W serialu są małżeństwem nieustannie toczącym ze sobą boje. Poza planem ich głosy idealnie się uzupełniają. Zresztą Mateusz Damięcki nie kryje, że po drodze mu z kobiecą wrażliwością. I już w dzieciństwie wolał trzymać się z dziewczynami.
Fragment wywiadu z miesięcznika „Zwierciadło” 4/2026.
Zofia Fabjanowska: Oj, można cię w „Piekle kobiet” znielubić! Grasz postać mocno niejednoznaczną. Twoim zdaniem, jaka jest najgorsza cecha Maksa?
Mateusz Damięcki: Tego słodziaka? Jak tu nie kochać faceta? Ma przecież tyle uroku! Elegancki, zamożny, posiada wpływy. Niby jego gazeta jest dość frywolna, ale przecież kształtuje opinię publiczną…
No dobrze, tak już bardziej serio, nie wiem, jak dużo mogę zdradzić z fabuły, więc może zacznę od lżejszych grzechów Maksa. Jest na przykład grafomanem. Ma ambicje, żeby oprócz prowadzenia poczytnej gazety publikować swoje teksty kabaretowe, tylko że wszystko, co pisze, to straszliwa boazeria. Czysty kicz. Maks jest też małostkowy i egocentryczny, a przede wszystkim, przy dużej pewności siebie, jaką ma, kompletnie brak mu dystansu wobec własnej osoby i własnych działań. Ten człowiek w ogóle nie zdaje sobie sprawy, co robi własnej żonie…
Czy sposób, w jaki ją traktuje, to przemoc? Bo chwilami nie wydaje się to oczywiste.
I tu zaczyna się pewien problem – nie tylko dlatego, że nie mogę teraz wszystkiego opowiedzieć i zepsuć widzom oglądania. Sprawa jest bardziej skomplikowana, bo z jednej strony moja odpowiedź jest jednoznaczna: tak, ten facet stosuje najróżniejsze formy przemocy. On z pozoru może nie wydawać się przemocowcem – nie jest przecież taki, jak wielu innych mężczyzn pokazanych w naszym serialu. Maks się od nich różni, a pozory, które stwarza, czasem są na tyle silne, na tyle przekonujące, że wzbudzają w widzach szczerą nadzieję na to, że w głębi duszy nie jest aż taki zły. Oczywiście ja dzisiaj, w XXI wieku, z tą wiedzą, jaką mam, mogę dokładnie określić, co jest z moim bohaterem nie tak. Stosuje na przykład przemoc ekonomiczną, mimo że trudno byłoby go na tym przyłapać – przecież żyją z żoną bardzo zamożnie, Helenie niczego nie brakuje. Jednocześnie nie ma między nimi żadnej równości. On, kiedy tylko może, zaznacza, kto tu rządzi.
Osobiście od lat biorę udział w programach wprowadzonych przez Organizację Narodów Zjednoczonych, a konkretnie tych nadzorowanych w Polsce przez UNGC [United Nations Global Compact – zainicjowaną w 2000 roku przez ONZ, największą na świecie inicjatywę działającą w ponad 160 krajach na rzecz zrównoważonego rozwoju – przyp. red.], której jestem ambasadorem. Przy okazji działania na rzecz tej organizacji sporo się dowiedziałem na temat nierówności. To świetna inicjatywa – wspiera sprawiedliwe wynagradzanie bez względu na płeć, równowagę w kwestii obsadzania wyższych stanowisk, ale też dąży do zrównania prawa dla mężczyzn i kobiet w osiąganiu doświadczenia zawodowego. Inna sprawa, że w tym naszym XXI wieku działamy zbyt opieszale. Obliczono, że jeżeli nadal będziemy wprowadzać zmiany na rynku pracy w takim tempie jak teraz, to kobiety z mężczyznami zrównają się zarobkowo dopiero za ponad 100 lat.
A wracając do Maksa – jak sobie pomyślę, że ktokolwiek traktowałby moją żonę, siostrę czy mamę tak jak on traktuje Helenę, od razu mam ochotę strzelić go w gębę. Zresztą one same też by mu pewnie strzeliły. Choć przyznam ci się, są momenty – wiem, zabrzmi to kontrowersyjnie – kiedy mam go ochotę przytulić.
Przytulić? Dlaczego?
Bo mi za niego wstyd, bo chciałbym popatrzeć mu w oczy i powiedzieć, jak bardzo się myli – że te wszystkie rzeczy, które uważa za normalne, normalne nie są. I żeby była jasność: nie próbuję zdjąć z niego odpowiedzialności, ale grając go, starałem się cały czas
pamiętać, w jakich żyje czasach. Lubimy myśleć o międzywojniu jako o Polsce w rozkwicie: eleganccy panowie, fraki, krochmalone koszule, butonierki, Skamandryci, róża w zębach, bez we włosach, dadaiści, futuryści, powiew upragnionej wolności po 120 latach niewoli – takie mamy skojarzenia. Jakoś mniej pamiętamy, że to również był czas, kiedy mężczyzna, jeśli miał poczucie, że traci nad żoną władzę i kontrolę, mógł umieścić ją w szpitalu psychiatrycznym. Procedura była szybka. I problem z głowy.
Coś o tym wiedziała Zofia Stryjeńska, którą mąż dwa razy zamykał w zakładzie…
No właśnie. Przypomina mi się też przy okazji „Epoka hipokryzji”...
Właśnie niedawno polecałyśmy sobie tę książkę w redakcji!
W takim razie znasz wszystkie opisane przykłady, od których oko bieleje. Między innymi fragment, że mężczyznom-mężom mężczyźni-lekarze zalecali wizyty w domach publicznych jako lek na migrenę. Migrenę! Tego typu bzdury, ale i masa innych podobnych przekonań tworzyły idealne warunki, żeby nie liczyć się z kobietami. Męskie towarzystwo wzajemnej adoracji, poplecznictwa, emanacja siły, struktura jak w mafii: trzymając was za mordę, pokażemy wam, kto ma nad wami władzę. W sumie, jak się nad tym zastanowić, jeśli w tamtych czasach mężczyzna decydował się, mimo wszystko, wyłamać z tłumu i traktować kobiety po partnersku, jeśli dawał im prawo do decydowania o sobie, był to rodzaj wręcz bohaterstwa. A wymagać od kogoś bohaterstwa… to jest już zupełnie inna kwestia.
Najsłynniejszym obrońcą praw kobiet tamtego czasu był Tadeusz Boy-Żeleński, który pojawia się w waszym serialu. I za którego opasłą biografię „Książę” przy okazji się wzięłam.
Pojawia się też założona przez Boya Poradnia Świadomego Macierzyństwa [otwarta w 1931 roku pierwsza w Polsce placówka oferująca kobietom porady z zakresu antykoncepcji, edukacji seksualnej i planowania rodziny – przyp. red.]. Zresztą przecież już sam tytuł serialu, „Piekło kobiet”, odnosi się do jego pism. Tytuł jest mocny, kiedy pracowaliśmy nad serialem, rodziły się pytania, czy aby nie za mocny. Śmieszne, bo wtedy samego Boya z kolei krytykowano, że jest w swoim pisaniu zbyt dyplomatyczny, że mógłby być jeszcze ostrzejszy. Tylko że prawdopodobnie właśnie nie mógł – gdyby był bardziej drastyczny, to nie wydaliby mu tego albo nie miałby aż tylu czytelników, a chciał, żeby sprawa stała się jak najbardziej powszechna.
Jest u nas w serialu również fikcyjny lekarz, młody chłopak, Emil. Lubię tę postać, wzrusza mnie, to takie ładne i uniwersalne przypomnienie, że ideały młodości są piękniejsze niż koniunkturalizm, rutyna i zgorzknienie. Jednocześnie nie umiem myśleć o moim Maksie wyłącznie jako o przedstawicielu tej drugiej, cynicznej strony. Zakładam, że każdy może zbłądzić. Tak myślałem, budując tę postać – że jest w nim potencjał do zmiany, inaczej byłby strasznie jednowymiarowy i nieautentyczny. Przecież gdybyśmy nie dochodzili do nowych wniosków, nie ewoluowali, nadal tkwilibyśmy w epoce kamienia łupanego.
Pamiętam siebie sprzed lat, kiedy pojawiły się koszulki z hasłem „Aborcja jest OK”. Byłem tym wstrząśnięty – napisałem na swoich social mediach, że nie, nie jest OK, wziąłem udział w dyskusji na ten temat. Mimo że uważałem się za człowieka liberalnego, otwartego. Musiałem przejść daleką drogę, żeby zrozumieć, że bez takiego statementu nie ruszymy ani kroku dalej. Nigdy nie będziemy nawet centymetr bliżej prawdziwego kompromisu. Nie spotkamy się pośrodku, bo żeby dojść do środka, trzeba brać pod uwagę opinie z każdego krańca, a nie już w punkcie wyjścia stać blisko jednej, prawej strony. Dzisiaj imponuje mi odwaga kobiet, które wiedząc, jak potężna fala krytyki i hejtu je spotka, są w stanie wystąpić i wypowiedzieć tak odważne deklaracje, podzielić się osobistymi historiami.
Jest dla mnie oczywiste, że nie mam prawa ich osądzać. Choćby dlatego, że nigdy nie miałem macicy, nigdy nie postawiono mnie w sytuacji, w której musiałbym walczyć o decydowanie o swoim ciele i konfrontować się z kimś, kto mi mówi, że nie mam prawa o to walczyć. A już poza wszystkim – wracam do pytania, dlaczego chwilami mam ochotę Maksa przytulić – bez względu na kwestie światopoglądowe, ja, przygotowując się do roli, zawsze staram się wybronić mojego bohatera. Zrozumieć, skąd się wzięło to, jaki jest albo jaki mógłby być, gdyby nie okoliczności. Inaczej nie byłbym go w stanie zagrać. Nie wiem, czy Agata [Turkot – przyp. red.] powie o tym w wywiadzie, ale my bardzo późno, właściwie w ostatniej chwili, dowiedzieliśmy się, że będziemy grać parę. Musieliśmy błyskawicznie skrócić dystans. Żebyśmy mogli się „dotrzeć”, Ania [Maliszewska, reżyserka serialu – przyp. red.] zaproponowała: „A teraz sobie zaimprowizujmy, jak wyglądało pierwsze spotkanie Maksa i Heleny. Jak to się stało, że się w sobie zakochali i zostali małżeństwem”. I wiesz co? To było niesamowite. Wymogliśmy na sobie z Agatą, żeby na siebie dłużej spojrzeć, podaliśmy sobie ręce, ja trochę za długo przytrzymałem jej dłoń. I to wystarczyło. Już byłem tym bohaterem. Powstała jakaś intymność. Po czymś takim trudno traktować bohatera z zimnym dystansem, nie widzieć w nim tego czegoś kruchego, prawdziwego. Zresztą rozgadałem się o Maksie i innych mężczyznach, tymczasem na szczęście głównymi bohaterkami w serialu są kobiety. To o nie tutaj chodzi. My stanowimy tylko tło dla opowieści o tym, jak żyły, z czym musiały się mierzyć.
Mateusz Damięcki (Fot. Marta Wojtal)
Niedawno odegrałeś też, rewelacyjnie, księcia z bajki w spocie promującym kampanię edukacyjną SEXEDPL. Twój książę ma ratować śpiącą królewnę, ale budzi ją seksistowskim komentarzem. I zupełnie nie rozumie, co w tym złego, gdzie kończy się żart, a zaczyna przemoc. Jak wspominasz tę współpracę?
Super doświadczenie. Bardzo się cieszę, że SEXEDPL zwróciło się do mnie, bo edukacja to według mnie kwestia absolutnie kluczowa. Obaj moi synowie – osiem i pięć lat – wiedzą na przykład, co to jest okres. I jak wyglądają macica i jajniki. Bardzo prosto to obrazowo pokazać, starczy stanąć na baczność przed dzieckiem, rozłożyć ramiona na boki i powiedzieć: synu, prawa ręka to prawy jajnik, lewa – lewy, a ja, tu pośrodku, to macica. Od tego się zaczyna.
Ty w ich wieku to wszystko wiedziałeś?
W podstawówce jeden z kolegów pochwalił się, że wie, kiedy zaczyna się okres. Byliśmy ciekawi, więc się wokół niego zebraliśmy: „No kiedy?”. A on z totalną powagą powiedział nam, że, cytuję, „30. każdego miesiąca”. (…)
Cały wywiad z Mateuszem Damięckim przeczytacie w marcowym numerze miesięcznika „Zwierciadło”, dostępnym aktualnie w sprzedaży.
Mateusz Damięcki rocznik 1981. Aktor teatralny, filmowy, telewizyjny i dubbingowy. Debiutował na ekranie w serialu „Wow” (1993). Do jego najgłośniejszych filmowych ról należą te w: „Jutro idziemy do kina”, „Przedwiośniu”, obu częściach „Furiozy”. Jeśli chodzi o aktorskie korzenie, jest wnukiem aktorów Dobiesława Damięckiego i Ireny Górskiej-Damięckiej, synem Macieja Damięckiego i bratankiem Damiana Damięckiego.