1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Przywilej, którego się nie dostrzega, prowadzi do arogancji – ostrzega psycholożka Marta Niedźwiecka

Przywilej, którego się nie dostrzega, prowadzi do arogancji – ostrzega psycholożka Marta Niedźwiecka

Ilustracja Magdalena Pankiewicz
Ilustracja Magdalena Pankiewicz
Marta Niedźwiecka: „O ile polecałabym swobodne używanie przywileju do autorefleksji, o tyle doradzałabym dużą ostrożność w chłostaniu nim innych ludzi”

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Joanna Olekszyk: Ten wątek wraca w wielu naszych rozmowach. Mam na myśli wątek przywilejów i wynikającej z tego niesprawiedliwości społecznej. Temat ostatnio bardzo gorący, aż nie wiem, od czego zacząć…

Marta Niedźwiecka: Ja bym zaczęła od tego, że dopatrywanie się przywilejów u różnych grup społecznych było bardzo ważnym elementem ruchów świadomościowych rozpoczętych w latach 60., które miały emancypować mniejszości etniczne, religijne, płciowe czy tożsamościowe. Potrzebowaliśmy spojrzeć na historię podboju Indii czy Indonezji nie ze strony białego zdobywcy, ale nieuprzywilejowanego rdzennego mieszkańca. Dzięki zmianie perspektywy zobaczyliśmy, że uprzywilejowanie było pierwotnie udziałem białych, bogatych mężczyzn. Odkrycie tej nowej kategorii opisu uwidoczniło i wytłumaczyło bardzo wiele krzywd i nierówności społecznych. Dzięki takiemu myśleniu mogliśmy dostrzec na przykład dyskryminację czy marginalizowanie matek w przestrzeni miejskiej. Osoby albo instytucje zajmujące się projektowaniem miast rzadko myślały kategoriami kobiety poruszającej się z wózkiem, z małym dzieckiem czy z dziećmi.

To tylko jeden z przykładów, ale dobrze pokazuje, że kategoria przywileju, wprowadzona do krytyki kultury, pozwoliła nam zmienić zastany, jednoznaczny porządek i zobaczyć świat z bardzo wielu punktów widzenia, co nas ogromnie wzbogaciło. Tyle tylko, że teraz stała się narzędziem do chłostania przeciwników. Zamiast uwalniania mamy dyscyplinowanie, zamiast świadomości – pręgierz czy kajdany, zamiast poszerzania horyzontów – zamykanie się w swoich bańkach na zasadzie „Skoro wiem, kto ma przywilej, to go zdissuję, upokorzę”.

Zamiast skupić się na nieświadomości własnego przywileju, tropimy przewiny innych i odbieramy im prawo do zabierania głosu.

Oczywiście to nie znaczy, że każdy głos krytyczny, zawierający w sobie słowo „przywilej”, jest przesadą, ale chcę zwrócić uwagę, jak to się wypaczyło.

Może dlatego, że o wiele łatwiej zobaczyć czyjś przywilej niż uznać, że sami też na jakimś polu mamy niezasłużoną przewagę. Słyszałam o pewnym badaniu przeprowadzonym w Stanach, które wykazało, że posiadacze luksusowych samochodów uważają, że nie obowiązują ich niektóre zasady ruchu drogowego, na przykład konieczność zatrzymania się przed przejściem dla pieszych. Niedawno Billie Eilish, która sama przekazała ponad 11 milionów dolarów na zwalczanie nierówności żywieniowych i klimatycznych, zaapelowała do innych miliarderów, by też oddali trochę kasy. Czytamy o tym i myślimy: ma dziewczyna rację, niech oddają. Trudniej uznać, że nam w postkomunistycznej Polsce też całkiem dobrze się powodzi.

No właśnie, dobrze by było, żeby świadomość przywileju szła w parze ze zrozumieniem, że nie oznacza to automatycznie obsadzenia nas na pozycji dominacji, ale jedynie stwierdzenie, iż gdzieś mamy lepiej niż inni. I teraz powiem coś, co wiele czytelniczek i czytelników może zaskoczyć – samo posiadanie polskiego paszportu jest przywilejem. Tegoroczny ranking światowych paszportów uplasował nas na siódmym miejscu na świecie, rok temu byliśmy na czwartym. Po drugie, jako jego posiadacze za granicą nie jesteśmy przeszukiwani jako potencjalni terroryści. No a po trzecie, nie wiem, czy wiesz, ale według Międzynarodowego Funduszu Walutowego w drugim kwartale 2025 roku Polska zajęła czwarte miejsce (razem z Litwą) wśród krajów europejskich pod względem tempa wzrostu PKB, i prawdopodobnie je utrzyma. Nie jesteśmy biednym, zapyziałym i niewiele znaczącym krajem w Europie Wschodniej, tylko bardzo rozwiniętym gospodarczo, zasobnym i atrakcyjnym, nie tylko turystycznie, miejscem na świecie, z zupełnie inną pozycją, niż nam się wydaje. Zobaczmy się w tym nowym świetle, świetle wygód, dóbr i możliwości niedostępnych wielu innym krajom…

Jaką wygodę czy dobro byś wymieniła na pierwszym miejscu?

Na przykład darmową opiekę zdrowotną. Uwielbiamy narzekać na polski NFZ, rozumiem, że jest to instytucja daleka od ideału, ale ten, kto spędził urlop w Portugalii albo we Włoszech i uległ tam niefortunnemu wypadkowi, zapewne zgodzi się ze mną, że nawet w obszarze tak rozwiniętej zachodniej Europy są przykłady świadczeń zdrowotnych, które znajdują się na daleko niższym poziomie niż nasza państwowa służba zdrowia. Albo weźmy Stany Zjednoczone, gdzie odbywa się teraz dramatyczna rewolucja związana z opieką zdrowotną, w wyniku której miliony ludzi zostaną pozbawione jakichkolwiek świadczeń w tym zakresie, bo nie będzie ich stać na opłacanie składek.

Na kolejnych miejscach byłyby darmowa edukacja, praworządność, wolne i demokratyczne wybory, sieć dróg… Oczywiście w Polsce nadal są obszary wykluczenia komunikacyjnego czy informacyjnego, nie chcę powiedzieć, że mieszkamy w raju, ale zinternalizowanie kategorii przywileju pozwoliłoby zobaczyć nam, gdzie jesteśmy pomiędzy innymi i że pod pewnymi względami możemy mieć od nich lepiej. Tylko że jak już sobie z tego zdamy sprawę, to w naturalny sposób powinny pójść za tym kolejne refleksje. Być może narzekanie, utyskiwanie, pozycja ofiary, czyli nasze cnoty narodowe, stracą trochę na wyrazie?

Być może mamy tyle, że moglibyśmy się z innymi podzielić? To właśnie wybrzmiewa w słowach Billie Eilish. W samej refleksji nad przywilejem jest bowiem zawarte pytanie: czy w związku z tym nie mam aby jakichś zobowiązań wobec świata? W końcu nie jest mi tak tragicznie źle. Niechęć do przeżywania w pełni tej refleksji wynika moim zdaniem z obawy, że ktoś nam coś odbierze.

Obawy zasadnej zwłaszcza wtedy, kiedy uważamy, że sami sobie na ten przywilej zapracowaliśmy.

Przywołam tu fantastyczną scenę z serialu „The Crown”, związaną z postacią Margaret Thatcher, graną przez Gillian Anderson. Thatcher na posiedzeniu rządu, otoczona ministrami, lordami i innymi oficjelami, wygłasza tyradę, w której zarzuca im, że mają poczucie winy wobec klasy robotniczej. „Zdaliście sobie sprawę, jak wielki przywilej dostaliście przy urodzeniu, dlatego chcecie budować państwo socjalne – dowodzi – podczas gdy ja i inni, którzy swoją pozycję osiągnęliśmy nie urodzeniem, ale ciężką pracą, nienawidzimy tych nierobów i wyzyskiwaczy, którzy chcą żyć za nasze pieniądze, bo nie mamy żadnych wyrzutów sumienia z powodu miejsca, w którym się teraz znajdujemy”.

Ta scena jest świetna właśnie dlatego, że pokazuje przywilej z dwóch stron. Thatcher nie zdaje sobie sprawy, że odkąd jest w rządzie, nie jest już klasą robotniczą, tylko establishmentem. Chce myśleć kategorią, która jest też bardzo popularna w Stanach, a mianowicie self-made mana, czyli człowieka, który wyłącznie własną pracą, determinacją i talentem doszedł do sukcesu. Udając, że rozgrywa kategorię przywileju z dołu, tak naprawdę patrzy na nią z góry – z pozycji władzy i bogactwa. Po to, by wykazać, że są tacy, którym się nie należy, którym ona nie chce współczuć.

Takie podejście tylko wzmacnia nierówności społeczne. Co złego w postawie „Nie miałem dużo, ale się dorobiłem, więc teraz się tym dzielę”?

W humanistycznym aspekcie relacji społecznych ci, którzy własną pracą doszli do czegoś, czują się współodpowiedzialni za świat, który tworzą. W Polsce zauważenie nierówności społecznych jest o tyle trudne, że dawną klasowość, dominującą przed drugą wojną światową, zniósł komunizm. Trochę pozornie, ale jednak. Wprowadził rodzaj odgórnej równości społecznej, na przykład w kwestii edukacji, która stała się powszechna. W związku z tym mamy już wdrukowaną reakcję: „Przywileje?! Jakie przywileje?”. Jest wiele subtelności wpisanych w naszą historię, o których nie lubimy słyszeć. Na przykład nie mamy przeszłości kolonialnej w znaczeniu kolonii zamorskich, ale przecież kolonizowaliśmy naszych wschodnich sąsiadów. I niektóre te kolonizacje, na przykład na terenach Ukrainy, były prowadzone brutalnie. Nas też kolonizowano, ale jedna kolonizacja nie znosi drugiej. W Polsce oficjalnie nie było niewolnictwa, ale współcześnie wiele publikacji, także tych naukowych, zrównuje los chłopa pańszczyźnianego z czarnoskórym pracownikiem plantacji bawełny z delty Missisipi.

Jest takie świetne ćwiczenie mentalne, które pomaga zmienić perspektywę pod tytułem „Niczego w życiu nie dostałam za darmo, wszystko musiałam sobie wywalczyć”. Wyobraźmy sobie, że stajemy na jednej linii z innymi uczestnikami tego ćwiczenia, po czym krok do przodu robią wszyscy, którzy urodzili się w pełnej rodzinie. Potem ci, którzy urodzili się bez niepełnosprawności fizycznej czy psychicznej…

A potem ci, którzy urodzili się jako biali, w kraju, w którym jest darmowy dostęp do służby zdrowia i edukacji. Jeszcze później ci, którzy wychowywali się w rodzinie niedotkniętej taką patologią jak alkoholizm, narkomania czy przemoc. Ci, którzy nie doświadczyli dyskryminacji związanej z wyznaniem, kolorem skóry, orientacją seksualną. Ci, którzy urodzili się chłopcami…

I teraz spójrzmy, gdzie stoimy my, a gdzie stoją inni.

Kiedyś dużo do myślenia dało mi zobaczenie mapy ukazującej miejsca na Ziemi, które są uprzywilejowane już z tego powodu, że angielski jest tam językiem dominującym. Czyli jeśli się tam urodziłeś, masz przewagę w postaci znajomości języka globalnej komunikacji.

Ja po przeprowadzce do Warszawy na studia odkryłam, jaką przewagę pod względem kapitału kulturowego mieli studenci, którzy urodzili się i wychowali w stolicy.

Nie mówiąc już o samej znajomości miasta i łatwości poruszania się po nim. To było coś, czego musiałaś uczyć się od zera. Tak jak są zmuszone dziś robić miliony emigrantów.

Ostatnio do debaty publicznej wrócił slogan o biedzie jako stanie umysłu. Slogan ten, odczytywany z miejsca przywileju, może prowadzić do takich wniosków, jak ten, że ludzie biedni sami są winni sytuacji, w której się znajdują. „Niech się wezmą do roboty!”. Podobnie mówi się o ofiarach przemocy domowej: „Dlaczego od niego nie odejdzie? Widocznie jej dobrze”.

Przytoczone przez ciebie komentarze są skrajnie wyższościowe. Zasadzają się przede wszystkim na przywileju, ale też na braku fundamentalnego współodczuwania i upojeniu się swoją pozycją. Powiedzenie: „Skoro tkwi w przemocowym związku, to widać jest jej dobrze, bo inaczej by odeszła” świadczy o fundamentalnym niezrozumieniu tego, jak działa przemoc. Z kolei slogan, o którym mówisz, zakłada, że jest jakaś umysłowa magia, którą możemy wykonać, żeby nie być biednymi. To prawda, że bieda jest nieprawdopodobnie naznaczająca, i to na wielu poziomach.

Czytałam niedawno badanie o tym, jak wychowanie w rodzinie z dużymi niedostatkami zmienia pracę mózgu i rozwój psychospołeczny dzieci. Nie chodzi tylko o to, że one czegoś nie mają, ale że uczą się funkcjonowania w deficycie, co później jest bardzo trudne do zmienienia na poziomie reakcji neurologicznych, wynikających choćby ze stale towarzyszącego im strachu o przetrwanie. Dla większości ludzi jest to niewyobrażalna sytuacja psychiczna.

A nie wspominamy tu o takich dodatkowych kwestiach jak stygmatyzacja czy dyskryminacja społeczna z powodu biedy. Ale chciałam zwrócić uwagę na coś jeszcze innego. Spojrzenie na te dwa problemy społeczne – biedę i przemoc domową – z pozycji wyższościowej jest po prostu bezduszne. Myślenie o własnym przywileju powinno w nas wzbudzać sumienie, czyli wrażliwość społeczną związaną z potencjalnym cierpieniem czy niedostatkiem innych ludzi. Nie wyrzuty sumienia – nie jesteśmy odpowiedzialni za to, w jakiej kto się urodził rodzinie, czy za to, że połowa świata ma gorszy paszport od nas. To nie jest nasza wina, ale to mogłaby być nasza odpowiedzialność. Możemy się na to zamknąć lub otworzyć. A otwarcie się oznacza, że momentami będzie dziwnie, bo zdamy sobie sprawę, że Billie Eilish mówiła też do nas – trzeba się dzielić tym, co się ma.

Boże, robimy się coraz większymi socjalistkami!

W czasach kiedy socjalista wygrywa wybory na burmistrza Nowego Jorku, mogę być socjalistką! Ale chciałam przywołać tu jeszcze jeden eksperyment, nazwany „ustawionym Monopoly”. Przeprowadziło go grono psychologów z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley. Przed rozpoczęciem rozgrywki w Monopoly – gry, której szczerze nie znoszę – rzucano monetą. Na tej podstawie jeden z uczestników dostawał na wstępie liczne przywileje, na przykład większą sumę umownych pieniędzy do rozdysponowania w grze. Badacze chcieli zbadać, jak wpłynie na graczy sztuczne stworzenie nierówności. Wnioski? Bogatsi byli głośniejsi i bardziej dominujący. Częściej sięgali po przekąski, mocniej uderzali pionkiem w planszę. I… zwykle wygrywali.

Cóż, tak to już jest, że ci, co mają więcej, mają więcej, heloł… Ta gra idealnie odzwierciedla kapitalizm, my w takim świecie żyjemy. Też nie znoszę Monopoly.

Co najciekawsze, spytani po grze o wnioski, wszyscy uprzywilejowani podkreślali, że osiągnęli zwycięstwo wyłącznie dzięki swojej strategii i odważnym decyzjom, kompletnie zapominając o tym, że od początku gry byli w o wiele lepszej sytuacji. Przypomina mi to „światłe” rady, jakimi dzielą się czasem ci, którzy osiągnęli sukces: „Pieniądze leżą na ulicy, wystarczy się po nie schylić”, „Wszystko zależy tylko od twojej determinacji”.

„Każdy jest kowalem własnego losu”, mówi ten, co odziedziczył kuźnię. Przywilej, którego się nie dostrzega, prowadzi do arogancji i bucerii – nadmiarowej, wyższościowej atrybucji ego. Czyli: „Wszystko sam osiągnąłem, a jak nie masz tego, co ja, to znaczy, że jesteś albo leniwy, albo głupi”.

„Ja do tego doszedłem sam, ciężką pracą moich chłopów”, jak mawia Jan Paweł Adamczewski z serialu „1670”.

Mamy tysiące badań na temat znaczenia kapitału kulturowego, materialnego i społecznego, więc wiemy na pewno, że jeśli jesteś osobą majętną, to najprawdopodobniej wywodzisz się przynajmniej z wysokiego kapitału społecznego lub kulturowego. Nie jest tak, że się urodziłaś genialna, biznesowo rzutka i wspaniała, tylko musiałaś zacząć z pozycji dobrego startu. Nie jesteś pozbawionym talentów nierobem, ale po prostu miałeś, miałaś niższy próg wejścia, choć akurat względem bogatszych – wyższy.

Z nieuprzywilejowaniem jest jeszcze ten problem, że osoby pozbawione pewnych przywilejów w społeczeństwie z definicji są gorzej słyszalne. To są ci gracze w Monopoly, którzy nie dostali dużego bonusa na wejściu, w związku z tym ich narracje, ich skargi, ich głosy – na przykład głosy matek dzieci z niepełnosprawnościami czy mniejszości – są cichsze i rzadziej je słychać, ale też układ społeczny zmusza te osoby do głośnego krzyku o ich prawa, który to krzyk jest upokarzający. To nie jest tak, że świat ma specjalny Hyde Park dla osób nieuprzywilejowanych, w którym one mogą głośno wyrazić swoje oczekiwania czy prośby. Nie, te grupy muszą się przedrzeć przez zgiełk silnej większości, czyli muszą mieć dość siły i odwagi, by przekrzyczeć tych rzutkich przy stole do Monopoly. To po pierwsze. Po drugie, muszą zaadresować prośby czy żądania, czyli mieć świadomość tego, co w ich położeniu jest nie tak, a nie wszystkie grupy mają taką świadomość. I po trzecie, muszą być cierpliwe, wytrzymałe i zahartowane, by doczekać, aż ktoś ich usłyszy. Bo im wyżej jesteśmy na tej drabinie przywilejów, tym gorzej słyszymy głosy na dole, ale też wydaje nam się, że tam jest mniej pod nami.

Osoby z wielkich miast prędzej usłyszą osoby z tego samego miasta, tylko z innej dzielnicy, w której nie ma na przykład metra i trzeba stać w korkach, niż zdadzą sobie sprawę, że są w Polsce takie miejsca, do których nie dojeżdżają nawet autobusy, więc dzieci, aby dostać się do szkoły, muszą albo polegać na zaradności rodziców, albo iść na piechotę.

Poza tym jest też taki mechanizm, który sprawia, że jak wyrywamy się z klasy robotniczej i dostajemy do establishmentu, to szybko zapominamy, skąd przyszliśmy.

Ja bym powiedziała, że w wielu przypadkach jesteśmy wtedy bardziej brutalni wobec ludzi, którzy czegoś potrzebują, niż ci, których wychowano w przywileju, ale w miarę przyzwoicie, więc ktoś zaszczepił im podstawowe poczucie odpowiedzialności społecznej. Chcemy wymazać swoją nieuprzywilejowaną przeszłość. Mówiłyśmy o tym przy temacie pieniędzy i władzy – obie kategorie potrafią nas zdehumanizować. Natomiast świadomość przywileju powinna nas rehumanizować.

Jeżeli ktoś pracuje, ma pieniądze i adekwatną do tego pozycję społeczną, to nie chodzi o to, by teraz mu to wszystko zabrać, tylko by uwrażliwić go na to, że może się dzielić swoim czasem, możliwościami czy zasobami. Bez czerpania sadystycznej satysfakcji z górowania nad innymi i pokazywania, że w jego pozycji jest rodzaj wyjątkowej, indywidualnej cnoty. Bo jej tam nie ma.

Czytaj także: Jak mieć pieniądze i nie zwariować? Pytamy Martę Niedźwiecką

Kiedyś urodzenie w danej rodzinie czy klasie na zawsze predestynowało dalsze życie. Dziś wprawdzie można piąć się w górę po klasowej drabinie, ale nie wierzę w bezkosztowe i bezproblematyczne przeskakiwanie o kilka szczebli…

Są badania, które pokazują, że przeskoczyć można maksymalnie dwa szczeble. Dlatego jeśli chcemy myśleć o naszym świecie jako o czymś, co ma ocaleć, to nie może on być zbudowany na takim poziomie nierówności i niesprawiedliwości społecznych jak obecnie.

I o ile polecałabym swobodne używanie przywileju do autorefleksji, o tyle doradzałabym dużą ostrożność w chłostaniu nim innych ludzi, bo to się o tyle nie sprawdza, że ci, których chcemy dyscyplinować, rzadko się od tego robią bardziej etyczni. Prędzej umacnia to w nich postawę, którą próbujemy zmienić, czyli znieczulicę społeczną.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE