Zaskakujący, przerażający. A chwilami może nawet proroczy? Ten film to pierwszy amerykański projekt reżysera Jana Komasy, a główną rolę zagrała w nim Diane Lane, pełniąc przy okazji funkcję współproducentki. Jak wspomina pracę na planie „Rocznicy”?
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Anna Tatarska: Czy zanim zgodziłaś się zagrać w „Rocznicy”, znałaś dorobek Jana Komasy? Wiedziałaś, kim jest polski reżyser, który proponuje ci główną rolę w swoim filmie?
Diane Lane: Tak, znałam te jego filmy, które można było zobaczyć w USA. Uważam, że Jan ma wielki talent i uczestniczenie w jego pierwszym anglojęzycznym projekcie było dla mnie zaszczytem. Przy okazji dostaliśmy też „w prezencie” Piotrka Sobocińskiego. To genialny operator. Oni dwaj rozmawiali ze sobą po polsku, dyskutując o jakichś detalach, a irlandzka ekipa i amerykańscy aktorzy – mieliśmy naprawdę międzynarodowy zespół – się temu przysłuchiwali. Żartobliwie nazywaliśmy ich „naszą polską mafią” [śmiech]. Naprawdę mi zależało, żeby Jan był ze mnie zadowolony. Wiem, że jest dumny z tego filmu i ja również jestem z niego dumna. Z tego, że tak precyzyjnie udało nam się uchwycić ducha czasu.
O tak, chwilami zastanawiałam się, czy przypadkiem nie macie talentu jasnowidzenia…
Uważam, że Jan jako obywatel Polski – a więc kraju, który wiele przeszedł, którego historia jest pełna dramatycznych zwrotów akcji – ma ciekawe i ze wszech miar pożądane spojrzenie na nasz kraj. USA jest przecież w gruncie rzeczy eksperymentem, bardzo młodym narodem. Myślę, że właśnie dzięki temu spojrzeniu Jan był w stanie uchwycić, jak kruche jest status quo, w którym dzisiaj w USA funkcjonujemy. Pokazać, jak bardzo polityczne przepychanki i próby zmiany układu są niebezpieczne. Wy, Europejczycy, macie jednak inne punkty odniesienia, inne dziedzictwo kulturowe niż my. Co pozwala wam widzieć szerzej, a przez to przewidywać zdarzenia i procesy. Dzięki temu udało się zawrzeć w naszym filmie nieoczywiste elementy. W dodatku Jan, aby zadbać o każdy szczegół tej historii, blisko współpracował ze scenarzystką Lori Rosene-Gambino. I to zderzenie amerykańskiej perspektywy, reprezentowanej przez Lori, z perspektywą Polaka zaowocowało właśnie tym, że powstał film aktualny, a jednocześnie ponadczasowy. Jan i Lori podjęli się tego wyzwania i uważam, że mu sprostali.
Czytaj także: „Moi synowie”, czyli skrajna prawica w twoim domu. Ten film dobitnie pokazuje, jak polityka dzieli i niszczy rodzinne więzi
Są w filmie wątki, które mogły wydawać się ciekawymi scenariuszowymi pomysłami, gdy „Rocznica” dopiero powstawała. Tymczasem rzeczywistość dogoniła wyobraźnię scenarzystów.
Cóż mogę powiedzieć? Jest dla mnie oczywiste, że kino – czy w ogóle sztuka – ma być lustrem odbijającym to, co dzieje się na świecie. Bez żadnego upiększającego filtra. To właśnie zadanie artystów.
Od momentu, kiedy zeszliśmy z planu „Rocznicy”, minęły już dwa lata, ale nadal mamy z ekipą wspólny czat, na którym wciąż do siebie piszemy. W postach Janek regularnie zwraca nam uwagę na to, że jakiś wątek z filmu właśnie się zmaterializował. Kiedy kręciliśmy, te wątki wydawały się bardziej hiperbolą, metaforą. Uważaliśmy, że kręcimy umoralniającą opowieść, coś w rodzaju filmowej przestrogi. A dziś wychodzi na to, że odhaczyliśmy w scenariuszu i na ekranie wiele punktów, które stały się w międzyczasie prawdą. To już nie jest fikcja. Czasem sama nie wierzę, że to wszystko się dzieje, chwilami mam poczucie, że śnię. Dziś w ogóle nie zaczynam rozmyślań o kondycji USA i świata bez wypicia kubka naprawdę mocnej kawy.
Czytaj także: Jan Komasa – okno z możliwościami
Twoja bohaterka Ellen to profesorka akademicka, matka czwórki dorosłych dzieci. Na naszych oczach jej relacje z jednym z nich, synem Joshem, zaczynają się komplikować. Bo to właśnie on w czasie uroczystości rodzinnej przyprowadza do domu swoją ukochaną Liz. Ta młoda, ambitna kobieta o skrajnych poglądach stanie się przyczyną kłopotów nie tylko całej rodziny Ellen, ale i całego kraju. Wini pani swojego filmowego syna za to, że jest tak ślepy i naiwny, nie widząc zbliżającej się katastrofy?
Obserwowanie, co na przestrzeni lat spotyka filmową rodzinę, jest zadaniem widzów, ale żeby ich to obeszło, najpierw muszą nawiązać emocjonalną relację z bohaterami. To się Janowi pięknie udało! Ja widzę to w ten sposób – uważam, że rola społeczna mojej bohaterki obraca się przeciwko niej. Jej syn czuje, że musi przestać być tylko synem. Musi stać się osobnym człowiekiem, wyjść spod rodzicielskiego parasola i stanąć na własnych nogach. Zastanowić się, z jakimi wartościami wyniesionymi z domu się zgadza, a z jakimi nie. Moja bohaterka jest akademiczką, wykładowczynią, a to też komplikuje sytuację. Bo kiedy syn przestaje ją podziwiać i wspierać, kiedy drastycznie zmienia nastawienie do matki, Ellen traci grunt pod nogami. W dodatku słyszy: „Ale mamo, przecież sama mówiłaś, żebyśmy nie tańczyli tak, jak nam zagrają”. Problem w tym, że Josh wyzwala się tylko pozornie, de facto zastępuje matkę inną równie dominującą kobietą. To bardzo freudowskie, jungowskie... Przy czym wydaje mi się, że nasz film w tym samym stopniu zagłębia się i w psychologię kobiecą, i męską, co było dla mnie ciekawe.
Oglądanie cię w „Rocznicy” to czysta przyjemność. W wymagającej roli Ellen uruchamiasz cały wachlarz emocji, od skrajnych do niesamowicie zniuansowanych. Widząc cię na ekranie, zastanawiałam się, w jakim, twoim zdaniem, miejscu zawodowej ścieżki się znajdujesz. I czy jako doświadczona aktorka jesteś świadkinią tego, jak branża filmowa zmieniła się od czasu, kiedy w niej debiutowałaś?
Szczerze mówiąc, nie mam na co narzekać. W tej pracy każda rola może okazać się przesłuchaniem do następnej, czasami nawet sama nie zdaję sobie z tego sprawy. Wydaje mi się, że ostatnie lata przyniosły nam, w tym również mnie, znacznie więcej ciekawych postaci kobiecych. Twórcy pozwalają wreszcie widzom wnikliwiej przyjrzeć się bohaterkom. Historie, które się opowiada, tematy, jakich się dotyka, ewidentnie wskazują, że obiektywy i flesze wreszcie zwróciły się na kobiece doświadczenia. Coraz częściej oglądamy bohaterki, które przeciwstawiają się zastanemu systemowi lub po prostu przeżywają rzeczy, jakich wcześniej na ekranie w ogóle nie pokazywano. Na przykład temat menopauzy – przez lata w kulturze próbowano o nim mówić naokoło. Niezmiernie cieszy mnie, że nie jesteśmy już oceniane tylko przez pryzmat zdolności reprodukcyjnych. Zaczyna się liczyć nasza historia, nasz potencjał, cele, priorytety.
Mam wrażenie, że w twoim pokoleniu generalnie nastąpiła bardzo ciekawa zmiana.Wychowano was jeszcze w przekonaniu, że uroda jest jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym z atutów kobiety, po czym świat zaczął się z tego przekazu wycofywać…
A najśmieszniejsze jest to, że mam dokładnie takie samo wrażenie, gdy myślę o pokoleniu mojej matki [Colleen Farrington, 1936–2015, amerykańska modelka, śpiewała w klubach nocnych, pozowała dla „Playboya”, grywała epizodyczne role w filmach – przyp. red.]. Należała do pokolenia Jane Fondy, gdyby żyła, byłyby równolatkami. Przyglądałam się, co ją spotykało. No wiesz: brało się najpiękniejszą dziewczynę, ściskało gorsetem, kazano nosić niebotycznie wysokie obcasy, sztywną od lakieru fryzurę, godzinami nakładało się jej zmieniający rysy twarzy makijaż... One były dla mnie jak lalki sterowane przez male gaze, męskie spojrzenie. Myślę, że dla obiektów tego typu spojrzenia może być ono niezauważalne, tak oczywiste, że aż przezroczyste. Niesamowicie jest obserwować, co wydarza się u takiej osoby potem, wraz ze wzrostem świadomości. Po prostu cieszę się, że role dla kobiet robią się ciekawsze i nie bazują już tylko na młodości. Jako aktorka daleka od pozycji debiutantki naprawdę się o to nie gniewam. Warto przy tym pamiętać, że wolność i prawa, które dziś mamy, nie pojawiły się z dnia na dzień, same. Nie bierzmy ich nigdy za pewnik.
Diane Lane rocznik 1965. Amerykańska aktorka filmowa. Nominowana do Oscara za rolę w „Niewiernej”, ma też na koncie udział w takich filmach, jak choćby „Słońce Toskanii”, „Ulice w ogniu” czy serialu „House of Cards”. „Rocznicę” można oglądać w polskich kinach.