1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

"Boże Ciało" nominowane do Oscara! Bartosz Bielenia o swojej roli w filmie

(kadr z filmu
(kadr z filmu "Boże Ciało)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Film „Boże Ciało” Jana Komasy został nominowany do Oscara 2020 w kategorii najlepszy film międzynarodowy. To opowieść o charyzmatycznym księdzu, a raczej o chłopaku z poprawczaka, który podszywa się pod księdza. I którego rewelacyjnie zagrał on, Bartosz Bielenia. Przypominamy wywiad, którego nam niedawno udzielił.

Twoja pierwsza główna rola w kinie. Czujesz falę wznoszącą?
Zupełnie nie.

Cisza przed burzą. „Boże Ciało” za chwilę wejdzie do kin (tekst ukazał się w miesięczniku Zwierciadło przed oficjalną premierą filmu, przyp. redakcji), a już jest o nim głośno. Do tego dochodzi jeszcze twoja niezwykła zdolność przykuwania uwagi. Nie zapomnę, jakie wzbudziłeś emocje, kiedy wystąpiłeś w filmie „Disco polo”. Zagrałeś zaledwie epizod, a posypały się wywiady, zapraszano cię do telewizji, pisano o tobie jako o nadziei polskiego kina. Śmiesznie się złożyło, bo „Disco polo” to miała być przede wszystkim zabawa. Kilka razy mignąłem na ekranie. I nagle z tej zabawy wyszło coś, co faktycznie ludzie zapamiętali. 

Skąd, twoim zdaniem, wzięło się tamto ogromne zainteresowanie?
Gdzieś wyczytałem, że jak oglądasz film, to pierwsze miejsce, w które się wpatrujesz, to sam środek ekranu, dopiero później twój wzrok zaczyna błądzić po twarzach głównych bohaterów. No więc wykombinowałem sobie, że skoro tak i skoro moje dni zdjęciowe polegają głównie na tym, że gdzieś stoję albo siedzę i uśmiecham się do kamery, będę stał albo siedział w samym centrum kadru. Na szczęście byłem zupełnie nieistotny i kiedy zaczynaliśmy kręcić jakąś scenę, w której byłem na przykład za plecami Tomasza Kota, nikt nie zwracał uwagi, że najpierw zerkam na ekran podglądu, a potem ustawiam się tak, żeby mnie było zza tych pleców widać. Wyznaczałem też sobie inne absurdalne zadania: że ani razu nie mrugnę na przykład. Od tamtego momentu bardzo polubiłem epizodyczne role, zawsze się na nie cieszę. Bo tło to obszar cienia, nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, więc można pozwolić sobie na naprawdę dużo.

Recenzenci i publiczność zapamiętali twój „chłodny wzrok psychopaty i anielski uśmiech”.
I wysokie płaskie czoło, i zęby jak płyty nagrobne. W podstawówce wołali do mnie ze względu na te zęby: „Bielenia, pokaż cmentarz”. Nigdy nie uważałem, że to coś złego. Przeciwnie, było mi miło, że ktoś widzi w tym coś wyjątkowego. Mam dziwną twarz i świetnie, że to się w moim zawodzie sprawdza.

(Fot. Michał 'Massa' Mąsior) (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

A ile razy usłyszałeś lub przeczytałeś, że jesteś efemeryczny, androgyniczny, na granicy płci?
W moim przypadku trudno od tego uciec. U Krzysztofa Garbaczewskiego grałem i Hamleta, i Ofelię, czy raczej Hamleta odgrywającego Ofelię. W „Płatonowie” [w reż. Konstantina Bogomołowa – przyp. red.], gdzie mężczyźni odtwarzali role kobiece, a kobiety męskie, jestem Saszą. A u Ani Smolar w „Kopciuszku” – Wróżką. W kombinezonie z cekinów, w butach z puszkiem i na koturnach, z długimi włosami. Ale to też płynna postać, bo mówię męskim głosem, mam męskie gesty. Kopciuszek pyta mnie w pewnym momencie: „A ty jesteś kobietą?”. I słyszy: „A to ma jakiekolwiek znaczenie?”.

Nigdy nie pomyślałeś, że to może być rodzaj pułapki? Że zostaniesz uwięziony w podobnych rolach?
Jeśli po czterdziestce nadal będę grał kobiety i nastolatków, zacznę się martwić [śmiech]. Zresztą widzę, że to już się zmienia.

Najlepszy dowód to rola w „Bożym Ciele”. Dresy, sportowe buty, podkoszulek, wystrzyżone krótko włosy. Grasz chłopaka, który opuszcza mury poprawczaka. Twój Daniel jedzie na drugi koniec Polski, w Bieszczady. Ma pracować w tartaku, ale zamiast tego trafia na miejscową plebanię i podszywa się pod księdza. Poznałeś osobiście pierwowzór tej postaci?
Film jest luźno inspirowany kilkoma historiami. Przypadków podszywania się pod księdza jest w naszym kraju kilkanaście rocznie. Najwięcej przy okazji chodzenia po kolędzie, ale zdarzają się też takie historie jak z „Bożego Ciała”, kiedy ktoś udaje dłużej. Scenariusz najczęściej jest podobny: człowiek znikąd podaje się za duchownego i zajmuje się posługą, po czym zostaje zdemaskowany. Prędzej czy później wychodzi na jaw, że księdzem nigdy nie był. Czy może jednak był, skoro działał, pełnił funkcję duszpasterza? No właśnie…

Przygotowując się do roli, zacząłeś się uważniej przyglądać chłopakom z blokowiska, wysiadującym na osiedlowych ławkach? Jak się ruszają, jak mówią?
Ja sam wychowałem się na osiedlu w Białymstoku, gdzie miałem duże pole do obserwacji, ale nie, nie patrzyłem, nie podglądałem. Raczej wzmacnialiśmy moje własne nawyki, ruchy. Jak przygryzam wargę, jak macham nogą, kiedy siedzę. Podkręciliśmy to wszystko, żeby nadać nerw mojej postaci. Przede wszystkim chciałem uniknąć wampirzenia, pasożytnictwa. Mieliśmy z Jankiem kilka wizyt w zamkniętych zakładach poprawczych i nie chodziło o to, żeby tam pójść, napatrzeć się, nachapać, ukraść czyjeś gesty, obejrzeć kogoś jak w zoo – dosłownie, bo przez kraty. Tego strasznie chcieliśmy uniknąć, postanowiłem nie łowić takich rzeczy.

Po co zatem były te wizyty w zakładach zamkniętych?
Chciałem spotkać się z drugim człowiekiem, porozmawiać, raczej zobaczyć budynek, wnętrza, poczuć, jak to na człowieka wpływa. Po drodze były pomysły, żebym się zamknął, ale nie chciałem, to nie jest moja metoda. To, z czym się na miejscu spotkałem, co było dla mnie w tym doświadczeniu najcenniejsze, najbardziej przejmujące, to ogromna potrzeba kontaktu, uwagi, miłości, czułości.

O czym według ciebie jest „Boże Ciało”?
Moim zdaniem to jest właśnie film o wielkiej potrzebie akceptacji i miłości. I o bohaterze, który rozumie nauczanie Jezusa na swój sposób. Dostał pewien przekaz od księdza Tomasza, duchownego z poprawczaka, zafascynowało go to i zbudowało na nowo, mógł skonstruować nowego siebie wokół przykazania: „Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Bartosz Bielenia (Fot. Michał 'Massa' Mąsior) Bartosz Bielenia (Fot. Michał "Massa" Mąsior)

Mówimy o chłopaku, który już w pierwszej scenie filmu bierze udział w bardzo brutalnym akcie przemocy. A zaraz potem pomaga księdzu Tomaszowi przy mszy i na jego twarzy dokonuje się niezwykła zmiana. Uważasz, że Daniel jest w gruncie rzeczy niewinny?
Jest bardzo winny. W filmie delikatnie sugerujemy, że trafił do zakładu poprawczego za nieumyślne spowodowanie śmierci, zabił człowieka. Daniel jako fałszywy ksiądz próbuje dotrzeć do wiernych. Różnie mu ta posługa wychodzi, ale się stara. Współczuje, nie ocenia. Jego perspektywa jest o tyle wyjątkowa, że on sam upadł naprawdę nisko.

Kto cię zaraził teatrem? Rodzice?
Ja sam od małego cisnąłem, żeby startować w konkursach recytatorskich, chodzić na kółka teatralne. Najpierw w teatrze Szóstka, potem w słynnym białostockim Klapsie, tam byłem parę lat. Rodzice nie są w żaden sposób związani z teatrem. To we mnie było coś takiego… Jest w domu zdjęcie – z balu przebierańców w młodzieżowym domu kultury, miałem trzy lata, nie dało się mnie zdjąć ze sceny. Nie przestawałem się kłaniać, mama to zawsze wspomina. Nie mam pojęcia, skąd to mi się wzięło. Natomiast bardzo ważnym momentem, nawet przełomowym, był ten, kiedy musiałem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja faktycznie lubię teatr, czy może lubię siebie w teatrze.

Kto ci je zadał?
Zdzisław Dąbrowski. Sąsiad z bloku, z piętra wyżej. Reżyser Teatru Polskiego Radia, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie i Białymstoku. Szukałem kogoś, kto by mnie przygotowywał do egzaminów. Byłem dopiero w pierwszej klasie liceum, zwykle jednak młodzi ludzie zaczynają się przygotowywać do szkoły teatralnej później. Miałem duże szczęście. Przygotowywałem się do egzaminu, ale też oglądaliśmy albumy ze sztuką, słuchaliśmy jazzu, czytaliśmy Hessego. Byłem podatnym gruntem dla opowieści o Boyu-Żeleńskim i Zielonym Baloniku.

A co z przełomowym pytaniem? Jak na nie odpowiedziałeś?
Byłem przerażony. Oczywiście że uwielbiałem to, że chcę być aktorem. I grałem tylko i wyłącznie po to. Coś tam do mnie dotarło, przestawiłem zwrotnicę wyobraźni na inne tory, zacząłem jeździć na spektakle, czytać, szukać na własną rękę.

Jeszcze na studiach w Krakowie zostałeś najmłodszym aktorem w zespole Narodowego Starego Teatru.
Szukali młodego Gavestona do „Edwarda II”. Wspaniały czas. Zwłaszcza że dowiedziałem się, że reżyserka Ania Augustynowicz – która dostała nasze nagrania ze szkoły teatralnej – wybrała mnie, akurat kiedy byłem w Stambule. Wspaniale się po takiej wiadomości wracało do Polski.

Co robiłeś w Turcji?
Założyliśmy tam teatr. Praktycznie bez pieniędzy, znaleźliśmy scenę i graliśmy. Działaliśmy z grupą ludzi, których poznałem przy okazji warsztatów w Instytucie Grotowskiego. W naszej grupie byli ludzie z Libanu, Grecji, Turcji, Chile, Stanów. Polubiliśmy się i chcieliśmy razem pracować. Stambuł był gdzieś na przecięciu naszych tras, wychodziło, że wszystkim jest tam najbliżej, poza tym chcieliśmy robić projekt „Borders” [Granice], więc trudno sobie wyobrazić lepsze miasto niż Stambuł, położony na styku dwóch kontynentów. Próbowaliśmy po europejskiej stronie, graliśmy po azjatyckiej. Do teatru wchodziło się romantycznie – z nabrzeża, na którym był targ rybny. Potem było już trochę mniej romantycznie, bo najpierw przechodziło się do księgarni, sieciówki takiej jak nasz Empik, a potem wjeżdżało się na trzecie piętro windą. Mała offowa scena. Sala tak niska, że jak się podskoczyło, dotykało się sufitu. Ale się udało, widzowie byli przejęci. Grałem po grecku, angielsku i po polsku, jako jedyny Polak w ekipie.

A jak było z szybkim zastępstwem w „Procesie” Krystiana Lupy w Nowym Teatrze? Krążą o tym legendy.
Mieliśmy akurat próby do innego spektaklu, jadłem w teatrze obiad i usłyszałem, że jeden z aktorów z „Procesu” nie może przyjść. Odwoływać czy nie? Powiedziałem, że jakby co, ja mogę zagrać, widziałem ten spektakl dwa dni wcześniej. I reżyser się zgodził. Musiałem w 20 minut założyć kostium i wyjść na scenę. Całe szczęście ratował mnie mój serdeczny przyjaciel Radek Stępień, który był w tamtym czasie asystentem Lupy. Miałem oprócz podpiętego mikroportu, jak wszyscy, słuchawkę w uchu z nadajnikiem. Radek okazał się mistrzem suflerki, cierpliwie mówił do słuchawki: „Spokojnie, Bartek, za chwileczkę wydarzy się to i to. Czekaj, aż się zmieni światło. Nie, nie w te drzwi! Wchodzisz nie w te drzwi, w te drugie!” [śmiech].

Potworny stres.
Przeciwnie. To było jedno z moich najprzyjemniejszych doświadczeń na scenie. Ogromna wolność: nigdy wcześniej tego nie robiłeś, nie bardzo wiesz, co będzie za chwilę. Nagle możliwe stało się to, z czym aktor zawsze mierzy się w czasie prób – być zaciekawionym, po raz pierwszy słuchać partnera, wszystko było niezwykle świeże i intensywne. Największym problemem było to zagrać jeszcze raz, kiedy Krystian Lupa zaprosił mnie do obsady. To dopiero było wyzwanie! Powtórzyć tę otwartość, poczucie pełnej swobody. Wielki dar od losu, że zostałem w coś takiego wrzucony.

Lubisz ryzyko, adrenalinę?
Lubię zmiany, nie boję się podejmować radykalnych decyzji, ale też lubię mieć różne rzeczy porządnie przemyślane, jest więc w tym chyba jakaś równowaga.

Nie chciałeś zostać w Krakowie?
Uwielbiam Kraków, wszystkie moje wyobrażenia o tym mieście – zbudowane na podstawie jednej wycieczki szkolnej do Auschwitz, podczas której zatrzymaliśmy się w Krakowie, akurat na tyle, żeby zjeść w KFC na Floriańskiej – się urzeczywistniły [śmiech].

Wyobrażenie kogoś z drugiego końca Polski o mieście poetów, spowitym mgłą. Nawet jeśli w pierwszym wynajmowanym mieszkaniu w suterenie, z okratowanymi oknami, było tak zimno, że w chłodniejsze dni, kiedy brałem prysznic, okno zachodziło szronem. Zostać w Krakowie nie mogłem. Nie chciałem współpracować z narzuconym nam dyrektorem Starego Teatru. Teraz jestem w Warszawie, w zespole Nowego Teatru, i to dla mnie inspirujący czas. Stabilizacji, bo kalendarz mam zapełniony do połowy 2020 roku.

Czym żyjesz poza graniem?
Sam codzienny rytm pracy aktora teatralnego mocno ogranicza życie poza graniem. To, że masz próby od 10:00 do 14:00, a potem wracasz do teatru na 18:00 i zostajesz do 22:00. Po drodze masz czas najwyżej na to, żeby coś zjeść i ewentualnie szybko coś załatwić. Wracasz do domu i jest przed 23.00. Oczywiście, to mój wybór, nie zamierzam narzekać, myślę, że ciężej byłoby mi sprawdzić się w systemie ośmiu godzin dziennie, ale wyciągnąłem ostatnimi czasy pewną naukę. W te wakacje przez miesiąc nie było mnie dla nikogo. Spędziłem go z rodzicami, potem z moją dziewczyną, która akurat wróciła z Syberii.

Życiowe zobowiązania?
Mamy psa, ma na imię Kredyt.

Jak?!
Nazwaliśmy go Kredyt, właśnie od zobowiązania na lata [śmiech]. Znaleźliśmy go na Mazurach. Prawie go przejechaliśmy. Jechał na mnie z naprzeciwka samochód, na czołowe, śmierć w oczach, a okazało się, że tamto auto wymijało psa, przed którym ja w końcu ledwo wyhamowałem. Moja dziewczyna natychmiast wyskoczyła z auta. Krzyczę: „Nie wychodź, może być wściekły, przerażony, pogryzie cię”. Jeszcze słyszałem szczęk zerwanego łańcucha o asfalt. Kredyt jest mieszańcem, ale wygląda jak pitbull, można się przestraszyć. Ale jak nas tylko zobaczył, zaczął piszczeć, wić się, merdać ogonem. Zapchlony, śmierdzący wracał do Warszawy na przednim siedzeniu, na kolanach. Za chwilę mija rok, jak go mamy. A wracając do tego, czym żyję poza graniem. Sam często sobie zadaję to pytanie. O pozateatralne pasje. Dużo czytam, oglądam, gram na konsoli – tak się resetuję. Ale i tak wszystko to przerabiam i wykorzystuję jako aktor. Na razie teatr wygrywa.

Masz idoli?
Nie. Nigdy mnie nikt na scenie nie zafascynował do tego stopnia, żebym chciał się na nim wzorować. Ktoś mi kiedyś zarzucił w wywiadzie, że to niedobrze, bo to może brzmieć jak buta. Ale nie o to chodzi.

W takim razie o co?
O to, że to jednak życie jest polem, na którym szukam punktów odniesienia. Swoimi wielkimi autorytetami mógłbym nazwać przynajmniej kilku przyjaciół. Na przykład Mateusz, któremu niedawno urodziły się bliźniaki. Widzę, jak się rozwinął jako mężczyzna, jakim jest genialnym ojcem, partnerem w związku. Każda minuta spędzona z nimi, z jego rodziną, to dla mnie lekcja.

BARTOSZ BIELENIA , rocznik 1992; urodzony w Białymstoku, absolwent Wydziału Aktorskiego PWST w Krakowie (obecnie Akademia Sztuk Teatralnych im. Stanisława Wyspiańskiego). W latach 2014–2017 występował w krakowskim Starym Teatrze, obecnie jest w zespole Nowego Teatru w Warszawie. W kinie można go było do tej pory oglądać m.in. w filmach: „Disco polo”, „Człowiek z magicznym pudełkiem”, „Kler”, a w większej, wyróżnianej na festiwalach roli – w thrillerze „Na granicy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Retro

Lise Meitner – wybitna naukowczyni, o której świat nie chciał usłyszeć

Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Lise Meitner w 1959 roku. (Fot. BEW Photo)
Nie uczą o niej w szkołach. Nie ma jej na liście laureatów Nagrody Nobla, choć jej badania pomogły rozszczepić jądro atomu. Lise Meitner, posiadaczka jednego z najtęższych umysłów swojej epoki, dla potomności wywalczyła wiele. Dla siebie – niemal nic.

W wiedeńskim domu Meitnerów łatwo było zginąć w tłumie. Lise, trzecia z ósemki dzieci Philippa i Hedwig, chętnie z tego korzystała. W hałaśliwej, rozdyskutowanej rodzinie, do której ciągle przychodzili goście i przyprowadzali jeszcze więcej dzieci, nikt nie zwracał uwagi na nieśmiałą dziewczynkę, która podbierała starszemu bratu książki do matematyki. „Chowała je pod poduszką, żeby rodzice nie przyłapali jej na lekturze do późnej nocy” – wspominała jej siostra Frieda. Prawnik i wolnomyśliciel Philipp Meitner zachęcał wszystkie swoje dzieci do nauki. Nie dlatego, że tak kazano w synagodze, bo Meitnerowie przeszli z judaizmu na protestantyzm. Jak przystało na przedstawicieli wiedeńskiej klasy średniej, równą wagę przywiązywali do osiągnieć akademickich co do polityki starzejącego się cesarza i najnowszego wykonania „Wesela Figara” w operze.

„Słuchaj matki i ojca, ale myśl samodzielnie. Doskonal swój talent, jakikolwiek by był” – wpajała dzieciom Hedwig Meitner.

Suknia krępuje ruchy

Lise próbowała pójść za radą matki, tyle że czasy nie bardzo temu sprzyjały. Zdaniem ówczesnych elit edukacyjnych kobiety nie były stworzone do nauk ścisłych. Nikt nie miał nic przeciwko uczeniu się matematyki w szkole, ale liczyło się głównie to, by Lise zdobyła odpowiedni zawód. Mogła przecież wybierać: zostać nauczycielką gry na pianinie? Francuskiego? Dla świętego spokoju padło na francuski. „Austria była wówczas tak boleśnie patriarchalna, że kobiety były skazane na cierpienie” – napisze Meitner wiele lat później. „Każda część żeńskiej anatomii musiała być okryta strojem tak krępującym ruchy, że nie sposób było samodzielnie się ubrać. Zachowanie wymagane od kobiet było równie nienaturalne. A społeczeństwo nie zezwalało im na edukację powyżej poziomu, który uważano za niezbędny.

Obowiązkowa edukacja dziewcząt kończyła się, gdy miały 14 lat. Nie mogły pójść do gimnazjum, które przygotowywało kandydatów na uniwersytet.

Kiedy w 1899 roku kobietom w Austrii pozwolono studiować na wyższej uczelni, Philipp Meitner zacisnął pasa. Nie będzie łatwo, ale jego córki będą jednymi z pierwszych studentek. Wydatki na prywatnych nauczycieli opłaciły się, starsza Gisela dostała się na medycynę. Lise, po kilku latach pracy jako nauczycielka, zdała prywatnie maturę i dostała się na wymarzoną uczelnię. Tu będzie studiować ukochaną fizykę. Świat nauki stanie przed nią otworem – wtedy naprawdę w to wierzyła.

Żadnych pytań

Na uczelni profesorowie sami wybierali sobie pupilów. Ci, którzy im się spodobali, mieli szansę zajść wysoko. Inni, którzy nie spełniali prywatnych kryteriów mentorów, nigdy nie wychodzili poza asystenturę. Lise się udało. Może pomógł fakt, że nie interesowała się niczym poza nauką. Jej siostry twierdziły, że nie umiałaby flirtować nawet pod groźbą śmierci. Inteligentna, rzeczowa, nie zdradzała się z poczuciem humoru. Profesorowie traktowali ją prawie na równi z jej kolegami. Prawie, bo wymagali od niej znacznie więcej. Codziennie musiała udowadniać, że spódnica nie przeszkadza jej w myśleniu. To właśnie ją Anton Lampa, dyrektor jednego z laboratoriów, wysyłał zawsze po lód niezbędny do eksperymentów. Zdrapywała go z ośnieżonych chodników, bo w prymitywnym zakładzie nie było chłodni. Na jej szczęście Ludwig Boltzmann, fizyk badający strukturę i właściwości atomów, nie miał rozterek, czy przyjąć do pracowni bystrą kobietę, która za wszelką cenę chciała pracować pod jego skrzydłami. Przyjmował każdego, kto akceptował kontrowersyjną jak na te czasy teorię struktury atomowej materii. Lise szybko dała się też poznać nie tylko jako doskonała studentka, ale i wymarzona członkini zespołu badawczego. Nie była gwiazdą: skoro chodziło o powodzenie eksperymentu, wolała działać na rzecz wspólnego dobra. Koledzy chętnie korzystali z jej notatek i traktowali ją jak kumpla. Po jakimś czasie dali sobie też spokój z podrywaniem jej.

Lise nigdy nie reaguje na żartobliwe zaczepki, nie umawia się z nikim na spacery. Od weekendowych zabaw ciekawsze jest przewodnictwo cieplne materiałów ciał stałych. Nie cierpi, gdy pytają ją o życie prywatne. Może dlatego, że prawie go nie ma. „Druga kobieta z naukowym tytułem doktora w 500-letniej historii Uniwersytetu Wiedeńskiego ma 28 lat. To Lise Meitner” – doniosła austriacka gazeta codzienna w 1906 roku. Philipp Meitner oprawił ją w ramki i powiesił u siebie w gabinecie.

Ciekawostka

Samobójstwo Boltzmanna było dla niej ciosem. Straciła mentora i przyjaciela, kierunek badań. Nic nie wydawało się wystarczająco ciekawe. Jakieś eksperymenty z zakresu optyki, kilka publikacji. Wreszcie nowy trop: radioaktywność. Przecież tak mało o niej wiadomo. Meitner uważała, że to, co robi małżeństwo Curie w Paryżu, jest niezmiernie ciekawe. Stefana Meyera, nowego dyrektora Instytutu Fizyki, który zastąpił Boltzmanna, też interesowała ta dziedzina. Wśród wspomnień Lise z tamtych czasów znajdzie się takie: „Pamiętam, jak robiłam eksperyment z promieniami alfa. Ilekroć Stefan był w pobliżu, wkładał rękę w strumień promieni i śmiał się, że na pewno jest radioaktywny. To niesamowite, jak bardzo byliśmy wtedy nieostrożni, ale tak się wówczas pracowało”.

Prawdziwie interesujące rzeczy działy się jednak gdzie indziej. W Berlinie Max Planck, opierając się na pracach pewnego urzędnika patentowego ze Szwajcarii Alberta Einsteina, opracował teorię kwantową. Lise znała dokonania ich obu. Gdyby tylko udało się pojechać do Plancka na stypendium, nie tylko miałaby wreszcie szansę na odkrywcze badania, ale ulżyłaby rodzicom. Chociaż na pół roku! Wyprowadziłaby się z domu. Nie musieliby odpowiadać na pytania sąsiadów, czy ich nieszczęsna 29-letnia córka wreszcie ma narzeczonego. Philipp Meitner znów sięgnął do kieszeni. „Opłacę ci pokój w przyzwoitym pensjonacie i dam miesięczną pensję, ale musisz regularnie donosić nam o swojej pracy”.

Berlin – wymarzone intelektualne i naukowe centrum Europy. Tygiel idei, nowych teorii naukowych. Szkoda tylko, że nie dla kobiet. W Reichstagu, podczas debaty o kobiecej edukacji, jeden z posłów zawyrokował, że „nic nie da się zrobić, aby zachęcić kobiety do samodzielnego myślenia i działania”. Słynny chemik Wilhelm Ostwald twierdził, że kobiety mają prawo do zdobywania wiedzy, ale z racji tego, że tak niewiele z nich wybiera naukę, powinny być traktowane jak anomalie i w żadnym wypadku nie warto ich do niej zachęcać.

Max Planck całkowicie się z nim zgadzał. Pannę Meitner przyjął na swoje wykłady z czystej ciekawości. Może nada się na asystentkę? Jest w wieku jego córek – bliźniaczek – mogą się nią zaopiekować. Lise, z typową dla siebie skromnością, nie chwaliła się swoimi publikacjami naukowymi, a on nie pytał.

Nie wzniecać pożaru

Szybko zrozumiała, że nikt nie będzie jej prowadził za rękę. Musi sama znaleźć sobie pole do eksperymentów, wychodzić ścieżki do laboratoriów. Zapukała do każdych drzwi, za którymi mówiło się o radioaktywności. Zrobi studia postdoktoranckie, otworzy przewód habilitacyjny. „Pół roku minęło, ale ojciec zgodził się, abym została dłużej. Przekonałam go, że jestem na dobrej drodze” – pisała. Sama miała jednak wątpliwości. Dyrektor Instytutu Fizyki Eksperymentalnej przyjął ją w końcu do zespołu, ale wymagał, aby pracowała dla niego. Znowu ma pracować na cudze konto? Już miała grzecznie odmówić, kiedy do sali wszedł nowy członek tego samego zespołu, chemik doktor Otto Hahn. Przekonał ją, aby po godzinach pracowali razem. Przecież interesują ich te same zagadnienia, choć reprezentują inne dziedziny. Zgodziła się nie dlatego, że był uroczym gentlemanem. Po prostu potraktował ją serio.

Mówili do siebie per Herr i Fräulein. Najpierw na serio – Lise nalegała na zachowanie profesjonalizmu – a potem na żarty. Hahn prędko zrozumiał, z jakimi uprzedzeniami musiała zmagać się Meitner. Nie wolno jej było wchodzić do laboratorium, kiedy mężczyźni – członkowie instytutu i studenci – przeprowadzali w nim eksperymenty. Otto musiał osobiście prosić o pozwolenie dla Lise i dostał je, gdy obiecał dyrektorowi, że Meitner „nie pójdzie do laboratorium chemicznego, gdzie pracuje się z otwartym ogniem. Żeby nie spaliła sobie długich włosów i nie spowodowała pożaru”. Ze wstydu jej tego nie powtórzył.

W zagospodarowanym przez Hahna starym warsztacie stolarskim na prymitywnym sprzęcie pracowali z izotopami. Meitner nie wyobrażała sobie ciekawszych eksperymentów i lepszego partnera do badań. Przenosiny zespołu do Instytutu Cesarza Wilhelma (KWI) też były wybawieniem od zatęchłych uprzedzeniami korytarzy Uniwersytetu Berlińskiego. Jak długo jednak mogła wymagać od ojca, aby ją finansowo wspierał? Nie miała zamiaru zakładać rodziny ani łapać bogatego męża, ale w KWI znów nie oferowano jej pensji. Była wolontariuszką u boku zarabiających normalnie kolegów.

Pierwszą wypłatę jako etatowy naukowiec dostanie dopiero pięć lat później, jako 35-latka. I to tylko dlatego, że uczelnia w Pradze oferowała jej posadę profesora, a Niemcy nie chcieli być gorsi.

Pierścionek z diamentem

Odkrycie przez zespół Hahn – Meitner trwałego izotopu protaktynu w 1917 roku zaczęło dobrą passę. O przyznaniu jej Medalu Leibniza przez Berlińską Akademię Nauk mówiono w kręgach naukowych w całej Europie. Własna katedra fizyki w KWI, aż wreszcie profesura na Uniwersytecie Berlińskim. „To niemiecka Marie Curie!” – pisał o niej Albert Einstein.

Duet Hahn – Meitner działał dalej. W latach 30., na fali odkrycia neutronu, poświęcili się próbom stworzenia pierwiastka cięższego niż uran. Rok 1933 i dojście Adolfa Hitlera do władzy zastały Lise pogrążoną w pracy do tego stopnia, że postanowiła nie zauważać zwolnień swoich kolegów. Ci z pochodzeniem żydowskim znikali z dnia na dzień. Rezygnowali, wyjeżdżali za granicę. Zamiast protestować, przestała niemal wychodzić z laboratorium. Spędziła tak kolejne sześć lat. „To, że nie wyjechałam natychmiast, było nie tylko głupie, ale i złe” – napisze później. W lipcu 1938 roku nie miała już czasu na zastanawianie się. Za pożyczone od Hahna pieniądze dojechała do granicy holenderskiej. Dał jej też zaręczynowy pierścionek z diamentem swojej matki. „Przekupisz straż graniczną” – tłumaczył. Przeszła ją na piechotę, mając w portfelu dziesięć marek. Znajomi naukowcy pomogli jej przetrwać, ale nie mogli zagwarantować pracy. Ze Sztokholmu doszły wieści, że jest dla niej posada. Tym razem nie wahała się ani chwili.

Nobel, którego nie było

Hahn i Meitner nie dawali za wygraną. Eksperymenty nad bombardowaniem uranu strumieniem neutronów prowadzili niezależnie, a efektami dzielili się w listach. Hahn jako pierwszy miał wymierny rezultat, ale nie potrafił go zinterpretować. Nie było szans, aby mogli razem opublikować wyniki w Niemczech. Hahn wysłał więc swoje wyniki do publikacji, a Meitner i jej siostrzeniec powtórzyli eksperyment i ogłosili go w „Nature” dwa tygodnie później. Świat dowiedział się, że jądro uranu można rozbić na mniejsze części – pierwiastki bar i krypton. Meitner wiedziała też, że to tylko początek. Rozszczepienie jądra atomu było reakcją łańcuchową. Jej potencjał wybuchowy był tyleż wielki co przerażający.

Naukowcy wiedzieli, co może zrobić bomba atomowa, i wiedzieli, że Niemcy mają klucz do technologii jej produkcji. „Dziękuję, ale nie chcę mieć nic wspólnego z żadną bombą” – odpisała Meitner na list z Ameryki. Było to zaproszenie do pracy nad konstrukcją amerykańskiej broni jądrowej w Los Alamos.

„Nagrodę Nobla w dziedzinie chemii za rok 1944 otrzymuje Otto Hahn za badania nad rozszczepieniem jądra atomu” – ogłosił komitet noblowski w listopadzie 1945 roku. O pracującej za rogiem, w instytucie fizyki, Meitner nikt się nie zająknął. Hahn, internowany w Anglii, o nagrodzie dowiedział się z gazety. Odebrał ją rok później. „Całkowicie mu się należała. To wybitny chemik i do rozszczepienia jądra uranu użył tylko chemicznych metod” – tłumaczyła mediom Lise. Ale ich przyjaźń (biografowie powątpiewają, czy było to coś więcej, Hahn miał żonę) nigdy nie odżyła. Meitner odmówiła powrotu do Niemiec i spędziła kolejne 20 lat w Szwecji. Bywała też w Ameryce, gdzie wykładała na Harvardzie.

Nigdy nie wyszła za mąż. Ostatnie lata życia spędziła w Anglii, gdzie mieszkała większość jej rodziny. Nazwiskiem Lise nazwano pierwiastek chemiczny meitner, asteroid, kratery na Księżycu i Wenus.

Korzystałam z książki „Lise Meitner: The Dawn of the Nuclear Age” Patricii Rife i z monografii „Lise Meitner” Anne Hardy i Lore Sexl.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru „Zwierciadła”.

  1. Kultura

Filmy na długi weekend poleca szefowa działu kultury "Zwierciadła"

Kadr z filmu
Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)
Jakie filmy na długi weekend? Jeśli myślicie o wybraniu się do kina, decyzja może być niełatwa, bo po tygodniach lockdownu namnożyło się nam premier i znakomita większość z nich jest warta zobaczenia. A może by tak spojrzeć na najnowsze kinowe produkcje czysto użytkowo? Czego się dzięki nim dowiecie? Czym was zaskoczą? Jakie drzwi przed wami uchylą? Oto trójka filmów ciekawostek, dzięki którym trochę inaczej spojrzycie na świat.

„Ludzki głos”

Przez ponad 40 lat reżyserowania filmów Pedro Almodovar wyraźnie dał publiczności do zrozumienia, jakie historie i postacie go interesują. Niewielu jest filmowców równie charakterystycznych, o „almodovarowskim klimacie” mówimy, kiedy na ekranie emocje sięgają zenitu, a namiętność uwikłanych w najdziwniejsze uczuciowe układy bohaterów prowadzi ich do niechybnej zguby. Plus wspaniałe kobiece role i dziko kolorowe stylowe wnętrza – oto Almodovar w czystej postaci. W „Ludzkim głosie” nie brakuje żadnego z wyżej wymienionych składników, a jednak to w twórczości reżysera rewolucyjne posunięcie. Po pierwsze Tilda Swinton na ekranie – twórca „Kiki” czy „Wszystkiego o mojej matce” nigdy wcześniej nie nakręcił anglojęzycznego filmu. Celowo nie piszę, że Tilda występuje tu w głównej roli, bo to właściwie filmowy monodram. Występuje tu jeszcze tylko sprzedawca w sklepie z narzędziami, od którego bohaterka grana przez Swinton (kobieta porzucona, na skraju załamania nerwowego) kupuje siekierę, żeby dać upust swojej rozpaczy. I jeszcze długość „Ludzkiego głosu” – pół godziny. Co z pozostałą prawie godziną? Po tym, jak wybrzmi ostatnia scena filmu, w ramach seansu zaglądamy z wizytą do mistrza hiszpańskiego kina i do ikony kina brytyjskiego. Zgodnie z nową pandemiczną tradycją, rozmawiają online, każde od siebie z domu. Chcecie wiedzieć jak mieszka Almodovar, a jak Tilda? Które z nich ma leniwie pozującego do kamery kota, a które psy? Jak się dogadują, jak powstawał film i co jeszcze wspólnie szykują? Wpadajcie do kina na „Ludzki głos”.

Kadr z filmu 'Ludzki głos'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ludzki głos". (Fot. materiały prasowe)

„La Gomera”

Kryminalna historia gangsterska, opowiadana po części całkiem serio, po części z przymrużeniem oka. Jej reżyser Corneliu Porumboiu to uznany twórca rumuńskiej Nowej Fali, dotychczas kręcił filmy o i w swojej ojczyźnie, tym razem wziął się za produkcję międzynarodową. Jest tu wszystko, czego można się po tego typu kryminalnej historii spodziewać: skorumpowani policjanci, narkotyki, wielkie pieniądze, bezwzględne czarne charaktery, tajemnicza femme fatale. Ale są tu też wątki, których w takim filmie nie spodziewalibyście się wcale. Skąd w tytule „La Gomera”? To właśnie na tej jednej z Wysp Kanaryjskich gangsterzy mają dobić targu. A cała filmowa intryga opiera się na tutejszym el silbo. Czyli tradycyjnym języku tutejszych mieszkańców – gwizdanym. Na mało zaludnionej, a pokrytej dolinami i wzniesieniami, zamglonej i wietrznej Gomerze powstał system porozumiewania się na odległość inny niż rozpalanie ognisk czy bicie w tam tamy, skuteczniejszy i bardziej dokładny. Gwiżdże się głośno, przeciągle i bardzo melodyjnie. Całe sylaby. Dowolne zdanie, nazwy własne, wszystko. Dziś el silbo kultywuje się jako część tradycji regionu, jest wśród obowiązkowych przedmiotów w szkole. A w filmie „La Gomera” przybyłe z Bukaresztu typy spod ciemnej gwiazdy uczą się go jako szyfru, żeby porozumiewać się między sobą i uniknąć wpadki. Oryginalny pomysł? Tak jak i sam film, który niejednego widza skłoni do wycieczki na nie tak popularną – zupełnie niesłusznie – kanaryjską Gomerę.

Kadr z filmu 'La Gomera'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "La Gomera". (Fot. materiały prasowe)

„Ojciec”

O tym filmie wiele mówi się w kontekście rewelacyjnej roli Anthony’ego Hopkinsa i Olivii Coleman i rzeczywiście oboje są świetni. A już szczególnie wznoszący się na wyżyny aktorstwa Hopkins: jeśli wydawało wam się, że znacie wszystkie jego genialne zagrania, możecie wyjść z kina zaskoczeni. Ta rola ma tym większy ciężar, że jest niezwykle osobista, Hopkins gra starszego schorowanego człowieka, w wywiadach sam przyznaje, że czerpał z doświadczeń własnego ojca, ale też oglądając go w tej roli nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w jakimś sensie 84-letni brytyjski aktor odgrywa scenariusz, który może przytrafić się także jemu. Jego filmowy imiennik coraz mniej pamięta, coraz częściej mylą mu się fakty, gubi przedmioty, traci orientację. Tak, o starości i demencji opowiadano i w teatrze („Ojciec” to ekranizacja sztuki) i w kinie mnóstwo razy, a jednak ten film zaskakuje. Nakręcono go trochę jak thriller czy kryminał, tak, żeby każdy z nas mógł się wczuć w sytuację głównego bohatera. Razem z nim próbujemy odróżnić prawdę od tego, co tylko się wydaje, rozpoznać, kto jest kim, gdzie się w ogóle znajdujemy. Mieszkanie za każdym razem jest trochę inne, przedmioty zmieniają swoje miejsce. Czy córka Anthony’ego mieszka z mężem czy sama? Komu można ufać? Jaka jest kolejność zdarzeń? Odpowiedzi szukamy aż do finału, kiedy zagadka się rozwiązuje. Genialny pomysł, projekcje „Ojca” powinny być obowiązkowe dla wszystkich , którzy zajmują się bliskimi zmagającymi się z demencją czy chorobą Alzheimera. A właściwie dla każdego z nas, bo to poza wszystkim także po prostu film o byciu z drugim człowiekiem, wspieraniu go, nawet jeśli zupełnie nie rozumiemy jego zachowania.

Kadr z filmu 'Ojciec'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Ojciec". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

Seriale – nowości, które warto zobaczyć

Kadr z serialu
Kadr z serialu "Pure". (Fot. materiały prasowe)
Wśród serialowych nowości, są takie, które naprawdę warto zobaczyć. Oto produkcje, które obejrzycie z przyjemnością.

„Witamy na odludziu”, 8 odcinków, HBO GO

Nie spodziewajcie się kolejnego skandynawskiego kryminału. To bardziej czarna komedia w duchu braci Coen z elementami westernu. Akcja „Witamy na odludziu” rozgrywa się na północnych krańcach Norwegii, na dawnym terytorium Samów. Odwiedzamy niewielką, odizolowaną od świata społeczność, która składa się z samych oryginałów. Są tu: skorumpowany szef policji z chorobą Leśniowskiego-Crohna, opętana przez złego ducha sprzedawczyni, fińscy przemytnicy alkoholu, sutener w żałobie, przeklinająca Boga pastorka, no i patrząca na tę zwariowaną zbieraninę nauczycielka, która pojawiła się w Utmark, żeby zacząć nowe życie. Głównym wątkiem jest jednak zacięta rywalizacja między popijającym i niezbyt wygadanym hodowcą owiec Finnem a bezwzględnym Bilzim, dla którego Norwegowie to intruzi na ziemiach jego przodków. Zaczyna się banalnie, od konfliktu o owce, na które poluje ukochany pies Lapończyka. Sprawy się komplikują, gdy żona Finna opuszcza go i wraz z ich 12-letnią córką, najdojrzalszą z całego towarzystwa, wprowadza się do domu Bilziego.

„Nierealne”, 6 odcinków, HBO i HBO GO

W Londynie roku 1896 na skutek tajemniczego zjawiska część mieszkańców zostaje obdarzonych nadprzyrodzonymi zdolnościami. Chodzi głównie o kobiety, które bynajmniej nie zjednują sobie sympatii ogółu, są traktowane jako zagrożenie, a nawet prześladowane. Głównym bohaterkom serialu – skorej do bitki wieszczce i pomysłowej wynalazczyni – dzięki wsparciu filantropki z wyższych sfer udaje się stworzyć dla „dotkniętych” azyl. Serial jest jak ćwiczenie z wyobraźni, co by było, gdybyśmy przenieśli fabułę „X-Men” do wiktoriańskiej Anglii i wzbogacili ją feministycznym podtekstem. Produkcyjny rozmach robi wrażenie, ale mnożenie w nieskończoność wątków i pomysłów trochę nuży.

„Pure”, 6 odcinków, BBC First

Nerwica natręctw może się przejawiać kompulsywnym myciem rąk albo ciągłym sprawdzaniem, czy zakręciliśmy wodę. W przypadku 24-letniej Marnie manifestuje się obsesyjnymi myślami na temat seksu. Kiedy na 25-leciu ślubu rodziców wyobraźnia podsuwa jej pornoscenki z rodziną w rolach głównych, Marnie pęka. Ucieka do Londynu. Chce się w końcu dowiedzieć, co z nią nie tak. Może podświadomość daje jej do zrozumienia, że jest lesbijką albo seksoholiczką? Twórcy umiejętnie łączą komediową konwencję o dojrzewaniu grupy 20-latków z tematem wpływu nerwicy na życie, w tym relacje z bliskimi i przyjaciółmi.


  1. Kultura

Katarzyna Gintowt: "Bez sztuki byłabym wrakiem człowieka"

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan” i „She”. (Fot. archiwum prywatne)
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka − mówi malarka Katarzyna Gintowt. Kiedyś malarstwem i rysunkiem zajmowała się „przy okazji”, po wyprowadzce na Suwalszczyznę poświęca się im w pełni. Powstałe w tym czasie obrazy pokaże wkrótce w Galerii Leonarda w warszawskim centrum Koneser.

Czy sztuka jest dla ciebie formą rozwoju osobistego?
Sztuka jest dla mnie nie tylko formą rozwoju, ale także rodzajem terapii. W domu na suwalskiej wsi mogę zamknąć się w pracowni i potraktować ten czas jako medytację. Mam w głowie zanotowane jakieś obrazy i wrażenia, i jestem na tym skoncentrowana. I powiem ci, że już bym bez tego nie mogła żyć. W czasach pracy w luksusowych magazynach, malarstwo i rysunek były tylko „przy okazji”, teraz mogę wreszcie pokazać obrazy, które wtedy powstały, ponieważ dałam im całą moją uwagę, energię i talent.

W większości są to abstrakcyjne plenery...
Tak, ale nie malowałam ich w naturze. Nasycam się krajobrazami, porami roku, pogodą, nastrojem i potem w pracowni wyrzucam na płótno lub papier to, czego doświadczyłam, przetworzone już przeze mnie. Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest. Żeby wyjaśnić, czym są dla mnie, opowiem ci o moim dniu. A więc wstaję, biorę psa i ruszam na spacer po okolicy, czyli Wigierskim Parku Narodowym. Jest tu naprawdę pięknie. Mamy dwa jeziora, plażę, wieżę widokową, las… No a ja idę z psem i obserwuję. Co roku na przykład przyjeżdża tu, jak mogę już powiedzieć, nasza znajoma, rozbija namiot niedaleko wieży widokowej i tak sobie żyje kilka miesięcy z całą rodziną. Jeden z obrazów powstał tak, że po ich przyjeździe wróciłam do domu i z pamięci namalowałam ten moment, kiedy oni się już kąpali, odpoczywali po podróży.

- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.- Obrazów nie traktuję w sposób komercyjny, bo wyrywam je ze swoich wnętrzności. Nie wiem, czy to na nich widać, ale tak właśnie jest - mówi Katarzyna Gintowt.

Pamiątką z wakacji jednak bym go nie nazwała. Mnie niepokoi.
No właśnie, to, co robię, to tylko pogranicze sztuki przedstawiającej i abstrakcyjnej. Niektóre obrazy są bardziej abstrakcyjne, inne mniej. Ale wszystkie są naładowane tym, co przeżyłam, co widzę, co czuję. Na przykład idę z psem na spacer, patrzę na rytmy brzóz, na rytmy innych drzew, a potem przenoszę je na płótno. Podobnie znajduję inspiracje w zaoranej ziemi. To nowy etap mojego malarstwa, który narodził się tutaj, na Suwalszczyźnie, i zapewne nigdzie indziej by się nie narodził w takiej formie.

Pejzaże i emocje – malarstwo, które leczy duszę?
Kiedy się zabieram do malowania, muszę być wewnętrznie naładowana. Muszę też mieć ochotę malować. Profesorowie mówią, że w malarstwie trzeba unikać anegdoty, ale dla mnie jest ona ważna. Aby ją jednak dobrze pokazać, muszę skupić się na świetle, zastanowić nad kolorami, kompozycją – zwłaszcza że mnie kompozycja bardzo kręci.

Kompozycje na twoich obrazach, w moim odczuciu, po mistrzowsku oddają postrzeganie świata, kiedy przeżywamy trudne emocje.
Dla mnie najbardziej przerażający moment to ten, kiedy staję przed czystym płótnem. Zazwyczaj wtedy mam jednak już w głowie, co zrobię że na przykład: „na tym płótnie opowiem o zimie”, i zaczynam. A wtedy jak podczas medytacji kompletnie odcinam się od zewnętrznego świata. Zaczynam tworzyć na płótnie świat, który wychodzi ode mnie, a nie jest tylko odwzorowaniem tego wokół mnie. W swoim świecie czuję się bezpieczna. Ten zewnętrzny budził zawsze we mnie różne lęki, na przykład boję się ludzi, jestem introwertyczką. Malarstwo mnie koi, a doświadczenie życia na wsi zmieniło także moje obrazy. Mniej zainteresowania człowiekiem, a więcej – naturą.

- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.- Wszystkie moje obrazy są naładowane tym, co przeżyłam, co czuję. Idę z psem na spacer, patrzę na rytm drzew, a potem przenoszę je na płótno - mówi Katarzyna Gintowt.

Jak jeszcze zmieniłaś się przez te trzy lata?
Przestałam się spieszyć. Mam swój stały rytm, ale jest to rytm narzucony przez naturę. Nie chcę, żeby to brzmiało w sposób egzaltowany, ale to prawda. Wstaję razem ze słońcem, bo to jest dla mnie magiczny moment. Lubię się wtedy napatrzeć na świat, lubię się ładować tym specyficznym światłem wschodzącego słońca, tymi kolorami. Żyję też porami roku. Zima jest bardzo trudna. Ale potem jest nagroda – wiosna i lato. Pojawiają się kwiaty i ptaki. Magicznym momentem jest na przykład ten, na który czekam i którego staram się nie przegapić, a jest nim przylot żurawi. Zawsze zjawiają się trzy. Śmieję się, że to albo trójkąt, albo małżeństwo z dzieckiem, które – jak to teraz u ludzi bywa – nie chce się wyprowadzić.

Udało ci się tej wiosny złapać ten moment, kiedy przylatują?
Do tej pory zawsze mi się udawało. A wtedy dostaję takiego speedu, że chce mi się żyć jak nigdy! Bo tu jest życie. Przychodzą jelenie, a ja codziennie kupuję w sklepie pięć kilogramów kartofli i pięć kilogramów marchwi, i im wysypuję. Mój rytm życia reguluje też prowadzenie ogrodu na zasadach permakultury, a więc nie stosuję pestycydów, a uprawy dobieram tak, aby nawzajem się chroniły przed szkodnikami. Nauczyłam się tych zasad, i to się sprawdza. Wszystko samo rośnie, a ja nie mam problemu z kretami czy ze ślimakami. Nie zaburzam ekologicznej równowagi, nie tępię żadnych zwierząt i dlatego do mojego ogrodu przylatują ptaki, które te ślimaki zjadają. Sąsiadka, która prowadzi ogród tradycyjny, wciąż na nie narzeka…

Permakultura zakłada troszczenie się o ziemię, ale także o innych ludzi i sprawiedliwy podział dóbr…
Tutaj postanowiłam kultywować wszystko, co jest zgodne z naturą i co jest dobre. Oraz ograniczyć konsumpcję. Kiedy mam wybrać: czy wydam pieniądze na buty czy na farby albo filtr do aparatu, bo robię dużo zdjęć, to nigdy nie wybiorę butów.

Samo niespieszenie się może wiele zmienić…
Dokładnie tak, gdybym się spieszyła, nie miałabym czasu na permakulturę, na czekanie na żurawie, karmienie jeleni. Nauczyłam się tu kochać ziemię, kochać naturę, a to naprawdę wszystko zmienia. Ale też z tego powodu zaczynam świrować, bo tu są myśliwi, którzy zabijają zwierzęta. Są rolnicy, którzy zatruwają pola, a ja mam ule i szkoda mi pszczół. Nie chcę, żeby umierały załatwione chemią. A na przykład jutro jadę do wsi Szwajcaria pod Suwałkami walczyć o to, aby nie wycinali drzew.

Zamiast rozgrywek w redakcji, które często przypominały to, co znamy z „Diabeł ubiera się u Prady”, robisz coś bardzo sensownego.
Kiedyś sensem mojego życia było latte na soi. Tak, mam poczucie zmarnowanego czasu. No ale każdy z nas ma taki czas, kiedy „musi”, bo ma rodzinę, kredyt, ma dzieci. Na szczęście ja już nic nie muszę. Tu czuję się częścią natury, a to daje poczucie wewnętrznej równowagi…

Twoje malarstwo i rysunki tego nie pokazują. Mimo sielankowych miejsc i sytuacji jest w nich dużo trudnych emocji, depresyjnych, może nawet traumatycznych?
Zdecydowanie tak, choć wolałabym o tym nie mówić, wolę malować. Chciałabym, aby każdy mógł samodzielnie te moje prace odczytać. Powiem ci jednak, że moje życie i twórczość to była do niedawna ciągła walka z tym, co trudne, ciemne, chaotyczne. Teraz zaczynam odnosić w niej zwycięstwo, które polega na odzyskiwaniu wewnętrznej równowagi. Jestem pewna, że to zasługa czasu, jaki ofiarowałam mojemu malarstwu. Ale i miejsca, w którym żyję. Wróciłam do natury i to mnie leczy.

Miejskie życie nie służy spokojowi, wciąż o coś zabiegamy, rywalizujemy…
Jak mówi moja przyjaciółka, Hania Samson, w mieście trzeba wciąż: „kupywać, kupować, kupywać!”. Ale kiedy stajesz się częścią natury, wszystko wraca do normy, bo natura jest bardzo mądra.

Żyjesz ze sztuki?
Nie, ale mało o to dbam. Mam, jak wspominałam, taki problem, że ciężko mi się rozstawać z obrazami. Kontrakty, jakie dostają koleżanki artystki: powstaje hotel i w każdym pokoju powinien być obraz, a więc właściciel kupi płótna hurtem – mnie nie interesują. Z jednej strony to fajne, taka stała wystawa w hotelu, ale z drugiej – moje obrazy są zbyt intymne. Ja bym chciała, żeby kupowali je ci, którym one się naprawdę podobają. Jak ktoś powie: „o rany, jakie fajne, ja chcę to mieć” – to jest dla mnie największa zapłata!

„O rany, jaki fajny jest ten obraz z kilkoma psami, chciałabym go mieć!”. No właśnie, czy psy na obrazach to także zysk z zamieszkania na wsi?
Psy były ze mną już w Warszawie. Kocham te zwierzaki i zawsze je miałam. Dlatego zazwyczaj na każdym moim obrazie znajdzie się jakiś piesek. Kiedy boisz się ludzi, to bywa, że pies jest twoim jedynym przyjacielem…

Ale tu, na wsi, malując, pokonałaś swoje lęki?
Bez sztuki byłabym dziś wrakiem człowieka, tyle ci powiem…

Katarzyna Gintowt, absolwentka warszawskiej ASP. Projektowania graficznego uczyła się w pracowni plakatu u profesora M. Urbańca, malarstwa w pracowni profesorki T. Pągowskiej. Ukończyła także Studium Scenografii u profesora J. Szajny. Była dyrektorem artystycznym i autorem makiet m.in. magazynów „Cosmopolitan”, „She”.

  1. Kultura

"Mayerling" w Teatrze Wielkim Operze Narodowej. Poleca szefowa działu kultury „Zwierciadła”

"Mayerling", Vladimir Yaroshenko i Chinara Alizade jako Arcyksiąże Rudolf i Mary Vetsera. (Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)
Sceny znowu są dostępne na żywo dla publiczności, a Teatr Wielki Opera Narodowa w Warszawie świętuje wystawiając „Mayerlinga”. Baletową opowieść o jednej z bardziej intrygujących zagadek przeszłości, tajemniczej śmierci słynnej pary kochanków.

Tytułowy „Mayerling” to nazwa pałacu myśliwskiego w Austrii, w którym 30 stycznia 1889 roku arcyksiążę Rudolf, następca tronu austro-węgierskiego, jedyny syn Franciszka Józefa I i cesarzowej Elżbiety, zmarł w tajemniczych okolicznościach z 19-letnią baronówną Marią Vetserą u boku. Podwójne samobójstwo czy zabójstwo? Zagadka śmierci tych dwojga nie została rozwikłana do dzisiaj i z miejsca stała się pożywką dla plotek, teorii spiskowych, a także niewyczerpaną inspiracją dla pisarzy i scenarzystów. Najsłynniejsza ekranizacja tej historii to „Mayerling” Terence’a Younga z Omarem Sharifem i Catherine Deneuve rolach głównych. Film do kin trafił w 1968 roku, a dokładnie dekadę później swoją prapremierę w londyńskim Royal Opera House miała baletowa wersja „Mayerlinga”.

'Mayerling', Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)"Mayerling", Vladimir Yaroshenko jako Arcyksiąże Rudolf.(Fot. Ewa Krasucka/materiały prasowe)

Balet w czterech aktach stworzony przez sir Kennetha MacMillana, słynnego brytyjskiego choreografa do muzyki Ferenca Liszta. Porywczy, kochliwy, z obsesją na punkcie rewolwerów i śmierci Rudolf i zapatrzona w niego młodziutka Vetsera. To historia ich miłości, namiętności, romansu bez szans na szczęśliwe zakończenie, historia życia pod presją konwenansów i monarszych powinności, aż w końcu decyzji kochanków o wspólnej śmierci. „Mayerling” grany jest rzadko, tylko na wybranych scenach baletowych świata, do słynnych jego wystawień należy choćby to z 2013 roku z „pierwszym bad boyem baletu” Siergiejem Połuninem w roli Rudolfa. Premierę w warszawskim Teatrze Wielkim Operze Narodowej ma spektakl pod batutą Patricka Fournilliera, w wykonaniu tancerzy Polskiego Baletu Narodowego. A w obsadzie największe gwiazdy warszawskiej sceny – Władimir Jaroszenko, Yuka Ebihara i Chinara Alizade.

Fot. materiały prasoweFot. materiały prasowe