1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Jan Komasa - okno z możliwościami

Jan Komasa - okno z możliwościami

Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Jan Komasa. (Fot. Rafał Placek)
Nominacja do Nagrody Akademii Filmowej dla „Bożego Ciała” katapultowała Jana Komasę do oscarowej ligi. "Nigdy nie bałem się wyzwań, ale boję się, że nie wykorzystam w pełni tej chwili" – mówił nam przed uroczystością. Dziś premiera jego kolejnego filmu, "Sala samobójców. Hejter". 

Oscary, Hollywood, szampan, złoto i światowi celebryci – zmiana w życiu?
Na pewno, choćby pod tym względem, że teraz przez parę miesięcy, przynajmniej do ogłoszenia kolejnych oscarowych nominacji za rok, ludzie chcą bardziej niż kiedykolwiek słuchać, co mam do powiedzenia. Mam na myśli głównie producentów. To jest ten moment, w którym każdy filmowiec, by pracować dalej, powinien skupić się i wykorzystać szansę: otwiera się portal z możliwościami. Normalnie trzeba się przebijać, chodzić, znajdować, szukać własnego „momentum”. A teraz ta chwila jakby sama do mnie przyszła. już nominacja do Oscara to rodzaj paszportu – „byłeś w tej stawce; liczysz się bardziej”.

Jesteś w tej „stawce”, czyli „oscarowej lidze”, jednym z młodszych.
Jeżeli chodzi o Polaków, zazwyczaj nominowani byli twórcy już jakoś uznani. I dobrze. Skądinąd w ciągu ostatnich dziesięciu lat mieliśmy jeden z lepszych okresów w polskiej kinematografii – Oscar dla „Idy” i Pawła Pawlikowskiego był tego ukoronowaniem.

Twoje „Boże Ciało” wykracza poza tu i teraz. Teoretycznie jest filmem bardzo polskim: kościół katolicki, wiara, domowy fałsz w małej społeczności i tak dalej. A jednocześnie – co, jak myślę, zostało zauważone przez akademię Filmową – jest filmem uniwersalnym. Wyczuwałeś to już na poziomie scenariusza czy temat „rósł ci w rękach”?
Pamiętam twojego lakonicznego SMS-a po premierze „Bożego ciała”: „Dotknąłeś!”. I o to chodzi – ja chcę dotykać; dotykać różnych trudno wyrażalnych spraw, dotykać widzów, robić wszystko, by odbiorcy filmów nie pozostawali obojętni, bez względu na to, skąd są i gdzie mieszkają. Nigdy się nie kieruję jakimś konkretnym punktem widzenia, czy socjologicznym, czy politycznym. Nie uprawiam publicystyki. Staram się podążać właśnie za tematem uniwersalnym czy raczej za tym, co w danym temacie jest uniwersalnego. Na przykład „Miasto 44” to dla mnie nie jest opowieść tylko o powstaniu warszawskim, chociaż tak się o tym filmie mówi, ale o nienawiści, jej narodzinach, o tym, co wyczynia z ludźmi i jak łatwo można wpaść w szaleństwo wojny. Tak samo jest z „Bożym Ciałem” – to od początku był dla mnie film o jakimś terrorze bycia w grupie, o tym, co sobie robimy, że definiujemy się nawzajem jako lepszych i gorszych, kierując się pozorami, etykietkami, że główny bohater skazany już w zasadzie na niebyt społeczny nagle poprzez oszustwo uzyskuje to, że ludzie go słuchają, a ma coś do powiedzenia. Wystarczy zmienić jedną składową w łańcuszku kłamstw i świat się odmienia, i tak dalej…

I że wartości czasem są tam, gdzie nikt, kierując się społecznymi schematami, by ich nie szukał.
Tak jest. Ta nasza umowa społeczna jest absolutnie manewrowalna – na dobre i na złe, a władzę dzierży ten, kto dzierży narrację. Oczywiście, dochodzi do tego opowieść o duchowości, o jej potrzebie. To nie jest uzależnione od religii czy kraju… Niedawno, kilka dni temu, Koreańczycy zainteresowali się „Bożym Ciałem”, być może będą robić remake.

„Sala samobójców. Hejter” to twój nowy film. Młody chłopak z prowincji, zakompleksiony, ale ambitny, nie może przebić warszawskiego szklanego sufitu. Jego frustracja prowadzi do nieszczęścia. Film o wykluczeniu, o nienawiści rodzącej się z wykluczenia?
Wydaje mi się, że jest to zdanie tyleż celne, co zwodnicze. Oczywiście, do pewnego stopnia jest to film o wykluczeniu, ale mnóstwo ludzi jest wykluczonych, a nie zabijają. Zatem ten film jest rodzajem prowokacji – chciałem go zrobić, żeby przestraszyć wszystkich tym, jak kruche jest to, co tworzymy wokół siebie: wartości, kręgi zaufania. Cały czas interesują mnie wątki, które pojawiają się w „Mieście 44” czy w pierwszej „Sali samobójców” – wątki apokaliptyczne. Bez względu na to, czy apokalipsa nadciąga nad całe miasto, czy nad rodzinę (kiedy widzimy jej rozkład; na marginesie, zawsze bardzo mocno przemawiał do mnie „American Beauty” Sama Mendesa). Interesowało mnie pokazanie owej apokalipsy w różnej skali, przewrotnie, bo z punktu widzenia twórców tego końca świata, ludzi go wywołujących – w przypadku „Hejtera” poprzez użycie social mediów i podobnych narzędzi.

Jan Komasa na planie filmu 'Sala samobójców. Hejter'. (Fot. Jarosław Sosiński) Jan Komasa na planie filmu "Sala samobójców. Hejter". (Fot. Jarosław Sosiński)

Bohater „Hejtera” zrozumiał, że pewnych rzeczy nie „przeskoczy”. Choćby skończył Harvard, zawsze będzie człowiekiem spoza „elity”.
Tak. Tylko, jak powiedziałem, nie każdy z podobnego powodu zabija. To, oczywiście, jest ważny wątek: historia to potwierdza, i to nie raz – wśród tych wykluczonych znajdzie się czasem ktoś, kto się nie zatrzyma. I to jest przerażające, i również dlatego trzeba walczyć z wykluczeniem. Przecież – to skrajny przykład – Adolf Hitler (studiowałem wczesny, „formatywny” okres jego życia), kiedy był nastolatkiem, próbował się rozbijać po salonach Wiednia, gdzie jego rówieśnicy i ludzie trochę starsi byli dobrze zakorzenieni. Chodził na rauciki, imprezy w tym „wiedeńku”, odpowiedniku naszej warszawki, i niby tam był, niby aspirował, wydawał pieniądze rodziny, by zaistnieć, jednak ciągle miał nad sobą szklany sufit. Ściskano mu rękę, mówiono, jak jest fajnie, a jednak drabina była tak wysoka, że byłoby mu potrzebne pokolenie lub dwa, żeby naprawdę stał się dla tych salonów partnerem. To rodziło uraz, frustrację prowadzącą do obsesji, której skutki były straszliwe.

Czy to jest do uniknięcia? Czy takie szklane sufity jak ten oddzielający twojego bohatera Tomka Giemzę od rodziny państwa Krasuckich mogą w ogóle zniknąć?
Nie chcę narzucać swojej interpretacji, jest ona tylko jedną z wielu możliwych: uważam, że trudno tego uniknąć. Możemy próbować być otwarci jak tylko się da, ale czasem – i jest to straszne, i prowokacyjne – nawet dobre odruchy mogą okazać się destrukcyjne, zabójcze. To sytuacje bez wyjścia, jak z tragedii greckiej – pewne rzeczy zdają się nie do uniknięcia. W koszmarze sennym widzimy zbliżającego się potwora i nic nie możemy zrobić, mamy nogi jak z ołowiu. Poprzez taką piętrową prowokację chciałbym filmem wywołać rozmowę, dyskusję.

Po sukcesie „Bożego Ciała” wyprowadzisz się, uciekniesz, wyemigrujesz – Kalifornia wzywa?
Propozycji jest dużo. Amerykański rynek nie jest dla mnie aż taką nowością, jeżdżę tam – właściwie tylko do Los Angeles – od dziesięciu lat co roku na co najmniej kilka tygodni. Teraz rzeczywiście otworzyło się okno z możliwościami. Dla Amerykanów już sama oscarowa nominacja to dużo, bo stawia człowieka na liście reżyserów różnych projektów, czy to filmów kinowych, czy seriali. I, oczywiście, poważnie rozważam jakiś rodzaj przeprowadzki, niczego nie wykluczam, ponieważ perspektywa robienia czegoś po angielsku zawsze była dla mnie nęcąca. Choć szczególnie pociągająca byłaby sytuacja, gdyby zadziało się to w Polsce, to znaczy, gdyby te hollywoodzkie pieniądze trafiły tu do nas, gdyby projekty z amerykańskimi lub angielskimi środkami i aktorami, przy polskim współudziale, mogłyby być realizowane u nas. Taką międzynarodową formułę kina zawsze miałem gdzieś w głowie, zawsze mi imponowała. Bardzo cenię filmowców, którzy potrafili przekroczyć granicę pomiędzy ambitnym kinem lokalnym a angielskojęzycznym, nie tracąc na poziomie. Oczywiście, są też przykłady tego, jak ktoś został zjedzony przez Hollywood, jak talent czy kreatywność zdezawuowały się, spaliły w zderzeniu z tym „wielkim przemysłem”.

Boisz się?
Boję się tylko, że nie wykorzystam w pełni tych otwartych dzisiaj drzwi. Naprawdę mam tak „przestawiony wektor”, że lubię dużo pracować i nigdy nie bałem się wyzwań, lubiłem się mierzyć z rzeczami, które wydają się poza zasięgiem. Przyzwyczaiłem się też do odrobiny szaleństwa – bo na przykład w takim projekcie jak „Miasto 44” szaleństwo było potrzebne, by taki film w ogóle zrobić, więc… poświęcenie mnie stymuluje. Takie miesiące jak te ostatnie, kiedy masę czasu spędziłem w LA na chodzeniu, spotykaniu się, rozmawianiu z największymi producentami stojącymi za wieloma ważnymi filmami, które czytelnicy „Zwierciadła” widzieli w ostatnich latach w kinach – to zaczęło mnie motywować. Zresztą okazało się, że to są tacy sami producenci jak tutaj, ekipy działają na podobnych zasadach jak u nas, a koniec końców liczy się to, co masz do powiedzenia i czy potrafisz to powiedzieć.

Tego ostatniego – rzemiosła – uczysz studentów.
Chcę przekazywać moim studentom także rodzaj wrażliwości, choć nie wiem, czy mi się to uda, bo jako wykładowca zawalam terminy, zwłaszcza ostatnio. Z bólem, ale coś za coś. Może zdobędę jakąś wiedzę, którą będę mógł się dzielić trochę później. Uważam, że największym moim życiowym odkryciem czy wartością jest potrzeba dzielenia się. Wiesz, polskie środowisko filmowe, zresztą nie tylko polskie, przez wiele lat cierpiało na coś w rodzaju syndromu oblężonych twierdz, pewnych baniek, w których filmowcy się zamykali… Pamiętam – to mnie uderzało, kiedy zaczynałem – potworną nieufność w biznesie filmowym. Mam taką naiwną nadzieję, że udaje się to zmieniać, że można się dzielić wiedzą, kontaktami, możliwościami, rozdawać to wszystko, bo przecież jako twórcy musimy się uczyć ciągle zmieniającej się rzeczywistości. Nie można tego robić, zamykając się. O, takie misyjne mam podejście, może naiwne, ale ono daje mi spokój ducha w zakręconym dla mnie czasie.

Tak zakręconym, że aż trafiłeś do kalifornijskiego szpitala.
Kamienie nerkowe. Bolało. Akurat po nominacji się zaczęło. Wcześniej nic nie czułem, więc podejrzenia były różne, niepokojące. Spędziłem kilka dni, łykając środki przeciwbólowe, jednocześnie wokół te splendory… Czyli były udręka i ekstaza – „jakie to katolickie…” – tak powiedział jeden ze znajomych producentów.

Jak rodzina przyjęła sukces? Żona, dzieci, siostra?
Spore obciążenie. Oczywiście, oprócz radości. Pewnie to minie, uspokoi się. Choć przy okazji poprzednich produkcji już poznałem trochę, co to jest popularność czy waga pewnego sukcesu. I wiem, że człowiek, jego ciało, zawsze reaguje, czy to sukces, czy porażka, napina się podobnie, stresuje się fizycznie i szczęściem, i nieszczęściem. Mam już pewne doświadczenie i mam nadzieję, że potrafię do wszystkiego podejść z dystansem większym niż kiedyś. I że w jakimś spokoju będę razem z żoną wychowywał dzieci dalej, choć nie jest to łatwe, kiedy dużo pracy, kiedy tyle się dzieje. Już od momentu trafienia na tę oscarową short listę mój syn na treningach piłkarskich słyszał: „Tata jest w Hollywood”, córka też jest pytana na imprezach o ojca. No cóż, to normalne, byle jakoś nie przesadzić.

„Młody reżyser z Polski” – tak pisano w nagłówkach zagranicznych gazet przy okazji nominacji. Fajnie. Może już nigdy nie przestaniesz być młody? Dorian Gray przemysłu filmowego. Nie irytuje cię to trochę?
[Śmiech]. Myślę o sobie wciąż jak o młodym człowieku. Mam takie trochę podwójne życie, bo niby młody, ale już 19-letnia córka, czyli teoretycznie mógłbym być dziadkiem (choć córki nie namawiam), z drugiej strony… W jednym życiu jestem przed czterdziestką – pamiętam, kiedy zaczynałem w 2001 roku szkołę filmową, normą było, że reżyserzy debiutują w wieku 40 lat – „w drugim życiu” mam przecież już spore doświadczenie. Ale do każdego projektu podchodzę, jakbym był na początku drogi. Może to dobre połączenie rozdwojenie? Czuję oddech czterdziestki na plecach, czekam na nią, choć pewnie tak jak po trzydziestce – nie zmieni się wiele, może tylko kamienie nerkowe rozbite laserowo znowu się zmaterializują. Nie mam już takiego organizmu, który bezstresowo przejdzie przez dwumiesięczną kampanię oscarową, przez okres bez snu. Kiedyś imprezowałem z moimi młodymi aktorami, żeby ich poczuć, złapać ich energię i żeby przenieść ją na ekran. Teraz czuję się już nieco głupio, jak starszy brat, który nieproszony przysiadł się z piwem (choć nie piję). Ta rola zaczęła być już odrobinę żenująca, zacząłem to wyczuwać…

Pan Jan Komasa, oscarowy reżyser. Dziękuję.
Nie przesadzaj!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.