1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Relacja z osobą, która stosuje przemoc, to jest świat do góry nogami”. Rozmowa z Katarzyną Nowakowską, psycholożką związaną z Feminoteką

„Relacja z osobą, która stosuje przemoc, to jest świat do góry nogami”. Rozmowa z Katarzyną Nowakowską, psycholożką związaną z Feminoteką

Katarzyna Nowakowska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
Katarzyna Nowakowska (Fot. Weronika Ławniczak/Papaya Films)
„Dom Dobry” Wojciecha Smarzowskiego boli bardziej niż jego wcześniejsze filmy. Najpierw miłość jak z powieści, za chwilę obóz koncentracyjny, w jaki mężczyzna zamienia dom. Smarzowski ujawnia mechanizmy przemocowej relacji, z której kobiety często nie mają siły wyjść, choć system i instytucje mogą im w tym pomóc. Katarzyna Nowakowska, psycholożka i psychotraumatolożka związana z Feminoteką od 20 lat, pomaga kobietom, ofiarom przemocy.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025

Remigiusz Grzela: Zna pani takie historie, jakie pokazał Wojciech Smarzowski. Co czuła pani, oglądając film?

Katarzyna Nowakowska: Jest bardzo mocny. Sama staram się unikać patrzenia na sceny przemocy, wystarczy mi słuchanie relacji o niej. Film jest cenny, bo pokazuje perspektywę pokrzywdzonej, mechanizmy, które działają w takich przypadkach. Funkcjonuje wiele fałszywych przekonań. Powodują, że kobietom się nie wierzy. Na przykład, że kobiety manipulują, oszukują. Bezpośrednio po obejrzeniu filmu prowadziłyśmy z koleżanką szkolenie. Uczestnik pracujący z pokrzywdzonymi opowiedział nam, jak wybronił niesprawiedliwie oskarżonego człowieka, którego żona sama sobie złamała nos. Ale – tłumaczył nam – na szczęście ten człowiek założył monitoring i wszystko nagrał. Często, pracując z policjantami, pracownikami pomocy społecznej, słyszymy, że kobiety kłamią i manipulują po to, żeby coś uzyskać, np. korzystniej się rozwieść albo oczernić męża. Bardzo trudno jest wejść w skórę osoby pokrzywdzonej. Ten człowiek nie zastanowił się, w jakim musiała być stanie, żeby sobie zrobić taką krzywdę. Jeżeli kobieta sama sobie łamie nos, to znaczy, że musiała się zetknąć z niedowierzaniem bardzo wielu osób. Jest zdesperowana. Ten sprawca mówił, że to ona znęcała się nad nim, dlatego założył monitoring. Osoby pokrzywdzone rzadko mają taką możliwość, bo są kontrolowane, bez pieniędzy na kamery, najwyżej mogą coś telefonem nagrać.

W „Domu dobrym” ofiara nie ma możliwości samodzielnego ruchu. Wszystko jest nagrywane, w domu, przed nim. Na scenach z monitoringu widzimy kobietę, która sobie robi krzywdę, ale to ten facet „reżyseruje”.

Dlatego tak ważne jest, aby zrozumieć, co się dzieje naprawdę. Pracując z osobami pokrzywdzonymi, trzeba mieć wiedzę, bo „chłopski rozum” zawodzi. Niestety, często sędziowie, prokuratorzy, policjanci jej nie mają. Nie czują potrzeby doszkolenia się i korzystają ze „zdrowego rozsądku”. A on podpowiada: zobacz, jaki ten mężczyzna jest opanowany, dobrze ubrany, mówi, że żona jest histeryczką, ma problemy ze zdrowiem psychicznym, on się nią tak dobrze opiekuje. Obok stoi osoba roztrzęsiona, rozczochrana, mówi bez ładu i składu, bo jest w potężnym stresie. A służba, która ma nas chronić, kupuje wersję agresora, bo nie zna wzorców zachowań sprawców i pokrzywdzonych. Ważne jest, aby rozmawiać z kobietą, wierząc jej i nie obarczając jej odpowiedzialnością. I żeby jej zaoferować skuteczną pomoc. Tu nie chodzi o reagowanie na siłę, narzucanie się osobie pokrzywdzonej, podejmowanie kroków bez jej zgody. Chodzi o to, żeby pełne wsparcie było dostępne zawsze, kiedy pokrzywdzona po nie sięgnie.

Czytaj także: „Przemoc jest dzisiaj wszędzie. Ważne jest, aby odróżniać ją od konfliktu”. Wojciech Smarzowski w rozmowie o filmie „Dom dobry”

Obwiniamy kobiety, że wycofują złożone wcześniej doniesienie o przemocy.

Osoby pokrzywdzone mają prawo podjąć taką decyzję. Z różnych powodów. Bo nie chcą się wikłać w bardzo konfliktowe sytuacje, sprawy sądowe, póki dzieci nie dorosną. Bo czują się przywiązane do sprawcy. Bo są pod presją oczekiwań kulturowych, środowiskowych. Bo przekonania religijne każą trwać przy drugiej osobie. Bo sprawca jest żywicielem rodziny. Mówimy oczywiście o sytuacji, kiedy nie ma bezpośredniego zagrożenia dla zdrowia i życia.

Co może zrobić taka kobieta, żeby się uratować?

Każdy przypadek jest inny. Ale relacja z osobą, która stosuje przemoc, to jest świat do góry nogami. Wszystko, co z natury dobre – przywiązanie, lojalność, nadzieja – działa przeciwko nam. Nadzieja jest toksyczna. Podejmując decyzję o tym, czy będę z tym człowiekiem, nie mogę liczyć na jego zmianę. Oczywiście to się zdarza, są programy zmiany zachowań uczące ludzi, jak sobie radzić z agresją. Międzynarodowe badania pokazują jednak, że to jest metoda rzadko skuteczna w długim horyzoncie czasowym. Sprawcy przemocy to manipulatorzy, często obiecują poprawę, zaczynają uczestniczyć w tych programach i szybko wracają do starych wzorców zachowań. Pożegnanie nadziei jest bardzo trudne, bo osoby pokrzywdzone mają w głowie, że sprawca funkcjonuje tak jak one. Czyli że także dla niego przywiązanie, lojalność są zobowiązaniem. Otóż nie. Nie przywiązują się, nie rozumieją w ogóle, o co chodzi z bliskością. Mają bardzo ograniczoną empatię. Jak obiecują coś, to nie mają w głowie, że muszą się wywiązać. Nawet rozumieją, że robią krzywdę, że druga osoba cierpi, tylko mają na to wywalone. Nie interesuje ich to. Żeby się wyrwać, trzeba to przyjąć do wiadomości.

W filmie postacie wyrażają przekonanie, że kobiety, które doświadczają przemocy, są takie głupie, że dają się nabrać na bukiet na przeprosiny. Ale te osoby nie dają się na to nabrać, tylko doszły do kresu wytrzymałości i myślą o odpoczynku, oddechu od przemocy, na który przez chwilę jest szansa podczas „miodowego miesiąca”. Bardzo trudno jest wyjść z takiej relacji. To wszystko też muszą wiedzieć ludzie w systemie – sędziowie, policjanci.

Czytaj także: Przemoc psychiczna – przykłady z codziennego życia, których nie należy ignorować

Pomaga pani kobietom, które decydują się zostać w takim związku.

Proponuję różne sposoby radzenia sobie. Nigdy nie atakuję, nie krytykuję tego partnera, bo to ktoś dla tej pani bliski, i będzie czuła wobec niego lojalność. Gdybym go oceniała, ona może się wycofać. Wyjaśniam, jak takie osoby się zachowują, jakie są ich motywacje, jak wygląda dynamika relacji, w których jest przemoc i że ta przemoc eskaluje. Tłumaczę, jak regulować swoje emocje, jak sobie radzić ze stresem, jak pracować z oddechem. Bo kiedy mieszkamy z osobą, która w każdej chwili może się stać agresywna, to nie wiemy, czego się spodziewać. Osoby w takich związkach mają permanentnie pobudzoną współczulną część autonomicznego układu nerwowego. Są stale czujne, w stresie, mają problemy ze snem, z koncentracją. W tej pracy idziemy za osobą pokrzywdzoną i dajemy jej to, czego potrzebuje. Jeśli podejmują decyzję, żeby trwać w takich związkach, wyposażamy je w sposoby radzenia sobie.

Rozmawiamy w pierwszym Punkcie pomocy po gwałcie dla kobiet „Femka”. Powstał w 2023 roku. Pokazując mi gabinet ginekologiczny, wspomniała pani o przechowywaniu materiału dowodowego.

Tu kobieta może przejść badanie ginekologiczne, a my przechowamy materiał dowodowy do czasu, aż będzie mogła podjąć świadomą decyzję, co chce zrobić. Zyskuje czas na przemyślenie, czy chce postępowania karnego, które jest bardzo trudne dla pokrzywdzonych. Jeżeli chodzi o zgwałcenia, to w Polsce 60 procent zgłaszanych spraw umarza prokuratura, więc w ogóle nie trafiają do sądu.

A powody tych umorzeń?

Bardzo różne. Zazwyczaj prokuratorzy podają, że nie ma wystarczających dowodów. Ale wiemy z pracy Dominiki Czerniak, która do doktoratu badała archiwa sądowe i prokuratorskie, że w Warszawie prokurator umorzył sprawę ze względu na niską szkodliwość społeczną.

Że gwałt to jest niska szkodliwość?

Tak ludzie mają w głowach. Więc to bardzo trudne dla poszkodowanych. Muszą opowiadać obcym ludziom o tym, co się wydarzyło. Są zdezorientowane, często chcą zapomnieć, mieć to za sobą, a nie przez dwa, trzy lata uczestniczyć w rozprawach.

A kiedy kobieta zgłasza się do szpitala, on powinien zgłaszać gwałt?

Obowiązek zgłaszania obarczony sankcją karną dotyczy zgwałceń kwalifikowanych, czyli np. ze szczególnym okrucieństwem, gwałtów zbiorowych, kazirodczych, skutkujących ciężkim uszkodzeniem ciała czy śmiercią, na dzieciach. Natomiast w przypadku zgwałceń w typie podstawowym, czyli większości zdarzeń, mamy obowiązek społeczny zgłoszenia, nieobarczony żadną sankcją. Jeżeli obowiązuje nas tajemnica zawodowa, tak jak w przypadku lekarzy, nie mamy prawa tego ujawniać bez zgody. Wszystkie badania pokazują, że zgłaszanie w takich przypadkach nie służy ani kobietom, ani nie przyczynia się do zwiększenia zgłaszalności czy wykrywalności.

Jeżeli narzucamy coś osobie, która nie jest na to gotowa, nie chce w tym uczestniczyć, to obarczamy ją dodatkową presją. Na pewno wciąganie jej w postępowanie karne wbrew jej woli nie jest wsparciem. W polskim systemie bardzo dużo dzieje się nad głowami osób pokrzywdzonych, bez ich zgody i wiedzy. Tak zakładane są niebieskie karty, często bez wyjaśnienia, z czego poszkodowani mogą skorzystać, jakie wsparcie jest dostępne. Tu system też nie działa dobrze. Niebieskich kart zakłada się kilkakrotnie więcej niż wcześniej, ale nie poszły za tym pieniądze na obsługę. Jedna pracownica socjalna obsługuje nawet 100 niebieskich kart. To jest nie do zrobienia.

I słyszymy w telewizji, że musiała się wydarzyć tragedia, bo nikt nie zauważył, co się działo w tym domu.

Tragedie się zdarzają i reakcja jest na chwilę. Nie dochodzi do wielkich zmian. Sytuację w relacji, w której jest przemoc, trudno zmienić od środka. Sprawcy wykorzystują przywiązanie, empatię, lojalność partnerki. Nie wysyłają wyłącznie negatywnych sygnałów, wysyłają sprzeczne. Robią też dobre rzeczy, bywają troskliwi, uroczy. Przemoc to wykorzystywanie przewagi, żeby krzywdzić drugą osobę – sprawcy mają w relacji władzę. Dlatego otoczenie, a zwłaszcza instytucje, muszą tę nierównowagę wyrównać, stojąc jednoznacznie po stronie krzywdzonych.

Czytaj także: Kultura gwałtu w Polsce – statystyki, które szokują. Czym jest gwałt w małżeństwie?

Ile kobiet skorzystało z Punktu pomocy po gwałcie?

W pierwszym roku było ich około 200. A dodam, że to jedyny taki punkt w Polsce. Ale na nasz telefon interwencyjny dzwonią osoby doświadczające różnych rodzajów przemocy. W zeszłym roku było ich ponad 600. Można się umówić na konsultację psychologiczną, prawną, socjalną.

Więc kiedy kobiety szukają pomocy?

Najczęściej kiedy już nie mają siły. Doszły do ściany, był wybuch agresji albo sprawca zaczął atakować dzieci. Dopóki mogą, to sprzątają po nim na różne sposoby, łagodzą konflikty, które wywołał, tłumaczą go w różnych miejscach, chodzą na paluszkach, żeby nie miał ataku złości. Wracają do domu drogą przez niego wskazaną, bo inaczej będzie pytał, gdzie były. Więc cały czas są czujne. Chronią dzieci, znoszą jego fochy, agresywniejsze zachowania, żeby nie pogarszać sytuacji. Ale to kosztuje bardzo dużo energii. A nie mają jej jak odbudowywać, często odizolowane od innych. Nie mogą dostać wsparcia, pośmiać się ze znajomymi, zrelaksować. Nie mają przestrzeni na przyjemności, bo mają ograniczane pieniądze. Sprawcy pilnują, żeby nie były za mocne, bez kontaktów w świecie zewnętrznym. To nie dzieje się od razu, granice są przesuwane stopniowo. Aż te kobiety przestają mieć cokolwiek. Dochodzą do ściany. I to jest ten moment, kiedy szukają pomocy. A wiedzą, że to nie będzie koniec problemów, tylko początek. Bo może będą miały w domu kuratora, który będzie sprawdzał, czy dzieci są zaopiekowane, a co gorsza, pytał, co się między nimi dzieje itd. Będzie przychodziła pomoc społeczna, policja. Być może będą się musiały wyprowadzić z dzieckiem, zmienić dziecku szkołę. A nie mają dokąd. Ani za co. Dlatego jest tak ważne, żeby system dostarczył tym osobom jak najpełniejszego wsparcia.

Kiedy kobiety, ofiary przemocy, przychodzą do pani, trudno jest zachować tę profesjonalną szybę między wami?

To nie jest szyba. To nie jest tak, że te przeżycia czy doświadczenia osób, z którymi pracuję, we mnie nie rezonują. Mam swoje doświadczenia, mam wiedzę teoretyczną, naukową, to wszystko we mnie się odzywa. Natomiast nie mogę zatracić granic między tym, co jest moje, a tym, co jest klientki. Chociaż zdarza mi się odbierać telefony poza czasem umówionych konsultacji od osób w krytycznym położeniu. Ale staram się, żeby te granice były jasne. Tak jak jest jasna moja rola. Moja troska jest szczera, ale nie jestem ich przyjaciółką, nie jestem z nimi w prywatnej relacji. Nie byłabym w stanie tak długo się zajmować tą pracą, gdybym nie rozgraniczała tych przestrzeni.

Czytaj także: Jak reagować na przemoc seksualną? Mów głośno: „Nie rób tego!”

Dlaczego mamy taki problem z przemocą?

W takiej kulturze żyjemy. Jeżeli chodzi o przemoc wobec kobiet, podstawowym mechanizmem napędowym jest mizoginia. Są mężczyźni, którzy uważają, że im się od kobiet różne rzeczy należą – seks, obsługa. System też działa chaotycznie, bo to, co dotyczy kobiet, jest mniej ważne. Czasami rząd składa deklaracje, ale za nimi nie idą pieniądze.

A społeczeństwo się nie zmienia, skoro wciąż jest taka skala przemocy?

Mam wrażenie, że młodsze pokolenia już mają to lepiej poustawiane. Łatwiej im zachować się asertywnie, postawić granice. Są mniej podatne na obwinianie siebie. Powstaje więcej organizacji społecznych, instytucji gotowych do pomocy. Patrząc na różne kraje, można odnieść wrażenie, jakby najwięcej przemocy było tam, gdzie system opieki jest najlepszy, a osoby są najlepiej traktowane. Ale to nie kwestia większej liczby zdarzeń, tylko ujawniania ich. Bo osoby pokrzywdzone wiedzą, że dostaną wsparcie.

Jak to się stało, że zajęła się pani pomocą kobietom, które są ofiarami przemocy?

Kiedy 20 lat temu powstała Feminoteka, zajmowałyśmy się różnymi tematami związanymi z sytuacją kobiet, np. na rynku pracy. Joanna Piotrowska, jej założycielka i prezeska, prowadziła księgarnię feministyczną w internecie, z czasem przekształciła ją w fundację. Zauważyłyśmy, że przemoc jest obecna w każdym obszarze, który badałyśmy. Postanowiłyśmy się zaangażować. A potem skoncentrować się na przemocy seksualnej, bo nikt się nią nie zajmował. To temat, na który trudno znaleźć pieniądze. Sponsorzy nie chcą być z nim kojarzeni.

Co pani robiła wcześniej?

Długo dochodziłam do tego, co chciałabym robić. Najpierw skończyłam ekonomię, a potem zajęłam się przekładaniem książek i artykułów naukowych. Miałam małe dzieci i pracowałam jako tłumaczka, bo można to było robić z domu. Wcześnie związałam się z działaniami kobiecymi. Zaczęłam od Polskiego Stowarzyszenia Feministycznego. W 1992 roku wypuściło plakat rozlepiany na ulicach z hasłem „Kobiety, strzeżcie swoich praw”. To był impuls. Zawsze miałam potrzebę sprawiedliwości. I ciągnęło mnie do środowisk, które pracują na rzecz sprawiedliwości społecznej. Wtedy, na początku lat 90., byłam jeszcze mało upolityczniona. A kiedy PSF eksplodowało tak, że jego członkinie zaczęły mieć własne organizacje, a moje dzieci trochę urosły, mogłam się bardziej zaangażować. Rozumiałam, że nasze prawa są lekceważone, przecież jedną z pierwszych decyzji Solidarności, jak tylko odniosła sukces po stanie wojennym, było rozwiązanie sekcji kobiecej. Taki komunikat wysłano do kobiet, które podejmowały aktywność obywatelską. Więc to nie było proste, ale za to konieczne, żeby brać sprawy w swoje ręce, mimo późniejszych niepowodzeń, jak uchwalenie ustawy antyaborcyjnej, choć zebrano półtora miliona podpisów przeciwko niej.

W pani rodzinie były silne kobiety?

Miałam bardzo silną babcię ze strony taty. Babcia Marianna była ambitna i wszystkie dzieci wysłała na studia, a była żoną szewca, nie miała wykształcenia, pochodziła z rodziny robotniczej i pracowała w pasmanterii. Cała rodzina mojego taty zdobyła wykształcenie, zrobiła awans społeczny. Chciałabym mieć jej niespożytą energię. Wychowała pięcioro dzieci w domu w Starachowicach, gdzie nie było nawet wody bieżącej, o kanalizacji w ogóle nie wspomnę. Musiała nosić wodę z rynku. To była twarda osoba.

W pracy częściej ma pani poczucie skuteczności czy porażki?

Jedno i drugie. Frustrujące jest, że ten system często nie działa, więc staramy się go reorganizować. Ale ta praca ma sens. W Feminotece jesteśmy zespołem, wspieramy się, mamy superwizje. Kiedy kobiety, którym pomagamy, uwolnią się z relacji i całą energię wkładaną wcześniej w radzenie sobie z tym, co robił im sprawca, przekierowują na zajmowanie się sobą i dziećmi, rozkwitają. Widzę zmiany z sesji na sesję. Miesiąc później to już jest inna osoba. Bardziej pewna siebie, sprawcza, dobrze zorganizowana i asertywna. Jej świat się nagle otwiera.

Widzę, że to panią wzrusza.

Bo to są imponujące osoby.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE