Netflix jest bardzo sprytny. Wypuszcza wakacyjny romans dokładnie w momencie, gdy toniemy w zaspach śniegu. „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” świetnie sprawdza się w roli eskapistycznego filmu do lodów i ciepłego koca, ale wbrew pozorom ta przyjemność nie niesie za sobą poczucia winy. Nowa komedia romantyczna z Tomem Blythem i Emily Bader jest autentycznie zabawna i z zaskakującą spostrzegawczością komentuje milenialskie podejście do życia.
Z romansem (prawie) nigdy nie ma problemu. Mam wrażenie, że twórcy współczesnych komedii romantycznych całą energię i uwagę pożytkują na wybór głównej pary aktorów. Przeprowadzają chemistry tests, piszą wątek miłosny tak, by wpadał w jeden z bardziej popularnych tropów, wysyłają na wywiady, podczas których iskry latają w powietrzu. Tymczasem scenariusz, a co za tym idzie aspekt komiczny, schodzi na jak najdalszy plan. Problem w tym, że para aktorów, choćby nie wiem jak atrakcyjna, choćby nie wiem z jaką chemią, nie udźwignie całego filmu. Nie, jeśli sytuacje, które muszą odgrywać są co najmniej kuriozalne, dialogi są tylko przerywnikami gorących interakcji, a romantyczna historia nie ma logicznego prawa bytu. W efekcie powstaje potworek pokroju „Tylko nie ty” (2023). „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” w reżyserii Bretta Haleya nie jest filmem, który powalczy o Oscara, ale to powiew wakacyjnej świeżości w lekko już zatęchłym komediowo-romantycznym gatunku.
Kadr z filmu „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” (Fot. materiały prasowe)
Przede wszystkim, w nowej produkcji Netflixa bohaterowie ze sobą rozmawiają. Poppy Wright (Emily Bader) i Alex Nilsen (Tom Blyth) poznają się podczas wspólnej podróży do domu. Oboje pochodzą z Linfield, niewielkiego miasteczka w Ohio i studiują na University of Chicago, jednak ich ścieżki nigdy wcześniej się nie skrzyżowały. Zamknięci przez kilka dobrych godzin w ciasnym samochodzie mają (z początku) wątpliwą przyjemność, by poznać się lepiej. Poppy i Alex są swoim całkowitymi przeciwieństwami – ona: roztrzepana, ekstrawertyczna, marząca o dalekich podróżach, on: poukładany, zamknięty w sobie marzący tylko o tym, by być już w domu. Jej do Linfield wcale niespieszno. Z rodzinnego miasteczka wyniosła przede wszystkim wspomnienie swoich nastoletnich prześladowców. Ale jak to w komediach romantycznych bywa: przeciwieństwa się przyciągają. Wkrótce zaprzyjaźnieni już towarzysze podróży zawierają umowę. Nieważne, czym akurat będą się zajmować, gdzie mieszkać, w każde lato spotkają się na wspólne wakacje.
Kadr z filmu „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” (Fot. materiały prasowe)
Fabuła plasująca się gdzieś pomiędzy „Jednym dniem” i „Love, Rosie”, tyle że z mniejszą dozą dramatyzmu, nie jest pomysłem oryginalnym, a ekranizacją wydanej w 2021 roku książki o tym samym tytule autorstwa Emily Henry. Powieść znalazła się na liście bestsellerów New York Timesa, a w recenzjach chwalono naturalne dialogi, które z pewnością ułatwiły przełożenie jej na film. Rozmowy i rozterki bohaterów nie wydają się wymuszone. Autentyczna relacja, pełna różnic charakteru, daje pole do komediowego popisu. Na takim fundamencie można zbudować chociażby scenę, w której Poppy kupuje na jarmarku paskudną, drewnianą rzeźbę, którą Alex jest zmuszony targać przez kanadyjski las.
Kadr z filmu „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” (Fot. materiały prasowe)
Młodzi trzydziestolatkowie mierzą się z problemami pasującymi do ich wieku. Poppy ma kłopot z zaangażowaniem i ze strachu przed rutyną ucieka w ekscytujące podróże. Alex panicznie boi się wyjść ze strefy komfortu. Dlatego nieustannie ciągnie go do dobrze znanych miejsc i osób – od liceum rozstaje się i schodzi z tą samą dziewczyną. Brettowi Haleyowi dość dobrze udało się ująć moment, gdy usprawiedliwiona niedojrzałość dobiega końca, a wraz z dorosłością pojawia się zagubienie. „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” zderza znaną z Instagrama aspiracyjną wizję życia, której sensem jest wakacyjny splendor i słodkość nicnierobienia z silną potrzebą zejścia na ziemię i docenienia codzienności. Jak to ujmuje bohaterka: czasem to, czego brakuje, to wakacje od wakacji.
Kadr z filmu „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” (Fot. materiały prasowe)
Jest zabawnie, jest uroczo, jest refleksyjnie, ale chemii oczywiście nie mogło zabraknąć. Po występie Emily Bader w serialu „Moja Lady Jane”, gdzie zagrała główną rolę i pojawiła się w duecie z Edwardem Bluemelem, wiedziałam, że świetnie sprawdza się w gatunku romantyczno-komediowym. Z Tomem Blythem nie było tej pewności. Aktor zdobył popularność za sprawą roli w należącym do dystopijnego uniwersum filmie „Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży”. Blyth wcielił się w młodego Prezydenta Snowa, który po trupach przyjaciół wspina się jak po szczeblach kariery. Jest przystojny, to fakt, ale jednocześnie niepokojący i niedostępny. Jednak na szczęście dla filmu Netflixa okazał się aktorem wystarczająco wszechstronnym, by równie dobrze wcielić się w nieśmiałego i empatycznego Alexa. Wraz z przefarbowaniem włosów na swój oryginalny, ciemny odcień Blyth odkrył też w sobie bonusowe zdolności taneczne, które okazały się bardzo przydatne w jednej z wakacyjnych scen.
Film „Ludzie, których spotykamy na wakacjach” jest już dostępny na platformie Netflix.