Jest grudzień 2022 roku. Maciej Grzywaczewski, przeszukując archiwum fotograficzne ojca, niespodziewanie trafia na taśmę filmową, której nigdy wcześniej nie widział. Negatyw zawierający 33 zdjęcia wykonane przez Leszka Grzywaczewskiego. Jedyne znane zdjęcia zrobione wewnątrz getta w czasie powstania, które nie są autorstwa Niemców. Jan Czarlewski, przyjaciel rodziny i reżyser, mówi mu: „o tym trzeba zrobić film". Dokument „33 zdjęcia z getta" dostępny na platformie HBO Max, bada losy uwiecznione na kliszy, która nie miała prawa przetrwać. Losy tych przed i tych za aparatem. Tych po jednej i po drugiej stronie muru getta. Opowiada o ludziach, którzy mimo paraliżującej bezsilności nie pozostali obojętni. O zdjęciach, które stały się aktami człowieczeństwa. Z twórcami filmu, Maciejem Grzywaczewskim i Janem Czarlewskim, rozmawia Ida Marszałek.
Ida Marszałek: Pierwsze odkryłeś zdjęcia czy dzienniki?
Maciej Grzywaczewski: Dzienniki znalazłem wcześniej, bo po śmierci taty, jak robiliśmy porządek w jego pokoju. Zobaczyliśmy, że deska się rusza i one były właśnie pod nią schowane. O zdjęciach dowiedziałem się jakoś w 2004 roku, kiedy Paweł Szypulski , historyk i znajomy mojej córki, zapytał ją, czy Leszek Grzywaczewski, to ktoś z jej rodziny, bo jego zdjęcia są w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Od razu weszliśmy na stronę muzeum i faktycznie: było tam 12 odbitek, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy.
Jak to się stało, że nigdy nie trafiły w wasze ręce?
M.G.: Większość rzeczy ojca wylądowała u mojej siostry. Ona zamknęła je w szafie. Nie chciała do nich wracać. Grzebanie w swojej młodości, w młodości rodziców, to wywoływało emocje. Ja pewnie też bym je zostawił w spokoju, gdyby nie presja ze strony Zuzanny Schnepf-Kołacz z Muzeum POLIN, która przygotowywała wystawę dotyczącą ludności cywilnej w czasie powstania. Chciała wynająć odbitki z Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, ale liczyła, że może znajdę coś jeszcze. Zdjęć ojca było pięć wielkich kartonów.
Maciej Grzywaczewski z negatywem znalezionym w archiwum fotograficznym ojca (Fot. Joel Blue Pellicano)
Faktycznie nigdy wcześniej nie widziałeś tych odbitek? Czy może wyparłeś to z pamięci?
M.G.: Raz do roku mama z ojcem robili wspólne imieniny i jednym ze stałych elementów był przegląd różnych filmów z zeszłego roku. Nie wszyscy byli tym zachwyceni, a trwało to godzinę (śmiech). Urządzenie do przewijania slajdów co chwilę się zacinało. Fotoamatorstwo ojciec miał we krwi i dobrze o tym wiedzieliśmy. Ale nie spodziewaliśmy się, co w tych zbiorach może być. A kiedy już wiedzieliśmy, że robił zdjęcia w getcie, po prostu nie wierzyłem, że ich negatywy jeszcze istniały. Jest bardzo dużo zdjęć dokumentujących powstanie w getcie, między innymi z Raportu Stroopa. Ale nie ma negatywów. To jest znalezisko takiej historycznej wagi, jakby trafić na oryginał Arystotelesa.
Jan Czarlewski: Ironiczne, że te zdjęcia, które miały być elementem raportu wewnętrznego nazistów, są powszechnie znane, stały się świadectwem zbrodni. A te, które faktycznie miały być świadectwem, zostały pogrzebane.
Odkryliście oryginalną taśmę filmową, a na niej 21 nieznanych dotąd zdjęć. Nie zmieniły naszej wiedzy o powstaniu w getcie, ale pozwoliły pokazać je z innej perspektywy.
M.G.: Dzięki negatywom możemy zobaczyć, w jakiej kolejności robione były zdjęcia. Analitycy, których Janek zatrudnił przy produkcji, na podstawie cieni określili dokładną godzinę wykonania. Z tego tworzy się spójna historia, mikropowieść bezpośredniego świadka. Na tym samym filmie są zdjęcia, gdzie tata z mamą spacerują w Parku Ujazdowskim. Młodzi, piękni, uśmiechnięci. Na koniec portrety: 23-letni chłopak, który zrobi rzecz wielką.
Leszek i Marysia, młodzi i uśmiechnięci w Parku Ujazdowskim (Fot. negatyw Leszka Grzywaczewskiego)
Jeden film, dwie różne Warszawy. Z jednej strony rejsy żaglówką po Wiśle, z drugiej Zagłada.
M.G.: Ojciec był strażakiem, więc miał wyjątkową przepustkę za mur. Doświadczał obu tych Warszaw. Nie znaczy to jednak, że miał pozwolenie na wykonywanie zdjęć. Już podczas powstania w getcie po kadrach widać, że są robione ukradkiem. Z daleka, z okien szpitala, z wysokości piersi. Po perforacji taśmy też widać jego strach. Jest w wielu miejscach porwana, jedno zdjęcie nachodzi na drugie, jakby taśmę przewijano zbyt szybko i nerwowo. W końcu dla tych kilku zdjęć ryzykował życiem.
Czy myślicie, że miał świadomość, jak ważna okaże się jego dokumentacja?
M.G.: Możemy tak podejrzewać. Włożył do aparatu nową kliszę. Po film nie szło się wtedy do kiosku, trzeba było go jakoś zdobyć na czarnym rynku. Przez pierwsze dni powstania w getcie na pewno nie miał ze sobą aparatu fotograficznego. Pracował wtedy przez 10 dni bez przerwy, spał w koszarach i wracał do getta. Musiał go wziąć później. Podejrzewam, że był to aparat mojego dziadka, Adama Paprockiego. „Korelka” (aparat Kochmann Korelle K z 1932 roku – przyp. aut.) robiąca półklatkowe zdjęcia, dzięki temu na taśmie mieściło się ich dwa razy więcej. W dzienniku mój tata nawet wspominał, że męczył się dwie godziny nawijając taśmę w ubikacji. W tym wszystkim widać konkretny zamiar. Jest jeszcze coś. Podczas lektury dziennika Janek zauważył, że ojciec się zmienił. Widać taką skokową dojrzałość po wydarzeniach z getta. Ewidentnie miała to na niego ogromny wpływ.
Jedno ze zdjęć z negatywu. Budynek płonący na ul. Nowolipie, na moment przed skokiem żydowskiej rodziny (Fot. Leszek Grzywaczewski)
Te 33 zdjęcia, to jedyne znane obrazy zrobione w getcie, w momencie powstania, nie wykonane przez Niemców. Zdjęcia, które wtedy Leszek Grzywaczewski zrobił częściowo pokrywały się z tymi z Raportu Stroopa, ale intencja osoby za aparatem całkowicie zmienia kontekst.
J.C.: Zdjęcia niemieckie miały wymiar propagandowy. Pokazywały strach ludności pokonanej. Zdjęcia ojca Maćka były pełne współczucia i bezsilności. Był strażakiem, ale miał zakaz pomagania ludziom uciekającym przed płomieniami. Jego zadaniem było pilnować, żeby ogień nie rozprzestrzeniał się na inne budynki.
M.G.: Jedna z tych odbitek, zdjęcie płonącej kamienicy, jest podpisana z tyłu: „nie mogliśmy im pomóc, choć technicznie było to możliwe”. To jest tak niesamowicie poruszające zdanie. Jedyna broń, jakiej mógł użyć, to był ten aparat. Na innym zdjęciu hitlerowcy stoją wokół ofiar, które wyskoczyły z płonącego budynku, przyglądają im się, toczą rozmowy. To jest totalna dehumanizacja. I ojciec z bezsilności tę dehumanizację uwiecznił. Na kolejnych klatkach negatywu fotografuje z okna szpitala św. Zofii Żydów odprowadzanych na śmierć, dokumentuje ich istnienie, żegna się.
J.C.: Najważniejsze pytanie, na które odpowiadamy w dokumencie brzmi: kim jest fotograf? Hitlerowcy to mordercy, ich zdjęcia są aktami barbarzyństwa. Zdjęcia Leszka Grzywaczewskiego, mimo że w kadrze uwiecznił najstraszniejsze zbrodnie, to akt człowieczeństwa. Właśnie przez to jaką był osobą. Wiemy przecież o nim, że był członkiem Strażackiego Ruchu Oporu „Skała”, która przed likwidacją getta starała się jakoś pomagać, przemycała za mur potrzebne towary. Wiemy też, że Leszek i jego rodzice ukrywali Żydów u siebie w mieszkaniu na Mokotowskiej 63.
Jedno ze zdjęć z negatywu. Pożegnanie Żydów maszerujących na Umschlagplatz (Fot. Leszek Grzywaczewski)
Rodzina Laksów przetrwała dzięki Grzywaczewskim. Klisza dzieli Warszawę na pół, w waszym dokumencie też zderzają się dwie perspektywy. Słuchamy dzienników ojca Maćka z jednej strony muru i listów z drugiej strony. Hilary Laks napisał je długo po wojnie do córki Romy, by uwiecznić swoje wspomnienia z getta. W pewnym momencie dochodzi do współczesnego spotkania. Roma mówi: Leszek uratował mi życie.
J.C.: Leszek nigdy nie wspomniał w dziennikach o tym, że ukrywa Żydów. Mówi o pani Janinie, pani Halinie. Że nie miały gdzie mieszkać, „zatrzymały się u nas”. Musieliśmy to rozszyfrować między wierszami.
M.G.: W pewnym momencie, pod koniec września 1942, ojciec pisze, że babcia wyrzuciła z mieszkania jakąś lokatorkę, a zaraz potem, że wprowadziła się pani Halina. Jakiś ruch był więc udokumentowany. I możemy przypuszczać, że choć działo się to z inicjatywy ojca, była w to zaangażowana cała rodzina. Bez zgody babci Zofii Grzywaczewskiej nic w domu nie mogło się wydarzyć. Ona tam rządziła twardą ręką. Malutka osoba o niezwykle silnym charakterze.
Byłem świadomy, że ojciec ukrywał rodziny żydowskie. W latach 70’ odwiedziła nas Halina Hirszbajn Landsberger ze swoim mężem. Przyjechali w sierpniu i bardzo prosiła babcię, żeby mimo pory roku zorganizować wigilię. Żeby powrócić do tego wspomnienia wigilii, którą przeżywali w mieszkaniu na Mokotowskiej. Mam więc takie przebłyski. Odłamek pocisku, który ranił ojca w powstaniu warszawskim. Trzymał go w słoiczku. Hełm strażacki. Ale ojciec nigdy nie mówił o tamtych czasach, dziennikach, czy zdjęciach.
Czy te odkrycia spowodowały, że zobaczyłeś ojca w nowym świetle?
M.G.: Samo przeczytanie dzienników nie zmieniło mojej pamięci o ojcu. Dobrze oddają jego charakter. To że był inteligentny, oczytany i był egotykiem. Wszystko w domu kręciło się wokół niego. Jednak zdjęcia, to co pisał Hilary w listach do Romy, to pokazało mi zupełnie innego człowieka. Niesamowicie odważnego, zdolnego do poświęceń.
W pewnym momencie filmu dosłownie mierzysz się z przeszłością. Idziesz do mieszkania na Mokotowskiej, żeby zrekonstruować wydarzenia z listów i dzienników.
M.G.: Janek „wykręcił mi rękę” i zmusił, żebym tam poszedł. To jest mieszkanie, do którego ja jeszcze jeździłem po wojnie, ale byłem tam pierwszy raz po ponad pół wieku. Wejście tam z całą wiedzą, którą mam w tej chwili, było dla mnie bardzo trudne. Patrzyłem na miejsce w przedsionku kuchni, gdzie kiedyś była maleńka antresola. Tam ukrywała się ośmioletnia Roma (córka Janiny i Hilarego Laksów – przyp. aut.). Nie mogła się nawet poruszyć, bo do mieszkania w pewnym momencie dosiedlono Niemców. Najmniejszy hałas mógł ją zdradzić. Z kolei podwórko jest kapsułą czasu. Nic się tam nie zmieniło. Kręciliśmy 1 sierpnia. Stałem tam, gdzie oni kiedyś stali, wiedziałem, że zaraz o 17:00 zawyją syreny. Mój ojciec wyruszy do powstania jako strażak, dziadek Stanisław wyruszy walczyć na Szucha. To był taki moment, kiedy widzisz niesamowitą wagę tego wszystkiego, co się stało. Miałem też świadomość, że obaj mogli zginąć w powstaniu. Nawet jak teraz o tym opowiadam, czuję emocje. A wtedy spadło to na mnie jak kamień. Poprosiłem Janka, żebyśmy przerwali zdjęcia.
J.C.: To, że wszyscy przeżyli wojnę, Leszek i jego rodzina, rodzina Maćka, Halina Hirszbajn Landsberger, Laksowie, to jest tak naprawdę cud. Tak samo, jak to, że przetrwały te negatywy.
Negatyw ze zbiorów fotograficznych Zbigniewa Leszeka Grzywaczewskiego zawierający 33 zdjęcia z getta (Fot. materiały prasowe HBO Max)
Spotkanie z Romą Laks po tych wszystkich latach też było bardzo trudną sceną.
J.C.: Jest już starszą osobą, powoli traci pamięć krótką. Cały czas pytała, kim jesteśmy, czy jesteśmy przyjaciółmi Leszka. Dopiero, kiedy podaliśmy jej album z jego zdjęciami powiedziała: „to pamiętam”.
Mówi też, że całe życie próbowała o tym zapomnieć. Na tym chyba polega tragedia roli świadka historycznego. Z jednej strony trzeba przekazać dalej to, co się widziało. Z drugiej trzeba żyć dalej, nie podsycać tego, co traumatyczne.
J.C.: Dlatego tak wielu po przekazaniu informacji, odcięło się od przeszłości. Leszek spisał wspomnienia, ukrył pod deską i do tego nie wracał. Zdjęcia też podał dalej, zanim schował negatywy na dnie pudła. Bardzo możliwe, że wysłał je rodzinie Laksów, kiedy przez rok przebywał w Anglii w 1960 roku. Pracował wówczas w Instytucie Morskim i nadzorował budowę doku. Do śmierci Hilarego, Laksowie nic z nimi nie zrobili. Ciekawe jest też to że pięć odbitek trafiło do Centralnej Żydowskiej Komisji Historycznej już w 1946 roku. Na odwrocie zdjęć widać adnotacje. Po charakterze pisma, wyglądałoby na to, że Hilary Laks je tam zaniósł, jeszcze przed wyjazdem do Sztokholmu, a następnie do Nowego Jorku. Dopiero Roma, po śmierci ojca, na początku lat 90’, przekazała odbitki do muzeum Holokaustu w Waszyngtonie. Wcześniej Laksowie widocznie obawiali się, że zaszkodzą Leszkowi Grzywaczewskiemu. Nagonka antysemicka z 1968 roku była dla Hilarego dowodem, że sytuacja polityczna w komunistycznej Polsce wciąż nie jest jasna.
Negatywy i zapiski są punktem wyjścia. Wasz dokument to w zasadzie śledztwo dziennikarskie. Korzystacie z pomocy archiwistów, historyków, specjalistów w różnych dziedzinach, by jak najdokładniej zrekonstruować wydarzenia.
J.C.: Chcieliśmy uniknąć tak zwanych „gadających głów”. Kładliśmy zdjęcie na stół i kręciliśmy żywe reakcje, spostrzeżenia. Bardzo pomógł nam profesor Jacek Leociak, założyciel Centrum Badań nad Zagładą Żydów przy Instytucie Filozofii i Socjologii PAN. Cała ekipa była emocjonalnie zaangażowana, to dawało nam siłę, żeby kopać wciąż dalej. Cegiełka po cegiełce, odkrywaliśmy coraz więcej. I każde takie odkrycie opowiadało nam coś więcej o Leszku, o Laksach i o Halinie – o ich przyjaźni.
Maciej Grzywaczewski i Jan Czarlewski (Fot. Joel Blue Pellicano)
W filmie obserwujemy następne pokolenie, dzieci, które odkrywają przeszłość swoich rodziców, a zarazem własną tożsamość. Czy po czasie dostrzegasz wpływ, nawet nieuświadomiony, jaki miały na ciebie działania ojca? Byłeś w końcu działaczem Solidarności.
M.G.: Na pewno mam po nim wrażliwość społeczną i historyczną. Ojciec pasjonował się historią. Zabierał mnie do Muzeum Wojska Polskiego. Stałym dźwiękiem, który pamiętam ze swojego domu były szumy zagłuszanego Radia Wolna Europa. Bez przerwy go słuchał. Nie akceptował systemu komunistycznego, choć już nie włączał się w walkę. Ja zacząłem być aktywny politycznie w liceum i nigdy nie usłyszałem z jego strony ani jednego słowa zniechęcenia. Wręcz czułem ciche poparcie. Kiedy Solidarność zaczęła działać i wybuchły protesty, przychodził pod stocznię zadowolony, że coś się działo. To zresztą on zrobił to kultowe zdjęcie chłopczyka z plakatu Solidarności. Jest na nim syn mojej siostry, Mikołaj. Swoją drogą, uwielbiał dziadka. Teraz jest profesorem socjologii, zajmuje się mniejszościami społecznymi.
J.C.: To zdjęcie małego Mikołaja jest o nadziei i wolności. Zdjęcia z getta opowiadają o beznadziei i pokazują bezsilność ofiar i świadka. Jednak w obu przypadkach ujawnia się człowieczeństwo Leszka.
To wstrząsające jakie rzeczy mogą kryć się na dnie szuflady. Ale też czuję, że nie przypadkiem te negatywy odnalazły się właśnie teraz, gdy jesteśmy świadkami kolejnego ludobójstwa w Palestynie. Historia chce nam coś powiedzieć.
J.C.: „To nie tylko Żydzi” – mówi Roma na koniec filmu. Każda sytuacja, w której odbiera się komuś człowieczeństwo, może doprowadzić do tak ekstremalnej sytuacji. W negatywach zawarta jest przestroga. Ale myślę, że głównym przesłaniem tych zdjęć jest: nie bądź obojętnym! Gdyby nie zdjęcia Leszka, część tej historii by nie istniała. Istniałyby tylko obrazy zrealizowane przez oprawców.
Cieszę się, że potrafimy sobie jeszcze przypomnieć, że zdjęcia mają znaczenie. W Internecie zalewa nas taka ilość obrazów przemocy, że przestajemy być wrażliwi na to, co widzimy.
J.C.: To jest właśnie wyzwanie dzisiejszych czasów. Żeby w tym totalnym przesycie obrazów, wciąż pozostać wrażliwym człowiekiem, potrafić rozróżnić to, co ważne, co powinno nas poruszyć, skłonić do działania. Historyczny negatyw odnaleziony we współczesności miał zbawienne działanie. Pozwolił nam odejść dwa metry, zastanowić się, skupić tylko na tym, co zostało na nim zapisane. Tego typu zdjęcia mają utrwalać naszą pamięć, żeby historia się nie powtarzała. Na razie nie odrobiliśmy naszej lekcji, ale być może dlatego, że nie patrzymy wystarczająco wnikliwie.
Maciej Grzywaczewski, działacz opozycji demokratycznej w latach 70 XX wieku, współzałożyciel Nurtu Niepodległościowego, Ruchu Obrony Praw Człowieka i Obywatela, Ruchu Młodej Polski. Współautor tablic z 21 postulatami strajkujących robotników w 1980 r. Producent programów telewizyjnych i filmów. W latach 1988 – 2004 dyrektor Agencji Filmowej Profilm, 2004 -2006 dyrektor TVP1, 2007 – 2016 wiceprezes zarządu medialnej spółki giełdowej – ATM Grupa SA. Fundator Fundacji im. Arama Rybickiego I Video Studio Gdańsk. W latach 2000 – 2022 w zarządzie Fundacji Centrum Solidarności.
Jan Czarlewski, reżyser i scenarzysta. Absolwent ECAL / University of Arts and Design Lausanne (Szwajcaria). Autor nagradzanych filmów krótkometrażowych („Jąkająca się miłość”, „Ambasador i ja”, „Operacja Komandosi”). W ostatnich latach zajmuje się filmem dokumentalnym. Autor pięciu odcinków serialu historycznego „Polskie sto lat” oraz reżyser filmów telewizyjnych „1982” i „Stan wojenny – nie byliśmy sami”. „33 zdjęcia z getta” jest jego debiutem pełnometrażowym.