1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Wywiady
  4. >
  5. Hugo Tarres – najmłodszy Hamlet w historii polskiego teatru

Hugo Tarres – najmłodszy Hamlet w historii polskiego teatru

Hugo Tarres (Fot. Mickey Wyrozębski)
Hugo Tarres (Fot. Mickey Wyrozębski)
Nazywa się go nadzieją i przyszłością aktorstwa. Jego rola Hamleta w Teatrze Narodowym stała się wydarzeniem, gra też w superpopularnej młodzieżowej serii filmów. Hugo Tarres ma zaledwie 21 lat i w reakcji na wszystkie zachwyty odpowiada: „Bardzo to miłe, ale mam swoje przekonania na temat tego, co się stało i co się jeszcze może stać”.

Wywiad pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Zofia Fabjanowska: Zastanawiałam się, czy imienia Hugo nie nadano ci przypadkiem na czyjąś cześć?

Hugo Tarres: Tak, faktycznie. Jak byłem młodszy, moja warszawska babcia śpiewała mi często za Boyem-Żeleńskim: „Tu, pod tą gruszką, drzemał Kościuszko […], a pod tą drugą Kołłątaj Hugo” [śmiech]. Mam dwa imiona, ale Hugonem jestem właśnie po Kołłątaju. Całe rodzeństwo, czyli też brat i siostra, ma wyróżniające się imiona.

Co do nazwiska Tarres – sprawdziłam, że jest ono szczególnie popularne w Katalonii i że pochodzi od słowa tarra, czyli ziemia. W Katalonii mieszka rodzina ze strony taty – dziadek jest z pochodzenia Katalończykiem.

„Hugo Tarres” natychmiast zapada w pamięć. Dla aktora to chyba wymarzona sytuacja, a dla chłopaka dorastającego w Polsce? Wychowując się tu, nie czułeś się w jakimś sensie inny?

Najwyraźniej wychowywałem się w fajnym towarzystwie, bo nie pamiętam, żebym miał z tego powodu jakiekolwiek problemy. Jeśli ktoś pytał, odpowiadałem, że mój tata jest z innego kraju. Albo może potrafiłem tę inność wykorzystać na swoją korzyść? Dzieciaki na wczesnym etapie dorastania lubią zwracać na siebie uwagę… W podstawówce mówiłem na przykład, że moim wujkiem jest Fernando Torres [śmiech]. To było w czasach Euro 2012, kiedy Torres okazał się potęgą – Hiszpania dzięki niemu wygrała w finale 4:0 z Włochami. I nie dość, że wszyscy mi w tego wujka wierzyli – „a” zamiast „o” w nazwisku nie robiło nikomu różnicy – to jeszcze z automatu sam miałem opinię świetnego piłkarza.

W twoim życiu zawodowym dzieje się dużo i ciekawie. Od kiedy jest aż tak intensywnie? Od wiosny 2024 roku?

Masz na myśli Przegląd Piosenki Aktorskiej?

Tak, od razu po tym, jak w duecie z Mateuszem Tomaszewskim zdobyliście na Grand Prix, dostałeś rolę Merkucja w „Romeo i Julii” u Jana Klaty. W tym samym teatrze, w którym odbywał się Przegląd Piosenki Aktorskiej, czyli we wrocławskim Capitolu. Uważasz, że to był decydujący moment?

Jeszcze chwilę wcześniej do kin weszła pierwsza część „Piep*zyć Mickiewicza” – to był mój filmowy debiut. Choć tak naprawdę sam odczułem, że robi się intensywnie po premierze „Hamleta” w Narodowym. Czyli wiosną pół roku temu.

Media cię chwalą, co rusz dostajesz jakieś nagrody. Potrafisz się z tego cieszyć? Czy może te określenia cię stresują, wywołują poczucie, że musisz sprostać oczekiwaniom?

Staram się nie myśleć w takich kategoriach, że teraz za wszelką cenę muszę być wybitny, bo jeśli nie, nastąpi fiasko, a ja zwątpię w siebie i własną kreatywność. Nie chcę iść tą ścieżką, raczej wolę mieć podejście w rodzaju: dziękuję, bardzo to wszystko miłe, ale mam swoje przekonania na temat tego, co się stało i co się jeszcze może stać. Mam dopiero 21 lat i jestem pełny skrajności. Czasem udaje mi się spojrzeć na to, co robię, chłodno, mówię wtedy sobie, że okej, to pewien etap wykształcenia zawodowego. A czasem mnie na takie chłodne spojrzenie nie stać. Bywa, że jestem ze swojej pracy zadowolony, a bywa i tak, że wychodzę na scenę i mam wrażenie, że po spektaklu w ogóle powinienem skończyć z graniem.

Wziąłem sobie do serca słowa Tomka Schuchardta – właśnie wczoraj słuchałem wywiadu z nim, w którym powiedział, że prawdziwe aktorstwo zaczyna się po trzydziestce, jak się ma już rodzinę i dziecko. W ogóle bardzo szanuję Tomka za szczerość, w tym wywiadzie mówił też, że dopiero dwa lata temu po raz pierwszy znalazł się w sytuacji, w której mógł sobie wybrać rolę, bo wcześniej brał wszystko, co do niego przychodziło. To jest mocny statement: pracuję, bo muszę, bo zarabiam na rodzinę, wielu aktorów wolałoby powiedzieć bardzo dyplomatycznie i medialnie, że ta i ta rola była interesująca ze względu na ten czy inny aspekt. Podejście, że muszę się zająć tym, co dostaję, i robię to najlepiej, jak potrafię, jest dla mnie oznaką profesjonalizmu.

Do trzydziestki mam sporo czasu, ale w przyszłości naprawdę chciałbym mieć w sobie tyle szczerości i pokory, nie ulec kokieterii i bufonadzie.

W domu nadal masz album z biletami teatralnymi na wszystkie spektakle, na które chodziłeś od czasów gimnazjum?

To zwykły zeszyt, wygląda imponująco, jeśli chodzi o objętość, ale w gruncie rzeczy jest w nim dużo biletów na te same spektakle, na które chodziłem po wiele razy – no wiesz, „Tango” Jerzego Jarockiego w Narodowym i aż 10 biletów wklejonych jeden po drugim. Osobne strony były na Teatr Narodowy, osobne na Polski, Współczesny, Powszechny. Zeszyt się przydał – dostałem dzięki niemu dodatkowe punkty, kiedy z gimnazjum szedłem do liceum [śmiech].

Kto pierwszy wziął cię do teatru na „dorosły” spektakl?

Mama. Do Współczesnego na „Hamleta” z Borysem Szycem. Śmiesznie, bo chodziłem na zajęcia do Teatru Roma, gdzie odgrywaliśmy różne sceniczne sytuacje, ale nigdy wcześniej nie oglądałem prawdziwego, pełnokrwistego teatru. Miałem o nim jakieś mgliste wyobrażenie. Poszedłem więc z mamą do Współczesnego i… wow! Jakoś zaraz po tym kupiłem sobie wejściówkę i poszedłem sam. Później drugą. W sumie byłem sześć razy. Intrygowało mnie aktorstwo, środki wyrazu, warsztat. Miałem 11, może 12 lat i oświadczyłem ojcu, że zamierzam zostać wybitnym aktorem.

Poważna deklaracja.

I ojciec poważnie ją potraktował. Mimo że u nas w rodzinie nikt zawodowo nie ma nic wspólnego z aktorstwem, ojciec od razu kupił mi dwie książki Stanisławskiego. Oczywiście wtedy nie przeczytałem ich w całości, nie byłem aż takim geekiem [śmiech], za to przeczytałem Bolesławskiego „Aktorstwo. Sześć pierwszych lekcji”.

Myślę, że ta moja obsesja na punkcie chodzenia do teatru wzięła się po części z tego, że jako dzieciak miałem kompleks – uważałem, że nie jestem wystarczająco wrażliwy. Że niczego tak naprawdę nie przeżyłem, a w związku z tym nie mam pamięci emocjonalnej i w ogóle jestem robotyczny. Gucio prawda, strasznie to było pretensjonalne, ale wtedy tak siebie widziałem. I to właśnie teatr, który wtedy odkryłem, był dla mnie na tyle mocnym ciosem, że emocjonalnie mnie otworzył, a w każdym razie ja stopniowo pozbywałem się poczucia, że brak mi wrażliwości.

A dlaczego unikałeś grania „Hamleta” w szkole teatralnej?

Uważałem, że nie jestem gotowy na ten tekst. Bałem się go. Tak, wiem, że to dziwne, przecież ze źle zagranej sceny też można się dużo nauczyć, ale dopadło mnie coś w rodzaju przesądu. Intuicja wyraźnie mi mówiła, że „Nie, stary, jeszcze chwila”.

Jak w takim razie przyjąłeś propozycję Jana Englerta? Pierwsza myśl, która przyszła ci do głowy, kiedy dowiedziałeś się, że masz zostać najmłodszym Hamletem w historii polskiego teatru?

Raczej nie przesadzę, jeśli powiem, że byłem przerażony. Na mój strach składało się wiele różnych rzeczy. Mój stosunek do „Hamleta” był tylko jedną z nich. Od razu pouruchamiały się we mnie jakieś blokady, głosy, które mówiły, że nie dam rady. Nie miałem wtedy jeszcze adaptacji tekstu, więc nie mogłem się go uczyć, a jak już ją dostałem, to pracowałem non stop, żeby nadrobić. Zbudowałem sobie taką przestrzeń na strychu u mnie w domu. Wrzuciłem kanapę, jakieś prowizoryczne ogrzewanie, światełko. Siedzieliśmy z przyjacielem, który zgodził się być moim repetytorem, i przez pięć miesięcy kuliśmy tekst na pamięć.

Dobry przyjaciel.

Bardzo dobry. Idzie teraz na dramaturgię. Mówiłem to już gdzieś, ale dzięki temu wspólnemu kuciu na pierwszej czytanej próbie w teatrze umiałem już całego „Hamleta”. W sumie może nie musiałem, tyle że podczas pierwszych prób nie mogłem się uwolnić od poczucia, że jestem tu kimś niekompetentnym, że przecież w Teatrze Narodowym jest masa świetnych aktorów, którzy by wykonali lepszą robotę niż ja.

A nie wydało ci się ani przez chwilę, że propozycja od Jana Englerta to kwestia przeznaczenia? Że los był zadziwiająco przewrotny? W końcu twoja fascynacja teatrem wzięła się właśnie od tej szekspirowskiej sztuki i od tego bohatera.

Nie, raczej nie. Chyba każdy aktor prędzej czy później chce zagrać Hamleta. Albo aktorka, bo dzisiaj jest już raczej oczywiste, że Hamlet może być kobietą. Myślałem o tym wszystkim bardziej jak o absurdalnej serii przypadków. Raz, że stało się akurat tak, że profesor Englert miał przygotować swój ostatni, pożegnalny spektakl w Narodowym, dwa, że pojawiła się w jego głowie wizja aż tak młodego bohatera, trzy, że akurat mieliśmy z panem Janem zajęcia. I jeśli mówię o ciśnieniu w kontekście roli i przygotowań, nie chodzi mi o to, że byłem ofiarą losu. To był raczej bodziec, żeby uświadomić sobie, że ten spektakl nie jest o mnie. Co prawda profesor Englert powiedział, żebym prowadził Hamleta tak blisko mnie, jak tylko mogę, ale niezależnie od tego dobrze jest, jeśli aktor przestaje myśleć o sobie. Że to JA występuję, JA muszę coś udowodnić. W momencie kiedy to zrozumiałem, zaczęła się megafajna praca. Bo tak, ta rola jest dla mnie ważna, i tak, potwornie się stresowałem, ale to w ogóle nie jest o tym. Tylko o tym, że jak to spierdzielę, to idzie na pana Jana. A mam do niego ogromny szacunek i za nic w świecie nie chciałbym, żeby przeze mnie coś było w tym spektaklu beznadziejne.

Pamiętam, że zaintrygowała mnie relacja między twoim Hamletem a graną przez Helenę Englert Ofelią. To trochę odwrócenie dynamiki między tymi dwiema postaciami. Ofelia zwykle postrzegana jest jako bezwolna, delikatna, zraniona. U was to wcale nie jest oczywiste.

W Hamlecie jest dużo słabości. I nie mówię tu o takim basicu, najprostszej sztuczce, jaką aktor może zastosować, czyli mężczyzna na scenie płacze, a wszyscy na widowni mają się tym natychmiast wzruszyć. Słabość Hamleta widać w jego postępowaniu, w tym, że desperacko próbuje udowodnić, że nie jest słaby, że ma nad wszystkim kontrolę, kiedy w rzeczywistości tonie. Jest przestraszonym chłopakiem i trudno się mu dziwić. Faktycznie Ofelia jest od niego mocniejsza, dojrzalsza. My z Heleną gramy to intuicyjnie, spotykamy się jako postaci i rozmawiamy ze sobą wzrokiem o tym, co jest pod spodem tekstu, ale mam wrażenie, że Ofelię łamie dopiero to, że jej ojciec został zamordowany przez Hamleta, a sam Hamlet „płynie do Anglii”. Za jednym zamachem traci ojca i ukochanego.

A więc tak, dynamika między nią a Hamletem jest jak najbardziej zmieniona. Dlatego nie zgadzam się, kiedy ktoś mówi, że to jest kanoniczny spektakl. Jego współczesność nie bierze się wcale stąd, że na scenie chodzę w trampkach.

Hugo Tarres (Fot. Mickey Wyrozębski) Hugo Tarres (Fot. Mickey Wyrozębski)

Dostałeś właśnie w Narodowym etat. Do tego nadal grasz spektakl Jana Klaty w Capitolu, dochodzą nas też wieści o twoich nowych filmowych rolach. Wiem, że o większości z nich jeszcze nie możesz mówić. To wszystko jest do pogodzenia ze studiami?

Pewnie. Już mój w tym interes, żeby pogodzić teatr, film i studia. Szkoła teatralna tyle mi dała, że nie mógłbym odejść. Ze względu na liczbę zobowiązań nie robię dyplomu z innymi, co jest dla mnie bardzo smutne, ale nie mam indywidualnego trybu nauczania. Jestem studentem, chodzę na seminarium magisterskie, uczę się.

Nie masz poczucia, że życie nagle rzuciło cię w dorosłość?

Ostatnio oglądam sobie vlogi z podróżowania po świecie i czasem przejdzie mi przez myśl, że mnie to nie dotyczy, bo nie mógłbym sobie zrobić przerwy, ale chyba jeszcze jestem dzieciakiem, skoro muszę sobie przypominać, żeby w wolniejszych chwilach czytać książki i robić inne dorosłe rzeczy, zamiast oglądać YouTube’a. Staram się nie wywierać na siebie presji, nie budować poczucia własnej wartości na tym, jak dużo w ciągu roku byłem w stanie zrobić – na terapii dowiedziałem się, że mam do takiej kompensacji tendencję – i nie wpierdzielić się tym samym w pracoholizm. Dlatego, kiedy tylko mogę, staram się łapać balans. Mówię sobie, yolo, wbijaj, stary, na siłownię, skoro masz dzisiaj akurat chwilę dla siebie.

Jesteś tym ciekawym przypadkiem, który swoją rozpoznawalność zawdzięcza bardziej teatrowi niż kinu i telewizji?

To się chyba rozkłada generacyjnie. „Piep*zyć Mickiewicza” – dwójkę – w kinach obejrzało aż 800 tysięcy osób [pod koniec wywiadu podejdzie do nas chłopak, fan tej filmowej serii i poprosi Hugona o autograf – przyp. aut.].

Do tej pory filmowcy byli dość zachowawczy, jeśli chodzi o składane ci propozycje. Obsadzano cię głównie w roli licealnego bad boya.

To się zmieniło, ale na razie nie mogę, jak już wspomniałaś, mówić o szczegółach. Tak czy inaczej, chciałem podkreślić, że szanuję pracę we wszystkich częściach – bo trzecia będzie niedługo w kinach – „Piep*zyć Mickiewicza”. Starałem się wykonać swoją robotę jak najlepiej, uczciwie.

Dostałeś jakąś dobrą zawodową radę, której starasz się trzymać i którą traktujesz jak drogowskaz?

Philip Seymour Hoffman, kiedy zadano mu takie samo pytanie, odpowiedział: „Graj, gdziekolwiek możesz, jeśli tylko masz szansę, po prostu graj”. Bardzo mi się ta odpowiedź podoba.

Hugo Tarres, student Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Od 1 września 2025 roku jest w zespole Teatru Narodowego. Laureat, wraz z Mateuszem Tomaszewskim, Grand Prix 44. Przeglądu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu, nagrody „Nadzieja Plejady 2025” i „Odkrycie Roku” magazynu „Elle”.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE