Krążąca po internetowych forach zasada pięciu randek mówi jedno: zanim wskoczycie do łóżka, dajcie sobie czas, żeby się poznać. Ale czy to naprawdę działa? I czy da się w ogóle ustalić uniwersalny moment „gotowości”?
Czy warto czekać do piątej randki?
Zasada pięciu randek brzmi jak coś, co mogłoby powstać w redakcji magazynu z lat 2000 – albo w dialogu z komedii romantycznej. Mimo to nie znika z TikToka, podcastów ani forów randkowych. W wersji klasycznej mówi: poczekaj z seksem do piątego spotkania. W innych: do piątej randki masz czas, żeby zdecydować, czy kontynuować znajomość, czy iść w swoją stronę. Brzmi logicznie – ale czy rzeczywiście da się tak matematycznie zaplanować rozwój relacji?
Co naprawdę oznacza „zasada pięciu randek”?
Choć nazwa sugeruje jakiś sztywny limit, five-date rule to raczej umowny sygnał: zwolnij i przyjrzyj się, z kim się spotykasz. Seks potrafi skutecznie zmącić ocenę sytuacji – a emocje i hormony bywają kiepskimi doradcami. Dopamina, oksytocyna, fajerwerki – wszystko to może przysłonić sygnały ostrzegawcze albo zamienić przeciętność w „motyle w brzuchu”. A potem, kiedy czar pryska, zostajesz z kimś, z kim wcale nie chcesz iść na śniadanie. W praktyce wygląda to tak:
-
Pierwsza randka to casting. Można dać się zauroczyć, ale równie dobrze można nie poznać drugiej osoby wcale.
-
Druga potwierdza pierwsze wrażenie, choć często wciąż gracie swoje lepsze wersje.
-
Trzecia to moment, gdy zaczynają się rysować powtarzalne schematy – te dobre i te niepokojące.
-
Czwarta i piąta to już często początek odsłaniania „prawdziwego ja”, gdzie łatwiej odróżnić chemię od kompatybilności.
Zasada pięciu spotkań to więc próba pogodzenia dwóch rzeczy: potrzeby intymności z rozsądnym podejściem do poznawania drugiego człowieka. Taki kompromis między sercem, rozumem, a… genitaliami.
Dlaczego nie warto traktować jej dosłownie?
Pięć randek to tylko liczba – a nie każdy dzień, każda rozmowa czy każde spotkanie mają tę samą wartość. Inaczej poznasz kogoś podczas wspólnego spaceru i kawy, a inaczej – w kinie, gdzie przez dwie godziny siedzicie obok siebie w ciszy. Niektórzy otwierają się szybko, inni potrzebują czasu. Z kolei ty możesz mieć intuicję emocjonalną Sherlocka Holmesa albo emocjonalną ślepotę jak ropucha trzcinowa (która, swoją drogą, słynie z braku selektywności w doborze partnerów). Poza tym: zasada nie uwzględnia relacji przedrandkowej – co, jeśli znacie się z pracy, z kręgu znajomych, z wakacji?
Zanim więc przypieczętujesz decyzję, zadaj sobie pytania:
-
Czy wiem, czego ta osoba chce od życia i związków?
-
Czy moje wartości i potrzeby są z nią kompatybilne?
-
Czy to, co widzę, to rzeczywiście prawdziwa wersja tej osoby?
Bo ostatecznie nie chodzi o piątkę, dziesiątkę czy setkę randek. Chodzi o to, czy czujesz się bezpiecznie, swobodnie i wiesz, co robisz. Ani przyspieszanie, ani przeciąganie sytuacji „bo tak mówi internet”, nie przyniesie ci niczego dobrego.