Autopromocja
WOS - 6 - desktop
WOS - 6 - desktop
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Współczesna sielanka – jaką cenę płaci się za spokój z dala od gwaru i pędu miasta?

Współczesna sielanka – jaką cenę płaci się za spokój z dala od gwaru i pędu miasta?

Ilustracja Joanna Gwis
Ilustracja Joanna Gwis
Zamiast w chwilach frustracji myśleć o tym, by rzucić wszystko i wyjechać Bieszczady, coraz więcej trzydziesto i czterdziestolatków po prostu to robi. Rezygnują z miejskich wygód i wypracowanych latami pozycji zawodowych na rzecz większego spokoju, wolniejszego tempa i czasu dla bliskich. I, co ważne, mimo trudności nie wracają. Tak jak autorka tego tekstu.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 1/2026.

Wy tu zawsze będziecie obcy, ale Staszek będzie już nasz”, usłyszeliśmy rok temu, kiedy przenosiliśmy nasze życie z Warszawy w Beskid Niski. Nasz syn miał wtedy siedem lat. I choć sąsiedzi przyjęli nas z życzliwością i ciekawością, w bardziej hermetycznych, lokalnych społecznościach spotkaliśmy się z oceną, wykluczeniem, wręcz wrogością. – Po co to znosisz? Przecież możesz wrócić – podpowiadali starzy znajomi z miasta. Mogę, ale nie chcę, bo to, co daje mi moje nowe życie, rekompensuje z nawiązką wszystkie koszty, które ponoszę.

To samo mówią Kamil i Milena Wolscy, którzy z dwójką dzieci wyprowadzili się z Warszawy i zamieszkali 10 kilometrów ode mnie, Martyna Majchrzak, która po studiach w Poznaniu wyjechała na warmińską wieś, gdzie mieszka sama i pracuje jako leśniczka, oraz Ewa Bakota, dziennikarka i autorka podcastu „Ruinersi. O życiu z dala od miasta”, która z mężem przeniosła się z Warszawy na Mazury.

Nie tyle adres, ale styl życia

Na czym polega fenomen migracji z miast na wieś? Ten zachwyt nowym, dotychczas nieznanym i jednak niełatwym życiem? „Sytuację migrantów przed osiedleniem się na wsi można opisać jako zaciskanie temporalnej pętli. Ucieczka na wieś i spowolnienie trybu życia jest swoistą strategią emancypacji, wyzwolenia się z toksycznych zależności zawodowych, presji czasu. To sposób na odzyskanie siebie i życie we własnym rytmie”, pisze socjolożka Małgorzata Budyta-Budzyńska w opracowaniu „Ucieczka z wielkiego miasta na wieś jako styl życia”. – Studia, praca, kariera w korporacji, ślub, dzieci, nowe samochody, może dom pod miastem, ale zwolnienie tempa dopiero na emeryturze. Do realizacji takiego planu byliśmy przyuczani od dziecka. Przełamanie tego narzuconego schematu jest wyzwalające i uskrzydlające – potwierdza Ewa Bakota.

Po pandemii takie zmiany stylu życia i nasilenie się migracji z miast na wieś tłumaczono rozpowszechnieniem pracy zdalnej, która wielu ludziom dała wolność, bo skoro można pracować z domu, to ten dom może być właściwie w dowolnym zakątku Polski czy świata. Wydawało się, że wyprowadzki na wieś w przypadku młodych ludzi są chwilowe, motywowane chęcią odreagowania traumy lockdownu, który w miejskich blokach wydawał się wyjątkowo dotkliwy. Zakładano, że większość migrantów szybko ze wsi powróci, bo miasto zarówno im, jak i ich dzieciom obiektywnie daje większe możliwości we wszystkich kluczowych sferach życia, jak dostęp do opieki zdrowotnej, placówek edukacyjnych, opiekuńczych czy kulturalnych, możliwość wyboru różnych ścieżek kariery i szeroko pojętego samorozwoju. Miasto zapewnia też całkiem przyziemne rzeczy, które najbardziej docenia się wtedy, kiedy ich nie ma, jak zdatna do picia woda płynąca z kranu, dobra komunikacja, rozbudowana sieć dróg, kanalizacja i odśnieżane zimą chodniki.

Jak widać, to nie wszystko, bo choć część migrantów wróciła, to wielu tak rozsmakowało się w nowym stylu życia, że na wsi mieszkają do dziś. I inspirują innych do zmiany. – Kiedy badaliśmy motywacje migrantów z miast na wieś, zaobserwowaliśmy coś, co potocznie nazwaliśmy „efektem Instagrama”. Badani często przyznawali, że decyzję o przeprowadzce i zmianie stylu życia przyspieszyły zdjęcia publikowane w mediach społecznościowych przez znajomych, mieszkających już na wsi. Poranne kawy na tarasie, las za oknem, dzikie zwierzęta spacerujące pod domem, przestrzeń, spokój, sielanka. Takie obrazki, choć oczywiście nie są główną determinantą, mogą być silnym impulsem do opuszczenia miasta, bo w tym przypadku nie chodzi tylko o zmianę adresu, ale o zmianę całego stylu życia – mówi Alicja Dolińska z Katedry Socjologii i Polityki Społecznej Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu, która nazywa to zjawisko migracjami dla przyjemności, bo w przeciwieństwie do migracji ze wsi do miast nie są one wymuszone względami ekonomicznymi czy koniecznością wyjazdu w celu zdobycia wyższego wykształcenia.

– Celem jest przede wszystkim podniesienie jakości i komfortu życia w wymiarze subiektywnym i mocno spersonalizowanym, a zatem deficyty infrastrukturalne wsi nie muszą negatywnie oddziaływać na poziom zadowolenia z życia jej nowych mieszkańców. Tym bardziej że większość z nich decyzję o przeprowadzce podejmuje bardzo świadomie, rezygnując z własnej woli z miejskich wygód, wypracowanych latami pozycji zawodowych i zwiększania majątku na rzecz wartości niematerialnych, takich jak wolność, spokój, wolniejsze tempo życia i więcej czasu dla bliskich. Kiedy podczas badań przeprowadzaliśmy wywiady z ludźmi, którzy wyprowadzili się z miast na prowincję, większość przyznawała, że byli już skrajnie zmęczeni miejskim pędem i gwarem, że marzyli, by wreszcie żyć normalnie. A zatem według nich „normalne życie” to już nie jest pośpiech, wieczny wyścig o uznanie, superważne projekty kradnące czas rodzinie, korki, smog i weekendy w centrum handlowym. To cisza, spokój, bliskość przyrody i funkcjonowanie zgodnie z rytmem natury. Można więc powiedzieć, że obserwujemy wyraźną zmianę systemu wartości, bo te migracje nie są tylko ucieczką od tego, co się dzieje w mieście, one są również poszukiwaniem nowego sensu życia, próbą odzyskania równowagi pomiędzy sferą zawodową a prywatną – wyjaśnia Alicja Dolińska.

Ilustracja Joanna Gwis Ilustracja Joanna Gwis

Zmęczeni nadmiarem

Kamil (41 lat) od dwóch dekad współpracuje z tą samą agencją badań marketingowych. Jeszcze cztery lata temu zarządzał zespołem, ale to wymagało codziennej obecności w biurze. Zrezygnował więc z funkcji dyrektora i został szeregowym pracownikiem działu programistycznego, bo dzięki temu mógł swoje zadania wykonywać zdalnie i wyprowadzić się z Warszawy w Beskid Niski. Jego żona Milena (39 lat) nie miała tyle szczęścia. – Moja praca była stricte stacjonarna. Wiedziałam, że zmiana stylu życiu będzie się wiązała z zaprzepaszczeniem tego, co dotychczas robiłam zawodowo, szukaniem nowych możliwości i zaczynaniem wszystkiego od początku, ale nie wahałam się ani chwili, choć gdy jako 19-latka zamieszkałam w stolicy, byłam totalnie zachwycona tym miastem i niemal pewna, że spędzę w nim całe życie – wspomina. Kiedy jednak została mamą, jej entuzjazm do miejskiego trybu życia mocno opadł. Coraz częściej zastanawiali się z Kamilem, czy naprawdę chcą, by ich dzieci żyły w takim pędzie jak oni. – Dużo pracowałem, byłem mocno skupiony na karierze, czasami, niestety, bardziej niż na rodzinie – przyznaje Kamil. Aby odzyskać właściwe proporcje, kupili dom pod miastem, ale to tylko pogłębiło ich problemy. – Mieliśmy co prawda ogródek i większą przestrzeń, ale do czasu pracy doszły jeszcze codzienne dojazdy 30 kilometrów w jedną stronę i korki, które generowały dodatkowy stres. Mieszkaliśmy na wsi, ale całe nasze życie toczyło się nadal w mieście: praca, szkoła, lekarze, wszystko. W domu praktycznie tylko spaliśmy. Salon, kuchnia, jadalnia, przestrzenie wspólne ciągle były puste, bo kiedy wracaliśmy wieczorem, zamykaliśmy się w swoich pokojach – mówi Milena. Pojawiła się więc myśl, żeby wyjechać na tyle daleko od miasta, by nie determinowało ono ich życia.

Czytaj także: Dom na wsi – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

Najpierw szukali swojego miejsca w Bieszczadach, brali też pod uwagę Pieniny, Góry Stołowe, ale nie trafili tam na dom, w którym jednocześnie mogliby mieszkać i wynajmować pokoje. – Wiedziałam, że nie znajdę na wsi pracy w swoim zawodzie, dochód z agroturystyki miał więc zastąpić moją dotychczasową pensję – mówi Milena. W Beskid Niski przyjechali na ultramaraton Łemkowyna Ultra-Trail, w którym startował Kamil. – Zachwyciła nas dzikość tego regionu, cisza, bezludne przestrzenie, ogromne połacie lasów – wspomina Milena. To ona wypatrzyła w ogłoszeniach dom w Wysowej-Zdroju, który zdawał się spełniać ich oczekiwania. Dwa dni później już go oglądali z zamiarem kupna.

– Kiedy tu weszłam, od razu wiedziałam, że to nasze miejsce, choć nie mieliśmy w tym regionie żadnej rodziny ani znajomych – wspomina. Dom jest duży, jednak zamieszkali na 62 metrach kwadratowych – to tyle, ile w ich podwarszawskim domu liczył salon i kuchnia. – Ktoś powie, że to niewiele, jak na cztery osoby (nasza Majka miała wtedy 13, a Mateusz 11 lat), ale dla nas było idealnie. Znaleźliśmy tu spokój, choć przez ostatnie trzy lata życie naprawdę nas nie rozpieszczało. Kiedy człowiek przeprowadza się do raju, ma złudzenie, że w ten sposób odetnie się od życiowych demonów, ale one cały czas idą za nami. W pięknych miejscach też są choroby, śmierć i prozaiczne życiowe problemy, ale łatwiej się z tym wszystkim mierzyć, kiedy zamiast dodatkowo stresujących bodźców zewnętrznych, ma się za progiem góry i las – mówi. Choć gdyby ktoś z poprzedniego życia, kto pamięta ją w biurowym anturażu, zobaczył, ile fizycznej pracy teraz wykonuje, to pewnie miałby wątpliwości co do jakości tej zmiany. Milena jednak niczego nie żałuje. – Praca fizyczna dobrze robi na głowę. Jeśli życie mnie do tego nie zmusi, nie wrócę do siedzenia przy biurku – mówi.

Czytaj także: Beskid Niski – miejsce, gdzie człowiek czuje, jakby wrócił do korzeni

Poczucie straty pojawiło się jednak w pewnym momencie u jej syna. – Maja od razu, bez większych problemów weszła w grupę szkolną. Mateusz miał trudny początek. Klasa była zaledwie 12-osobowa i bardzo hermetyczna. Pojawiła się więc tęsknota za pozostawionymi w Warszawie kolegami. Okazało się, że choć po szkole spotykali się sporadycznie, więź, którą stworzyli, była jednak silna – tłumaczy Milena.

Po niełatwej adaptacji Mateusz znalazł swoją społeczność w grupie teatralnej, a Maja dziś chodzi do liceum i mieszka w internacie w Nowym Sączu. – Na prowincji to naturalne, że dzieci już na etapie szkoły średniej opuszczają rodzinne domy. Takie placówki są tylko w miastach, czyli na tyle daleko, że codzienne dojazdy nie wchodzą w grę – dodaje Kamil. Ale choć Maja odnalazła się w Beskidzie, zamierza mieszkać w Warszawie. – Nie jesteśmy tym zaskoczeni, to naturalne, że młodych ciągnie do większej ilości wrażeń. Sami też przechodziliśmy ten etap – mówi Kamil. W Beskidzie zrozumiał jednak, że życie nie jest po to, żeby biec. – Wbrew pozorom teraz też nie leżymy i nie patrzymy w chmurki, cały czas pracuję przecież w tej samej firmie, prowadzimy Łemkowską Izbę, czyli wynajmujemy pokoje w drewnianym domu z duszą, otworzyliśmy wypożyczalnię rowerów elektrycznych, a w czasie wolnym razem z Mateuszem występujemy w grupie teatralnej Plemię prowadzonej przez aktorów Monikę Babulę i Mariusza Laskowskiego, którzy podobnie, jak my przenieśli się w Beskid z Warszawy. Kalendarz mamy więc napięty, ale umiemy już odpuszczać. Nauczyliśmy się, że prognozy pogody średnio tu się sprawdzają, aktywności dostosowujemy więc do tego, co się dzieje za oknem. Zrozumiałem, że niewykonanie planu to nie koniec świata. Żyjąc blisko przyrody, w pełni uświadamiasz sobie potęgę natury i jej wpływ na codzienność. A w Beskidzie przyroda rządzi twardą ręką. Nie ma sensu z nią walczyć, bo to sprawa z góry przegrana. Trzeba się dostosować, przeczekać. Po życiu w mieście pokory na prowincji uczysz się stopniowo, aż któregoś dnia uświadamiasz sobie, że jeszcze rok temu półgodzinne stanie w korku doprowadzało cię do szału, bo krzyżowało plany, a teraz zimą przez zasypane śniegiem drogi czasem nie możesz nawet dojechać do sklepu i po prostu to przyjmujesz, bez stresu.

Żyjemy na wakacjach

Ewie (42 lata) nie od razu udało się wyhamować warszawskie tempo życia. – Mam wrażenie, że po przeprowadzce na Mazury nabrało ono jeszcze większego rozpędu – śmieje się. I dodaje, że od kiedy mieszka na wsi, jej CV powiększyło się co najmniej o trzy nowe pozycje. – Ukończyłam kursy tkania, zdałam egzamin na pilotkę wycieczek, zaczęłam prowadzić podcast – wymienia. Trudno uwierzyć, że przeprowadziła się na wieś w poszukiwaniu ciszy i spokoju. – W pierwszym roku po przeprowadzce ludzie żyją w jakimś szale, pełnym zachwycie i niedowierzaniu, że to wszystko dzieje się naprawdę, że zmienili swoje życie. Na początku pokus jest tyle, że nagle szkoda czasu na to wymarzone leżenie w hamaku z książką. Trzeba przekopać ogródek, dokończyć remont, zwiedzić bliższą i dalszą okolicę, poznać sąsiadów. Żyje się między euforią a skrajną rozpaczą.

Dopiero po kilku latach na wsi życie powoli zwalnia i krzepnie, choć pracy cały czas jest sporo – mówi. I dodaje, że tu, gdzie mieszka, dzieje się tak dużo, że wciąż jeszcze nie znalazła tego, po co przyjechała. – Nie jestem wyjątkiem, kiedy spotykam się z ludźmi, którzy podobnie jak ja przenieśli się tu z miast, zawsze pada to samo pytanie: „Gdzie to slow life?”. Większość z nich to lokalni działacze. Oprócz tego, że pracują zarobkowo, charytatywnie angażują się w mnóstwo przedsięwzięć. Protestują przeciwko czemuś albo coś chronią, ratują, kreują, zasypują jakiś brak lub tworzą jakąś przestrzeń, warsztaty, festiwal... To wszystko wymaga ogromu czasu i wysiłku. Szukałam miejsca do wyciszenia, a znalazłam bardzo dużo pola do działania, które w Warszawie byłoby dla mnie niedostępne. Oczywiście w mieście jest mnóstwo różnych kółek, ciekawych przedsięwzięć, inicjatyw i inspirujących towarzystw. Ale ten ogrom wyboru sprawia, że giną one w masie. Na prowincji dzieje się mniej, ale dzięki temu nic nie umyka, bo wszystkie wydarzenia są bardziej widoczne, a próg wejścia jest niższy. Wystarczy po prostu dołączyć w dowolnym momencie i powiedzieć „Słyszałam o tym, co robicie i chcę brać w tym udział” – tłumaczy Ewa.

Kiedy wyprowadzała się z Warszawy, wiele osób pytało, czy nie będzie jej brakować teatru, galerii, muzeów, kina, wszystkich wydarzeń kulturalnych, których w mieście jest mnóstwo. – W czasie pandemii razem z mężem przez 10 miesięcy mieszkaliśmy na mazowieckiej wsi i już wtedy odkryliśmy, że jesteśmy w stanie żyć bez regularnego kina, sushi i życia kulturalnego, z którego z wiekiem coraz mniej korzystaliśmy, bo na weekendy i tak uciekaliśmy za miasto – przyznaje. Ale na Mazurach okazało się, że żyjąc na prowincji, nie trzeba z niczego rezygnować. Na wystawy i do teatrów nie jest tak daleko, a i na miejscu w sezonie turystycznym wydarzeń kulturalnych, rozrywkowych i sportowych jest tu tak dużo, że trudno wygospodarować czas na pracę w wymarzonym ogrodzie. Nie bez kozery migranci z miast w mediach społecznościowych swoje nowe wiejskie życie opatrują wymownym hasztagiem #żyjemy na wakacjach. Rowery, supy, łódki, kajaki, kąpiele w jeziorach, pikniki na łąkach. Na wsi za czas wolny się nie płaci. Migrantom latem nie chce się wyjeżdżać z domów. W końcu wielu z nich, jak Ewa, żyje w miejscach, do których właśnie na urlop się jeździ. – Odzyskałam tu czas na spontaniczne aktywności. W bagażniku zawsze mam leżak, książkę, kostium kąpielowy i ręcznik, bo kiedy wracam z zakupów z Giżycka, mogę się przecież zawsze zatrzymać i posiedzieć na plaży – mówi Ewa. I przyznaje, że lato na wsi, choć bardzo pracowite, jest spełnieniem marzeń o wiejskiej sielance. Ale jesień i zima to już zupełnie inna historia. – Ciemno, zimno, błoto po kostki i wszędzie daleko, bo podróż po nieodśnieżanych wiejskich drogach trwa dwa razy dłużej. Zamiast kawy na tarasie poranna kłótnia o to, kto dziś wstaje wcześniej i napali w piecu. Nagle pojawia się proza życia. I choć nie brzmi to być może szczególnie atrakcyjnie, to właśnie o tę dającą poczucie stabilizacji prozę w gruncie rzeczy chodzi wszystkim, którzy uciekają z miast na wieś. Nie da się żyć w nieustannej gorączce, dlatego ten czas do wewnątrz jest bardzo potrzebny – tłumaczy Ewa i podkreśla, że do zimy za miastem trzeba się jednak odpowiednio przygotować. – Na otwartych, rzadko zabudowanych przestrzeniach wiatr potrafi się naprawdę porządnie rozpędzić, a wtedy w całej wsi nie ma prądu. Dlatego świece i zapałki powinny znajdować się w miejscu, do którego łatwo trafić w ciemnościach. Warto też zawczasu zaopatrzyć się w lampki na baterie, naładowane powerbanki, kuchenkę turystyczną lub kozę z palnikiem do gotowania i kilka baniek z wodą, bo kiedy nie ma prądu, nie ma też wody, ponieważ pompa do studni nie działa – uprzedza, bo w mieście o takich rzeczach kompletnie się nie myśli.

Ilustracja Joanna Gwis Ilustracja Joanna Gwis

Ile kosztuje spokój?

„Zima to cena, którą płaci się za mieszkanie na wsi” – napisał w książce „Wiejski stół” Julius Roberts, były szef kuchni, który zamienił życie i karierę w mieście na niewielką farmę w nadmorskim hrabstwie Dorset.

Czytaj także: Zima na farmie Juliusa Robertsa, byłego szefa kuchni londyńskiej restauracji, autora książki „Wiejski stół”

Martyna (37 lat), która mieszka całkiem sama na warmińskim odludziu, mogłaby sporo o tych kosztach opowiedzieć. Przeprowadziła się tam po studiach, prosto z Poznania. – Skończyłam leśnictwo na Uniwersytecie Przyrodniczym w Poznaniu, wiedziałam więc od początku, że będę mieszkać na prowincji i wydawało mi się, że jestem do tego doskonale przygotowana – przyznaje. Ale chociaż regularnie chodzi na siłownię i ćwiczy jogę, rąbanie drewna zimą jednak ją przerastało. Teraz ma piec na pellet, wszystko jest zautomatyzowane. Zasobnik jednak znajduje dość wysoko, worek z pelletem waży 15 kilogramów, a ona jest drobna i niska. – Nie jest łatwo, ale jakoś sobie radzę bez pomocy. Choć czasem trudno oderwać worek od podłogi, na przykład, kiedy przychodzą te gorsze dni w miesiącu – mówi. To wszystko jednak nic w porównaniu z remontem stuletniego warmińskiego domu, w którym przed Martyną przez 11 lat nikt nie mieszkał. – Nie zamierzałam w nim żyć, traktowałam go raczej jako inwestycję na przyszłość. Kiedy jednak właściciele leśniczówki, którą wynajmowałam, dali mi miesiąc na wyprowadzkę, uznałam, że pieniądze, które miałabym wydać na kolejny wynajem, zainwestuję w swoje miejsce – opowiada. Poprzednia właścicielka korzystała tylko z holu, kuchni i jednego pokoju. Martyna postanowiła pójść jej tropem i na początku wyremontować, choćby powierzchownie, te same pomieszczenia. Ale okazało się, że dla stuletnich murów taka kosmetyka to kropla w morzu potrzeb. Nieszczelne stare drzwi i okna uniemożliwiały nagrzanie budynku, a jedynymi źródłami ciepła były stara kuchenka i piec kaflowy. – Początki były koszmarne, mieszkałam w naprawdę fatalnych warunkach. Zimą w stojącej w przedpokoju psiej misce zamarzała woda. Kiedy teraz sobie to przypominam, nie mam pojęcia, jak dałam radę to przetrwać – przyznaje.

W remoncie pomagali jej rodzice i bracia. Rodzina mieszka jednak na Pomorzu, niemal 300 kilometrów od niej, przyjeżdżali więc na jakiś czas i znikali, a wtedy Martyna musiała sobie radzić sama. Zatrudniała, co prawda, ekipy remontowe, ale na prowincji wciąż całkiem dobrze ma się patriarchat, więc mało kto poważnie traktuje zarządzającą budową kobietę. – Kiedy był mój tata, budowlańcy zawsze zwracali się do niego, jakbym była niewidoczna. On jednak zawsze podkreślał, że o wszystkim decyduje inwestorka, że to do mnie należy ostatnie słowo – mówi. Ale kiedy zostawała sama i zwracała uwagę wykonawcom, że coś źle robią, mało kto przejmował się jej uwagami. – Położono mi odwrotnie folię kubełkową. Od początku miałam wrażenie, że coś jest nie tak, ale nikt mnie słuchał do czasu, aż znalazłam specyfikację tej folii i podparłam się dowodami. Wielu rzeczy jednak nie mogłam wyegzekwować w żaden sposób, co rodziło we mnie mnóstwo frustracji. Płytki niestykające się krawędziami czy nierówno zamontowane okna początkowo doprowadzały mnie do szału, ale teraz, kiedy mieszkam tu już osiem lat, zupełnie takich detali nie widzę – przyznaje. By oszczędzić sobie nerwów i pieniędzy, wiele prac wykonywała sama. Własnoręcznie skuła młotkiem tynki, a kiedy robiła wróblówkę, przecięła sobie udo szlifierką.

– Mam kilka blizn poremontowych. I są to również blizny psychiczne, bo przedłużające się prace potrafią człowieka zdołować. Po czterech latach w generalnym remoncie znalazłam się na skraju depresji – przyznaje. Aż trudno uwierzyć, że nigdy nie żałowała swojej decyzji, nie pomyślała o tym, że w mieście byłoby jej o wiele łatwiej. – Tyle osób mi mówiło, że nie dam rady, że samotne życie na wsi to głupi pomysł – że sama przed sobą nie przyznałabym się do tego, że czasami faktycznie miałam dość. Chyba jestem zbyt uparta, poza tym wieś dużo mi jednak daje. Zawsze byłam bardzo pobudzona, a tu pierwszy raz odnalazłam jakiś spokój wewnętrzny. Za miastem czas naprawdę płynie wolniej. Kiedy teraz latem kopię w ogródku albo idę na spacer z psem po okolicy, czuję się znów jak mała dziewczynka na wakacjach u babci, zapominam o tej całej odpowiedzialności, która tak bardzo nas przygniata w dorosłym życiu. I to jest bezcenne – mówi.

Czytaj także: Wolniej znaczy lepiej. Może pora przestawić się na tryb slow?

Ten obcy

To niesamowite, że przeprowadzając się w zupełnie obce miejsce, można się poczuć jak u siebie. – Prawda jednak jest taka, że migracja do odległych, odludnych miejsc wiąże się z wykorzenieniem, bo często rodzice, rodzeństwo i dotychczasowi przyjaciele zostają w mieście. Trzeba więc całą sieć społeczną budować od zera i to w wieku, kiedy zaprzyjaźnianie się nie przychodzi nam już tak łatwo jak dawniej – zauważa Alicja Dolińska.

Martyna przyznaje, że na początku na wsi czuła się obco. – Pracuję w męskim środowisku. W nadleśnictwie, do którego zostałam przyjęta na staż, byłam pierwszą i długo jedyną kobietą pracującą w terenie. A do tego singielką. Koledzy przyjęli mnie, co prawda, bardzo dobrze, ale były to relacje czysto zawodowe. Spotkania po pracy nie wchodziły w grę, bo żony i partnerki kolegów potrzebowały czasu, by przekonać się, że nie mam złych zamiarów i nie przyjechałam tu szukać męża. Przez pierwszy rok wracałam więc z pracy do pustego mieszkania – wspomina. Szybko jednak ten wolny czas zagospodarowała. – Nie siedzę bezczynnie, robię mnóstwo rzeczy. Staram się trzy razy w tygodniu chodzić na siłownię, a raz w tygodniu na jogę. Spełniłam swoje marzenie i nauczyłam się grać na sygnałówce, przy okazji poznając fantastycznych ludzi z zespołu. W zeszłym roku zapisałam się na zajęcia z malarstwa, na które chodzę do dziś – mówi. I przyznaje, że na prowincji bardziej niż samotne wieczory przeszkadza jej nadmierne zainteresowanie. – Nie wiedziałam, że moje życie może być dla kogoś tak ciekawe. Kiedy w czasie remontu domu na pewien czas wprowadził się do mnie mój brat, który mi pomagał, we wsi szeptano, że u leśniczowej mieszka jakiś chłopak. W mieście byłam kompletnie anonimowa, a tu nagle w pewnym sensie stałam się osobą publiczną. Przyszłam z zewnątrz, żyję na odludziu, jestem sama, bez dzieci, bez partnera. Niby mam świadomość, że dla ludzi to może być w jakiś sposób intrygujące, ale kiedy w sklepie obcy mężczyzna gratuluje mi udanego remontu domu, to jestem przerażona, bo nie znam tego człowieka, a on ewidentnie wie, gdzie mieszkam – wyznaje.

Badająca zjawisko migracji z miast na wieś Alicja Dolińska przyznaje, że nowo przybyli wzbudzają ciekawość stałych mieszkańców. – Bywa, że między autochtonami a przybyszami dochodzi do konfliktów interesów – mówi. Na przykład pierwsi chcą rozwoju, asfaltowych dróg i latarni, a drudzy walczą o zachowanie dzikości terenów, które właśnie z tego powodu wybrali do życia. Albo odwrotnie: rdzenni mieszkańcy nie chcą zmian, a przybysze z miasta przenoszą na wieś swoje zwyczaje i oczekiwania. Przeszkadza im pianie kogutów, zapach obornika, towarzyszące koniom i krowom wszechobecne muchy. Budują hotele, walczą o rozwój sieci wodociągowej, kanalizacyjnej czy światłowodowej. – Zdecydowana większość migrantów to ludzie dobrze wykształceni i rzutcy, z bogatym doświadczeniem zawodowym, erudycją i umiejętnością forsowania własnych racji. Ale nawet kiedy działają w słusznej sprawie, często spotykają się z oporem lokalnej społeczności – mówi.

Skąd ta niechęć? – Duża aktywność migrantów z miast może powodować niższą samoocenę dotychczasowych mieszkańców, co skutkuje ich negatywnym nastawieniem wobec jakichkolwiek zmian, niechęcią do przybyszy, a nawet wrogością – tłumaczy badaczka.Z danych przytoczonych przez socjolożkę Małgorzatę Budytę-Budzyńską wynika, że nowi osadnicy, choć podejmują próby integracji, które często kończą się sukcesem, przede wszystkim funkcjonują w ramach swojej sieci społecznej.

Kamil i Milena pierwszy raz w Beskidzie poczuli się częścią większej społeczności, kiedy dołączyli do grupy teatralnej. Ewie nowych znajomych podpowiadał algorytm. – Szukałam na Instagramie ludzi, którzy tak jak my podjęli się remontu starej, mazurskiej chałupy. Okazało się, że takich osób w naszym rejonie jest mnóstwo. Założyłam więc w mediach społecznościowych grupę Mazurscy Ruinersi, do której należy już prawie 2,5 tysiąca osób – mówi. I dodaje, że z wieloma z nich spotyka się nie tylko online, ale też w realu. Dołączają do nich również ludzie z innych regionów Polski, dlatego Ewa do nazwy grupy dodała człon „& Friends”. Ale czasem nowych przyjaciół na prowincji spotyka się przypadkiem. To oczywiście trudniejsze niż w zatłoczonym mieście, zdarza się jednak, że kurier przez przypadek zostawi czyjąś paczkę albo z braku wolnych miejsc ktoś dosiądzie się do naszego stolika w restauracji. – Warto wykorzystywać sytuacje, które podsuwa nam los, zagadywać, pytać, prosić o radę.

Z natury jestem dość otwarta, ale w Warszawie nie byłam aż tak odważna. Myślę, że ta śmiałość w przełamywaniu bariery obcości wynika z tego, że jestem tu nowa. Nie mam przecież nic do stracenia, mogę tylko zyskać – mówi Ewa.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE