1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Przeprowadzka na wieś – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

Przeprowadzka na wieś – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

Dom na wsi, blisko natury, w nim tylko ty. Kto o tym nie marzy? (Fot. iStock)
Dom na wsi, blisko natury, w nim tylko ty. Kto o tym nie marzy? (Fot. iStock)
Pójść za głosem serca i wyprowadzić się z wielkiego miasta na wieś. Kto z nas, choć przez chwilę, o tym nie marzył? Katarzyna Droga sprawdziła, jak wieś wygląda w praktyce. Co przeżyła, opisała z wnikliwością badacza. Czym zaskoczyły ją trzy kwartały spędzone w sielskim raju? 

Wyjechać na wieś! Marzenie pielęgnowane od lat stało się możliwe. Dom na wsi, blisko natury, w nim ja: nie na weekend po pokonaniu korków, nie na wyszarpany urlop w lecie. Na stałe! Kawa na tarasie z widokiem na łąki. Ogród, w nim moje psy, szczęśliwe i swobodne. To w lecie, a zimą kominek, biało i mroźno za oknem, kuligi z pochodniami, biegówki. Dzielę czas na pisanie i czytanie książek, pichcenie smakołyków, życie rodzinne na wsi spokojnej i wesołej. Tak miało być.

Co się stało z czasem?

Budzik wprawdzie nie dzwoni, ale znakomicie zastępują go psy. W mieście ospałe aż do  porannego spaceru, tu nagle ożywione od świtu z szaleństwem w głosie alarmują, że koty atakują ogród. Jazgot okropny, wtórują im sąsiedzkie, ruszają traktory. Łoskot na dachu – to wrony. Stukają dziobami, pazurami, po co? Nie wiadomo, ale jakby walił w blachę grad. Wstaję wcześniej niż w mieście. Nie szkodzi, kawa z widokiem na rozlewiska pomaga i  dobrze zacząć pracę o poranku.

Biurko i laptop czekają. Miejsce pracy zgodnie z zaleceniami feng shui: urządzone w bibliotece na pięterku, tam gdzie książki i atmosfera, dobre światło, widok na drogę. Skupienie trwa chwilę. Motory, krowy na łąki, dzieci do szkoły, sąsiadka do sklepu, znów w towarzystwie psiego ujadania, jakby wieś atakowali terroryści. Moje własne przybiegają z żądaniem, żeby wypuścić je na dwór, wpuścić, wypuścić... Więc góra – dół, schody – biurko, za chwilę znowu dół, bo ktoś puka, trudno. Przenoszę swoje miejsce pracy do kuchni. Tu mam wszędzie blisko – i do garów, i do drzwi. Jak się okazuje, w kuchni także najcieplej. Skupimy się i do roboty, muszę przecież napisać ten właśnie tekst o życiu na wsi… Mija nawet kwadrans, ale: do sklepu trzeba skoczyć przed dziesiątą, bo potem już nie ma pieczywa, a sklep jest tylko jeden. Potem czyhanie na listonosza –  żeby wysłać listy, bo nie ma tu poczty. Tak samo ze śmieciarzami: przegapisz ich, nie wezmą twojego kubła. Zagląda ktoś życzliwy z pytaniem, czy nie chcę jajek i ryb, świeżo złowione. Jakim cudem zrobiła się dwunasta?

Dziwy i tajemnice

Dom po rodzicach, z historią, z dobrą energią. Wiadomo, że ma swoje tajemnice, albumy, zapiski pełne wspomnień. Ma też inne sekrety: słabo pojemne szambo, dziury w okiennicach, stary dymiący piec. Przy używaniu wody po miejsku, na bogato (ot: pranie, prysznic, zmywanie) szambo odbija zawartość do piwnicy... nic przyjemnego, sprzątanie konieczne, mało romantyczne i obnaża następne niespodzianki: gniazda myszy w spiżarni. Hanna Banaszak kiedyś śpiewała o myszce: „nigdy nie mówię jej a kysz!”. Zapewniam: kobieta nigdy nie mieszkała na wsi. Z humanistki zmieniasz się w mordercę; łapki na myszy, okrutne myśli o truciźnie i tak dalej. Ostatecznie to samoobrona. Pies Kleks, terier, triumfuje: upolował trzy, zabił, ale myszy nie jada… Kremacja? Brr.

Dom kochany, ale jest siedzibą starą, co oznacza nieustający remont, bo zdarła się podłoga, odpadają elewacja i drzwiczki w meblach kuchennych. Do tego na wsi co raz zabierają prąd. Nagle nie ma i już. Oczywiście wtedy, kiedy udaje się stworzyć kilka słów i nie zapisać pracy. Dzwonię do elektrowni. Planowe zawieszenie dostawy. Czemu? No planowe, praca na sieci energetycznej. Ile czasu? Do 16. Sześć godzin aż? To „tylko”, nie „aż”, proszę pani… Cóż, przynajmniej jest dobry pretekst, żeby nareszcie wystawić gębę do słońca, może odwiedzić kuzynkę na obiecaną kawę? O relacje sąsiedzkie trzeba na wsi dbać. W naszym brzegu wsi (tak się mówi) jest sześć domów. Takie trochę większe Bullerbyn. Trudno, żeby wszyscy się nie znali. Trudno, żeby wszyscy się kochali. I nic nie umknie oczom sąsiadów, a pytań nie owijają w bawełnę. „A czemu światło palisz do  pierwszej w nocy, coś piszesz, a co?”, „Goście byli, rejestracja zagraniczna, to kto?”. Medal ma drugą stronę: wpadasz w zaspę autem – lecą pomóc, robią wykopki – przywożą ci worek ziemniaków, drzewa z lasu trzeba – będzie. Są kochani, pomogą nawet wydobyć się z błota, o czym za chwilę.

Jesień obrodziła

Jakakolwiek by była pora roku, zawsze jest coś, co trzeba zrobić bez zwłoki: zerwać owoce, bo ptaki zrobią to pierwsze, zagospodarować dary ogrodu, bo się zmarnują, a szkoda: ekologiczne, i „własne”. Pokutuje tu mit, że własne najlepsze i  własne trzeba mieć. Jeśli to akurat jesień, to śliwki, jabłka, gruszki, winogrona. Po cholerę moi przodkowie tyle tego zasadzili? Rozczulali się nad młodymi sadzonkami, a ja mam drzewa jak baobaby i gęsty sad.

Słoiki, słoiki, pełne ręce roboty, wstyd w takim wypadku konfitury kupować, tu zresztą nawet warzyw w sklepie nie ma, no bo każdy ma własne. Tylko laptop zamknięty i tekst zapomniany. Piękna złota jesień? No to grzyby sypnęły. Do lasu najlepiej o świcie, razem ze słońcem, tak prawią tutejsi. Wpada potem ciotka na weryfikację, czy mieszczuchy nie przyniosły trujaków. Jest nieźle, tylko kilka szatanów nie przechodzi testu prawdy, w dodatku dostaję przepisy, jak się robi prawdziwe marynaty… Południe dawno minęło, ręce czarne od maślaków, do tego mamy atak much. Jesień słoneczna, polska, to się mnożą. A jeśli deszczowa, szaro-bura, tak zwana butelkowa, to mokro i błotno. Ludzie w butach, a psy w łapach wchodzą do mojej czystej kuchni. Jakże niepraktyczny jest na wsi biały pies! Kleks zamienił się z foksteriera trzech kolorów (czarny-brązowy-biały) w jednolitego szaraka. Bury kundel Puszek lepiej się sprawdza. Trudno, przyjdzie zima i śnieg, będzie czysto. Wtedy siłą rzeczy będę miała więcej czasu dla siebie, napiszę te artykuły i powieści. Dzień krótki jesienią, kominek, o ile nie dymi, wszystko wynagradza.

Zimowa bajka

Zimą jest zimno i wszędzie daleko. Niesamowita cisza, święta nastrojowe jak nigdy w mieście. Ale o poranku konieczne palenie w centralnym, piec stary ma swoje humory. We frywolnym szlafroczku albo jasnych dresikach do niego nie podchodź, konieczny łach Kopciuszka, bo sadze, węgiel i trzeba szybko, przez noc dom mocno się wyziębia. Każde nowoczesne ogrzewanie jest dużo droższe, a przecież miało być oszczędniej. Napalone, ale piec dymi. Siwy dym w całym domu, trzeba wietrzyć, firany czarne, ściany zapomniały, że były białe, nawet na naczyniach osiadł lepki kurz. W końcu jednak sytuacja opanowana. Smogu za to nie mamy, dym trochę szczypie w oczy, ale grunt, że to nie czad.

W chałupie ciepło, za oknem mróz… Łąki  zamieniły się w lodowiska, sceneria baśniowa, spacer konieczny. Jest cudownie do chwili, kiedy na gładkim lodzie zaliczam wywrotkę, wpadam w przerębel, na szczęście płytko, ale boleśnie tłukę ramię. Ręka na temblaku, przeziębienie, trzeba jechać do miasta. Ale jak? Śnieg biały zasypał drogi. Sam wyjazd z posesji to katorga. Dotarcie do głównych dróg po ślizgawicy zwanej szklanką wymaga odwagi za kółkiem, za to jest okazja, aby się umalować i ubrać w coś innego niż pikowane grube kurtki i ciężkie buciory.

Miała rację moja tutejsza przyjaciółka, uprzedzając, że codziennego mycia głowy nie będzie. No bo zimno i to bieganie do kotłowni, a jak już ciepło, to gorąca woda w bojlerze reglamentowana. Niemniej ruszamy, do miasta przybywam odmieniona, w wersji wyjściowej, W tramwaju patrzę na rzekę aut za oknem, jednak wolę swoją Narew. Ludzie tak jakoś dziwnie na mnie spoglądają. No tak. Moja kurtka i torebka nabrały zapachu oscypka od dymu z pieca. Teraz sama to czuję. Śmierdzę jak wędzonka, jednak nie tak jak te spaliny.

Wiosna pełna nadziei

I błota. Zupełnie jak w Serbinowie, jeśli ktoś pamięta „Noce i dnie”. Grzęzły im w błocie powozy, fury i konie, nam grzęźnie samochód po felgi, kuzyn wprawdzie wyciąga go traktorem, ale ogród przypomina okopy wojenne, auto odmawia współpracy. Teraz dopiero widzę, jak dobrze mieć sąsiada i mieszkać w małym Bullerbyn. Twój kłopot to nasz kłopot: jeden kuzyn cię zawozi, drugi holuje, trzeci przywozi. Z ludźmi nie zginiesz, samotność nam tu nie grozi, zadbają o to ludzie i zwierzaki. Bo oto chętnych do zamieszkania z nami coraz więcej.

O miskę wsparcia co dzień pyta czarny piesek podrzutek. Od kilku tygodni mieszka u nas kot podróżnik, który znalazł tu przystań, więc dostał imię Odysek. Mam nadzieję, że po kociemu ogarnie temat myszy i to będzie humanitarne, raczej naturalne, rozwiązanie. Bociany przyleciały, gniazdo mamy przy samym domu, kochają się niedyskretnie i klekocą, ale wkrótce będą pisklęta! Narew wylała obficie i łąki zmieniły się w jeziora, choć woda w ogrodzie podchodzi pod piwnice, jest pięknie. Dobrze zrobiłam, idąc za głosem serca, upewniam się z każdym świeżym wiosennym powiewem.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Lekarstwo i choroba są w nas – co mówi buddyzm na temat samouzdrawiania?

Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. (Fot. iStock)
Chorujemy, kiedy tracimy prawdziwy kontakt z samym sobą – tłumaczy Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu, założyciel i duchowy przewodnik Instytutu Ligmincza, autor książki „Prawdziwe źródło uzdrowienia”. W rozmowie z Katarzyną Kazimierowską wyjaśnia, że lekarstwo na ból, tak jak i sam ból, jest już w nas.

Jak pan rozumie ból, cierpienie? Bo to o cierpieniu jest właśnie pana książka.
Ból może być objawem fizycznej choroby, a może być też reakcją na to, że nasze uczucia są zablokowane, bo nie mamy szansy siebie wyrazić. Z perspektywy filozofii, ale też religii – ból to manifestacja braku połączenia z samym sobą. Jeśli jesteśmy w pełni świadomi siebie, mamy poczucie wewnętrznej realizacji, to ból nie pojawi się, nie uderzy.

Co to znaczy, że możemy zerwać połączenie z samym sobą, utracić kontakt? W czym to się przejawia?
Jako ludzie stoimy wszyscy przed jednym pytaniem, a przynajmniej wydaje nam się, że przed nim stoimy. To pytanie dotyczy szczęścia, bo przecież wszyscy go szukamy. Ludzie próbują znaleźć je w związkach, w bogactwie, w pięknie, w przedmiotach – nigdy w sobie samych, zawsze gdzie indziej. Zapominają, że równowaga nie płynie z zewnątrz, tylko ze środka. To wewnętrzne piękno, bogactwo nazywam wewnętrznym źródłem. Kiedy nie korzystamy z naszych zasobów, kiedy o nich zapominamy, wtedy tracimy kontakt ze sobą, z naszą duszą. W efekcie nie czujemy się pewnie sami ze sobą, nie mamy poczucia stałości i bezpieczeństwa w pracy czy relacji z drugą osobą. Jeśli ponownie połączymy się z naszą duszą, odzyskamy siebie, naszą stabilność.

Co odciąga nas od tego wewnętrznego źródła?
Na pewno kultura, w jakiej żyjemy, która bardzo koncentruje się na świecie materialnym. Nawet duchowość stała się bardzo materialistyczna, wiąże się z siłą, władzą, kontrolą i bogactwem. Nie tylko na Zachodzie tak się dzieje. Także na Wschodzie rozumienie duchowości, jej waga zmieniły się na niekorzyść. Wiąże się to z tym, że coraz rzadziej korzystamy z tradycyjnego wsparcia, jakie zawsze dawali nam mentorzy, nauczyciele, przyjaciele, ludzie, których obdarzaliśmy zaufaniem.

Pisze pan, że to również wina fałszywych tożsamości, jakie często nieświadomie przyjmujemy. Jak odróżnić fałszywą tożsamość od prawdziwej?
To głęboki filozoficzny koncept, który spróbuję wyjaśnić w jak najprostszy sposób. Kiedy jesteś całkowicie sobą, nic nie może cię dotknąć, wpłynąć na ciebie. Ale kiedy próbujesz być kimś innym, wtedy to wymaga od ciebie ogromnego nakładu energii i pracy nad utrzymaniem tej innej tożsamości. Jedno kłamstwo pociąga kolejne, bo musisz wkładać wiele wysiłku w to, by utrzymać, obronić i uwiarygodnić to pierwsze. A te kłamstwa nie tyle dotykają ciebie, co wszystkich dookoła.

Dziś mówi się o epidemii depresji. Jakie są jej źródła według pana?
Myślę, że depresja historycznie zawsze była obecna w społeczeństwie i w jednostkach, z różnych powodów, ale dziś poziom jej intensywności jest dużo wyższy. Jedną z przyczyn może być to, że ludzie są bardziej zagubieni i zmęczeni – nie tylko szukaniem drogi wyjścia, ale też niewiedzą o tym, czego szukają. Są także zmęczeni różnymi bodźcami, które non stop wysyła świat zewnętrzny. Kolorowe magazyny bez przerwy podpowiadają, jaką markę samochodu kupić, żeby poczuć się lepiej, jak wyglądać, kogo przypominać, jak żyć i w jakim otoczeniu. Ale nikt nie mówi, że to ty sam jesteś bogactwem, ty jesteś pięknem. Kiedy spojrzymy trzeźwym okiem na nasze wyimaginowane potrzeby, to okaże się, że nie stać nas na taki samochód czy dom i nie możemy wyglądać jak ktoś inny, bo przecież jesteśmy sobą. Ci wszyscy, którzy próbują mieć to co inni, wyglądać jak inni, być jak inni, byle być lepszymi, są w beznadziejnej sytuacji.

Jak się uleczyć? Wspomina pan, że ważne jest otwarcie na ból, na trudne emocje, także na cierpienie.
Trudno jest zaprosić do siebie ból, ale przecież on już w nas jest, po prostu ignorujemy jego obecność. Dlatego zawsze powtarzam: jeśli masz z kimś trudną relację, nie ignoruj tego, działaj, bo to może być ostatnia szansa na rozwiązanie czegoś, naprawienie. Zaakceptuj ten problem, dostrzeż go, pogódź się z tym, bo wtedy właśnie go uwalniasz. Wyzwalasz się z tego.

Namawia pan do bliższego i częstszego kontaktu z przyrodą. Mieszkańcy dużych miast mają trochę utrudnione zadanie.
Jeśli dla kogoś priorytetem jest kontakt z naturą, to nie będzie szukał wymówki. Gdy byłem kiedyś w Arizonie, spotkałem człowieka z Szanghaju. Przebył długą drogę tylko po to, by zobaczyć Wielki Kanion i przez pięć dni wędrować po okolicy. Czyli można. Natura jest święta, drzewa są święte, ziemia jest święta. Mój przyjaciel zawsze opiera swój rower o drzewo, zamiast przypinać go do barierki – mówi, że drzewa lepiej zadbają o jego rower, bardziej im ufa.

Jest pan też zwolennikiem... nicnierobienia.
Kiedy ktoś nas pyta, co robimy, a my odpowiadamy: „nic” – zwykle spotykamy się z ogromnym zaskoczeniem. Za to jeśli mówimy, że jesteśmy bardzo zajęci, odpowiedź spotyka się z aprobatą – wszyscy zgadzają się, że kiedy coś robimy, możemy uznać swoje życie za dobre i wartościowe. Ludzie nie doceniają prawdziwej wartości nicnierobienia. Mówiąc „nicnierobienie”, mam na myśli bycie spokojnym, wyciszonym, ale też niewykonywanie żadnej aktywności. Chodzi o to, żeby nic nie robić i naprawdę się tym cieszyć, dać sobie prawo do wyciszenia, ucieczki od szumu, który nas otacza. Dopiero wtedy mamy szansę usłyszeć siebie. Pójdźmy do kawiarni i napijmy się kawy w samotności, w spokoju, i po prostu przeżyjmy dobry dzień.

Ludzie nie cenią zwykłych rzeczy, bo uważają, że istnieją jedynie poprzez innych, są widzialni tylko poprzez uwarunkowania towarzyskie. A nasze prawdziwe „ja” objawia się w ciszy i spokoju, dopiero wtedy jesteśmy w stanie wejść w to bycie, kiedy nasz umysł jest otwarty, ale niebodźcowany w sytuacjach towarzyskich czy społecznych. A tak wygląda na co dzień nasze życie. Ludzie jadą na wakacje, by nic nie robić i odpocząć, ale są tak zestresowani tą sytuacją, że zachowują się tak jak zawsze, czyli gonią od jednej atrakcji do drugiej.

W swojej książce pisze pan o tzw. trzech cennych pigułkach. To cisza, przestrzeń i bezruch.
Odczucie bezruchu ciała to drzwi do wewnętrznej przestrzeni. Dzięki połączeniu się z ciszą łączymy się z głębszym odczuciem spokoju i spełnienia. A poprzez doświadczenie przestrzeni otwieramy drzwi wewnętrznego ciepła i radości, wewnętrznego schronienia, czyli schronienia bezwarunkowego. Nie jesteśmy naszym ciałem. Gdy dotyka nas ból, to dotyka on naszego ciała, nie przestrzeni w środku nas. A właśnie tej przestrzeni w nas każdy potrzebuje i każdy ją ma. Na pewno warto jak najczęściej zażywać trzy pigułki, ale wystarczy też po prostu usiąść na 10–15 minut, zwłaszcza wtedy, kiedy czujemy, że się zgubiliśmy i potrzebujemy pomocy. Pamiętajmy, że zawsze możemy sami sobie pomóc, bo wszystko, czego potrzebujemy, jest już w nas.

Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.Fot. materiały prasowe z Kursu organizowanego w Polsce w 2016 roku przez Ośrodek Cziamma Ling.

Tenzin Wangyal Rinpocze, mistrz tradycji bon, rdzennej religii Tybetu. Założyciel i dyrektor Instytutu Ligmincza. W Polsce jego uczniowie skupieni są w Związku Garuda. Autor m.in. „Cudów naturalnego umysłu“, „Przebudzenia świętego ciała“ i „Prawdziwego źródła uzdrowienia”.

Poniżej wykład mistrza Rinpocze na temat spontanicznej kreatywności:

  1. Psychologia

Biohacking – na czym to polega?

Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking polega na hakowaniu, czyli modyfikowaniu biologii ludzkiego organizmu. Tak jak hakerzy hakują komputery, czyli modyfikują ich oprogramowanie, biohakerzy hakują biologię swoich organizmów.

Sposób pojmowania biohakera biologii swojego ciała cechuje myślenie systemowe, wywodzące się z cybernetyki, które polega na analizie i obserwacji wzajemnego oddziaływania na siebie różnych systemów. Biohakerzy przyglądają się między innymi temu, jak działają poszczególne części organizmu jako współdziałające minisystemy. Analizują i obserwują organizm jako system naczyń połączonych, a następnie wprowadzają odpowiednie modyfikacje, aby uzyskać pożądany efekt.

Człowiek funkcjonuje najlepiej, gdy pozostaje w harmonijnym związku ze swoim otoczeniem. Przez myślenie systemowe możemy zrozumieć, w jaki sposób ludzie są zależni od różnych czynników środowiskowych. Biohakerzy z założenia traktują swoje organizmy, jak by były maszynami. A jak wiadomo, maszyny można modyfikować i ulepszać. Gdy odkryjesz, jak coś działa, z łatwością możesz to zmienić. Tak naprawdę w pewien sposób działamy podobnie do maszyn – jesteśmy istotami programowalnymi. Co ważniejsze, jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią programować się same. Co oznacza, że każde zachowanie regularnie praktykowane po pewnym czasie staje się automatycznym programem.

Potrafimy ustawiać celowo wymyślone, zautomatyzowane programy, które odpowiadają za wykonywanie nudnych czynności, uwalniając nasz umysł dla innych, bardziej interesujących i kreatywnych zajęć.

Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Osoby obcujące na co dzień z technologią doskonale znają tę regułę. Oznacza ona, że jeśli do poprawnie działającego programu komputerowego wprowadzimy dane niskiej jakości, to w konsekwencji ich przetworzenia program zwróci nam bezwartościowe wnioski lub w ogóle nie będzie w stanie przetworzyć danych i się zawiesi. I dokładnie tak samo jest z naszym organizmem. To, na jakie bodźce go wystawiamy (czynniki środowiskowe), oraz to, co do niego wkładamy, powoduje szereg reakcji biochemicznych, które odpowiadają za to, jak się czujemy, wyglądamy i funkcjonujemy.

Od tego, co wkładasz do swojego organizmu, zależy to:

  • jak się czujesz,
  • ile masz energii,
  • jak zdrowy jesteś,
  • jak wyglądasz,
  • jakie uzyskujesz efekty we wszystkich obszarach życia.

Jeśli jeszcze nie wierzysz mi do końca, to wyobraź sobie, że budzisz się nad ranem półprzytomny po całonocnej imprezie i w takim stanie masz iść na trening, a potem do pracy. Stan biochemiczny twojego organizmu nie pozwoli ci optymalnie myśleć, nie mówiąc już o działaniu i rezultatach.

Chcesz czuć się lepiej? Chcesz mieć więcej energii? Chcesz wyglądać lepiej? Chcesz być szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały? Chcesz regenerować się szybciej? Chcesz zwiększyć swoją odporność na stres? Chcesz nauczyć się zarządzać emocjami? Chcesz mieć szybszy umysł? Lepszą pamięć i koncentrację? Chcesz lepszego seksu? Chcesz stać się efektywniejszym człowiekiem? Zacznij więc optymalizować swoje życie na podstawie skutecznej, potwierdzonej badaniami naukowymi filozofii optymalizacji zdrowia i zwiększania efektywności psychofizycznej.

Jednak zanim to zrobisz, potrzebujesz odpowiedniej wiedzy: w jaki sposób najpierw naprawić, a następne podkręcić wszystkie podzespoły organizmu, aby twoje ciało mogło zacząć pracować na maksymalnych obrotach, umożliwiając ci wykorzystanie pełnego potencjału. Nie mając takiej wiedzy, możesz coś zepsuć i twój organizm przestanie prawidłowo działać. Pamiętaj, wszystkie działania powinny być wykonywane delikatnie i rozważnie, żeby niczego nie uszkodzić.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Psychologia

Są ludzie, którzy wysysają z nas całą energię…

Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Po spotkaniach z wampirami energetycznymi czujemy się puści, zlęknieni, niezadowoleni. Niby wszystko jest ok, ale jednak towarzyszy nam to negatywne uczucie.

Każdy ma w sobie pewien wewnętrzny spokój lub jego brak. Przebywając z jakąś osobą odczuwamy (czasem nieświadomie) jej emocje. Jeżeli ktoś sam się źle czuje ze sobą, to często bycie w jego towarzystwie też jest nieprzyjemne. Może byłaś na spotkaniu z osobą, która jest po prostu bardzo nieszczęśliwa.

  • Czasami spotykamy się z kimś, kto nam psuje nastrój lub sprawia, że czujemy się wewnętrznie ciężko, a jednak wciąż utrzymujemy kontakt z takimi osobami, bo nauczyliśmy się bagatelizować te uczucia w sobie i tym samym poświęcamy siebie.
  • Jeżeli ktoś sprawia, że czujesz wewnętrzny dyskom- fort po spotkaniach, to po prostu nie spotykaj się z tą osobą i wybierz inny sposób spędzenia wolnego czasu.
  • Jesteśmy też otoczeni ludźmi, którzy nie czują się spełnieni i są zazdrośni o innych ludzi – za ich wygląd, za sylwetkę, za życie uczuciowe i stan majątkowy, za karierę i zdrowie. Wtedy to, co zaczynamy odczuwać jest ich zazdrością.
  • Często tacy ludzie wyolbrzymiają sobie to, co mamy, snują przekonanie, że dostaliśmy to i owo za darmo, że mamy więcej, lepiej, że mamy szczęście. Często uśmiechają się do nas, ale wewnątrz nich jest złość i zawiść.
  • Zastanów się też, jak się czujesz przed spotkaniem z taką osobą. Może nie chcesz się spotkać, masz złe przeczucia lub niechęć, ale racjonalizujesz sytuację i poddajesz się.
  • Trzeba umieć powiedzieć: „Nie!”.
  • Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości.
  • Może też być tak, że z taką osobą dobrze dogadujesz się jedynie po alkoholu? Albo innych używkach? A na trzeźwo nie macie o czym rozmawiać? To też jest oznaka toksycznej relacji.
  • Są osoby nastawione tylko na branie. Spotykają się niby towarzysko, ale pod tym zawsze kryje się interes. Tacy ludzie mają w głowie: „Co ona może dla mnie zrobić?”. Wówczas całe spotkanie zmierza do tego, żeby stworzyć intymną relację i wreszcie porozmawiać o interesach. Taka osoba może cię słuchać, komplementować, śmiać się z twoich historii, ale wciąż czeka na moment, kiedy będzie mogła opowiedzieć, czego potrzebuje. Po takim spotkaniu czujesz się dziwnie, niby było dobrze, a jednak masz w sobie niesmak i zmęczenie. Trzeba słuchać swoich uczuć. Nawet jeżeli taka osoba nosi perfekcyjne maski, to ty będziesz czuć, że coś jest nie tak.
  • Są kolory, które utrudniają drugiej osobie pochłania- nie energii. Jest to złoto, srebro, czerwień i wszystko, co się świeci. Wtedy masz taką barierę ochronną i możesz czuć się mniej zjedzona po takim spotkaniu.
  • Często osoby zbyt otwarte, zbyt szczere i wrażliwe mogą po prostu zasilać osobę, która daje mniej i wykorzystuje fakt, że ktoś jest dobry i przyjacielski.
  • Zastanów się, komu opowiadać o swoich sprawach i sekretach. Nie każdy jest osobą, która ma dobre serce i będzie odwzajemniała taką inwestycję.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. Rozmawiją: Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

Katarzyna: Spotkałam się ostatnio ze znajomym, którego nie znałam zbyt dobrze, ale jednak lubiłam go. Zrobił na mnie kiedyś dobre wrażenie, wręcz byłam oczarowana jego energią, pozytywnym nastawieniem, sposobem bycia, poczuciem humoru i w ogóle aurą, jaką wokół siebie roztaczał.
Nastawiłam się więc na kolejne spotkanie bardzo pozytyw- nie, dużo po nim oczekiwałam. Gdy do niego doszło, kolega rzeczywiście był miły, wesoły i przyjemny, ale jednak mnie rozczarował. Opowiadał mnóstwo niestworzonych historii, gadał wręcz totalne głupoty. Stało się tak, że po spotkaniu z nim czułam się kompletnie przemęczona, wyssał ze mnie całą energię i doszłam do wniosku, że nie chcę więcej się z nim widzieć. U mnie to jest bardzo rzadkie.

Suzan: Co się w takim razie stało?

Katarzyna: Jest takie mądre powiedzenie: „Jeżeli chcesz mieć zepsute życie, miej oczekiwania”. Tak było w tym przypadku. Nastawiłam się niepotrzebnie. Człowiek mądry wie, że nigdy nie wie, co się zdarzy.

Suzan: A jakie miałaś oczekiwania?

Katarzyna: Że będzie super. Że jest interesującym człowiekiem i zadba o to, by było fajnie i wesoło. Rzeczywiście, w jakimś stopniu o to dbał, ale stało się też coś takiego, że nie miałam ochoty więcej się z nim spotkać. Dla mnie to jest nawet trudne do wyjaśnienia, bo nie zdarza mi się często.

Muszę tutaj też zaznaczyć, że to było spotkanie bardziej biznesowe niż przyjacielskie. Kolacja była dosyć rozbudowana, za- mówiliśmy dużo rzeczy. Byliśmy we trójkę i nagle ten znajomy oznajmił, że musi pilnie wyjść, bo ma coś ważnego do załatwienia. Wybiegł z restauracji, nie płacąc nawet za siebie rachunku.

Byłam rozczarowana. Poczułam się tak, jakby przyjechał co najmniej Brad Pitt i nie mógł nawet postawić kobiecie kotleta tylko kazał za siebie płacić, a ja w dodatku powinnam się czuć zaszczycona faktem, że mogłam uregulować rachunek wielmożnego pana.

Suzan: Rzeczywiście, to niefajna sytuacja.
Jest coś w energii ludzi. Myślę, że są ludzie, którzy są księżycem, a są tacy, którzy są słońcem.

Katarzyna: To prawda, ale nie chodzi o słońce i księżyc, a o dobro i zło. Księżyc nie jest ani zły, ani dobry, tak samo jak słońce. Istnieje dobra intencja, dobre działanie, uczciwe i szczere, ale istnieje też zła intencja, pokrętne i fałszywe działanie. Nie- którzy skrzywdzeni ludzie uważają, że należy im się nie wiadomo co, a w dodatku zapominają, że skrzywdzeni są prawie wszyscy. Nie przeszkadza im to sądzić, że ich sytuacja jest najważniejsza. Zdobywca natomiast uważa, że otoczenie ma go nosić na rękach, bo coś osiągnął więc on teraz jest najważniejszy. Alkoholik, który nie pił tydzień, myśli, że rodzina powinna go wozić w złotej karocy.

Znasz takich ludzi? Ja mnóstwo. Roszczeniowość buduje się stopniowo. Od małego. Dzieci muszą mieć zdrowe granice. Albo mają za dużo, albo za mało i wtedy wyrastają na roszczeniowych ludzi.

Suzan: Zawsze wiesz, kiedy ktoś chce od ciebie ssać energię?

Katarzyna: Nie zawsze, choć często to czuję i potrafię się wtedy wycofać, ale czasami, jak w przypadku tego kolegi ze spotkania, nie umiem tego przewidzieć.

  1. Psychologia

Co zrobić z niespełnionymi marzeniami?

Jeśli niespełnione marzenia sprzed lat ciążą ci na sercu - warto zrobić bilans. (fot. iStock)
Jeśli niespełnione marzenia sprzed lat ciążą ci na sercu - warto zrobić bilans. (fot. iStock)
Wielu duchowych nauczycieli uważa, że gdy człowiek podąża za marzeniami, żyje prawdziwie i szczęśliwie. A co, gdy tak nie jest? Zamartwiać się? A skąd! Obrać właściwą strategię!

„Dawne marzenia były dobre. Nie spełniły się, ale dobrze, że były” – to cytat z Roberta Jamesa Wallera, autora książki „Co się wydarzyło w Madison County”. Ważny i mądry, bo najgorsze, co możemy robić, to czuć się nieszczęśliwymi z  powodu niespełnionych snów. Marzenia powinny nas napędzać i cieszyć, a nie dręczyć czy niepokoić. Dlatego, jeśli czujesz, że jesteś w niewoli swojego dawnego wyobrażenia o życiu, zacznij od tego, by sprawdzić, czy to wyobrażenie nadal jest aktualne.

Dla jednych spełnieniem jest willa i jacht, dla innych podróż dookoła świata, posiadanie rodziny lub dziecka. Jeszcze inni będą zadowoleni, wiodąc proste, spokojne, nieskomplikowane życie. Są też szczęśliwcy, którzy niekoniecznie mają więcej niż inni, ale potrafią się cieszyć tym, co jest wokół nich, a także w  nich samych. A jak jest u ciebie?

Opcja pierwsza: marzenia zdezaktualizowane

Często okazuje się, że z biegiem dni i lat zmieniają się nasze priorytety, nie chcemy już być kierowcą rajdowym, ale zrobić prawo jazdy. Nie śnimy o  dalekich podróżach, tylko o wyjeździe na Mazury. Niekiedy, mimo najlepszych chęci czy starań, nie jesteśmy w stanie powziąć żadnych działań, które zbliżyłyby nas do realizacji marzeń. Czas płynie, i choć teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, to w  praktyce może się okazać, że pójście na studia aktorskie po czterdziestce jest zadaniem mało realnym albo wręcz, po podliczeniu zysków i strat, nieopłacalnym, gdy dobrze prosperujesz, także pod względem satysfakcji życiowej, w  zawodzie czy profesji, które już masz. Co wtedy?

Rozwiązanie: Czas na bilans marzeń z dzieciństwa i konfrontację z tym, co tu i  teraz. Może to, co masz, to wcale nie jest tak mało? Zdrowie, bliskich, pracę, przyjaciół? Nie każdy to ma… Może jeśli nie udało się zamieszkać w  Paryżu na stałe, lataj tam tak często, jak tylko czas i finanse pozwalają, zbieraj fotografie czy inne gadżety paryskie. Jeśli na ten moment nie możesz mieć domu z  ogródkiem, to zamiast czekać na spadek lub wygraną w  totka, urządź sobie ogródek na balkonie lub parapecie.

Opcja druga: marzenia nadal żywe

Jeśli czujesz, że twoje marzenie naprawdę jest najważniejsze dla ciebie, dlaczego wciąż pozostaje marzeniem?

Rozwiązanie: Marzenie pozostanie marzeniem, jeśli nie wyposażysz go w precyzyjny plan działania. W stwierdzenie „Podążaj za marzeniami” wpisany jest imperatyw działania – jeśli naprawdę czegoś chcesz, po prostu zacznij to robić. Potraktuj marzenie jako zadanie – podziel je na etapy i  wyznacz terminy, w których te etapy uda ci się zrealizować. Ale czy tak zaplanowane działanie to jeszcze marzenie? Tak, bliskie spełnienia! Wystarczy spojrzeć na osiągnięcia sportowców czy laureatów konkursów szopenowskich – oni do spełnienia swych snów dążyli mozolnie każdego dnia. Wizja to tylko napęd do działania, potrzebne jest jeszcze… samo działanie.