapów naszego życia? To było niesamowite, totalnie abstrakcyjne przeżycie – wyznała w rozmowie z Culture.pl.

Sama ocenia swoje szanse z rozbrajającą szczerością: uważa, że statuetkę zdobędzie Kate Hawley za kostiumy do „Frankensteina”. Ale traktuje nominację jako wielkie wyróżnienie i spokojnie czeka na swój następny film – jak i cała Polska, która w niedzielę 15 marca będzie trzymać za nią kciuki.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE