1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Jest mi za niego wstyd”. Mateusz Damięcki o bohaterze, w którego wciela się w serialu „Piekło kobiet”

„Jest mi za niego wstyd”. Mateusz Damięcki o bohaterze, w którego wciela się w serialu „Piekło kobiet”

Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)
Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)
W serialu „Piekło kobiet” są z Agatą Turkot małżeństwem nieustannie toczącym ze sobą boje. Poza planem ich głosy idealnie się uzupełniają. Zresztą Mateusz Damięcki nie kryje, że po drodze mu z kobiecą wrażliwością. I już w dzieciństwie wolał trzymać się z dziewczynami.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.

Zofia Fabjanowska: Oj, można cię w „Piekle kobiet” znielubić! Grasz postać mocno niejednoznaczną. Twoim zdaniem, jaka jest najgorsza cecha Maksa?

Mateusz Damięcki: Tego słodziaka? Jak tu nie kochać faceta? Ma przecież tyle uroku! Elegancki, zamożny, posiada wpływy. Niby jego gazeta jest dość frywolna, ale przecież kształtuje opinię publiczną…

No dobrze, tak już bardziej serio, nie wiem, jak dużo mogę zdradzić z fabuły, więc może zacznę od lżejszych grzechów Maksa. Jest na przykład grafomanem. Ma ambicje, żeby oprócz prowadzenia poczytnej gazety publikować swoje teksty kabaretowe, tylko że wszystko, co pisze, to straszliwa boazeria. Czysty kicz. Maks jest też małostkowy i egocentryczny, a przede wszystkim, przy dużej pewności siebie, jaką ma, kompletnie brak mu dystansu wobec własnej osoby i własnych działań. Ten człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, co robi własnej żonie…

Czy sposób, w jaki ją traktuje, to przemoc? Bo chwilami nie wydaje się to oczywiste.

I tu zaczyna się pewien problem – nie tylko dlatego, że nie mogę teraz wszystkiego opowiedzieć i zepsuć widzom oglądania. Sprawa jest bardziej skomplikowana, bo z jednej strony moja odpowiedź jest jednoznaczna: tak, ten facet stosuje najróżniejsze formy przemocy. On z pozoru może nie wydawać się przemocowcem – nie jest przecież taki, jak wielu innych mężczyzn pokazanych w naszym serialu. Maks się od nich różni, a pozory, które stwarza, czasem są na tyle silne, na tyle przekonujące, że wzbudzają w widzach szczerą nadzieję na to, że w głębi duszy nie jest aż taki zły. Oczywiście ja dzisiaj, w XXI wieku, z tą wiedzą, jaką mam, mogę dokładnie określić, co jest z moim bohaterem nie tak. Stosuje na przykład przemoc ekonomiczną, mimo że trudno byłoby go na tym przyłapać – przecież żyją z żoną bardzo zamożnie, Helenie niczego nie brakuje. Jednocześnie nie ma między nimi żadnej równości. On, kiedy tylko może, zaznacza, kto tu rządzi.

Osobiście od lat biorę udział w programach wprowadzonych przez Organizację Narodów Zjednoczonych, a konkretnie tych nadzorowanych w Polsce przez UNGC [United Nations Global Compact – zainicjowaną w 2000 roku przez ONZ, największą na świecie inicjatywę działającą w ponad 160 krajach na rzecz zrównoważonego rozwoju – przyp. red.], której jestem ambasadorem. Przy okazji działania na rzecz tej organizacji sporo się dowiedziałem na temat nierówności. To świetna inicjatywa – wspiera sprawiedliwe wynagradzanie bez względu na płeć, równowagę w kwestii obsadzania wyższych stanowisk, ale też dąży do zrównania prawa dla mężczyzn i kobiet w osiąganiu doświadczenia zawodowego. Inna sprawa, że w tym naszym XXI wieku działamy zbyt opieszale. Obliczono, że jeżeli nadal będziemy wprowadzać zmiany na rynku pracy w takim tempie jak teraz, to kobiety z mężczyznami zrównają się zarobkowo dopiero za ponad 100 lat.

A wracając do Maksa – jak sobie pomyślę, że ktokolwiek traktowałby moją żonę, siostrę czy mamę tak jak on traktuje Helenę, od razu mam ochotę strzelić go w gębę. Zresztą one same też by mu pewnie strzeliły. Choć przyznam ci się, są momenty – wiem, zabrzmi to kontrowersyjnie – kiedy mam go ochotę przytulić.

Przytulić? Dlaczego?

Bo mi za niego wstyd, bo chciałbym popatrzeć mu w oczy i powiedzieć, jak bardzo się myli – że te wszystkie rzeczy, które uważa za normalne, normalne nie są. I żeby była jasność: nie próbuję zdjąć z niego odpowiedzialności, ale grając go, starałem się cały czas pamiętać, w jakich żyje czasach. Lubimy myśleć o międzywojniu jako o Polsce w rozkwicie: eleganccy panowie, fraki, krochmalone koszule, butonierki, Skamandryci, róża w zębach, bez we włosach, dadaiści, futuryści, powiew upragnionej wolności po 120 latach niewoli – takie mamy skojarzenia. Jakoś mniej pamiętamy, że to również był czas, kiedy mężczyzna, jeśli miał poczucie, że traci nad żoną władzę i kontrolę, mógł umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym. Procedura była szybka. I problem z głowy.

Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal) Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)

Coś o tym wiedziała Zofia Stryjeńska, którą mąż dwa razy zamykał w zakładzie…

No właśnie. Przypomina mi się też przy okazji „Epoka hipokryzji”...

Właśnie niedawno polecałyśmy sobie tę książkę w redakcji!

W takim razie znasz wszystkie opisane przykłady, od których oko bieleje. Między innymi fragment, że mężczyznom-mężom mężczyźni-lekarze zalecali wizyty w domach publicznych jako lek na migrenę. Migrenę! Tego typu bzdury, ale i masa innych podobnych przekonań tworzyły idealne warunki, żeby nie liczyć się z kobietami. Męskie towarzystwo wzajemnej adoracji, poplecznictwa, emanacja siły, struktura jak w mafii: trzymając was za mordę, pokażemy wam, kto ma nad wami władzę. W sumie, jak się nad tym zastanowić, jeśli w tamtych czasach mężczyzna decydował się, mimo wszystko, wyłamać z tłumu i traktować kobiety po partnersku, jeśli dawał im prawo do decydowania o sobie, był to rodzaj wręcz bohaterstwa. A wymagać od kogoś bohaterstwa… to jest już zupełnie inna kwestia.

Najsłynniejszym obrońcą praw kobiet tamtego czasu był Tadeusz Boy-Żeleński, który pojawia się w waszym serialu. I za którego opasłą biografię „Książę” przy okazji się wzięłam.

Pojawia się też założona przez Boya Poradnia Świadomego Macierzyństwa [otwarta w 1931 roku pierwsza w Polsce placówka oferująca kobietom porady z zakresu antykoncepcji, edukacji seksualnej i planowania rodziny – przyp. red.]. Zresztą przecież już sam tytuł serialu, „Piekło kobiet”, odnosi się do jego pism. Tytuł jest mocny, kiedy pracowaliśmy nad serialem, rodziły się pytania, czy aby nie za mocny. Śmieszne, bo wtedy samego Boya z kolei krytykowano, że jest w swoim pisaniu zbyt dyplomatyczny, że mógłby być jeszcze ostrzejszy. Tylko że prawdopodobnie właśnie nie mógł – gdyby był bardziej drastyczny, to nie wydaliby mu tego albo nie miałby aż tylu czytelników, a chciał, żeby sprawa stała się jak najbardziej powszechna.

Jest u nas w serialu również fikcyjny lekarz, młody chłopak, Emil. Lubię tę postać, wzrusza mnie, to takie ładne i uniwersalne przypomnienie, że ideały młodości są piękniejsze niż koniunkturalizm, rutyna i zgorzknienie. Jednocześnie nie umiem myśleć o moim Maksie wyłącznie jako o przedstawicielu tej drugiej, cynicznej strony. Zakładam, że każdy może zbłądzić. Tak myślałem, budując tę postać – że jest w nim potencjał do zmiany, inaczej byłby strasznie jednowymiarowy i nieautentyczny. Przecież gdybyśmy nie dochodzili do nowych wniosków, nie ewoluowali, nadal tkwilibyśmy w epoce kamienia łupanego.

Pamiętam siebie sprzed lat, kiedy pojawiły się koszulki z hasłem „Aborcja jest OK”. Byłem tym wstrząśnięty – napisałem na swoich social mediach, że nie, nie jest OK, wziąłem udział w dyskusji na ten temat. Mimo że uważałem się za człowieka liberalnego, otwartego. Musiałem przejść daleką drogę, żeby zrozumieć, że bez takiego statementu nie ruszymy ani kroku dalej. Nigdy nie będziemy nawet centymetr bliżej prawdziwego kompromisu. Nie spotkamy się pośrodku, bo żeby dojść do środka, trzeba brać pod uwagę opinie z każdego krańca, a nie już w punkcie wyjścia stać blisko jednej, prawej strony. Dzisiaj imponuje mi odwaga kobiet, które wiedząc, jak potężna fala krytyki i hejtu je spotka, są w stanie wystąpić i wypowiedzieć tak odważne deklaracje, podzielić się osobistymi historiami.

Jest dla mnie oczywiste, że nie mam prawa ich osądzać. Choćby dlatego, że nigdy nie miałem macicy, nigdy nie postawiono mnie w sytuacji, w której musiałbym walczyć o decydowanie o swoim ciele i konfrontować się z kimś, kto mi mówi, że nie mam prawa o to walczyć. A już poza wszystkim – wracam do pytania, dlaczego chwilami mam ochotę Maksa przytulić – bez względu na kwestie światopoglądowe, ja, przygotowując się do roli, zawsze staram się wybronić mojego bohatera. Zrozumieć, skąd się wzięło to, jaki jest albo jaki mógłby być, gdyby nie okoliczności. Inaczej nie byłbym go w stanie zagrać. Nie wiem, czy Agata [Turkot – przyp. red.] powie o tym w wywiadzie, ale my bardzo późno, właściwie w ostatniej chwili, dowiedzieliśmy się, że będziemy grać parę. Musieliśmy błyskawicznie skrócić dystans. Żebyśmy mogli się „dotrzeć”, Ania [Maliszewska, reżyserka serialu – przyp. red.] zaproponowała: „A teraz sobie zaimprowizujmy, jak wyglądało pierwsze spotkanie Maksa i Heleny. Jak to się stało, że się w sobie zakochali i zostali małżeństwem”. I wiesz co? To było niesamowite. Wymogliśmy na sobie z Agatą, żeby na siebie dłużej spojrzeć, podaliśmy sobie ręce, ja trochę za długo przytrzymałem jej dłoń. I to wystarczyło. Już byłem tym bohaterem. Powstała jakaś intymność. Po czymś takim trudno traktować bohatera z zimnym dystansem, nie widzieć w nim tego czegoś kruchego, prawdziwego. Zresztą rozgadałem się o Maksie i innych mężczyznach, tymczasem na szczęście głównymi bohaterkami w serialu są kobiety. To o nie tutaj chodzi. My stanowimy tylko tło dla opowieści o tym, jak żyły, z czym musiały się mierzyć.

Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal) Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)

Niedawno odegrałeś też, rewelacyjnie, księcia z bajki w spocie promującym kampanię edukacyjną SEXEDPL. Twój książę ma ratować śpiącą królewnę, ale budzi ją seksistowskim komentarzem. I zupełnie nie rozumie, co w tym złego, gdzie kończy się żart, a zaczyna przemoc. Jak wspominasz tę współpracę?

Super doświadczenie. Bardzo się cieszę, że SEXEDPL zwróciło się do mnie, bo edukacja to według mnie kwestia absolutnie kluczowa. Obaj moi synowie – osiem i pięć lat – wiedzą na przykład, co to jest okres. I jak wyglądają macica i jajniki. Bardzo prosto to obrazowo pokazać, starczy stanąć na baczność przed dzieckiem, rozłożyć ramiona na boki i powiedzieć: synu, prawa ręka to prawy jajnik, lewa – lewy, a ja, tu pośrodku, to macica. Od tego się zaczyna.

Ty w ich wieku to wszystko wiedziałeś?

W podstawówce jeden z kolegów pochwalił się, że wie, kiedy zaczyna się okres. Byliśmy ciekawi, więc się wokół niego zebraliśmy: „No kiedy?”. A on z totalną powagą powiedział nam, że, cytuję, „30. każdego miesiąca”. Z kolei w piątej klasie nasza pani od biologii wyciągnęła skądś dwie stare ryciny – jakby żywcem wyjęte z dwudziestolecia międzywojennego – na których były wyrysowane damskie i męskie narządy. Wzięła długi, drewniany wskaźnik i na dzień dobry końcówką wskaźnika wycelowała w łechtaczkę. Od razu zrobiliśmy się czerwoni na twarzach. Spytała, czy ktoś wie, co to jest. Ja akurat nie wiedziałem, ale ktoś z klasy wiedział. Na to padło kolejne pytanie: „Dobrze, a kto wie, do czego ten organ służy?”. No tego to już nie wiedział absolutnie nikt. Pamiętam jak dziś słowa, jakie wtedy usłyszeliśmy: „Łechtaczkę stworzył Bóg, aby wynagrodzić kobiecie bóle porodowe”. To mniej więcej tyle na temat mojej szkolnej edukacji seksualnej.

Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal) Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)

A pamiętasz słowa, które w spocie wypowiada książę, nie mogąc zrozumieć, dlaczego obudzona królewna ma do niego pretensje?

Jak to szło? Aaaa, wiem: „To już nic nie można powiedzieć? Noż k…wa co za czasy!”.

Dla mnie te dwa zdania brzmią, niestety, bardzo znajomo. Dla ciebie też?

Byłbym straszliwym hipokrytą, gdybym powiedział, że nie. Przecież ja się wychowałem w czasach, kiedy komentarz, na jaki sobie pozwala książę wobec królewny – specjalnie go nie zacytuję – był na porządku dziennym.

Dorastałem na blokowisku na Ursynowie, róg Ciszewskiego i Rosoła. I tam zawsze kręcili się tak zwani spece, panowie robotnicy od naprawiania tego, co akurat się zepsuło. A psuło się wszystko i często. Pęknięte rury, walnięte zawory… Tymczasem oni non stop tylko siedzieli i coś „przekanszali”. I jak dziś pamiętam, że nie przepuścili żadnej dziewczynie, która przechodziła obok, zawsze musiał paść jakiś komentarz. To było tak oczywiste, że nikt się na to nie oburzał. Dziewczyny patrzyły na nich pobłażliwie, czasem się zaczerwieniły, czasem uśmiechnęły, czasem speszyły, ale szły dalej. Bez słowa. Był też przecież zwyczaj gwizdania za kobietami.

Ciekawe, czy teraz dla młodego, świadomego człowieka to wszystko brzmi jak opowieści z mchu i paproci? Jak myślisz?

Zresztą co ja opowiadam! Bredzę jak w malignie, jakbym był kompletnie naiwny. Gdyby coś się w tej kwestii rzeczywiście definitywnie zmieniło, w ogóle niepotrzebne by były takie spoty. Przemoc w internecie, bullying w szkole, dziewczyny bojące się biegać wieczorem ze słuchawkami na uszach… Wystarczy spojrzeć na to, co rysuje moje siostra – co ją wzrusza, co wywołuje jej wściekłość i rozpacz, na co reaguje, czemu się dziwi, nad czym załamuje ręce – a nie ma się wątpliwości, jak wygląda ten nasz współczesny świat, co się w nim wyprawia. Z każdym rysunkiem Matyldy się zgadzam. Z każdym.

Kiedy oboje dorastaliście, miałeś poczucie, że zupełnie innych rzeczy wymaga się od dziewczyn i od chłopaków? Czy w ogóle dopuszczałeś siostrę do chłopackiego świata?

Co do drugiego pytania, to chyba nie jestem tu grupą docelową. Bo ja nie byłem stereotypowym chłopakiem. Nie żebym się teraz wywyższał albo chwalił, po prostu mnie, kiedy dorastałem, nie za bardzo akceptowano w grupie kolegów. Przynajmniej jeśli chodzi o szkołę. Raz: że już wtedy grałem w filmach i serialach, być może był w tym jakiś element zazdrości. Dwa: chodziłem do klasy sportowej – należałem do sekcji pływackiej – w której kładziono duży nacisk na wyniki, a u mnie z wynikami bywało różnie. Trener stosował odpowiedzialność zbiorową i z basenu wszyscy mogli wyjść dopiero, kiedy dopłynął ten ostatni, czyli zazwyczaj ja. Koledzy niezbyt mnie więc lubili. Bić się z nimi nie chciałem, nie tylko dlatego, że nie umiałem, ale w ogóle nie rozumiałem, dlaczego miałbym to robić. Kiedyś na obozie sportowym taki jeden Piotrek kazał mi się bić z innym Piotrkiem. Ot tak, nagle powiedział: „Ty i ty robicie solówę”. Taki był wtedy „trend”. Nie chciałem, ale nas ustawili naprzeciwko siebie, okrążyli i nie było jak się z tego wykaraskać. No i ten, któremu kazali ze mną się bić, kopnął mnie i złamał mi rękę. Nie mogłem pojąć, o co w tych zagrywkach chodzi. To było poza moją wrażliwością.

Natomiast zawsze dobrze dogadywałem się z dziewczynami. To z nimi się trzymałem. Także moja mama rozmawiała ze mną o wielu sprawach otwarcie, no i dorastałem z siostrą. Wszystko razem złożyło się pewnie na to, że dzisiaj mi po drodze z kobiecą wrażliwością, łatwo mi ją zrozumieć. Jest nawet taka kwestia, nie wiem, czy wielu mężczyzn byłoby gotowych się do tego przyznać, nawet jeśli podobnie czują i myślą – ja już bardzo wcześnie miałem w sobie myśl, że wspaniale byłoby urodzić dziecko, że autentycznie tego kobietom zazdroszczę.

I oczywiście uważam, że kocham swoich synów najbardziej na świecie, że już się nie da bardziej kochać swojego dziecka [śmiech]. Kiedy urodził się Franciszek, z pewnych względów to mnie pierwszemu go podano. Nie zapomnę, z jaką ufnością położył się na moim brzuchu, instynktownie, myśląc, że jestem jego mamą i że go nakarmię. Wspominam to jako jeden z najbardziej wzruszających i przejmujących momentów w moim życiu. Żeby nie przesłodzić, dodam jeszcze, że był to również dzień, w którym nagle zdałem sobie sprawę, że nie widzę swojego własnego dziecka, leżącego kilka centymetrów od moich oczu. Zupełnie nie mogłem złapać ostrości. Wściekłem się i następnego dnia poszedłem pierwszy raz do optyka i zrobiłem sobie pierwsze okulary.

Umięśnionego i wytatuowanego Goldena, zawsze gotowego, żeby pójść z kimś na solo, zagrałeś w obu częściach „Furiozy”. To rola, która odczarowała twoje aktorskie emploi. Jak się czułeś w ciele tego bohatera, z jego mięśniami i brutalnością?

Na początek zrobię małe sprostowanie: reżyser Cyprian T. Olecki zaproponował mi rolę Goldena, bo zobaczył mnie między innymi w „Czarnym”, filmie Dominika Matwiejczyka [z 2008 roku – przyp. red.], u którego po raz pierwszy zagrałem mocno nieprzyjemnego gościa. Tylko że „Czarny” to kino offowe i nie wszyscy zwrócili na nie uwagę. Tyle gwoli wyjaśnienia, a jeśli chodzi o fizyczne przygotowanie do „Furiozy”, to jest ciekawa sprawa, bo nastąpiło swego rodzaju sprzężenie zwrotne. Jako Golden w najlepszym momencie ważyłem 71 i pół kilograma, jakieś 20 mniej niż teraz. On musiał być totalnie umięśniony, ale też lekki, szybki, zwinny.

Czułem się silniejszy, bo świat postrzegał mnie jako silniejszego, bano się mnie. Swoje robiła wygolona głowa, no i dieta, ciągle chciało mi się jeść, więc chodziłem wkurzony. I tym bardziej się mnie bali. Ludzie nagle już nie szukali konfrontacji, nie podchodzili po autograf i nie uśmiechali się do doktora Radwana [bohatera z serialu „Na dobre i na złe”, którego Mateusz gra od 2014 roku – przyp. red.]. To, przyznaję, dawało mi jakiś rodzaj satysfakcji. Zwłaszcza że jeszcze z Akademii Teatralnej wyniosłem słowa jednego z profesorów, który mówił mi: „Jak wychodzisz po spektaklu i podchodzą do ciebie po autograf, to znaczy, że było do dupy. Masz wyjść i ma cię nikt nie poznać”. Prowokował, ale to ze mną zostało, zawsze gdzieś mi tam dźwięczało, pomyślałem sobie: „Oho, może profesor byłby ze mnie wreszcie zadowolony?”. Pewnie by nie był, jego było trudno zadowolić, ale zawsze bardzo się liczyłem z jego zdaniem.

Podobnie czułeś się w ciele Inco, bohatera serialu „Prosta sprawa”, który też reżyserował Cyprian T. Olencki?

O nie, Golden był jak iskra, a tu musiałem stać mocno na ziemi, byłem dużo cięższy, wolniejszy. Przyznam się, że to właśnie ten z wszystkich bohaterów, których dotąd zagrałeś, jest moim ulubionym. Samotny mściciel, którego trudno rozgryźć.

Tego nie było w scenariuszu, ale na własne potrzeby, budując tę rolę, wymyśliłem sobie, że on jest w spektrum – wtedy jeszcze nie wiedziałem o autyzmie tyle, ile się dowiedziałem teraz, grając w drugim sezonie serialu „Matki pingwinów”. Tak czy inaczej, rozumiem, o co ci chodzi: imponująca jest ta jego konsekwencja i odwaga w działaniu. Inco, kiedy podejmuje decyzje, to się nie waha. Czyli dokładnie odwrotnie niż ja na co dzień. Bo ja zwykle dzielę włos na czworo, nie jestem w stanie podjąć błyskawicznych decyzji. Trochę się tego wstydzę, bo przecież powinienem być przykładem dla moich synów, na szczęście moja żona jest pod tym względem zupełnie jak Inco. Bardzo konkretna, zadaniowa. Paulina [Andrzejewska-Damięcka – tancerka, choreografka – przyp. red.] mniej mówi, więcej robi.

Rozmawiamy o osobie, która w wieku 10 lat wyjechała z domu rodzinnego do szkoły baletowej i mieszkała w internacie. Raz na tydzień korzystała z telefonu na korytarzu i dzwoniła do rodziców. Zacisnęła zęby i zrealizowała swoje marzenia. A ty? Czy wyobrażasz sobie, że uprawiasz inny zawód? I co właściwie oznaczało dla ciebie dorastanie w aktorskiej rodzinie?

Oznaczało dzieciństwo wywrócone do góry nogami. Jeździłem z ojcem na chałtury po Polsce, i wyglądało to tak, że rano odwiedzaliśmy przedszkola i szkoły i śpiewaliśmy „Cztery słonie” – ja siedziałem razem z dzieciakami na widowni, bo nie było co ze mną zrobić – a wieczorem jechaliśmy do hotelu robotniczego albo do jakiegoś lokalu przy hotelu, gdzie była scena i mój tata śpiewał piosenki z dreszczykiem [Mateusz śpiewa zmienionym głosem: „To był szefa ostatni strzał, kszsz, ten jeden strzał, za dużo czego chciał, po co się pchał szczeniak Luki z szampańskim rechotem…”].

Jako pięciolatek śpiewałem te piosenki dla dorosłych z pamięci. Tata umiał jeździć konno, więc ja też jako dziecko jeździłem razem z nim konno. On robił dżygitówkę, czym imponował mi na maksa, więc i ja po latach (nauczyłem się tego przy okazji przygotowań do „Jutro idziemy do kina”) zacząłem robić dżygitówkę – w filmie w pełnym galopie podbieram czapkę z ziemi.

Tata często zabierał mnie i Matyldę ze sobą do teatru. Miałem osiem lat i znałem „Kubusia Fatalistę i jego pana” w całości. „Don Kichota z La Manchy” w reżyserii Jerzego Gruzy z Gosztyłą, na zmianę z Wysockim, na zmianę ze Zborowskim w tytułowej roli, widziałem 16 razy. Wiesz, mnie jako dzieciakowi wydawało się, że to ja sobie ten zawód wymyśliłem, bo po tym, jak w telewizji nadawali ogłoszenie, że szukają do roli chłopca w wieku 10-11 lat, wymogłem na tacie, żeby mnie zawiózł do wytwórni na Chełmskiej. Wydawało mi się, że sam to sobie wybrałem, ale dzisiaj jest dla mnie jasne, że prawdopodobnie nie mogło się to skończyć inaczej. Że to nie ja, tylko te okoliczności spowodowały, że jestem, kim jestem.

Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal) Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)

Bardzo się wzruszyłam, kiedy półtora roku temu podczas festiwalu w Gdyni wyszliście z Matyldą na scenę odebrać przyznaną pośmiertnie twojemu Tacie nagrodę w kategorii „wyjątkowy wkład artystyczny”. Powiedziałeś wtedy, pamiętam, że filmy dają nieśmiertelność. Chwilę wcześniej zdążyłeś jeszcze zagrać z Tatą. We wspomnianej „Prostej sprawie” macie wspólną scenę.

Dwie sceny. Nieduże, ale tata grał je w dwa różne oddalone od siebie dni zdjęciowe. Podczas pierwszego był chyba tydzień po chemii. Podczas drugiego – jeden dzień po. Niepokoiłem się, że to dla niego za duży wysiłek, widać było momentami, jak bardzo jest zmęczony, a jednocześnie, że walczy – już samo to, że mógł być na planie, sprawiło, że był szczęśliwy i spełniony. W „Prostej sprawie” grał taksówkarza, starego wyjadacza, z którym Inco ma kurs. No więc kręcimy tę scenę, a tu taksówkarz w pewnym momencie nieoczekiwanie rzuca do Inco: „Synek, nie ucz ojca dzieci robić!”. Tata zaimprowizował. Genialnie, przy okazji autoironicznie. Cyprian był zachwycony. Jak robiliśmy duble, to już tak zostało. Tata miał zawsze poczucie humoru na swój temat, zawsze był bardzo dowcipny.

Wiedział, że zagrasz rolę Starskiego w „Lalce” [filmowej wersji w reżyserii Macieja Kawalskiego – przyp. red.]?

Nie. Jeszcze wtedy nie było mowy o tej roli.

Jak myślisz, co by powiedział?

Pewnie byłby zadowolony. Może by mnie uspokajał, że będzie dobrze? Bo ja się z początku stresowałem, że ludzie mają w głowach Starskiego granego przez Romana Wilhelmiego [z serialu 1977 roku – przyp. red.]. Długo się zbierałem, żeby w ogóle sobie tamten serial przypomnieć, tak byłem przerażony.

A teraz?

Jestem spokojny. Przestałem się bać. Ja mam swojego Starskiego. Wykonałem swoją robotę.

Czy to, że tak wiele osób w twojej rodzinie wybrało aktorski fach, traktujesz jak rodzaj dziedzictwa? Czy to jednak nieadekwatne określenie?

Coś w tym na pewno jest, że funkcjonujemy trochę jak te rodziny prawnicze czy lekarskie. To się ciągnie od matki mojej babci Ireny Górskiej-Damięckiej. Bo to właśnie jej matka Alina pod koniec XIX wieku założyła w Oszmianie na Wileńszczyźnie amatorski teatr. Założę się, że kurtyna w 1875 roku pachniała dokładnie tak samo, jak pachnie teraz. Zapach ciężkiego, pluszowego materiału, w którym jest strasznie dużo kurzu. I który kojarzy mi się z czymś znajomym, bezpiecznym. Pamiętam, jak w Akademii Teatralnej wybieraliśmy sobie kostiumy do jednoaktówek Czechowa i odnajdowaliśmy perełki – sięgam po coś, patrzę, a tam podszewka kostiumu podpisana „Janusz Gajos”. Albo „Marian Kociniak”. Zakładasz to na siebie i coś na ciebie przełazi, wstępuje w ciebie jakaś nieznana ci dotąd siła. Fantastyczne uczucie! Nie wiem, czy użyłbym słowa dziedzictwo, bo może właśnie łatwiej to poczuć niż ponazywać. Po prostu ten świat jest tak atrakcyjny, tak wciągający, że jeżeli się w niego wejdzie i w nim rozsiądzie, to co to w ogóle za pomysł, żeby z niego wychodzić?

Mateusz Damięcki rocznik 1981. Aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy. Debiutował na ekranie w serialu „Wow” (1993). Do jego najgłośniejszych filmowych ról należą te w: „Jutro idziemy do kina”, „Przedwiośniu”, obu częściach „Furiozy”. Jeśli chodzi o aktorskie korzenie, jest wnukiem aktorów Dobiesława Damięckiego i Ireny Górskiej-Damięckiej, synem Macieja Damięckiego i bratankiem Damiana Damięckiego.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE