1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia
  4. >
  5. Przeprowadzka na wieś – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

Przeprowadzka na wieś – jak naprawdę wygląda wiejskie życie?

Dom na wsi, blisko natury, w nim tylko ty. Kto o tym nie marzy? (Fot. iStock)
Dom na wsi, blisko natury, w nim tylko ty. Kto o tym nie marzy? (Fot. iStock)
Pójść za głosem serca i wyprowadzić się z wielkiego miasta na wieś. Kto z nas, choć przez chwilę, o tym nie marzył? Katarzyna Droga sprawdziła, jak wieś wygląda w praktyce. Co przeżyła, opisała z wnikliwością badacza. Czym zaskoczyły ją trzy kwartały spędzone w sielskim raju? 

Wyjechać na wieś! Marzenie pielęgnowane od lat stało się możliwe. Dom na wsi, blisko natury, w nim ja: nie na weekend po pokonaniu korków, nie na wyszarpany urlop w lecie. Na stałe! Kawa na tarasie z widokiem na łąki. Ogród, w nim moje psy, szczęśliwe i swobodne. To w lecie, a zimą kominek, biało i mroźno za oknem, kuligi z pochodniami, biegówki. Dzielę czas na pisanie i czytanie książek, pichcenie smakołyków, życie rodzinne na wsi spokojnej i wesołej. Tak miało być.

Co się stało z czasem?

Budzik wprawdzie nie dzwoni, ale znakomicie zastępują go psy. W mieście ospałe aż do  porannego spaceru, tu nagle ożywione od świtu z szaleństwem w głosie alarmują, że koty atakują ogród. Jazgot okropny, wtórują im sąsiedzkie, ruszają traktory. Łoskot na dachu – to wrony. Stukają dziobami, pazurami, po co? Nie wiadomo, ale jakby walił w blachę grad. Wstaję wcześniej niż w mieście. Nie szkodzi, kawa z widokiem na rozlewiska pomaga i  dobrze zacząć pracę o poranku.

Biurko i laptop czekają. Miejsce pracy zgodnie z zaleceniami feng shui: urządzone w bibliotece na pięterku, tam gdzie książki i atmosfera, dobre światło, widok na drogę. Skupienie trwa chwilę. Motory, krowy na łąki, dzieci do szkoły, sąsiadka do sklepu, znów w towarzystwie psiego ujadania, jakby wieś atakowali terroryści. Moje własne przybiegają z żądaniem, żeby wypuścić je na dwór, wpuścić, wypuścić... Więc góra – dół, schody – biurko, za chwilę znowu dół, bo ktoś puka, trudno. Przenoszę swoje miejsce pracy do kuchni. Tu mam wszędzie blisko – i do garów, i do drzwi. Jak się okazuje, w kuchni także najcieplej. Skupimy się i do roboty, muszę przecież napisać ten właśnie tekst o życiu na wsi… Mija nawet kwadrans, ale: do sklepu trzeba skoczyć przed dziesiątą, bo potem już nie ma pieczywa, a sklep jest tylko jeden. Potem czyhanie na listonosza –  żeby wysłać listy, bo nie ma tu poczty. Tak samo ze śmieciarzami: przegapisz ich, nie wezmą twojego kubła. Zagląda ktoś życzliwy z pytaniem, czy nie chcę jajek i ryb, świeżo złowione. Jakim cudem zrobiła się dwunasta?

Dziwy i tajemnice

Dom po rodzicach, z historią, z dobrą energią. Wiadomo, że ma swoje tajemnice, albumy, zapiski pełne wspomnień. Ma też inne sekrety: słabo pojemne szambo, dziury w okiennicach, stary dymiący piec. Przy używaniu wody po miejsku, na bogato (ot: pranie, prysznic, zmywanie) szambo odbija zawartość do piwnicy... nic przyjemnego, sprzątanie konieczne, mało romantyczne i obnaża następne niespodzianki: gniazda myszy w spiżarni. Hanna Banaszak kiedyś śpiewała o myszce: „nigdy nie mówię jej a kysz!”. Zapewniam: kobieta nigdy nie mieszkała na wsi. Z humanistki zmieniasz się w mordercę; łapki na myszy, okrutne myśli o truciźnie i tak dalej. Ostatecznie to samoobrona. Pies Kleks, terier, triumfuje: upolował trzy, zabił, ale myszy nie jada… Kremacja? Brr.

Dom kochany, ale jest siedzibą starą, co oznacza nieustający remont, bo zdarła się podłoga, odpadają elewacja i drzwiczki w meblach kuchennych. Do tego na wsi co raz zabierają prąd. Nagle nie ma i już. Oczywiście wtedy, kiedy udaje się stworzyć kilka słów i nie zapisać pracy. Dzwonię do elektrowni. Planowe zawieszenie dostawy. Czemu? No planowe, praca na sieci energetycznej. Ile czasu? Do 16. Sześć godzin aż? To „tylko”, nie „aż”, proszę pani… Cóż, przynajmniej jest dobry pretekst, żeby nareszcie wystawić gębę do słońca, może odwiedzić kuzynkę na obiecaną kawę? O relacje sąsiedzkie trzeba na wsi dbać. W naszym brzegu wsi (tak się mówi) jest sześć domów. Takie trochę większe Bullerbyn. Trudno, żeby wszyscy się nie znali. Trudno, żeby wszyscy się kochali. I nic nie umknie oczom sąsiadów, a pytań nie owijają w bawełnę. „A czemu światło palisz do  pierwszej w nocy, coś piszesz, a co?”, „Goście byli, rejestracja zagraniczna, to kto?”. Medal ma drugą stronę: wpadasz w zaspę autem – lecą pomóc, robią wykopki – przywożą ci worek ziemniaków, drzewa z lasu trzeba – będzie. Są kochani, pomogą nawet wydobyć się z błota, o czym za chwilę.

Jesień obrodziła

Jakakolwiek by była pora roku, zawsze jest coś, co trzeba zrobić bez zwłoki: zerwać owoce, bo ptaki zrobią to pierwsze, zagospodarować dary ogrodu, bo się zmarnują, a szkoda: ekologiczne, i „własne”. Pokutuje tu mit, że własne najlepsze i  własne trzeba mieć. Jeśli to akurat jesień, to śliwki, jabłka, gruszki, winogrona. Po cholerę moi przodkowie tyle tego zasadzili? Rozczulali się nad młodymi sadzonkami, a ja mam drzewa jak baobaby i gęsty sad.

Słoiki, słoiki, pełne ręce roboty, wstyd w takim wypadku konfitury kupować, tu zresztą nawet warzyw w sklepie nie ma, no bo każdy ma własne. Tylko laptop zamknięty i tekst zapomniany. Piękna złota jesień? No to grzyby sypnęły. Do lasu najlepiej o świcie, razem ze słońcem, tak prawią tutejsi. Wpada potem ciotka na weryfikację, czy mieszczuchy nie przyniosły trujaków. Jest nieźle, tylko kilka szatanów nie przechodzi testu prawdy, w dodatku dostaję przepisy, jak się robi prawdziwe marynaty… Południe dawno minęło, ręce czarne od maślaków, do tego mamy atak much. Jesień słoneczna, polska, to się mnożą. A jeśli deszczowa, szaro-bura, tak zwana butelkowa, to mokro i błotno. Ludzie w butach, a psy w łapach wchodzą do mojej czystej kuchni. Jakże niepraktyczny jest na wsi biały pies! Kleks zamienił się z foksteriera trzech kolorów (czarny-brązowy-biały) w jednolitego szaraka. Bury kundel Puszek lepiej się sprawdza. Trudno, przyjdzie zima i śnieg, będzie czysto. Wtedy siłą rzeczy będę miała więcej czasu dla siebie, napiszę te artykuły i powieści. Dzień krótki jesienią, kominek, o ile nie dymi, wszystko wynagradza.

Zimowa bajka

Zimą jest zimno i wszędzie daleko. Niesamowita cisza, święta nastrojowe jak nigdy w mieście. Ale o poranku konieczne palenie w centralnym, piec stary ma swoje humory. We frywolnym szlafroczku albo jasnych dresikach do niego nie podchodź, konieczny łach Kopciuszka, bo sadze, węgiel i trzeba szybko, przez noc dom mocno się wyziębia. Każde nowoczesne ogrzewanie jest dużo droższe, a przecież miało być oszczędniej. Napalone, ale piec dymi. Siwy dym w całym domu, trzeba wietrzyć, firany czarne, ściany zapomniały, że były białe, nawet na naczyniach osiadł lepki kurz. W końcu jednak sytuacja opanowana. Smogu za to nie mamy, dym trochę szczypie w oczy, ale grunt, że to nie czad.

W chałupie ciepło, za oknem mróz… Łąki  zamieniły się w lodowiska, sceneria baśniowa, spacer konieczny. Jest cudownie do chwili, kiedy na gładkim lodzie zaliczam wywrotkę, wpadam w przerębel, na szczęście płytko, ale boleśnie tłukę ramię. Ręka na temblaku, przeziębienie, trzeba jechać do miasta. Ale jak? Śnieg biały zasypał drogi. Sam wyjazd z posesji to katorga. Dotarcie do głównych dróg po ślizgawicy zwanej szklanką wymaga odwagi za kółkiem, za to jest okazja, aby się umalować i ubrać w coś innego niż pikowane grube kurtki i ciężkie buciory.

Miała rację moja tutejsza przyjaciółka, uprzedzając, że codziennego mycia głowy nie będzie. No bo zimno i to bieganie do kotłowni, a jak już ciepło, to gorąca woda w bojlerze reglamentowana. Niemniej ruszamy, do miasta przybywam odmieniona, w wersji wyjściowej, W tramwaju patrzę na rzekę aut za oknem, jednak wolę swoją Narew. Ludzie tak jakoś dziwnie na mnie spoglądają. No tak. Moja kurtka i torebka nabrały zapachu oscypka od dymu z pieca. Teraz sama to czuję. Śmierdzę jak wędzonka, jednak nie tak jak te spaliny.

Wiosna pełna nadziei

I błota. Zupełnie jak w Serbinowie, jeśli ktoś pamięta „Noce i dnie”. Grzęzły im w błocie powozy, fury i konie, nam grzęźnie samochód po felgi, kuzyn wprawdzie wyciąga go traktorem, ale ogród przypomina okopy wojenne, auto odmawia współpracy. Teraz dopiero widzę, jak dobrze mieć sąsiada i mieszkać w małym Bullerbyn. Twój kłopot to nasz kłopot: jeden kuzyn cię zawozi, drugi holuje, trzeci przywozi. Z ludźmi nie zginiesz, samotność nam tu nie grozi, zadbają o to ludzie i zwierzaki. Bo oto chętnych do zamieszkania z nami coraz więcej.

O miskę wsparcia co dzień pyta czarny piesek podrzutek. Od kilku tygodni mieszka u nas kot podróżnik, który znalazł tu przystań, więc dostał imię Odysek. Mam nadzieję, że po kociemu ogarnie temat myszy i to będzie humanitarne, raczej naturalne, rozwiązanie. Bociany przyleciały, gniazdo mamy przy samym domu, kochają się niedyskretnie i klekocą, ale wkrótce będą pisklęta! Narew wylała obficie i łąki zmieniły się w jeziora, choć woda w ogrodzie podchodzi pod piwnice, jest pięknie. Dobrze zrobiłam, idąc za głosem serca, upewniam się z każdym świeżym wiosennym powiewem.

Tekst pochodzi z archiwalnego numeru "Zwierciadła". 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Biohacking – na czym to polega?

Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking zakłada, że człowiek funkcjonuje jak maszyna, której działania można usprawniać. (Fot iStock)
Biohacking polega na hakowaniu, czyli modyfikowaniu biologii ludzkiego organizmu. Tak jak hakerzy hakują komputery, czyli modyfikują ich oprogramowanie, biohakerzy hakują biologię swoich organizmów.

Sposób pojmowania biohakera biologii swojego ciała cechuje myślenie systemowe, wywodzące się z cybernetyki, które polega na analizie i obserwacji wzajemnego oddziaływania na siebie różnych systemów. Biohakerzy przyglądają się między innymi temu, jak działają poszczególne części organizmu jako współdziałające minisystemy. Analizują i obserwują organizm jako system naczyń połączonych, a następnie wprowadzają odpowiednie modyfikacje, aby uzyskać pożądany efekt.

Człowiek funkcjonuje najlepiej, gdy pozostaje w harmonijnym związku ze swoim otoczeniem. Przez myślenie systemowe możemy zrozumieć, w jaki sposób ludzie są zależni od różnych czynników środowiskowych. Biohakerzy z założenia traktują swoje organizmy, jak by były maszynami. A jak wiadomo, maszyny można modyfikować i ulepszać. Gdy odkryjesz, jak coś działa, z łatwością możesz to zmienić. Tak naprawdę w pewien sposób działamy podobnie do maszyn – jesteśmy istotami programowalnymi. Co ważniejsze, jesteśmy jedynymi istotami, które potrafią programować się same. Co oznacza, że każde zachowanie regularnie praktykowane po pewnym czasie staje się automatycznym programem.

Potrafimy ustawiać celowo wymyślone, zautomatyzowane programy, które odpowiadają za wykonywanie nudnych czynności, uwalniając nasz umysł dla innych, bardziej interesujących i kreatywnych zajęć.

Śmieci na wejściu, śmieci na wyjściu

Osoby obcujące na co dzień z technologią doskonale znają tę regułę. Oznacza ona, że jeśli do poprawnie działającego programu komputerowego wprowadzimy dane niskiej jakości, to w konsekwencji ich przetworzenia program zwróci nam bezwartościowe wnioski lub w ogóle nie będzie w stanie przetworzyć danych i się zawiesi. I dokładnie tak samo jest z naszym organizmem. To, na jakie bodźce go wystawiamy (czynniki środowiskowe), oraz to, co do niego wkładamy, powoduje szereg reakcji biochemicznych, które odpowiadają za to, jak się czujemy, wyglądamy i funkcjonujemy.

Od tego, co wkładasz do swojego organizmu, zależy to:

  • jak się czujesz,
  • ile masz energii,
  • jak zdrowy jesteś,
  • jak wyglądasz,
  • jakie uzyskujesz efekty we wszystkich obszarach życia.

Jeśli jeszcze nie wierzysz mi do końca, to wyobraź sobie, że budzisz się nad ranem półprzytomny po całonocnej imprezie i w takim stanie masz iść na trening, a potem do pracy. Stan biochemiczny twojego organizmu nie pozwoli ci optymalnie myśleć, nie mówiąc już o działaniu i rezultatach.

Chcesz czuć się lepiej? Chcesz mieć więcej energii? Chcesz wyglądać lepiej? Chcesz być szybszy, silniejszy i bardziej wytrzymały? Chcesz regenerować się szybciej? Chcesz zwiększyć swoją odporność na stres? Chcesz nauczyć się zarządzać emocjami? Chcesz mieć szybszy umysł? Lepszą pamięć i koncentrację? Chcesz lepszego seksu? Chcesz stać się efektywniejszym człowiekiem? Zacznij więc optymalizować swoje życie na podstawie skutecznej, potwierdzonej badaniami naukowymi filozofii optymalizacji zdrowia i zwiększania efektywności psychofizycznej.

Jednak zanim to zrobisz, potrzebujesz odpowiedniej wiedzy: w jaki sposób najpierw naprawić, a następne podkręcić wszystkie podzespoły organizmu, aby twoje ciało mogło zacząć pracować na maksymalnych obrotach, umożliwiając ci wykorzystanie pełnego potencjału. Nie mając takiej wiedzy, możesz coś zepsuć i twój organizm przestanie prawidłowo działać. Pamiętaj, wszystkie działania powinny być wykonywane delikatnie i rozważnie, żeby niczego nie uszkodzić.

  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Psychologia

Są ludzie, którzy wysysają z nas całą energię…

Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości. (Fot. iStock)
Po spotkaniach z wampirami energetycznymi czujemy się puści, zlęknieni, niezadowoleni. Niby wszystko jest ok, ale jednak towarzyszy nam to negatywne uczucie.

Każdy ma w sobie pewien wewnętrzny spokój lub jego brak. Przebywając z jakąś osobą odczuwamy (czasem nieświadomie) jej emocje. Jeżeli ktoś sam się źle czuje ze sobą, to często bycie w jego towarzystwie też jest nieprzyjemne. Może byłaś na spotkaniu z osobą, która jest po prostu bardzo nieszczęśliwa.

  • Czasami spotykamy się z kimś, kto nam psuje nastrój lub sprawia, że czujemy się wewnętrznie ciężko, a jednak wciąż utrzymujemy kontakt z takimi osobami, bo nauczyliśmy się bagatelizować te uczucia w sobie i tym samym poświęcamy siebie.
  • Jeżeli ktoś sprawia, że czujesz wewnętrzny dyskom- fort po spotkaniach, to po prostu nie spotykaj się z tą osobą i wybierz inny sposób spędzenia wolnego czasu.
  • Jesteśmy też otoczeni ludźmi, którzy nie czują się spełnieni i są zazdrośni o innych ludzi – za ich wygląd, za sylwetkę, za życie uczuciowe i stan majątkowy, za karierę i zdrowie. Wtedy to, co zaczynamy odczuwać jest ich zazdrością.
  • Często tacy ludzie wyolbrzymiają sobie to, co mamy, snują przekonanie, że dostaliśmy to i owo za darmo, że mamy więcej, lepiej, że mamy szczęście. Często uśmiechają się do nas, ale wewnątrz nich jest złość i zawiść.
  • Zastanów się też, jak się czujesz przed spotkaniem z taką osobą. Może nie chcesz się spotkać, masz złe przeczucia lub niechęć, ale racjonalizujesz sytuację i poddajesz się.
  • Trzeba umieć powiedzieć: „Nie!”.
  • Musimy obserwować z kim czujemy się dobrze, kto nam dobrze życzy i cieszy się z naszych sukcesów, a kto zwyczajnie nam nieżyczliwie zazdrości.
  • Może też być tak, że z taką osobą dobrze dogadujesz się jedynie po alkoholu? Albo innych używkach? A na trzeźwo nie macie o czym rozmawiać? To też jest oznaka toksycznej relacji.
  • Są osoby nastawione tylko na branie. Spotykają się niby towarzysko, ale pod tym zawsze kryje się interes. Tacy ludzie mają w głowie: „Co ona może dla mnie zrobić?”. Wówczas całe spotkanie zmierza do tego, żeby stworzyć intymną relację i wreszcie porozmawiać o interesach. Taka osoba może cię słuchać, komplementować, śmiać się z twoich historii, ale wciąż czeka na moment, kiedy będzie mogła opowiedzieć, czego potrzebuje. Po takim spotkaniu czujesz się dziwnie, niby było dobrze, a jednak masz w sobie niesmak i zmęczenie. Trzeba słuchać swoich uczuć. Nawet jeżeli taka osoba nosi perfekcyjne maski, to ty będziesz czuć, że coś jest nie tak.
  • Są kolory, które utrudniają drugiej osobie pochłania- nie energii. Jest to złoto, srebro, czerwień i wszystko, co się świeci. Wtedy masz taką barierę ochronną i możesz czuć się mniej zjedzona po takim spotkaniu.
  • Często osoby zbyt otwarte, zbyt szczere i wrażliwe mogą po prostu zasilać osobę, która daje mniej i wykorzystuje fakt, że ktoś jest dobry i przyjacielski.
  • Zastanów się, komu opowiadać o swoich sprawach i sekretach. Nie każdy jest osobą, która ma dobre serce i będzie odwzajemniała taką inwestycję.

Fragment książki „Instrukcja obsługi toksycznych ludzi”. Rozmawiją: Katarzyna Miller i Suzan Giżyńska.

Katarzyna: Spotkałam się ostatnio ze znajomym, którego nie znałam zbyt dobrze, ale jednak lubiłam go. Zrobił na mnie kiedyś dobre wrażenie, wręcz byłam oczarowana jego energią, pozytywnym nastawieniem, sposobem bycia, poczuciem humoru i w ogóle aurą, jaką wokół siebie roztaczał.
Nastawiłam się więc na kolejne spotkanie bardzo pozytyw- nie, dużo po nim oczekiwałam. Gdy do niego doszło, kolega rzeczywiście był miły, wesoły i przyjemny, ale jednak mnie rozczarował. Opowiadał mnóstwo niestworzonych historii, gadał wręcz totalne głupoty. Stało się tak, że po spotkaniu z nim czułam się kompletnie przemęczona, wyssał ze mnie całą energię i doszłam do wniosku, że nie chcę więcej się z nim widzieć. U mnie to jest bardzo rzadkie.

Suzan: Co się w takim razie stało?

Katarzyna: Jest takie mądre powiedzenie: „Jeżeli chcesz mieć zepsute życie, miej oczekiwania”. Tak było w tym przypadku. Nastawiłam się niepotrzebnie. Człowiek mądry wie, że nigdy nie wie, co się zdarzy.

Suzan: A jakie miałaś oczekiwania?

Katarzyna: Że będzie super. Że jest interesującym człowiekiem i zadba o to, by było fajnie i wesoło. Rzeczywiście, w jakimś stopniu o to dbał, ale stało się też coś takiego, że nie miałam ochoty więcej się z nim spotkać. Dla mnie to jest nawet trudne do wyjaśnienia, bo nie zdarza mi się często.

Muszę tutaj też zaznaczyć, że to było spotkanie bardziej biznesowe niż przyjacielskie. Kolacja była dosyć rozbudowana, za- mówiliśmy dużo rzeczy. Byliśmy we trójkę i nagle ten znajomy oznajmił, że musi pilnie wyjść, bo ma coś ważnego do załatwienia. Wybiegł z restauracji, nie płacąc nawet za siebie rachunku.

Byłam rozczarowana. Poczułam się tak, jakby przyjechał co najmniej Brad Pitt i nie mógł nawet postawić kobiecie kotleta tylko kazał za siebie płacić, a ja w dodatku powinnam się czuć zaszczycona faktem, że mogłam uregulować rachunek wielmożnego pana.

Suzan: Rzeczywiście, to niefajna sytuacja.
Jest coś w energii ludzi. Myślę, że są ludzie, którzy są księżycem, a są tacy, którzy są słońcem.

Katarzyna: To prawda, ale nie chodzi o słońce i księżyc, a o dobro i zło. Księżyc nie jest ani zły, ani dobry, tak samo jak słońce. Istnieje dobra intencja, dobre działanie, uczciwe i szczere, ale istnieje też zła intencja, pokrętne i fałszywe działanie. Nie- którzy skrzywdzeni ludzie uważają, że należy im się nie wiadomo co, a w dodatku zapominają, że skrzywdzeni są prawie wszyscy. Nie przeszkadza im to sądzić, że ich sytuacja jest najważniejsza. Zdobywca natomiast uważa, że otoczenie ma go nosić na rękach, bo coś osiągnął więc on teraz jest najważniejszy. Alkoholik, który nie pił tydzień, myśli, że rodzina powinna go wozić w złotej karocy.

Znasz takich ludzi? Ja mnóstwo. Roszczeniowość buduje się stopniowo. Od małego. Dzieci muszą mieć zdrowe granice. Albo mają za dużo, albo za mało i wtedy wyrastają na roszczeniowych ludzi.

Suzan: Zawsze wiesz, kiedy ktoś chce od ciebie ssać energię?

Katarzyna: Nie zawsze, choć często to czuję i potrafię się wtedy wycofać, ale czasami, jak w przypadku tego kolegi ze spotkania, nie umiem tego przewidzieć.

  1. Psychologia

Co zrobić z niespełnionymi marzeniami?

Jeśli niespełnione marzenia sprzed lat ciążą ci na sercu - warto zrobić bilans. (fot. iStock)
Jeśli niespełnione marzenia sprzed lat ciążą ci na sercu - warto zrobić bilans. (fot. iStock)
Wielu duchowych nauczycieli uważa, że gdy człowiek podąża za marzeniami, żyje prawdziwie i szczęśliwie. A co, gdy tak nie jest? Zamartwiać się? A skąd! Obrać właściwą strategię!

„Dawne marzenia były dobre. Nie spełniły się, ale dobrze, że były” – to cytat z Roberta Jamesa Wallera, autora książki „Co się wydarzyło w Madison County”. Ważny i mądry, bo najgorsze, co możemy robić, to czuć się nieszczęśliwymi z  powodu niespełnionych snów. Marzenia powinny nas napędzać i cieszyć, a nie dręczyć czy niepokoić. Dlatego, jeśli czujesz, że jesteś w niewoli swojego dawnego wyobrażenia o życiu, zacznij od tego, by sprawdzić, czy to wyobrażenie nadal jest aktualne.

Dla jednych spełnieniem jest willa i jacht, dla innych podróż dookoła świata, posiadanie rodziny lub dziecka. Jeszcze inni będą zadowoleni, wiodąc proste, spokojne, nieskomplikowane życie. Są też szczęśliwcy, którzy niekoniecznie mają więcej niż inni, ale potrafią się cieszyć tym, co jest wokół nich, a także w  nich samych. A jak jest u ciebie?

Opcja pierwsza: marzenia zdezaktualizowane

Często okazuje się, że z biegiem dni i lat zmieniają się nasze priorytety, nie chcemy już być kierowcą rajdowym, ale zrobić prawo jazdy. Nie śnimy o  dalekich podróżach, tylko o wyjeździe na Mazury. Niekiedy, mimo najlepszych chęci czy starań, nie jesteśmy w stanie powziąć żadnych działań, które zbliżyłyby nas do realizacji marzeń. Czas płynie, i choć teoretycznie nic nie stoi na przeszkodzie, to w  praktyce może się okazać, że pójście na studia aktorskie po czterdziestce jest zadaniem mało realnym albo wręcz, po podliczeniu zysków i strat, nieopłacalnym, gdy dobrze prosperujesz, także pod względem satysfakcji życiowej, w  zawodzie czy profesji, które już masz. Co wtedy?

Rozwiązanie: Czas na bilans marzeń z dzieciństwa i konfrontację z tym, co tu i  teraz. Może to, co masz, to wcale nie jest tak mało? Zdrowie, bliskich, pracę, przyjaciół? Nie każdy to ma… Może jeśli nie udało się zamieszkać w  Paryżu na stałe, lataj tam tak często, jak tylko czas i finanse pozwalają, zbieraj fotografie czy inne gadżety paryskie. Jeśli na ten moment nie możesz mieć domu z  ogródkiem, to zamiast czekać na spadek lub wygraną w  totka, urządź sobie ogródek na balkonie lub parapecie.

Opcja druga: marzenia nadal żywe

Jeśli czujesz, że twoje marzenie naprawdę jest najważniejsze dla ciebie, dlaczego wciąż pozostaje marzeniem?

Rozwiązanie: Marzenie pozostanie marzeniem, jeśli nie wyposażysz go w precyzyjny plan działania. W stwierdzenie „Podążaj za marzeniami” wpisany jest imperatyw działania – jeśli naprawdę czegoś chcesz, po prostu zacznij to robić. Potraktuj marzenie jako zadanie – podziel je na etapy i  wyznacz terminy, w których te etapy uda ci się zrealizować. Ale czy tak zaplanowane działanie to jeszcze marzenie? Tak, bliskie spełnienia! Wystarczy spojrzeć na osiągnięcia sportowców czy laureatów konkursów szopenowskich – oni do spełnienia swych snów dążyli mozolnie każdego dnia. Wizja to tylko napęd do działania, potrzebne jest jeszcze… samo działanie.

  1. Styl Życia

Dobra energia w domu - jak ją wprowadzić?

Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości. Ich widok może sprawiać nam estetyczną przyjemność, a filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. (Fot. iStock)
Kiedy patrzymy na coś, co nam się podoba, otwieramy szerzej oczy, nasze rysy łagodnieją, pojawia się też rodzaj przyjemnego zaciekawienia. A to tylko jeden ze sposobów, w jaki rzeczy, którymi się otaczamy, są w stanie oddziaływać na nasz stan ducha.

Czy materialne przedmioty, którymi się otaczamy, mogą wywoływać niematerialne poczucie radości? Oczywiście, ich widok może sprawiać nam czysto estetyczną przyjemność, ale przecież filozofowie i psychologowie od wieków uczą, że prawdziwego szczęścia szukać należy we własnym wnętrzu. Jak przekonuje jednak Ingrid Fetell Lee, projektantka wnętrz i autorka książki „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu”, za pomocą przedmiotów warto kreować sytuacje, w których możemy tę radość łatwiej w sobie odnaleźć – tak jak wtedy, gdy patrzymy na bukiet świeżo zerwanych kwiatów, gdy siedzimy przy kawiarnianym stoliku skąpanym w ciepłych słonecznych promieniach lub wieszamy na choince migoczące świąteczne ozdoby. W sposób szczególny powinniśmy zaś przyjrzeć się przedmiotom w najbliższym otoczeniu, czyli w domu. Doskonałą okazją ku temu jest remont bądź przemeblowanie.

Z całą pewnością znasz remontowe porzekadło, wedle którego pierwszy dom buduje się dla wroga, drugi – dla przyjaciela, a trzeci – dla siebie. Na urządzanie wnętrz w sposób niedający nam radości szkoda jednak czasu i pieniędzy. Przystępując do ich projektowania, warto przyjrzeć się kilku prostym mechanizmom, których znajomość pozwoli wpuścić do codziennego życia więcej wesołości i beztroski. Obok długotrwałego efektu w najbliższym otoczeniu dodatkową przyjemność da nam poczucie sprawczości, które stanie się naszym udziałem poprzez świadome zastosowanie pewnych zasad w praktyce. Mechanizmy, którymi rządzi się przestrzeń i zebrane w niej przedmioty, autorka „Joyful” podzieliła na 10 kategorii.

Energia

Energia jest w wielu wypadkach synonimem radości. Kojarzy się ze wszystkim, co żywe, kolorowe, jasne i ciepłe. Nic dziwnego, że jej odczuwanie doskonale stymulują przede wszystkim nasycone barwy. Przypomnij sobie, jak wiele radości daje ci wizyta w galerii sztuki, podziwianie murali w odwiedzanym mieście albo zabawa w paintball! Intensywne, jaskrawe kolory warto wprowadzić także do naszej codziennej przestrzeni – jeśli nie na dużych powierzchniach, to przynajmniej w formie niewielkich plam i akcentów (idealnie nadają się do tego wszelkie dekoracyjne dodatki, jak poduszki, kapy, obrazy). Szczególnie polecana jest kojarzona ze słońcem barwa żółta, zaś dobrym tłem dla innych kolorów będzie czysta biel. Lepiej natomiast unikać beżów i szarości.

Kolejnym istotnym elementem dodającym energii jest naturalne światło oraz, w wypadku jego braku, dynamiczne sztuczne oświetlenie jak najlepiej imitujące promienie słoneczne.

Obfitość

Nasze zamiłowanie do obfitości odziedziczyliśmy po dalekich przodkach. Miejsca pełne bujnej roślinności, z żyzną glebą, odpowiednio nawodnione i zamieszkane przez rozmaite gatunki zwierząt – kojarzyły im się z poczuciem bezpieczeństwa i dawały perspektywę łatwiejszego przetrwania. Dziś obfitość kojarzymy raczej z nadmiarem. Jak w rozmowie z SENSem podkreślała jednak Katarzyna Kędzierska, propagatorka minimalizmu, wyrzeczenie się nadmiaru nie oznacza zgody na „zbyt mało”, a raczej na „tyle, ile trzeba”. Podobnie interpretuje obfitość Ingrid Fetell Lee, dla której nie stanowi ona synonimu przesytu, a raczej różnorodności i pobudzenia wszystkich zmysłów. Jak poczuć obfitość w kreowanej przez siebie przestrzeni? Przede wszystkim przez warstwowość, którą stosować można w doborze tkanin (modne szczególnie w stylu boho układanie na sobie kilku dywanów czy narzut) oraz przez wykorzystanie rozmaitych faktur i wzorów. Aby zapewnić sobie prawdziwą stymulację sensoryczną, wybierajmy sprzęty o ciekawych teksturach, wykonane z użyciem rzemieślniczych materiałów (puchate dywany, nieszlifowane drewno, naturalny kamień, tkaniny o nietypowym splocie).

Wolność i odnowa

Beztroska w działaniu, otwarta przestrzeń, brak ograniczeń, swoboda ruchu i oddechu – oto najważniejsze skojarzenia z wolnością. Odczuwamy ją, przebywając na plaży, rozległej łące, w dzikich górach, ale także wtedy, kiedy nosimy luźną, wygodną odzież, biegamy boso po piasku i uprawiamy sport na świeżym powietrzu. Odczucia, które stają się wówczas naszym udziałem, możemy odtworzyć także w przestrzeni mieszkalnej: unikając dużych, ciężkich i ciemnych mebli oraz syntetycznych materiałów; instalując w domu huśtawki, hamaki i zjeżdżalnie, dające przyjemne wrażenie powrotu do beztroski dzieciństwa; wprowadzając do wnętrz naturalną roślinność w postaci kwiatów doniczkowych lub, jeśli to tylko możliwe, uprawiając chociaż niewielki ogródek, na przykład na balkonie. Kontakt z przyrodą, który sobie w ten sposób zapewnimy, jest też ważną składową kolejnej stworzonej przez Lee kategorii: odnowy, kojarzonej z odrodzeniem, przywróceniem sił i naturalną witalnością.

Harmonia

Wielu z nas, a szczególnie osoby wysoko wrażliwe, ma problemy ze skupieniem, relaksem i odczuwaniem szeroko pojętego dobrostanu w miejscach zabałaganionych. Znacznie lepiej czują się w przestrzeniach dobrze zorganizowanych, funkcjonalnych, opartych na symetrii, nieprzeładowanych przedmiotami, które ułożone są zgodnie ze swoim przeznaczeniem lub w przemyślanych konfiguracjach geometrycznych. Z tego właśnie powodu, bez względu na stosunek do religii i historycznych zawieruch, zwykle uspokajają nas wizyty w antycznych świątyniach, kościołach i klasycznych willach; najwięksi sceptycy nie odmawiają racji bytu wiekowym chińskim praktykom feng shui, a poradniki specjalistki od sprzątania Marie Kondo biją rekordy popularności. Wprowadzanie harmonii do wnętrza oznacza przede wszystkim symetrię.

Podobne przedmioty warto łączyć w grupy lub multiplikować przy użyciu luster; kolory i wzory – koordynować tak, aby połączyć je w zbiory. Dobrym pomysłem jest też zadbanie o jednolitość szczegółów – czy będą to jednakowe wieszaki w szafach, jednokolorowe pinezki na korkowej tablicy czy jeden kolor metalu, z którego wykonane są uchwyty do szaf w całym mieszkaniu.

Zabawa i zaskoczenie

Okrywanie wewnętrznego dziecka w sobie to od wielu lat jeden z głównych postulatów wysuwanych przez psychologów. Wśród inspirujących do zabawy elementów jest nostalgia: przywołanie poczucia bezpieczeństwa i niefrasobliwości odczuwanej w dzieciństwie. Kształtem, który najpełniej symbolizuje ten okres, jest koło. Od karuzeli po hula-hoop, od balonu po piłkę, kręgi i kuliste formy zdają się być wpisane w historię beztroskiej zabawy od tysiącleci. Ich przeciwieństwem są „dorosłe” kąty i kanty, kojarzone z dyscypliną i rygorem – jak pisze Lee, na kanciaste przedmioty podświadomie reagujemy niepokojem. Projektując przestrzeń, warto wprowadzić do niej formy koliste i faliste, a także inne elementy kojarzone z zabawą, jak frędzle, pompony, tkaniny w grochy. Można także rozważyć komponenty humorystyczne: zaskakujące rzeźby czy grafiki albo pojedyncze dodatki na pierwszy rzut oka niepasujące do reszty, stanowiące swego rodzaju puszczenie oka do naszych gości oraz do nas samych.

Blisko stąd do kolejnej kategorii, bezpośrednio związanej z ludycznością, mianowicie do zaskoczenia. Większość z nas bardzo lubi przyjemne niespodzianki. Dlaczego nie wprowadzić ich do własnego domu? Co powiesz na piękny, kolorowy i pachnący papier do wykładania zupełnie zwykłych szuflad, który cieszy zmysły przy każdym sięgnięciu po parę skarpetek?  Rolę niespodzianki spełniać może też kontrast formy czy koloru, zabawa proporcją i skalą, ale także np. element niedoskonały, jak specjalnie postarzona ściana czy widoczne ślady po naprawie jakiegoś przedmiotu, znane doskonale miłośnikom filozofii wabi-sabi.

Transcendencja

Słowo „lekkość”, którego Lee używa poniekąd zamiennie z transcendencją, stało się ostatnio niezwykle modne. Używa się go wszędzie tam, gdzie mowa o szczęściu i szeroko pojmowanym odnoszeniu sukcesu. Lekkie jest to, co przychodzi nam naturalnie, w sposób niewymuszony, nie jest okupione nadmiernym wysiłkiem i dodaje poczucia radości i zadowolenia. Co ciekawe, sposób, w jaki odczuwamy i pojmujemy emocje, związany jest z osią pionową. Przykładowo, uśmiech wygina nasze usta ku górze, a wysokie poczucie własnej wartości każe nosić uniesioną głowę; brwi marszczymy zaś ku dołowi i w ten sam sposób załamujemy ręce. W większości przypadków – co widać także w naszym języku – kierunek ku górze jest synonimem tego, co pozytywne. Dobro podnosi nas na duchu, dodaje skrzydeł, sprawia, że czujemy się wniebowzięci albo w siódmym niebie. W przestrzeni lekkość i transcendencję symbolizują jasne kolory w tonacji nieba, duże wolne płaszczyzny pionowe (np. ściany pomalowane na ulubiony kolor, ale pozbawione obrazów czy plakatów), elementy przezroczyste, dekoracje mocowane na suficie (np. wiszące doniczki z kwiatami, ozdobne żyrandole), powietrze i naturalne światło.

Magia

Światło pojawia się w wielu kategoriach wyodrębnionych przez autorkę „Joyful”. Jest również podstawą przestrzennej magii, wyrażanej przez wszystko to, co błyszczące, fluorescencyjne, pryzmatyczne, nieuchwytne. Także w jej wypadku po raz kolejny dostarczamy bodźców naszemu wewnętrznemu dziecku oraz tej części naszego jestestwa, które tęskni za zjawiskami przyrody uważanymi kiedyś za tajemnicze, jak mgła, wiatr czy energia geotermalna. Element magii wprowadzą do przestrzeni opalizujące tkaniny, lustra, fantazyjne przedmioty szklane i wydające kojące dźwięki wietrzne dzwonki.

Świętowanie

Jednym z momentów, podczas których większość osób odczuwa radość i przyjemne podekscytowanie, są święta i rodzinne uroczystości, łączące się ze sferą sacrum – przestrzenią wyjątkową, odmienną od codziennej, przepełnioną podniosłą atmosferą, ale także bliskością drugiego człowieka. Aby w jakimś wymiarze odwzorować świąteczny nastrój we wnętrzu, warto zadbać o jego kameralność i przytulność, a także łatwość międzyludzkiej komunikacji – czy to przy wygodnym stole, wręcz stworzonym do gromadnego biesiadowania, czy poprzez wprowadzenie tzw. punktu centralnego, wokół którego skupiać się będzie uwaga wchodzących, jak np. kominek, otoczony fotelami stolik kawowy w salonie albo szemrząca fontanna w ogrodzie.

Zmiana w pięciu krokach

  1. Wybierz maksymalnie trzy kategorie, które najbardziej do ciebie przemawiają, np. obfitość (tapety, warstwy tkanin), wolność (rośliny, huśtawka), harmonia (symetria, grupy podobnych przedmiotów).
  2. Wypisz kategorie dodatkowe, które również chciałbyś zawrzeć we wnętrzu – dlatego, że ci się podobają, albo dlatego, że już je masz, np. okrągły stolik kawowy (zabawa) czy plamy kolorów (energia).
  3. Zastanów się, jak połączyć je w unikatowy, tylko tobie właściwy sposób. Spróbuj wypisać około pięciu pomysłów, np. tapeta + motywy roślinne = tapeta z motywem dżungli; plamy kolorów + huśtawka = huśtawka pomalowana na jaskrawą czerwień.
  4. Z wypisanych kombinacji spróbuj wyciągnąć wspólne hasło – łączący je temat, który określisz jednym lub dwoma zdaniami, np. „Radość w dżungli”.
  5. Sporządź listę przedmiotów, które musisz dodać do wnętrza – wypisz, co musisz w nim zmienić, aby dostosować je do swojej nowej wizji, oraz co powinno je opuścić.
Więcej w książce: „Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria

„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria„Joyful. Zaprojektuj radość w swoim otoczeniu” I.F. Lee, wyd. Feeria