Jesteśmy przestymulowani i przebodźcowani od nadmiaru dźwięku, światła i obrazów. Mamy wiedzę na temat fizjologii i potrzeb zdrowotnych oraz ogromne możliwości techniczne, ale wciąż nie chcemy zrozumieć, jak wpływa na nas najbliższe otoczenie – mówi dr Joanna Jurga, projektantka łącząca wiedzę o przestrzeni z biologią.
Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.
Magda Rosłaniec: Bez którego zmysłu nie moglibyście żyć?” – zapytałaś kiedyś podczas wykładu swoich słuchaczy. Ja bez wahania wskazałam wtedy, że nie wyobrażam sobie życia bez wzroku.
Joanna Jurga: Odpowiada tak 90 procent pytanych.
No właśnie, gloryfikujemy wzrok, a okazuje się, że dużo istotniejszy z punktu widzenia przetrwania jest inny zmysł…
Żyjemy w kulturze obrazków, w której posługujemy się głównie zmysłem wzroku, oceniamy rzeczy i ludzi przez to, jak wyglądają, czego zwłaszcza my, kobiety, jesteśmy ofiarami nieustannego porównywania się ze sobą. Wszystkie masowe media pokazują, jak mamy wyglądać, a nie tłumaczą, jak odczuwać. Jesteśmy przestymulowani wzrokowo, co jest dla nas niezdrowe, bo organizm ludzki jest tak skonstruowany, żeby odbierać świat wszystkimi zmysłami. Nie tylko pięcioma opisanymi przez Arystotelesa i Platona, czyli wzrokiem, słuchem, węchem, smakiem i dotykiem, ale też zmysłem równowagi, termiki, bólu. Tymczasem u współczesnego człowieka 80 procent bodźców sensorycznych trafia do mózgu właśnie przez zmysł wzroku.
Wstajemy rano i scrollujemy obrazki, ubieramy się, bo chcemy jakoś wyglądać, jeździmy ładnym autem, modnie urządzamy mieszkania, nawet książki w bibliotekach u wielu osób ustawiane są pod kątem estetyki, a nie funkcjonalności.
W rozwiązaniach urbanistycznych również to, jak coś wygląda, często ważniejsze jest od tego, jak się będzie w tym żyło. A okazuje się, że człowiek może sobie bez zmysłu wzroku naprawdę nieźle poradzić. Oczywiście nie będzie doświadczać piękna czy harmonii wizualnej, ale organizm ludzki zna wiele sposobów, żeby amortyzować utratę widzenia, choćby przez wyraźniejsze czucie skórą. Były nawet preferowane zawody dla niewidomych – uważano, że sędzia, który nie widzi, osądza bezstronnie. To dlatego bogini sprawiedliwości w mitologii ma zasłonięte oczy.
Powtarzam swoim studentom i słuchaczom, że mogliby mnie nie widzieć, a i tak wynieśliby wszystko z moich wykładów. To samo się dzieje podczas słuchania podcastów i rozmawiania przez telefon. Używamy wtedy zmysłu słuchu, który jest z punktu widzenia przetrwania ważniejszy. Zresztą jako jedyny działa bez użycia naszej woli, również podczas snu. Najpierw słyszymy, a potem widzimy i reagujemy. Taka jest prawidłowa kolejność przekazywania informacji do mózgu. Słyszę nadjeżdżający samochód, obracam głowę i zatrzymuję się. Więc słuch jest ważny w przekazywaniu informacji i komunikacji, ale najważniejszy ze wszystkich zmysłów jest dotyk.
Dlaczego?
Bez niego nie byłoby nas jako gatunku. To jest jedyny zmysł, bez którego nie można się urodzić i nie można bez niego żyć – odpowiada za redukcję stresu i regulację emocji, na przykład przez masaż, przytulenie czy fizyczną bliskość innych istot żywych. Nasz największy organ, czyli skóra, odpowiada właśnie za dotyk. To zmysł, który rekompensuje utratę pozostałych zmysłów (weźmy na przykład alfabet Braille’a). I chroni nas, gdy doświadczamy bólu, bo ciało reaguje bezwarunkowo, odruchowo odsuwając się od zagrożenia. Zmysł ten pozwala nam również odnaleźć się w rzeczywistości: czujemy ciałem, że siedzimy, mamy na sobie ubranie; dotykamy psa, kiedy się z nim witamy, macamy owoce, by sprawdzić, czy są dojrzałe. Jesteśmy macaczami, o czym coraz częściej w wirtualnej rzeczywistości zapominamy.
Dotyk jako najważniejszy zmysł istotnie wpływa na indywidualny odbiór otaczającego nas świata, czyli umwelt.
Co to jest?
Umwelt to subiektywne środowisko, w jakim żyje każde zwierzę (w tym człowiek), to świat postrzegany przez jego zmysły i interpretowany przez jego układ nerwowy. Każdy ma inny, nie ma lepszego i gorszego. Pojęcie to ukuł zoolog Jakob von Uexküll, który badał unikalne postrzeganie otoczenia przez dany organizm. Dla każdego ważne są zwłaszcza te aspekty rzeczywistości, które mają dla niego znaczenie biologiczne.
Dla psów najważniejszy jest węch, ptaki widzą w ultrafiolecie, a nietoperze żyją w przestrzeni dźwięków odbitych w echolokacji.
Ludzki umwelt opiera się na podstawowych pięciu zmysłach i na tym, żeby przebywać w przestrzeniach otwartych i w zieleni, ponieważ jako gatunek wyszliśmy z sawanny. Jeżeli chcemy dobrze funkcjonować, to musimy sobie przypomnieć, skąd się wywodzimy i że jesteśmy zwierzętami biologicznymi, które rozpoznają rzeczywistość za pomocą zmysłów. I jak zaczniemy sobie zadawać pytanie, co na tej skali zmysłowej robi nam dobrze, a co źle, to będziemy umieli urządzić sobie lepsze otoczenie i świat.
Czytaj także: Przytul mnie, uściskaj, weź mnie w ramiona! Dotyk ma uzdrawiającą moc, potrzebujemy go przez całe życie
Jak rozpoznać co nam służy, a co szkodzi?
Polecam na przykład ślepy spacer po domu. Czyli zamykamy oczy i idziemy przez swój dom. Uzmysławiamy sobie, jak go słyszymy, jak czujemy, czy nie brzęczy nam jakiś transformator i czy to nie jest ten dźwięk, który nas zawsze irytował. Zorientujmy się, czy nie obijamy się o fotel, który stoi na środku, ponieważ zaprojektował go znany artysta, a my regularnie mamy przez niego siniaki, bo idąc z praniem czy z kawą, potykamy się o niego. Warto zorientować się, jakie są w dotyku nasze meble, kiedy siadamy na nich w majtkach; czy włączniki światła i klamki są wygodne.
Zachęcam też, żeby pójść do lasu i zrobić spacer z zamkniętymi oczami, przy asekuracji drugiej osoby. W ćwiczeniach tych chodzi o wyłączenie wzroku, czyli dominującego aparatu, którym oceniamy rzeczywistość i zarejestrowanie, co czujemy, kiedy nie widzimy. Trenowanie innych zmysłów pozwoli nam w ogóle zobaczyć, jak się mamy, bo w pędzie zapominamy o sobie i swoich podstawowych potrzebach. Tworzymy jakąś iluzję na swój temat, pasującą do obowiązującej kultury, a tak naprawdę nie wiemy, jak nam jest z rzeczami.
Dobrze jest wiedzieć, co w moim domu lubię, a co mnie męczy i wkurza. Czy ta przestrzeń wspiera mnie, czy raczej generuje napięcie? I chodzi o każdy szczegół – zapach, dźwięki, światło, kolory, temperaturę.
To może być trudne, ale warto sięgnąć głębiej, pomyśleć też o rzeczach, które już stały się częścią naszej rzeczywistości, więc nie zawracamy na nie uwagi.
Na przykład?
Ktoś może opowiadać, że mieszkając całe życie przy torach, już nie słyszy pociągów. Ale gdy zmierzylibyśmy tętno takiej osoby, odnotowalibyśmy przyśpieszone bicie przy każdym przejeździe wagonu. Świadomość możemy „wygłuszyć”, ale ciała nie da się oszukać. Więc jeżeli cały czas wystawiamy się na bodźce, które są dla nas nieprzyjemne czy nawet stresujące, to narażamy się na chroniczny stres, a to zwiększa ryzyko chorób, przebodźcowania, spada nasza koncentracja, mamy gorsze samopoczucie.
Czytaj także: Co mówią o naszych potrzebach wybierane przez nas kolory?
Piszesz i edukujesz o poczuciu bezpieczeństwa, czym ono dla ciebie jest?
Dla mnie prywatnie? Czy dla mnie w pojęciu naukowym?
A to różnica?
Tak, lubię to rozgraniczać. Naukowo, żeby człowiek był w stanie homeostazy, potrzebuje dostępu do ciszy, natury i światła słonecznego, ale też prawdziwej nocy, czyli ciemności, żeby dobrze spać. No i ważne są relacje, bo jesteśmy gatunkiem plemiennym.
Warto jednak rozpoznać swoje indywidualne potrzeby. Dlatego moje, Joanny Jurgi, poczucie bezpieczeństwa oznacza, że mogę wyjechać na miesiąc na daleką Północ i nie widzieć ludzi.
Lubię pracować dla naszego gatunku i mam całkiem dobre z nim relacje, jednak ze względu na to, że jestem w spektrum, potrzebuję też regularnie od ludzi odpoczywać.
Jeździsz do krajów skandynawskich – za co je lubisz?
Właśnie za duże odległości między ludźmi oraz za ciszę, szacunek do natury i używanie naturalnych materiałów.
A jak mieszkają Polacy?
Choć jesteśmy krajem wysoko rozwiniętym, większość z nas mieszka na mentalnym dorobku – nasze domy udają coś, czym nie są. W masowej deweloperce robimy z mieszkań pałace: naklejamy cegłę na beton, kładziemy panele udające drewno, przyklejamy styropianowe sztukaterie. Bo taniej i na zdjęciu ładnie wygląda. Nie uwzględniamy tego, że potem na ten plastikowy panel stajemy bosą stopą po przebudzeniu i że te powierzchnie się ścierają, kiedy je myjemy.
Ciekawe jest też naklejanie styropianu na budynki z wielkiej płyty, żeby udawać, że mamy stiuki (tynk dekoracyjny). To jest jakaś fantazja o wizerunku.
Jeżeli chcemy pomieszkać w zamku, to pojedźmy tam na wakacje, a domy róbmy funkcjonalne i zdrowe. I przyjazne nam, czyli dopasowane do potrzeb zmysłów. Przestrzeń, w której mieszkamy, powinna nas wspierać, być naszym azylem.
Dom powinien być „szałasem na hałas” niczym przytulenie bliskiej osoby albo koc i ciepła herbata w zimowy wieczór – tak pisałaś w pierwszej książce.
W tytule książki użyłam metafory „szałas na hałas”, żeby wyjaśnić, że prywatna przestrzeń ma być schronieniem przed nadmiarem bodźców, hałasem zewnętrznym, stresem codzienności. Przestrzeń, która ma nas chronić przed bodźcami i mamy się w niej wyciszyć, powinna być: cicha, ciepła i ciemna.
„My kształtujemy budynki, a potem one kształtują nas” – to słowa Churchilla, które cytujesz w najnowszej książce „Hotel Ziemia. Żyć i mieszkać dobrze”. Co konkretnie i jak oddziałuje na nas w miastach, w których żyje już 60 procent populacji Polaków?
Wszystko: to, jak szerokie mamy ulice, czy chodniki są równe i zacienione, elewacje, wysokość budynków, nadmierny hałas.Odpowiednie proporcje architektoniczne, które – wiadomo to już od starożytności – wpływają na dobre samopoczucie ludzi.
Ilość zieleni, parków, ogrodów, skwerów. Rozpoznajemy rzeczywistość za pomocą zmysłów, to jest nasz aparat poznawczy do rozumienia i odczuwania świata. Więc jeżeli potykamy się o wystającą płytę chodnikową, w czasie upałów nie możemy się schować do cienia, budynki są tak wysokie i ciasno zabudowane, że nie widzimy horyzontu, a w nocy jest tak jasno, że trudno zasnąć, to znaczy, że żyjemy w mieście, które nam szkodzi.
I skraca życie – przez sam hałas nawet o 10 lat. Więc miasta realnie oddziałują na nasze zdrowie i jakość życia. Na przykład w Warszawie możemy znaleźć takie dzielnice jak Stary Żoliborz, z zachowanymi sprzed wojny planami urbanistycznymi, szerokimi alejami, niską ceglaną architekturą i zielenią, gdzie żyje się dobrze. I z drugiej strony nowe, gęsto zabudowane dzielnice, jak chociażby na Białołęce, czy Miasteczko Wilanów, gdzie przez okna możemy zobaczyć, jakie sąsiad pije wino. Jest za mało stref ograniczenia prędkości do 30 kilometrów na godzinę, więc jest głośno i ciasno. A w dzielnicach z bardzo wysoką zabudową w ogóle tracimy orientację przestrzenną, ponieważ nie mamy punktów odniesienia.
Czytaj także: Sypialnia doskonała – 10 zasad, dzięki którym stworzysz miejsce idealne do snu i wypoczynku
Dlaczego tworzymy miasta, w których ciężko nam się żyje?
Ponieważ żyjemy w neokapitalizmie i rządzą nami pieniądze. Dobro człowieka staje się niczym w tym interesie, liczy się powierzchnia, którą można sprzedać.
Czy jest nadzieja na odwrócenie tej sytuacji?
Nadzieją jest zaangażowanie ludzi. W Polsce panuje ( jeszcze) system zwany demokracją, który pozwala nam wybierać tych, którzy realizują różne projekty i programy. Wybierajmy mądrze, niekoniecznie jedynki na listach, sprawdzajmy, co kandydaci oferują i czy mają kompetencje do tego, żeby tę pracę wykonywać, a potem ich rozliczajmy. Głosujmy na budżety partycypacyjne, zgłaszajmy projekty, włączajmy się w konsultacje społeczne, interesujmy się tym, co w naszych miastach się dzieje, i bierzmy w tym aktywny udział. Jesteśmy narodem marudów, którzy twierdzą, że nic się nie da, jest źle i będzie tylko gorzej. A prawda jest taka, że mamy wiele demokratycznych narzędzi, które pozwalają nam zabrać głos i powiedzieć, że na coś się nie zgadzamy, że coś chcemy. Zachęcam, żeby zacząć od własnego budynku, zaangażować się we wspólnotę mieszkaniową i nie krzyczeć, że mój blok ma brzydki kolor, skoro nawet nie chodzę na zebrania wspólnoty. Nadzieję daje też mnóstwo pozytywnych przykładów zrealizowanych ostatnio w Polsce. Choćby tych, dzięki którym człowiek w mieście ma większy kontakt z naturą. Powstają błotne place zabaw, na których dzieci mogą bawić się na przykład w gotowanie z błota, piasku, wody i patyków.
We Wrocławiu odbetonowują wielki plac, na którym wyrośnie dużo roślin. Cieszy każda nowa fontanna czy inne projekty z wodą w ruchu, która fantastycznie wygłusza hałas ulicy i dobrze nas relaksuje. Szum cieknącej wody z kranu to mniej więcej 35 decybeli, które pozytywnie działają na nas neurologicznie.
Na co najbardziej cierpią nasze miasta?
Rozpoznaję trzy ciężkie choroby: billbordozę, znakozę i pastelozę. W Polsce mamy najwięcej nośników reklamowych w przestrzeni publicznej w Europie i żadna ustawa krajobrazowa nie potrafi sobie z tym poradzić. Kary za nielegalne powieszenie ogłoszenia są nadal mniejsze niż przychody z tej reklamy. Dlatego cierpimy na billbordozę.
Znakoza dotyczy dużej liczby znaków w przestrzeni ruchu ulicznego, które często potrafią się wykluczać. Stosowanie tych znaków jest nieczytelne i przez to stresujące.
A pastelozę widać na wielkoformatowych dużych osiedlach. Przechodziły one termoizolację i przy okazji mieszkańcy podjęli decyzję, żeby nie utrzymywać dłużej ich smutnej szarej kolorystyki i że chcieliby mieć kolorowo. Szkoda tylko, że nie zapytali wydziału architektury, jakie kolory byłoby odpowiednie. Bo ja nawet rozumiem potrzebę ożywienia przestrzeni publicznej, ale trzeba pamiętać, że bloki są częścią większej przestrzeni wspólnej, dlatego powinny współgrać z krajobrazem.
Myślę, że wiele osób, urządzając swój dom, również nie konsultuje projektu z architektem, bo uważa, że to fanaberia, zbędny koszt.
Tak, wielokrotnie przekonywałam ludzi, że jeżeli wezmą architekta, który zna się na swojej robocie, to on na siebie zarobi.
Bo jego rozwiązania finalnie zaoszczędzą kosztów. Pokutuje przekonanie, że skoro mamy w rodzinie „złote rączki”, to ze wszystkim sobie poradzą: rozprowadzą elektrykę, położą płytki. A ustawienie mebli i wybranie kolorów to już w ogóle prościzna, kobieta się tym zajmie.
Jako państwo kształcimy co roku setki architektów i projektantów, pytam więc, dlaczego nie chcemy korzystać z ich wiedzy. Zwłaszcza do projektów publicznych. A to jest konkretna wiedza dotycząca nie tylko kształtu, konstrukcji i technikaliów, ale też planowania przestrzennego, zrównoważonego rozwoju. To nauka, która uwzględnia również psychologię człowieka i biofilię, czyli koncepcję, że człowiek ma wrodzoną potrzebę kontaktu z naturą. Wszystko po to, żeby we wspólnej przestrzeni mieszkało się i żyło przyjemnie i zdrowo.
Dr Joanna Jurga, projektantka, edukatorka, komandorka symulacji misji kosmicznych, miłośniczka dalekiej Północy.