Autopromocja
WOS - 6 - desktop
WOS - 6 - desktop
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. „Praca nad książką jest formą samopocieszenia”. Rozmowa z ilustratorką Joanną Concejo

„Praca nad książką jest formą samopocieszenia”. Rozmowa z ilustratorką Joanną Concejo

Joanna Concejo (Fot. Serena Pea)
Joanna Concejo (Fot. Serena Pea)
„Miałam prawie 36 lat, syna, córkę. I czułam się tak, jakbym zapomniała, czego chcę, co mi się podoba. Pomyślałam: »Dobra, koniec z tym, odtąd nie zabieram się za nic, co nie jest moje, czego nie umiem« – przyznaje Joanna Concejo, dziś znana na świecie ilustratorka, autorka niezwykłych książek graficznych.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Zofia Fabjanowska: Połączenie nam się nie zerwie?

Joanna Concejo: Nie powinno.

W jednym z wywiadów z tobą przeczytałam, że w miejscu, w którym mieszkasz, masz słaby zasięg internetowy i telefoniczny…

Przeprowadziłam się i wreszcie mogłam założyć światłowód. Tylko z telefonem dalej jest słabo. Czasami to akurat fajna okoliczność, a czasami niezbyt – trzeba latać po terenie i szukać miejsca, z którego można spokojnie z kimś porozmawiać.

Ale to nadal francuska wieś?

Tak, nadal. To znaczy na własny użytek tak to sobie nazywam, lubię mówić i myśleć, że mieszkam na wiosce, choć tak naprawdę to jest małe miasteczko. Mieszkam na samym jego końcu, widzę przed domem pola. Bardzo tu spokojnie.

W dalszym ciągu pracujesz wyłącznie na papierze z odzysku? Na kartkach ze starych zeszytów, dokumentów…

Tak, jeżeli tylko mogę, to tak. W przypadku „Jesteś” [książka, którą niedawno wydano we Francji, a teraz ukazuje się w Polsce] to był akurat papier, którego miałam bardzo dużo i mimo że ma jakieś niedoskonałości, jest biały i dosyć jednolity.

Dlaczego korzystasz z takiego papieru? Chodzi o aspekt ekologiczny? O strategię artystyczną? A może to w jakimś sensie powrót do korzeni – czytałam, że twoje młodzieńcze prace powstawały na używanym papierze, które przynosił z pracy twój ojciec.

Na pewno w jakimś stopniu wpłynęły na mnie czasy liceum plastycznego i studiów – ale przede wszystkim liceum – kiedy to ciężko było znaleźć dostateczną ilość papieru rysunkowego, nawet kiepskiej jakości. Ponieważ mój tata pracował w urzędzie gminy, przynosił do domu różne niepotrzebne materiały, z których od biedy można było korzystać. Najczęściej były to plakaty: ogłoszenia o meczach między jedną wiejską drużyną a drugą. Rysowałam na odwrocie, mimo że druk przebijał na drugą stronę. Nie widziałam w tym nic atrakcyjnego, w liceum wszyscy byliśmy w podobnej sytuacji. Czy raczej wszystkie, bo to była żeńska klasa. Nawet się tymi plakatami trochę dzieliłam, żeby inne dziewczyny miały na czym rysować.

Aż przyszedł czas, kiedy już miałam dostęp do każdej ilości materiałów i wreszcie rysowałam na białym czyściutkim papierze bez skaz. To był czas – jakieś 10 lat z mojego życia – kiedy próbowałam zahaczyć się tutaj we Francji w jakimś wydawnictwie, czasopiśmie, nawiązać współpracę. Nie miałam jeszcze wtedy żadnego pomysłu na własną książkę, chciałam, żeby dali mi coś do roboty, żebym mogła pracować w zawodzie. Docierało już do mnie, że artystką, która tworzy wielkie instalacje, raczej nie zostanę, uznałam więc, że ilustracja, opowiadanie obrazem jest czymś, co mi się podoba, czym chciałabym się zająć. Dzwoniłam, umawiałam się, chodziłam na spotkania, a w czasie tych spotkań słuchałam najróżniejszych rad. Słuchałam, próbowałam je uskuteczniać, podpatrywałam techniki w już wydanych książkach, ale to w moim przypadku nie działało. Właściwie nic, co robiłam w tamtym okresie, poza jedną książką, którą ktoś czasami mi wypomni, nie ujrzało światła dziennego. Moment, kiedy stwierdziłam: „stop, koniec z tym, starczy, od teraz będę rysować, jak chcę i na czym chcę, nieważne, czy się to komuś spodoba”, okazał się decydujący. Wtedy właśnie sięgnęłam do resztek papierów, które miałam w domu, także do zapasów ze studiów czy starych zeszytów ze szkoły, w których zostało jeszcze parę niezapisanych kartek. Tak to się zaczęło. Potem szukałam na garażówkach, pchlich targach. Czasami szukam na śmietniku… No dobrze, nawet często na śmietniku [śmiech].

Już sama myśl, że miałabym rysować na czymś nowym, prosto ze sklepu byłaby dla mnie dziwna. Dzisiaj jest dla mnie ewidentne, że jeśli wybieram papier do pracy, to musi być z odzysku, mieć na sobie ślad czasu czy użycia. Sporo ludzi z mojego otoczenia o tym wie, dlatego często dostaję papiery w prezencie. Zebrało się tego tyle, że mam na czym pracować do końca życia.

Czytaj także: „Pan Wyrazisty” – książka Olgi Tokarczuk i Joanny Concejo mierzy się z kulturą selfie

Jak brzmiały uwagi i rady, które próbowałaś wdrażać?

„Postaci u pani są troszkę za smutne”. „Ołówek? Dzieci tego nie lubią. Czy mogłaby pani spróbować więcej koloru?” „A nie mogłoby to być bardziej wesołe, atrakcyjne, żeby od razu chciało się wziąć do ręki” [śmiech]. Naprawdę robiłam co w mojej mocy. Aż doszłam do maksimum swoich możliwości.

Jak myślisz, skąd się wzięło to twoje „koniec z tym”?

Miałam 35, prawie 36 lat, syna, córkę. I czułam się tak, jakbym zapomniała, czego chcę, co mi się podoba. Czułam się źle z tym, że to tak długo trwa, że jakkolwiek bym się postarała, i tak nic z tego nie wychodzi. Z drugiej strony myślę, że bardzo dobrze, że nie wyszło. Bo przecież, matko jedyna, jak teraz musiałabym cierpieć, robiąc to, czego nie lubię!

„Dobra, koniec z tym” oznaczało mniej więcej tyle, że odtąd nie zabieram się już za nic, co nie jest moje, czego nie umiem. Odpuściłam sobie. W tamtym czasie dużo moich rysunków powstawało jakby mimochodem. Dzień się kończył, było po kolacji, na stole posprzątane, więc sobie siadałam, zerkałam jednym okiem, co leci w telewizji, i trochę rysowałam. Wymyśliłam kilka tekścików o ludkach, co pomagają człowiekowi. No wiesz, wyleje ci się kawa, wyjdziesz na chwilę, wrócisz, a tu wszystko posprzątane. Albo masz urwany guzik, budzisz się, a one go w nocy ciach, ciach, przyszyły. Zrobiłam do tego rysunki ołówkiem w zeszycie w linie. Pierwszy taki mój cykl bez poczucia, że coś muszę, powinnam. Gdzieś go jeszcze mam.

Czy ty w ogóle tworzysz ilustracje? Mam co do tego pewne wątpliwości…

Zanim odpowiem, ciekawa jestem, jak ty to czujesz?

W definicji, jaką znalazłam, pojawia się sformułowanie, że ilustracja ma za zadanie tekst „uzupełniać, objaśniać albo go zdobić”. Jakby pełniła funkcję służebną wobec tekstu. Nie wydaje mi się, żeby to był twój przypadek.

Zgadzam się, że ilustracja ma uzupełniać tekst. Ale to, co mnie w niej najbardziej interesuje, to sytuacja, kiedy ta zasada działa w obie strony – kiedy również tekst jest uzupełnieniem ilustracji. Uważam, że nie ma sensu powtarzać tego samego, co można przeczytać. Przecież każdy z nas ma wyobraźnię, każdy, czytając, widzi jakieś obrazy. Nie musimy się wysilać, one po prostu pojawiają się w głowie. I skoro jest napisane, że Czerwony Kapturek wszedł w ciemny las, nie widzę powodu, dla którego miałabym narysować Czerwonego Kapturka wchodzącego w ciemny las. To tak, jakbym traktowała czytelników niepoważnie. Przy okazji odbierając tekstowi moc. A przynajmniej ja tak to widzę.

I nie chodzi mi o to, żeby obraz i tekst szły osobno, daleko od siebie. Raczej o taki rodzaj podejścia, jakbyśmy szli z kimś na spacer. Niekoniecznie musimy się kurczowo trzymać za ręce, żeby iść w tym samym kierunku. Jesteśmy razem, nie tracimy siebie z oczu, ale każde z nas może mieć własne wrażenia ze spaceru.

Twoja twórczość w ogóle kojarzy mi się z czymś tak kojącym jak spacer. Sporo tu melancholii, ale właśnie kojącej, przynoszącej wytchnienie. Kiedy rysujesz, tobie też udziela się ta melancholia?

Już sama czynność – praca nad książką i pojedynczymi ilustracjami – jest… Nie umiem znaleźć odpowiedniego słowa… Formą samopocieszenia? Myślę o takiej potrzebie z dzieciństwa, że mogę pójść na kolanka do babci i ona mnie pogłaszcze. Babci już nie ma, więc sama sobie funduję takie ukojenie.

Czy to przypadkiem nie twoja babcia miała wpływ na to, co i jak rysujesz?

Miałam ciocię, która rysowała, głównie były to kwiatowe wzory na hafty. Bazowała na kaszubskich motywach, przerabiała je po swojemu. To mnie fascynowało, więc jako dziecko ją kopiowałam, przekalkowywałam jej kwiaty. Natomiast babcia Ludwika nie rysowała, za to robiła bardzo wiele rzeczy artystycznych. Umiała nie tylko haftować, ale i szyć, robić na drutach, na szydełku. Nauczyła mnie tego. W ogóle nieważne, o co chodziło, koniecznie chciałam robić wszystko, co robiła babcia. Pamiętam fantastyczne siedzenie z jej koleżankami, które przychodziły na darcie pierza [śmiech]. Jak babcia sięgała po druty, też natychmiast musiałam spróbować. Jak wyszywała, to i ja chciałam wyszywać. Miała na to czas przede wszystkim w takim okresie jak teraz, jesienno-zimowym, kiedy było mniej pracy na polu, w ogrodzie, przy zwierzętach. Oboje moi dziadkowie byli rolnikami, naprawdę ciężko pracowali, a w zimie mieli względny spokój. Wieczory robiły się długie, akurat żeby posiedzieć i coś wydziergać. Do tej pory, kiedy dni się skracają, zanim jeszcze zacznie się zima, nachodzi mnie chęć, żeby zrobić na drutach czapkę albo skarpety.

No i był modlitewnik babci. Z czarno-białymi rycinami, z ozdobną obwódką na niektórych stronach. Oprócz dwóch należących do mnie książeczek o Gąsce Balbince była to jedyna książka, jaką mogłam wtedy przeglądać. Modlitewnik leżał zwykle na wierzchu, w moim zasięgu, bo babcia była mocno praktykująca.

Inne książki stały wysoko na półce, czyli tam, gdzie, jak często słyszałam od dorosłych: „Nie ma nic dla ciebie”. Przeglądałam więc go bez końca – takie totalne źródło fascynacji, chociaż żadnej z rycin nigdy nie przerysowałam. Przeglądanie było wyłącznie kontemplacyjnym zajęciem.

Babcia Ludwika była w twoim życiu ważną postacią?

Bardzo. Kojarzy mi się z poczuciem bezpieczeństwa, ciepłem. U dziadków wychowywałam się prawie do szóstego roku życia, potem, kiedy mieszkałam już z rodzicami, to się zmieniło, ale przez tych kilka pierwszych lat życia nie miałam dostępu do kultury. To znaczy miałam dostęp do folkloru: opowiadanego, śpiewanego, obrzędowego, do rękodzielnictwa. Ale na tym koniec. Szybko odkryłam, że w gazetach dziadka nie ma dla mnie nic fajnego.

Czarno-biały telewizor dziadek też pozwalał włączać tylko na dziennik. Poza tym miałam te dwie książeczki z przygodami Gąski Balbinki, no i wspomniany modlitewnik. Do biblioteki nie mogłam iść, bo byłam za mała. Więc najwspanialsze, najbardziej fantastyczne obrazy, które widziałam, to była otaczająca natura. Oglądałam ją sobie uważnie: cztery pory roku. Rośnięcie warzyw, kwiatów, zwierzęta. Teraz myślę, że jeżeli chodzi o dziadka, on też miał swój wkład. Był małomówny, właściwie zawsze milczał. I jeśli miał mnie czegoś nauczyć, po prostu mi to pokazywał, bez słowa. Jak się miałam nauczyć wbijać gwóźdź, najpierw sam go wbijał, po czym zostawiał mnie z młotkiem i gwoździami i szedł do swoich spraw. Próbowałam sama, dopóki mi nie wyszło. Albo kiedy orał z koniem, a ja chodziłam za nim i obserwowałam, jak to się robi. Myślę, że otaczająca natura i może też to milczenie i obserwacja się we mnie wgryzły. Może dlatego, mimo że popełniłam kilka tekstów w książkach, słowo w dalszym ciągu nie jest czymś, w czym mogłabym czuć się zupełnie swobodnie. Dla mnie to obraz jest łatwy, jasny, intuicyjny. W dodatku jeśli czegoś nie widzę, to nie umiem tego narysować. Wystarczy, że spojrzę i zostaje mi w głowie, ale najpierw muszę coś zobaczyć. Czasami się zastanawiam, czy w ogóle mam wyobraźnię [śmiech]. Tak więc zawdzięczam babci i dziadkowi wiele w sensie praktycznym – rękodzielniczym, rzemieślniczym. Bo ja mam właśnie takie podejście do swojej pracy: rzemieślnicze.

Ciekawe, że dokładnie wtedy, kiedy odpuściłam sobie poszukiwanie czegoś bardzo oryginalnego, kiedy powiedziałam to swoje „koniec z tym” i uznałam, że będę rysować zwyczajnie, normalnie, czyli najlepiej, jak potrafię i jak się nauczyłam, to nagle okazało się, że to jednak jest oryginalne. Dlatego jeśli tylko padają pytania: „Ojej, jak to zrobiłaś, że znalazłaś swój styl?”, zwykle odpowiadam: „Po prostu przestałam szukać”.

Dziadkowie zdążyli zobaczyć twoje pierwsze książki?

Nie, nie zdążyli, zmarli dużo wcześniej. Babcia kilka lat po tym, jak skończyłam studia. Zresztą dziadek też. Odeszli prawie jednocześnie, dzień po dniu.

Umiesz sobie wyobrazić, co by powiedzieli, widząc w twoich pracach tę ciszę, spokój, wszechobecną przyrodę?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Dziadek to nie wiem, jeśli już się odzywał, to w sumie zawsze na coś narzekał [śmiech]. A babcia? Może by się wzruszyła? Na pewno by mnie wsparła.

Pamiętam, jak robiłam dyplom na akademii. Bardzo mi wtedy pomogła finansowo, żeby wszystko wyszło najlepiej i jak najsprawniej. Spytała mnie, co właściwie robię, próbowałam tłumaczyć. Odpowiedziała: „Nic z tego nie rozumiem, ale wszystko jedno, to nieważne. Skoro mówisz, że tak ma być, to właśnie tak ma być”.

Czy na spotkaniach autorskich czytelnicy mówią ci, jak książki, które tworzysz albo współtworzysz – choćby z Olgą Tokarczuk – na nich działają? Jakie uczucia w nich wywołują?

To nie są szczególnie precyzyjne opisy emocji. Czasami słyszę bardzo miłe: „Kocham pani pracę”. I oczywiście się z tego cieszę. Natomiast zdarzyło mi się kilka razy nawet nie słyszeć, tylko po prostu widzieć reakcje ludzi.

Opowiesz o tym?

Mówię o dość specyficznej, nieco innej od tego, czym się zwykle zajmuję, książce, czyli o „Dymie” [o Holokauście, narratorem jest tu dziecko, a tekst napisał Antón Fortes – przyp. red.]. Widziałam, jak podczas targów książki ludzie, zwykle raczej w radosnym nastroju, zaaferowani tym, co wcześniej zobaczyli, przystawali przy naszym stoisku i otwierali „Dym”. Zaczynali oglądać strona po stronie, aż w pewnym momencie dochodziło do nich, o czym to jest. I nagle pojawiały się łzy.

Co w takich przypadkach robiłaś? Co zrobić, jeśli się widzi, że ktoś przed tobą płacze?

Czasami po prostu trzeba wstać i objąć człowieka. No bo, kurczę, wiem, co się z nim dzieje. I dlaczego tak się dzieje. W takich sytuacjach jestem o tyle w dziwnym położeniu, że przecież nie mogę nikogo ostrzec, powiedzieć: „Uwaga, uwaga, za chwilę nastąpi katastrofa!”. I też nie chcę tego robić – pozbawiać kogoś tego rodzaju doświadczenia, które być może jest dla niego ważne.

Zadam pytanie, które słyszysz chyba dosyć często. Czy twoje książki są bardziej dla dorosłych, czy są bardziej dla dzieci?

Zdarza się, że wydawcy mówią, że chcieliby, żeby książka była dla dzieci. Albo tylko dla dorosłych. Ale ja właściwie nie wiem, co to miałoby znaczyć. Bo jeśli czytelnikami tej książki mają być dorośli, to czy zrobię ją inaczej? Nie wiem, od razu wracają do mnie doświadczenia z dzieciństwa. Nie znosiłam tego, że jakieś książki mają być niby nie dla mnie. Dlaczego? Ja chcę tylko zobaczyć, co jest w środku. Dosyć wcześnie miałam odruch, żeby się przeciwko temu buntować.

Nadal mam mieszane uczucia, jeżeli chodzi o wszystkie te burzliwe dyskusje, co dzieci powinny czytać. I oczywiście są to dyskusje bez udziału dzieci. Rozumiem, że istnieją jakieś absolutnie nieodpowiednie dla młodszych wątki i tematy, nie mówię tu o nich. Ale mam wrażenie, że jesteśmy jednak zbyt ostrożni, za bardzo przewrażliwieni. Chcielibyśmy, żeby w książkach było zawsze miło i przyjemnie, podczas gdy w życiu dziecka jest naprawdę wiele sytuacji niemiłych i nieprzyjemnych. Mnóstwo takich, kiedy w ogóle nikt nie pyta dziecka o zdanie. Ludzie się rozstają, przeprowadzają, kłócą, stosują przemoc. Trwa wojna w Ukrainie. Nie da się ocenzurować tego, co dzieje się na ulicach, w domu. Nie rozumiem, jaki jest sens w ukrywaniu, że smutek istnieje, a ludzie umierają. Najważniejsze przecież, żeby dorosły przy dziecku był, żeby z nim na trudniejsze tematy rozmawiał.

Dzieci widzą i czują najróżniejsze rzeczy. Tylu spraw w ich życiu nie mamy pod kontrolą. Ale akurat w przypadku literatury chcemy mieć pod kontrolą wszystko. Mądruję się, ale naprawdę uważam, że jesteśmy wyjątkowo pod tym względem zakłamani.

W Polsce właśnie ukazała się „Jesteś”. To przepięknie wydana książka z ilustracjami na cieniutkich kalkach. Dzięki temu kolejne rysunki nakładają się na siebie, tworząc nowe opowieści. Wystarczy przewrócić parę kartek, a porzucone buciki i ubranko znajdą właścicielkę. A jedna samotna dziewczynka chwyci za rękę drugą. Są tu także trzy portrety kobiet, w tym twój autoportret. Z jaką intencją rysowałaś siebie do tej książki?

Może najpierw powiem, że pomysł na użycie półprzezroczystej kalki wyszedł od autorki tekstów Laëtitii Bourget. Przystałam na to z wielką chęcią, nie zdając sobie wtedy jeszcze sprawy, jakie to będzie trudne od strony technicznej. Niełatwo było stworzyć sekwencję rysunków, bardzo precyzyjnie się nawzajem uzupełniających. Chociaż mimo całego trudu było też w tym dużo zabawy.

Na portrety, które można zobaczyć na samym końcu książki, zdecydowałam się, bo potrzebowałam konkretu. Nie chciałam zostawić tematu tylko w sferze ogólności, teorii. Skoro mówimy o międzypokoleniowym kobiecym przekazie, pomyślałam, że powinny się tam pojawić twarze autentycznych osób. To są kolejno portrety mojej córki Marysi, mój i babci Ludwiki. To jest o nas, to jest nasz międzypokoleniowy przekaz. Do swojego autoportretu podeszłam raczej technicznie, choć odezwała się we mnie kokieteria – rysowałam ze zdjęcia, nie z lusterka, jestem na tym zdjęciu młodsza [śmiech]. Inaczej było z rysowaniem babci. Nie miałam żadnego jej zdjęcia, które byłoby takie, jak chcę ją widzieć i pamiętać. Żeby to była naprawdę ona. Skomponowałam ją z kilku fotografii. Uśmiechniętą, ale tylko troszeczkę. To było mocne doświadczenie.

(Ilustracja: Joanna Concejo) (Ilustracja: Joanna Concejo)

Mieszkasz we Francji od 30 lat…

Gdyby to porządnie zliczyć, wyszłoby 27. Wyjechałam w czasie studiów, ale po drodze wróciłam jeszcze do Polski, żeby je skończyć.

Jesteś ilustratorką francuską? Polską? Gdzieś bardziej przynależysz? Gdzieś bardziej jesteś u siebie?

Myślę, że nie do końca umiem, ale też nie potrzebuję sobie tego werbalizować. Każdy człowiek, który został „przesadzony w inną doniczkę”, pewnie wie, o co mi chodzi. Tożsamość czy przynależność są dla mnie czymś bardzo konkretnym. Czymś, co bez trudu potrafię przywołać. Problem pojawia się, kiedy ktoś chce, żebym to coś nazwała. To raczej wewnętrzny obraz, który po prostu we mnie jest. I czasem ten obraz zgadza się z tym, co widać za oknem, a czasem nie.

Joanna Concejo uczyła się w liceum plastycznym w Koszalinie, studiowała na Wydziale Grafiki w Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu. Od 1998 roku mieszka we Francji. Książki, które tworzy i współtworzy, wydawane są we Francji, Włoszech, Hiszpanii, Szwajcarii. W Polsce ukazały się między innymi: „Zgubiona dusza”, „Pan Wyrazisty” czy „Dym”. Najnowsza „Jesteś” niedawno miała polską premierę.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE