Autopromocja
1200300
1200300
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Praca
  4. >
  5. Czy relacja mistrz – uczeń na obecnym rynku pracy jest jeszcze możliwa? Pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera

Czy relacja mistrz – uczeń na obecnym rynku pracy jest jeszcze możliwa? Pytamy psychoterapeutę Wojciecha Eichelbergera

Ilustracja Paweł Jońca
Ilustracja Paweł Jońca
Uczniem Pitagorasa mógł zostać tylko ten, kto sprostał wielu wymaganiom, m.in. musiał milczeć pięć lat. Ostateczną decyzję i tak podejmował mistrz. Aż do XVIII wieku zdobywanie wiedzy było możliwe dzięki jego opiece. Dziś relacja mistrz – uczeń przetrwała w rzemiośle, sztuce i duchowości, ale stopniowo zanika.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 2/2026.

Beata Pawłowicz: Niewątpliwie jesteś autorytetem nie tylko w środowisku psychoterapeutów, a więc pytanie samo się nasuwa: czy masz uczniów?

Wojciech Eichelberger: Przychodzą do mnie koledzy terapeuci, którzy poszukują superwizji. Omawiamy trudności, jakie napotykają w pracy z klientami. To ludzie w dużej mierze już zawodowo ukształtowani, absolwenci różnych szkół psychoterapii, posiadający wieloletnie doświadczenie w pracy. Zdarzają się wśród nich tacy, którzy w jakiejś części przejmują mój sposób rozumienia genezy ludzkich problemów psychicznych i strategie pomagania, które uważam za najskuteczniejsze. Nie jest to jednak kształtowanie uczniów na wzór i podobieństwo mistrza, bo to, co proponuję, jest przez „superwizantów” jedynie częściowo inkorporowane do ich wiodącej, wcześniej wyuczonej filozofii i praktyki pomagania. A ponieważ metoda, którą pracuję, jest bardzo indywidualna, silnie zakorzeniona w moim doświadczeniu życiowym, to nie zdecydowałem się na prowadzenie mojej szkoły psychoterapii. Nie ma więc nikogo, kogo mógłbym nazwać swoim uczniem czy uczennicą.

A czy w korporacjach jest przestrzeń na relację mistrz – uczeń albo na tutoring?

W korporacjach, wbrew wzniosłym deklaracjom o wielostronnych możliwościach indywidualnego rozwoju pracowników, mistrzowskiego tutoringu, niestety, nie widać. Powodem zapewne jest wszechobecna rywalizacja i związana z nią nieufność.

Zauważmy, że w hierarchicznych, autorytarnie zarządzanych organizacjach, takich jak korporacje, ludzkie rywalizacyjne namiętności i obawy silniej niż gdzie indziej dochodzą do głosu. Wewnętrzny korporacyjny mistrz czy tutor boi się więc solidnie kształcić swoich uczniów w trosce o utrzymanie swojego stanowiska i ścieżki awansu. Poza tym w korporacjach ludzie kwalifikujący się do klasy mistrzowskiej na ogół zbliżają się do wieku emerytalnego, więc tym bardziej obawiają się zagrożenia ze strony młodszej konkurencji. Wykształcenie kogoś bardziej kompetentnego od siebie, kto mógłby zająć ich miejsce w organizacji, byłoby zbyt ryzykowne. Dlatego pracownicy i menedżerowie korporacyjni uczą się nowych kompetencji raczej na zewnętrz u niezależnych specjalistów. Nierzadko na swój koszt.

W prywatnych i państwowych firmach jest podobnie?

Powiem tak: znam pewną firmę, której właściciel i zarazem prezes obiecał swoim dyrektorom i specjalistom, że nikogo z nich nie zwolni z pracy aż do emerytury. To, wydawałoby się, ryzykowne posunięcie, bardzo szybko podniosło szkolenie młodych pracowników na znakomity poziom. Bo „mistrzowie”, poczuli się bezpieczni i zaczęli z zaangażowaniem przykładać się do przekazywania wiedzy nowym, młodszym pracownikom i stażystom – można powiedzieć, że weszli w rolę mistrzów. Jeden przypadek nie jest wprawdzie przesłanką do wyciągania ogólnych wniosków, ale można zaryzykować hipotezę, że naprawdę efektywny proces edukacyjny w firmach i organizacjach, adresowany do młodych pracowników, może mieć miejsce wtedy, gdy mistrzowie i mentorzy mają pewność zatrudnienia do końca ich zawodowej kariery.

Czytaj także: Jak uniknąć klątwy schyłku kariery? Nie przywiązuj się do sukcesu i bądź gotowa do zmiany

Czyli nie my się zmieniliśmy jako ludzie, tylko rynek pracy, i to sprawia, że relacja mistrz – uczeń stała się rzadka i trudna?

Polityka personalna w korporacjach i dużych organizacjach jest z pewnością jedną z ważnych przyczyn. Ale, jak to widać na powyższym przykładzie, sprawa może mieć się inaczej w firmach właścicielskich czy rodzinnych. Szczególnie w tych, w których palący staje się problem sukcesji. Wtedy ze zrozumiałych powodów właściciele, a najczęściej zarazem prezesi, starają się rzetelnie przekazywać swoją mistrzowską wiedzę następcom. Motywacją jest zatrzymanie biznesu w rodzinie, więc intensywne szkolenie dotyczy najczęściej właścicielskich dzieci, synów albo córek.

Czytaj także: Coach, doradca zawodowy, mentor – jak i z kim rozwijać się zawodowo?

Czy to, że ojciec lub matka występują w roli mistrza, a dzieci w roli uczniów, nie jest dużym utrudnieniem dla tej relacji?

Tak, gdyż role mentorskie, mistrzowskie często różnią się od ról rodzinnych. Na przykład mistrz właściciel jako mentor musi bywać wymagający i oceniający wobec córki w roli uczennicy, podczas gdy w domu przez wiele lat ją rozpieszczał. Taka niespójność ról zawsze generuje wiele napięć i konfliktów między właścicielem i sukcesorem. Następny problem pojawia się, gdy sukcesja się dokona, a sukcesor potomek ma tendencję do zwalniania dyrektorów i menedżerów zatrudnionych w firmie dawno temu przez ojca czy matkę. Chce mieć na stanowiskach swoich ludzi, a nie zabiegać o uznanie i szacunek starej kadry.

Obawia się, że dyrektorzy, których wybrał i zatrudnił rodzic, będą patrzeć na niego z góry i krytycznie odnosić się do prezesowskich pomysłów i poczynań. Sukcesja kończy się więc często rewolucją kadrową, sprowadzającą się do zwolnienia starych mistrzów. Mistrzowie – a tym samym autorytety – są, jak widać, gatunkiem zanikającym i powinni znaleźć się pod ochroną.

Czy powodem zanikania relacji mistrz – uczeń może być także rozwój technologiczny, który podważa mistrzostwo starej kadry?

Z pewnością tak. Szczególnie jest to widoczne w instytucjach edukacyjnych, począwszy od podstawówki po uczelnie wyższe, gdzie rolę mistrzów i autorytetów już dawno przejęły smartfony, a obecnie ostateczne spustoszenie sieje sztuczna inteligencja.

Jeszcze jednym powodem jest zanikanie małych biznesów rzemieślniczych, które potrafiły działać pod tym samym adresem przez dziesiątki lat, cały czas doskonaląc swój produkt czy usługi. W takich firmach relacja mistrz – uczeń była do niedawna podstawową formą transmisji umiejętności zawodowych. Zwłaszcza dotyczyło to rzemiosł, takich jak na przykład krawiectwo, fryzjerstwo, cukiernictwo, szewstwo, ślusarstwo, zegarmistrzostwo, blacharstwo itp. W tamtych czasach mistrz brał kandydata do tak zwanego terminu na czeladnika i uczył wszystkiego o danym rzemiośle. Gdy uczeń zdał wymyślone przez mistrza egzaminy, kończył termin i dostawał od mistrza osobiste świadectwo zawodowych kompetencji. Tym samym mistrz gwarantował przed światem dobrą jakość rzemiosła swojego ucznia, a uczeń mógł albo podjąć pracę u mistrza, albo założyć swój mały interes. Ten wymagający, ale skuteczny i sprawny tryb zdobywania kompetencji rzemieślniczych funkcjonował w Polsce z powodzeniem do lat 90. zeszłego wieku.

Czytaj także: Zawód? Kariera? Powołanie? Jak pracę postrzegają współcześni młodzi ludzie?

Relacja mistrz – uczeń może być zagrażająca dla oryginalnego i niepowtarzalnego rozwoju ucznia? W czasach indywidualizmu tego się obawiamy.

Wszystko w tej sprawie zależy od ucznia. Jeśli jest zdolny, kreatywny i ma charakter, to na pewno mistrz go nie zdominuje. Wtedy weźmie od nauczyciela to, co mu jest potrzebne, czyli warsztat i doświadczenie, i będzie to dalej przekształcał zgodnie ze swoimi pomysłami i wizjami.

Kilkakrotnie też widziałem proces odwrotny niż ten, o którym wspominasz, czyli nie dość, że uczeń nie tracił swojego charakteru i kreatywności, to jeszcze potrafił zlekceważyć standardy jakości przyjęte przez mistrza, konieczne do zachowania odpowiednio wysokiej jakości produktu. To się zdaniem ucznia nie opłacało. A wtedy to uczeń porzucił mistrza nie dlatego, że ten łamał mu kręgosłup i blokował jego kreatywność, lecz dlatego, że ograniczał jego dochody. Bo gdyby chciał zachować jakość, jakiej mistrz go uczył, to pozostałyby one na niższym poziomie.

Chciwość w połączeniu z lenistwem potrafią doprowadzić do upadku najwspanialsze przedsięwzięcia, dzieła i idee. Coraz częściej to, niestety, obserwujemy.

Na warszawskiej Woli przed niewielką cukiernią w starej kamienicy stoi codziennie kolejka. Są tam ponoć najlepsze pączki w całej Warszawie.

Właśnie: mistrzowska jakość produktów, a nie elegancki lokal w modnym miejscu. To dobry pomysł, aby nie obniżając jakości, nie podnosić ceny ponad oczekiwania i możliwości klientów. Ludzie pokazują, że wolą kupić dobre ciasto w okienku na Pradze niż kiepskie w eleganckiej kawiarni w centrum. Ale takie decyzje są obecnie coraz rzadziej podejmowane. Jednak dzięki tej zasadzie na przykład w Sajgonie można za grosze zjeść na krawężniku świetny, ręcznie robiony posiłek ze świeżych składników. To znakomicie prosperująca gastronomia uliczna, gdzie liczby wydawanych posiłków i klientów są z góry ograniczone, ale dzięki temu jakość zostaje zachowana, a cena jest dostępna.

Mistrzostwo nie idzie dziś w parze z zyskiem? Trzeba wybierać? To by wyjaśniało, dlaczego w czasach, gdy rządzi zysk, mistrzowie nie są w cenie.

Mistrzowie są niezwykle cenni i niezbędni wszędzie, a zwłaszcza w sztuce: aktorstwie, malarstwie czy muzyce. Relacja mistrz – uczeń zaczyna się od stanu podobnego zakochaniu. Bo uczeń wybiera mistrza, ponieważ się w nim jakby zakochał, zachwycił się jakością tego, co mistrz tworzy czy oferuje. A to ujawnia ważne pokrewieństwo pomiędzy mistrzem i jego przyszłym uczniem: duchowe, estetyczne, emocjonalne, intelektualne, filozoficzne. Dzięki temu procesowi dzieje się kilka dobrych i ważnych rzeczy: mistrz dostaje pod opiekę cenny talent podobny do niego samego z czasów młodości, będzie się więc lepiej rozumieć z uczniem i prawdopodobnie się polubią. W sumie proces edukacji ucznia będzie wtedy dużo szybszy i efektywniej rozwinie jego potencjał.

Powodem bywa to, że uczeń wybrał mistrza, z którym czuje duchowe pokrewieństwo, a mistrz – utalentowanego ucznia, dla którego od początku był autorytetem i wzorem do naśladowania.

Nawet wtedy nie grozi uczniowi kopiowanie mistrza kosztem siebie?

Można śmiało zaufać przenikliwej prawdzie zbudowanej na fundamencie niezliczonych obserwacji, że jeśli patrzymy na kogoś, kto nas zachwyca, to zapewne patrzymy na kogoś, kto reprezentuje nasz własny ukryty potencjał. Dlatego też autentyczna relacja uczeń – mistrz z zasady rozwija potencjał ucznia, sprzyja temu, by to, co zachwyciło go w mistrzu, rozwinął w sobie.

Jeżeli przekaz mistrza, jego specyficzna wrażliwość i przekonania poruszają ucznia, to można być spokojnym, że mistrz nie zdominuje ucznia, że niczego mu nie narzuci. Prawdziwy nauczyciel dobrze wie, że uczeń, który staje się jego kopią, nie jest udanym uczniem.

Dobrym uczniem jest ten, który w relacji z mistrzem zachowuje swoją indywidualność i odrębność, wnosi coś od siebie. Czasami ściera się z mistrzem, by kreatywnie, po swojemu, przekształcać mistrzowską schedę. W każdym razie tak pojmowana i realizowana relacja spełnia niezastępowalną rolę w przekazie, zachowaniu i rozwoju mistrzowskiego dziedzictwa we wszystkich obszarach wiedzy, sztuki, umiejętności i duchowości.

Czyżby relacja mistrz – uczeń nie zagrażała rywalizacji? Dziś świat jest jej pełen!

Prawdziwy mistrz wkłada całe serce w to, aby w pełni rozwinąć potencjał ucznia. Wie, że jego wielką misją w pracy z uczniem jest przekazanie mu wszystkiego, co sam wie i potrafi, bo dzięki temu utrwali i przekaże kolejnym pokoleniom swój unikalny dorobek. Więc nie dość, że nie obawia się tego, że uczeń go przerośnie, to jeszcze świadomie i z uporem do tego dąży. Widać to szczególnie w obszarze wszelkich sztuk, gdzie mistrzowie zabiegają o to, żeby przekazać uczniom swoją artystyczną wrażliwość, ale zarazem, by w dziełach uczniów wyrażała się ona w sposób indywidualny, przefiltrowany przez ich indywidualność. Ta unikalna właściwość prawdziwej, tradycyjnej relacji mistrz – uczeń podtrzymywana jest w coachingu czy tutoringu i oczywiście psychoterapii. Dlatego, by te procedury mogły być w pełni skuteczne, coachowie, tutorzy i terapeuci muszą mieć niezbywalne prawo wyboru ucznia, a nie przyjmować każdego, kto jest gotów im zapłacić. Niektórzy dawni nauczyciele posuwali się do tego, że przez całe życie mieli tylko jednego ucznia. To dobitnie pokazuje, jak szczególną i wyjątkową jest prawdziwa relacja mistrz – uczeń.

Autentyczny mistrz także wie najlepiej, kiedy uczeń jest już gotów, aby ponieść dalej jego przekaz i zacząć uczyć innych. W tej sprawie znów nie powinny decydować formalności ani pieniądze, tylko głębokie przekonanie mistrza.

Czytaj także: Kobiety wciąż dyskryminowane – ageizm i szklany sufit na rynku pracy. Konferencja „Współczesna kobieta – liderka, partnerka, matka”

Na uczelniach można spotkać mistrza?

Tam jest coraz mniej miejsca na prawdziwe relacje mistrz – uczeń, bo natura systemu jest taka, że uczelnie są nastawione na zysk. Przyjmują więc każdego, kto chce zapłacić. Z pewnością można tam spotkać mistrzów, ale do tanga trzeba dwojga, a uczniowie nie są często gotowi do pracy. Bo płacąc za naukę, z upodobaniem zajmują się ocenianiem nauczycieli, jakby ci byli towarem kupowanym w sklepie.

Czy życzymy czytelniczkom mistrzów i mistrzostwa?

Jeśli właśnie pytasz o to, czy warto szukać mistrza, to wykrzyknę: „Absolutnie tak!”. Ale pamiętając, że w dzisiejszych czasach szalejącego pozoru warto ostrożnie go wybierać. Swojego mistrza można rozpoznać tylko po dłuższym czasie osobistej relacji na żywo, niezapośredniczonej mediami. Bo, jak wiadomo, w mediach pokazuje się tylko tę najlepszą wersję siebie i z łatwością można stworzyć swój iluzoryczny wizerunek. Aby więc spotkać prawdziwego mistrza, trzeba go długo szukać. Dlatego mówi się, że mistrz się pojawia, gdy uczeń jest gotowy. A uczeń jest gotowy, gdy wykaże niezłomną determinację, by go znaleźć i się do niego dostać. Szukajmy więc prawdziwych mistrzów i dbajmy o nich. Są nam wszystkim pilnie potrzebni.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE