1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kuchnia
  4. >
  5. Zima na farmie Juliusa Robertsa, byłego szefa kuchni londyńskiej restauracji, autora książki „Wiejski stół”

Zima na farmie Juliusa Robertsa, byłego szefa kuchni londyńskiej restauracji, autora książki „Wiejski stół”

Fot. Elena Heatherwick
Fot. Elena Heatherwick
Życie na wsi może się wydawać sielanką. I dużo w tym prawdy, szczególnie wiosną czy latem, kiedy jest urodzaj wszystkiego. Zima to jednak cena, którą za tę sielankę się płaci, szczególnie jeśli odżywia się sezonowo, a posiłki przyrządza tylko z tego, co samemu udało się wyhodować, jak Julius Roberts, były szef kuchni, który zamienił Londyn na niewielką farmę w nadmorskim hrabstwie Dorset.

Artykuł pochodzi z miesięcznika „Zwierciadło” 12/2025.

Kiedy dni stają się coraz krótsze, poranne mgły coraz gęstsze, a poranki mroźne, czasami boję się ciemności, chłodu i srogości nadchodzącej zimy. Na wsi to trudny i uciążliwy czas. Pracujemy na zewnątrz od świtu, zmagając się z przenikliwym wiatrem: z czerwonymi policzkami, parującym oddechem i palcami boleśnie sztywniejącymi z zimna” – pisze Julius Roberts w książce „Wiejski stół”. Czytając to, trudno zrozumieć, dlaczego z własnej nieprzymuszonej woli porzucił miejskie życie i pracę w londyńskiej restauracji Noble Rot po to, by żyć na wsi i samemu produkować żywność? „Lubiłem pracę w restauracji, ale długie godziny w kuchni, brak snu i ciągły stres mi nie służyły. Nie byłem wtedy w najlepszej kondycji w przeciwieństwie do uśmiechniętych i energicznych hodowców, którzy codziennie dostarczali do restauracji najwyższej jakości świeże produkty.

Pewnego dnia w mojej głowie pojawiła się myśl: ci ludzie spędzają całe dnie na powietrzu, są opaleni i zdrowi, a ja tkwię tutaj, w kuchni bez okna, z ziemistą cerą, w ciągłym stresie, pijąc kawę za kawą” – wyjaśnia. To właśnie wtedy zrodził się plan, by rzucić miasto i wrócić do natury.

Fot. Elena Heatherwick Fot. Elena Heatherwick

Skąd jest mięso

Był styczeń, zmarznięta ziemia nie nadawała się do kopania, kury niespecjalnie się niosły, a Julius, żyjąc na farmie, miał przecież utrzymywać się z produkcji żywności. Ktoś podpowiedział mu, że świnie są wdzięcznymi zwierzętami hodowlanymi, więc postanowił pójść tym tropem. Dość szybko w jego nowym życiu pojawiły się cztery mangalice: Snap, Crackle, Pop i Alby – prosięta rzadkiej rasy kudłatych świń, słynących z ciemnego, marmurkowego mięsa, wprost idealnego do solenia, marynowania i suszenia. Codzienna opieka nad nowymi domownikami była pierwszą rysą na sielankowym obrazie wiejskiego życia. I nie chodzi tu wcale o trud pracy. Czym innym jest sprzedawać plony ziemi, a czym innym hodować zwierzęta na mięso. Na to drugie, jak się okazało, Julius nie był do końca przygotowany. „W dzieciństwie śpiewamy piosenki o kochanych, wiejskich zwierzątkach – wydaje się, że wszystko o nich wiemy, ale całkowicie umykają nam ich mądrość, wrażliwość i różnorodność charakterów. Siedziałem w zagrodzie przepełniony miłością do moich świń, oczarowany ich intelektem i osobowością, zaskoczony tym, jak bardzo przypominają mojego psa, oraz przejęty faktem, że pewnego dnia będę musiał skazać je na śmierć” – wspomina. Niektórzy krytykowali go za nadawanie świniom imion, sugerowali, że to nieprofesjonalne, bo przez to niepotrzebnie się przywiązuje do zwierząt, które z założenia finalnie mają stać się pokarmem. „Uważam, że to kompletny nonsens. Właśnie trzeba się przywiązywać, pokochać zwierzę i obdarować je jak najlepszym życiem. Nie odmawiam jedzenia mięsa, jestem ogniwem łańcucha pokarmowego, ale absolutnie się nie zgadzam, by zwierzęta cierpiały, żebyśmy mogli je zjeść” – odpowiada.

Czytaj także: „Kocham nostalgię gastronomiczną”. Rozmawiamy ze współtwórcą i gospodarzem JOEL Sharing Concept

Myśl, że nadejdzie ten dzień dla jego podopiecznych, tak go przerażała, że zwlekał z tą decyzją przez lata. Najsmutniejsza była jednak dla niego świadomość, że te wspaniałe zwierzęta zwykle hoduje się w żałosnych warunkach. Fakt, że jest to powszechnie akceptowane, można uzasadnić tylko tym, że większość społeczeństwa trzyma się z daleka od miejsc, z których pochodzi nasza żywność.

Jedz, bo będziesz żałować

Długie wieczory to dobry czas na przemyślenia o rzeczach ważnych i całkiem doczesnych, na przykład o tym, co zjemy. „W zimowe popołudnia właściwie ciągle gotujemy. Prawie zawsze cicho bulgocze jakiś wywar albo coś się dusi powoli w piekarniku.

Przynosimy naręcza srebrzystych porów, myjemy i grubo siekamy, rwiemy na kawałki garście kapusty toskańskiej i gotujemy ciemnozielone zupy doprawiane chorizo i oliwą” – opisuje w książce Julius. Gdy się je sezonowo, zimowa kuchnia nie jest może szalenie urozmaicona, za to niezwykle kojąca i pożywna. Na śniadanie jajka w curry z kokosowym sambalem i podpłomykiem, na obiad zupa kapuściana z boczkiem i ziemniakami, a na kolację sycące kiełbaski z fasolą, mangoldem i cynamonem. „O takich posiłkach marzymy w zimową zawieruchę, wracając do domu w butach oblepionych błockiem, z palcami sztywnymi z zimna i czerwonymi policzkami owianymi lodowatym wiatrem” – pisze.

Nie trzeba żyć na farmie, by przyznać mu rację. Niewiele jest przyjemniejszych rzeczy niż rozgrzewające zimowe posiłki, unoszący się w powietrzu zapach gęstych sosów, parujących bulionów i korzennych przypraw. Kiedy świat na zewnątrz zamarza, mamy nagle więcej czasu na to, by celebrować posiłki, delektować się jedzeniem i staranniej je przyrządzać. Godzinami dusimy mięso, aż zacznie się smakowicie rozpadać, pieczemy dynię tak długo, aż zawarty w niej cukier się skarmelizuje. Nagle jest czas na to, by posiłek mógł nabrać pełni smaku. Na przykład jarmuż i kapusta dopiero po przymrozkach robią się przyjemnie słodkie, a cebule – główny składnik zimowej kuchni – stają się bardziej soczyste i aromatyczne. „Choć o tej porze roku dostęp do świeżych warzyw jest mocno ograniczony, zupełnie nie korzystam z tego, co wyrosło w ogrzewanych szklarniach. Pomidorom wyrosłym w środku zimy w cieplarniach nie pomoże nawet najlepsza oliwa i sól. Lepiej zjeść kipiące smakiem liście kapusty toskańskiej, rosnącej w ogrodzie, jak chciała natura” – podpowiada w Julius. I nie ukrywa, że sam długo uczył się doceniać jakościowe posiłki.

„Moja holenderska babcia gotowała sercem i duszą. Była artystką w kuchni. Pamiętam zapach jej szafki z przyprawami, a oczyma wyobraźni widzę słój domowego syropu z kwiatów bzu o pokrywce tak lepkiej, że jako dzieci nie mieliśmy siły go otworzyć” – wspomina.

Ale były też mniej sentymentalne dania, na przykład wątróbka z kminem, ozór wołowy albo cynaderki. „Nie wolno było wstać od stołu, dopóki wszystkiego nie zjedliśmy. Czasem tkwiliśmy przy nim godzinami, a babcia rozwiązywała krzyżówki. Szybko pojąłem, że trzeba jeść, póki podroby są gorące, bo kiedy wystygną są jeszcze gorsze” – pisze. Trudno uwierzyć, że po tych doświadczeniach zachęca w książce do przyrządzenia na zimowy obiad bruschetty z korzenną wątróbką. „Teraz jestem fanatycznym wielbicielem wątróbki w każdej formie”– zapewnia. I zachęca, by przed smażeniem pokroić ją na kawałki wielkości kęsa, a następnie przyprawić świeżo startą gałką muszkatołową, sporą ilością soli, pieprzu, listkami rozmarynu i pokrojonym w cienkie plasterki czosnkiem. „Smaż po minucie z każdej strony, tak by wątróbka się zarumieniła, ale nadal była różowa w środku. Dodaj szalotki, wlej brandy i zamieszaj. Gdy alkohol odparuje, dolej śmietanę. Wątróbkę podawaj na grzance, posypaną drobno posiekanym szczypiorkiem” – instruuje. I podpowiada, że tak przyrządzone podroby sprawdzą się również jako nadzienie do muffinek, świetnie smakują z kremową polentą, ale można je też zemleć na pasztet. Ten sam przepis, trzy dania. Zimowe menu nie musi być monotonne.

Czytaj także: Comfort food wyklucza stres wokół jedzenia, to ważne w czasach dietetycznych obsesji – podkreśla współautor książki „Ottolenghi kojąco”

Na zapas

Warto ćwiczyć wyobraźnię oraz cierpliwość i nie sięgać po składniki z zagranicznych upraw, aż cykl się dopełni i znów nadejdzie pora, w której będziemy się cieszyć lokalnymi przysmakami. Dzięki temu jedzenie warzyw staje się emocjonujące. „Zawsze wyglądam pierwszych dyń, z zapałem ścinam pierwsze kolby kukurydzy i zrywam pierwsze dojrzałe wiśnie, aż sok cieknie mi po rękach. Wiosną należy wykorzystać krótki sezon na szparagi, dodawać je prawie do wszystkiego, aż się nasycimy i dotrwamy do lata, do pomidorów i cukinii” – pisze. A zimą? To jedyna pora roku, kiedy mamy dyspensę od jedzenia tylko tego, co rośnie tu i teraz. Właśnie po to przez cały rok robi się zapasy, zamyka smaki wiosny, lata i jesieni w słoikach. Przetwory zwykliśmy traktować jako dodatki, a przecież można zrobić z nich cały obiad. Puttanesca z sardynkami jest tego doskonałym przykładem. Niemal wszystkie składniki są z puszki lub słoika. „To jedno z moich ulubionych dań o idealnej, bogatej konsystencji, kwaskowate i słone, pikantne i aromatyczne” – pisze, a szczegółowy przepis podaje w książce.

Wymyślił też całą masę pomysłów na przekąski z jabłkami. „Od końca sierpnia do stycznia jesteśmy nimi po prostu zasypani. W każdym zakątku gospodarstwa rosną poskręcane jabłonie, a od października każdy podmuch wiatru posypuje trawę jabłkową feerią kolorów. Karmimy nimi kozy i owce, wyciskamy wiadra soku, robimy beczki cydru, chrupiemy jabłka na śniadanie, obiad i kolację. Dodajemy je do duszonych potraw, mięsnych pulpetów, robimy szarlotki z kruszonką i zapiekamy pod kołderką z ciasta” – wymienia. Największym powodzeniem cieszą się jednak rożki z ciasta francuskiego. Jabłkowy farsz można przyprawić brandy lub imbirem, skórką pomarańczową, rodzynkami i migdałami. A kiedy ciasto się skończy, resztę farszu można dodać do rozgrzewającej owsianki. Kto by nie chciał zacząć mroźnego dnia od takiego śniadania?

Klopsiki z kurczaka i ricotty w bulionie z orzo, crème fraîche i koperkiem

6 porcji

Klopsiki:

  • 6 udek kurczaka bez kości i skóry,
  • 120 g świeżej bułki tartej,
  • 150 g ricotty,
  • 1 żółtko,
  • drobno posiekany dorodny pęczek świeżego estragonu(15–20 g),
  • otarta skórka z 1 niewoskowanej, cytryny,
  • 10 g soli morskiej w płatkach i spora szczypta mielonego pieprzu,
  • oliwa do smażenia.

Zupa:

  • 1 drobno posiekana duża cebula,
  • 3 cienko pokrojone łodygi selera naciowego,
  • 3 marchewki przekrojone wzdłuż na pół i pokrojone na cienkie plasterki,
  • 1,7 l naprawdę dobrego bulionu z kurczaka,
  • 250 g orzo,
  • 20 g drobno posiekanego świeżego koperku,
  • 20 g drobno posiekanej świeżej natki pietruszki,
  • crème fraîche do podania.

Fot. Elena Heatherwick Fot. Elena Heatherwick

Pokrój kurze udka na kawałki, włóż do malaksera i zmiksuj na pastę. Dodaj pozostałe składniki klopsików oprócz oleju i ponownie zmiksuj, aż wszystko się połączy.

Nabierz niewielką ilość mięsa, zrób z niego kotlecik i smaż w żeliwnym garnku z grubym dnem – to nie zajmie więcej niż kilka minut. Gdy się porządnie zrumieni z obu stron, wyjmij go z garnka, zaczekaj, aż przestygnie, a następnie skosztuj i sprawdź, czy nie trzeba doprawić pozostałego mięsa.

Utocz z niego małe klopsiki. Smaż je partiami na rumiano ze wszystkich stron, nie przepełniając garnka, a jeśli trzeba, dolej nieco oliwy. Gotowe klopsiki odłóż na duży talerz lub tacę na czas przygotowania warzyw.

Na wytopionym z klopsików tłuszczu z kurczaka smaż cebulę ze szczyptą soli przez 10–12 minut, aż będzie zupełnie miękka i słodka, ale nie zrumieniona.

Dodaj seler i marchewkę, smaż kilka minut, a następnie dolej bulion z kurczaka.

Przykryj garnek pokrywką i gotuj 10–15 minut na małym ogniu, aż warzywa zmiękną. Następnie dołóż klopsiki oraz orzo i gotuj 6–8 minut, aż makaron będzie al dente. Dopraw do smaku, wmieszaj zioła i podawaj w ciepłych miseczkach z łyżką crème fraîche.

Sycące kiełbaski z fasolą, mangoldem i cynamonem

4–5 porcji

  • 500 g surowych włoskich kiełbasek,
  • 3 ząbki czosnku,
  • 2 łodygi selera naciowego,
  • 2 cebule,
  • 3 łyżki oliwy,
  • duża szczypta płatków chili (ma rozgrzewać, a nie kłuć w język),
  • kilka gałązek rozmarynu (mogą też być szałwia lub tymianek),
  • 2 liście laurowe,
  • 1 kawałek kory cynamonowej,
  • lampka madery, słodkawego sherry, piwa lub białego wina,
  • 2 podłużne pomidory z puszki,
  • 1 słoik (700 g) białej fasoli (lub 2 puszki po 400 g – najchętniej wybieram 1 cannellini i 1 fasoli półksiężycowatej),
  • 750 ml bulionu z kurczaka,
  • 250 g mangolda lub kapusty toskańskiej,
  • chleb i masło do podania.

Fot. Elena Heatherwick Fot. Elena Heatherwick

Ponacinaj osłonki kiełbasek, wyjmij mięso i pokrój je na kawałki wielkości klopsików. Czosnek, seler i cebulę drobno posiekaj.

Rozgrzej duży rondel z grubym dnem, skrop oliwą, a gdy będzie gorąca, dołóż mięso z kiełbasek. Smaż kilka minut, aż wytopi się tłuszcz, a mięso nieco się zrumieni.

Zmniejsz płomień i dodaj czosnek, płatki chili, rozmaryn, liście laurowe i cynamon. Czosnek nie powinien się zrumienić – oliwa stopniowo przejdzie jego smakiem, więc ogień powinien być niewielki, by wszystko smażyło się powoli.

Wlej maderę, by zdeglasować patelnię – można to zrobić nieco wcześniej, jeśli czosnek zacznie się rumienić. Drewnianą łyżką zeskrob wszystko, co przywarło do dna, a następnie dodaj cebulę i seler oraz rozgniecione pomidory. Dopraw, dobrze wymieszaj i podgrzewaj na małym ogniu 10–12 minut, aż cebula będzie słodka i cudownie miękka. Dodaj fasolę i zalej bulionem.

Doprowadź do delikatnego wrzenia i gotuj na małym ogniu 20–30 minut, aż bulion zgęstnieje, a smaki się połączą.

Oderwij liście mangolda od łodyg i pokrój je na kawałki długości 2 cm. Dodaj łodygi do bulionu, a po kilku minutach dorzuć liście i wymieszaj. Przykryj pokrywką, wyłącz palnik i zaczekaj 5 minut. Spróbuj i ewentualnie dopraw płatkami chili oraz solą, jeśli smak nie jest wystarczająco intensywny. Nałóż do misek duże porcje i podaj z grubymi kromkami chleba z masłem, które można zanurzać w bulionie.

Odwrócone ciasto orzechowe z gruszką

Gruszki w karmelu:

  • 6 dojrzałych gruszek,
  • 50 g masła,
  • 80 g miękkiego cukru, trzcinowego,
  • sok z 1½ cytryny.

Biszkopt:

  • 200 g miękkiego masła,
  • 200 g drobnego cukru,
  • 4 jajka,
  • nasiona z 5 strączków kardamonu,
  • 3 goździki,
  • 100 g orzechów włoskich,
  • 200 g mąki,
  • 4 łyżeczki proszku do pieczenia,
  • 5 g soli morskiej,
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu,
  • 100 g kwaśnej śmietany do podania (crème fraîche lub śmietana kremówka).

Fot. Elena Heatherwick Fot. Elena Heatherwick

Gruszki obierz, pokrój je wzdłuż na ćwiartki i ostrym nożem usuń gniazda nasienne. Postaw szeroką patelnię na średnim ogniu i dodaj masło. Gdy zacznie się topić, rozłóż na nim gruszki płaską stroną do dołu, posyp miękkim cukrem trzcinowym i zakołysz patelnią, by pod ciężarem owoców cukier zmieszał się z masłem.

Polej je sokiem z cytryny i smaż 8–10 minut, aż gruszki zmiękną, a masło i cukier zmienią się w bursztynowy karmel.

Na dnie formy o średnicy 23 cm rozłóż owoce płaską stroną do góry (może nie zużyjesz wszystkich). Lepiej nie używać tortownicy, bo karmel może wyciekać przez szczelinę. W takim wypadku wyłóż dno papierem do pieczenia (najlepiej jednak, by ciasto stykało się z metalowymi ściankami, ponieważ ładniej się zrumieni).

Bulgoczący karmel zostaw jeszcze na małym ogniu, by zgęstniał, a następnie polej gruszki.

Piekarnik z termoobiegiem rozgrzej do 180°C. Ciasto można wymieszać mikserem ręcznym lub stacjonarnym. W dużej misce umieść miękkie masło i dosyp cukier. Ubijaj, aż masło będzie jasne i puszyste, kilka razy zdejmij je łopatką ze ścianek miski. Stale miksując, dodawaj po jednym jajku, tak by dokładnie się połączyło z masą przed dodaniem kolejnego i bymasło się nie rozwarstwiło.

Nasiona kardamonu i goździki rozetrzyj tłuczkiem w moździerzu i dodaj do ciasta. Orzechy włoskie pokrusz na spore kawałki w moździerzu lub rozgnieść je wałkiem do ciasta w złożonej ściereczce. Wymieszaj mąkę z proszkiem do pieczenia, przesiej, a następnie dosyp do maślanej mieszaniny razem z solą, cynamonem, mielonymi przyprawami i orzechami. Gdy się połączą, dodaj śmietanę i wymieszaj.

Zalej gruszki ciastem i lekko wyrównaj powierzchnię.

Pamiętając, że każdy piekarnik jest inny, wstaw ciasto na środkową półkę piekarnika najwyżej na godzinę. Mniej więcej po 30 minutach zmniejsz temperaturę do 160°C, by się nie spiekło. Zachowaj czujność, ale nie otwieraj drzwiczek piekarnika, bo ciasto może opaść. Po 50 minutach potrząśnij formą – jeśli środek ciasta się rusza, jeszcze się nie dopiekło. Wbij w nie patyczek, a gdy po wyjęciu będzie suchy, ciasto jest gotowe.

Wyjmij formę z piekarnika i odstaw na 15 minut, a następnie delikatnie przykryj ją deską do krojenia i odwróć do góry dnem. Na desce powinno się ukazać pięknie wyrośnięte ciasto z soczystymi, skarmelizowanymi gruszkami na wierzchu. Lubię podawać je na ciepło, z crème fraîche lub ze śmietaną kremówką i z kawą. Zachowuje świeżość przez dobrych kilka dni – wystarczy podgrzać kawałek w piekarniku z termoobiegiem nastawionym na 140°C.

Przepisy pochodzą z książki „Wiejski stół”, Juliusa Robertsa:

Fot. materiały prasowe Fot. materiały prasowe

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE