Gdybyśmy chcieli wspomnieć o każdym przedmiocie, który znajduje się w mieszkaniu archeolożki, kulturoznawczyni i wykładowczyni akademickiej Kory Tei Kowalskiej, ten tekst zająłby całe wydanie „Zwierciadła”. Ona sama napisała o tym książkę „Patrz pod nogi. O zbieraniu rzeczy”, nominowaną do tegorocznej nagrody literackiej Nike.
Tekst pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.
Siedem minut spacerem od fontanny Neptuna i ulicy Długiej zaczyna się Dolne Miasto, dziś modna dzielnica, ale dawniej okolice te uchodziły raczej za mroczne rewiry Gdańska. Kiedy sześć lat temu Kora i jej mąż zaczęli tu szukać mieszkania, transformacja Dolnego Miasta nabierała już tempa. – Ceny mieszkań rosły z miesiąca na miesiąc. Wiedzieliśmy, że to ostatni moment, żeby znaleźć coś w tej lokalizacji. Wybór był raczej mocno ograniczony, bo dużych mieszkań kamienicznych z zachowanym oryginalnym układem było niewiele. Większość z nich po wojnie została podzielona na mniejsze lokale. A te, które się ostały, były w tragicznym stanie technicznym – wspomina Kora.
Fronty i uchwyty są z Ikei. Dębowy blat Kora pomalowała na czarno, a hiszpańskie kafle Wow Design ułożyła w mondrianowski wzór. (Fot. Celestyna Król)
Mieszkanie, które ostatecznie kupili, oglądali trzy razy. To nie była miłość od pierwszego wejrzenia, raczej kompromis niż spełnienie marzeń. Miało co prawda kilka plusów, np. przedwojenny plan, klasyczny dwustronny układ, balkon, widok na zieleń i bliskość Motławy, ale na początku od razu je skreślili. – Wiedzieliśmy, że możemy sobie pozwolić tylko na lokal do remontu, ale zakres prac, które trzeba było tu wykonać, nas przerażał – przyznaje Kora. Podczas dalszych poszukiwań było jednak tylko gorzej, więc z braku lepszych propozycji, wrócili do pierwszej. – Remont trwał ponad dwa lata. Poza instalacją gazową i drobną przeróbką hydrauliczną wszystko robiliśmy sami, więc generowało to mnóstwo kłótni, stresu i zmęczenia. Ale z drugiej strony nic tak nie uczy pokory, szacunku do materii i czasu, jak znój samodzielnego remontu. Poznaliśmy to mieszkanie od podszewki i dzięki temu mogliśmy zachować jak najwięcej ze starej tkanki, a na tym mi bardzo zależało – przyznaje.
Właścicielka i 15-letni Łatek na babcinej kanapie obszytej zaprojektowaną przez Korę tkaniną. (Fot. Celestyna Król)
„W większości wypadków nie jesteśmy w stanie prześledzić żadnych relacji z przedmiotem poza własną. Czasem można jednak zauważyć w rzeczy prześwity ujawniające odpryski jej biografii, trudne do rozpoznania drobiazgi, które warto poddać subiektywnej refleksji. Rzeczy wypełnione są tyloma historiami, ile jesteśmy w stanie dostrzec” – ten cytat z książki Kory wraca do mnie, kiedy słucham jej opowieści o urządzaniu mieszkania, bo jak na archeolożkę przystało, podczas remontu spod warstw farb i podłóg wydobyła całą masę historii.
„Nie lubiłam łazienki w poprzednim mieszkaniu, projektując to wnętrze, wiedziałam więc, że ta musi być jak pyszny deser”, mówi Kora. O ile w całym mieszkaniu panuje wesoły eklektyzm, tu miało być jak przed wojną. Nawiązaniem do przeszłości jest artdecowska umywalka, stylowe kafle na podłodze i drobne płytki na ścianach, które dodatkowo optycznie powiększają wąskie pomieszczenie. Obok znalezionego na śmietniku lustra wisi akwarela przedstawiająca Korę widzianą oczami jej męża Szymona, a wyżej reklamy z lat 40. kupione na Jarmarku Dominikańskim. W rogu stoi niemiecka szafeczka z lat 50. znaleziona na Allegro. (Fot. Celestyna Król)
– W pokoju dziennym na jednej ze ścian odkryliśmy wzór w lemoniadki z epoki socmodernizmu. Ktoś namalował tu kiedyś kolorowe bąbelki i kubki do oranżady, które z pietyzmem oczyściliśmy z warstw gładzi i lateksu. Ta ściana była największą niespodzianką remontu i najlepszym prezentem, jaki dostałam od tych murów podczas naszej pracy – mówi Kora, która wyjątkowo nic nie powiesiła na tej ścianie. Prawie nic, bo wisi tu szyld z lat 60. z napisem „Kwiaty”. – Wzrusza mnie jego prostolinijność, rzetelne rzemiosło, dobre wzornictwo typograficzne. Tęsknię za prostymi komunikatami w przestrzeni publicznej, które informują, zamiast mamić – mówi Kora.
Czytaj także: Japandi – nowy hit wnętrzarski. Japonia i Skandynawia w jednym
Pokój dzienny, nazywany też zielonym, tonie w roślinności i książkach. To właśnie tutaj znajduje się ściana z odkrytym spod warstw starych farb wzorem w lemoniadki z epoki socmodernizmu. (Fot. Celestyna Król)
Mniej szczęścia mieli podczas zrywania kolejnych warstw podłóg. Po usunięciu paneli, linoleum i płytek PCV dokopali się co prawda do oryginalnych desek, były jednak tak zniszczone, że nawet po cyklinowaniu i licznych zaprawkach nie najlepiej wyglądały. Postanowili je więc pomalować, tu i ówdzie zostawiając oryginalne fragmenty. – Deski w pokoju dziennym pomalowaliśmy na różowo. W sypialni, garderobie i moim składziku na podłodze jest ultramaryna.
W największym pomieszczeniu, które dawniej było salonem, znajduje się teraz sypialnia. Nad łóżkiem wisi obraz namalowany przez Rafała Kowalskiego, tatę Kory, a pod nim oryginalne ilustracje z bajek z lat 80. przedstawiające Plastusia i Wróbelka Elemelka. Pomiędzy nimi – plakat ulubionego serialu Kory i Szymona „Z archiwum X”. Zasłony w oknie to oryginalna włoska tkanina z lat 70. Idealnie komponuje się z podłogą w kolorze ultramaryny. (Fot. Celestyna Król)
Wszyscy odradzali nam ten odcień, ale się uparliśmy, i dobrze. Jest w tym kolorze taka głębia, że człowiek ma wrażenie, że chodzi po morzu – mówi Kora. Natomiast wzory namalowane na podłodze w kuchni zainspirowane są neoplastycyzmem Pieta Mondriana i szkołą Bauhaus. Niczym motyw przewodni przewijają się w całym wnętrzu, m.in. w ułożeniu hiszpańskich kafli nad kuchennym blatem i w robionych własnoręcznie przez Korę witrażach, zdobiących drzwi.
Z sypialni wchodzi się do garderoby i gabinetu osobliwości, czyli pomieszczenia, w którym znajdują się zbierane przez Korę przedmioty. Na drzwiach wiszą jedwabne, stare kimona, które też są częścią jej kolekcji. (Fot. Celestyna Król)
Koncepcja wnętrza powstała podczas odkrywania starej tkanki mieszkania. – Ślady przeszłości, na które natrafialiśmy, inspirowały nas i wskazywały, w jaką stronę powinniśmy pójść – mówi Kora, która na początku zamierzała trzymać się trzech podstawowych bauhausowskich kolorów, ale podczas oczyszczania ścian w łazience pojawił się artdecowski seledyn i róż, więc zostali przy tych odcieniach. – Ostatecznie stylistycznie i kolorystycznie mieszkanie ułożyło się w plan X. Jedna przekątna to modernizm, czyli złamana biel i dużo ultramaryny, a druga przekątna to art déco z charakterystyczną dla tej epoki zgaszoną zielenią i różem – mówi Kora. W ten jasny układ całkiem ad hoc wdarł się jednak przebojem barwny styl Memphis. Inspirowana nim tkanina z zaprojektowanym przez Korę nadrukiem, pokrywa poduchy odziedziczonej po babci sofy. Nad nią wisi memphisowa lampka Ikea vintage, a jeszcze wyżej regał zainspirowany projektem Milo Baughmana. – To jest jego projekt z lat 80., rzecz nie do kupienia, ponieważ powstała w jednym egzemplarzu. Wyprosiłam więc męża, żeby zrobił mi podobny regał. Pracował nad nim dwa tygodnie. To moja ulubiona rzecz w tym mieszkaniu – mówi Kora.
Z sypialni wchodzi się do garderoby i gabinetu osobliwości, czyli pomieszczenia, w którym znajdują się zbierane przez Korę przedmioty. Na drzwiach wiszą jedwabne, stare kimona, które też są częścią jej kolekcji. (Fot. Celestyna Król)
A jeśli chodzi o rzeczy, konkurencja jest tu bardzo silna, bo już kolekcja ustawiona na tymże regale robi wrażenie. Wzrok przyciąga memphisowy żółty dzbanek o przedziwnym kształcie, ustawiony na środku, ale jest tu również kultowy polski zegar Metron w kształcie kuli i przegląd wazonów z Ćmielowa. Natomiast na szafce obok znajduje się kobaltowy zbiór postmodernistycznych wazonów z lat 80. – To wszystko wyroby niemieckiej pracowni ceramicznej Asa Selection. Ich kształty i kolory zainspirowane są włoskim stylem Memphis i stylem art déco. Zbieram je od lat, bo nie są szczególnie popularne w Polsce, w związku z tym można je kupić niedrogo, a układają się w ciekawe kompozycje – mówi Kora.
Witraże drzwiowe w stylu Bauhausu pięknie filtrują światło. Kora wykonała je własnoręcznie. (Fot. Celestyna Król)
Większość rzeczy, które kolekcjonuje od dziecka, znajduje się w jej prywatnym gabinecie kuriozów. – Chciałam uniknąć tego, co miałam w poprzednim mieszkaniu, czyli wszechobecnych rzeczy i przeróżnych drobiazgów, które żal mi chować do pudełek, bo uważam, że skoro je znalazłam i wydobyłam z niebytu, zasługują na to, by od czasu do czasu ktoś na nie spojrzał – mówi Kora. Dlatego już na etapie projektu jedno z pomieszczeń przeznaczyła na jaskinię zbieracza. – To tak naprawdę niewielki pokoik, trzy metry szerokości na pięć. Sto lat temu była tu służbówka z przejściem do salonu, który teraz jest naszą sypialnią. Później mieszkała tu dokwaterowana rodzina, a jeszcze później maleńką, wydzieloną tu kuchnię zmieniono na składzik słoików – opowiada. Teraz to pomieszczenie od góry do dołu zalane jest różnej maści przedmiotami. – To głównie drobnica, rzeczy zupełnie niedizajnerskie. Jest tu dużo różnych ramek wypełnionych wykopanymi z ziemi drobiazgami, np. przedwojennymi wpinkami, figurkami lub fragmentami lalek wygrzebanymi ze śmietnika.
Gablotka w gabinecie z miksem kuriozów przez lata kupowanych lub znajdowanych na śmietniku. (Fot. Celestyna Król)
To przestrzeń materii, która jest już trochę zniszczona, trochę zepsuta, ale opowiada jakąś historię i sama w sobie jest interesująca. Natomiast niekoniecznie bym chciała, żeby moi goście na to patrzyli. To jest raczej moja strefa prywatna. Tyle lat patrzyłam na te wszystkie rzeczy w swoim poprzednim malutkim mieszkaniu, że teraz nie zaglądam tu zbyt często – przyznaje Kora. Traktuje to miejsce raczej jako kunstkamerę, gabinet osobliwości, w którym rzeczy się piętrzą i narastają bez żadnych zasad. – Jeśli robię jakieś układy, to bardziej estetyczne niż typologiczne. Nie tworzę galerii tematycznych, lubię się pobawić formą, kolorem i ekspozycją, zrobić jakiś kolaż czy asamblaż. Podchodzę do swoich zbiorów typowo renesansowo. I choć jest to poniekąd miejsce pracy twórczej, lepiej myśli mi się w mniej przeładowanych przestrzeniach – mówi. Dlatego książka, w której pojawia się wiele ze zgromadzonych tu rzeczy, powstała w zupełnie innym pomieszczeniu. – Pisałam ją w pokoju dziennym, tylko od czasu do czasu zaglądając do składziku, by sprawdzić jakiś szczegół – mówi Kora.
Czytaj także: Ocalenie. Rozmowa z kolekcjonerem sztuki, właścicielem prywatnego muzeum, które przyciąga tłumy
Tuż przy wyjściu z sypialni stoi toaletka z kolekcjonowaną przez Korę biżuterią, zawieszoną na licznych ekspozytorach w kształcie ręki. (Fot. Celestyna Król)
Trudno uwierzyć, że pamięta historię każdej z tysiąca zgromadzonych tu rzeczy, ale, niestety, tak jest. Dlaczego: niestety? – Bo to bardzo obciążające. Każdy zbieracz chce wiedzieć wszystko o swoich rzeczach i uparcie dąży do tego, by poznać ich historię. A potem to zostaje w głowie, jest niewymazywalne. Kiedy patrzę na jakąś rzecz, od razu sobie przypominam, skąd jest, gdzie ją znalazłam, kupiłam albo od kogo ją dostałam. Można by pomyśleć, że jestem sentymentalna, ale ja po prostu lubię historię tworzyw, przedmiotów, lubię, kiedy coś jest nie do końca ładne, udane, kuriozalne albo po prostu brzydkie. Frapuje i ciekawi mnie estetyka kiczu – mówi. Jeśli więc prawdą jest to, że przedmioty, którymi się otaczamy, są naszym odbiciem, to Kora ewidentnie lubi patrzeć w krzywe zwierciadło.