– Aż 80 procent dzieci ma skrajnie niskie poczucie sprawczości. To wynik, który poraża – alarmowała Joanna Flis na łamach „Zwierciadła”. Dodawała przy tym, że jednym z czynników najmocniej podkopujących wiarę w siebie i własne możliwości jest – obok rodzicielskich zaniedbań – nadopiekuńczość. Jak więc znaleźć złoty środek i wychować młodego człowieka, który będzie pewny siebie i gotowy na wyzwania?
– Nadopiekuńczy rodzic to rodzic, który jest wciąż przestraszony, kontroluje nie to, co trzeba, nie tam, gdzie trzeba. To jest rodzic „helikopter” – cały czas krąży nad swoim dzieckiem, także we własnych myślach, wciąż się zamartwiając. Chcę powiedzieć to bardzo jasno, bo to szalenie ważne – nadopiekuńczość jest przemocą, ponieważ uniemożliwia dziecku rozwój, uszkadza poczucie wartości i sprawczości – podkreślała w wywiadzie polska psycholożka i pedgagożka. Z Joanną Flis z pewnością zgodziłaby się dr Meredith Elkins, na co dzień wykładająca w Harvard Medical School. Na portalu CNBC wskazuje ona pięć sygnałów, które jednoznacznie świadczą o tym, że opiekun wpadł w pułapkę nadopiekuńczości i „z miłości” wyświadcza swoim potomkom niedźwiedzią przysługę. O jakie złe nawyki chodzi?
Wystarczy jedna łza spływająca po policzku, by nadopiekuńczy rodzic ruszył z odsieczą. Nieważne, czy chodzi o konflikt z rówieśnikiem, nieporozumienie z nauczycielem i uwagę w dzienniczku czy trudności ze zrozumieniem materiału do kartkówki – nadgorliwy opiekun natychmiast przejmuje stery. Tymczasem, zamiast reagować impulsywnie i wyręczać dziecko we wszystkim lub podsuwać mu gotowe rozwiązania, znacznie korzystniej szczerze z nim porozmawiać. Warto dopytać, czy samo widzi możliwe wyjście z kłopotliwej sytuacji, uważnie wysłuchać jego pomysłów i dopiero wówczas podzielić się własną perspektywą. Dziecko nie nauczy się radzić sobie z trudnościami, jeśli nie będzie miało na to przestrzeni. Towarzyszenie mu w szukaniu sposobów na rozstrzygnięcie problemów wzmacnia krytyczne myślenie i buduje poczucie, że ma wystarczające zasoby, by samodzielnie mierzyć się z wyzwaniami.
Niełatwo patrzy się na smutek, rozczarowanie czy frustrację wymalowane na twarzy tych, których kochamy. Naturalną reakcją wielu rodziców jest więc natychmiastowa próba odwrócenia uwagi dziecka od wydarzeń, które sprawiły mu przykrość, błyskawiczne pocieszenie go lub znalezienie rozwiązania, które w mgnieniu oka uwolni je od nieprzyjemnych uczuć. Intencja jest jasna – ochronić dziecko przed cierpieniem. Efekt bywa jednak odwrotny. Gdy regularnie pozbawiamy dzieci możliwości przeżywania trudnych emocji, nie opanują one umiejętności ich rozpoznawania ani regulowania. Z czasem zaczynają wierzyć, że łzy czy złość są czymś nienaturalnym, niebezpiecznym albo po prostu niemożliwym do udźwignięcia. A przecież nawet bolesne uczucia są naturalnym elementem życia. Zamiast więc je zagłuszać, warto je nazwać i uznać w spokojnej, otwartej rozmowie. Zanim pośpiesznie rzucisz hasło: „Nie smuć się, zróbmy razem coś miłego”, ugryź się w język. Daj dziecku sygnał, że widzisz jego emocje, że rozumiesz, z czym się zmaga, i że wierzysz w jego zdolność poradzenia sobie z tym stanem.
Czytaj także: Mówisz tak do swojego dziecka? Oto 7 „troskliwych” zdań, które podsycają lęki i wywierają presję
3. Zakładanie, że dziecko jest kruche, zamiast dostrzegania jego zdolności i siły
Jak zauważa amerykańska psycholożka, to jeden z mniej oczywistych przejawów nadopiekuńczości. Wielu rodziców trzyma dzieci „pod kloszem”, przekonanych, że wymagania, obowiązki czy życiowe przeszkody przerastają ich możliwości. Działają w dobrej wierze, sądząc, że każde zadanie może być „zbyt stresujące” lub „za bardzo obciążające”. W obawie przed porażką zdejmują więc z barków dziecka wszelką odpowiedzialność. Niestety taki sposób myślenia może sprawić, że dziecko zacznie postrzegać siebie oczami zatroskanych rodziców – jako kogoś słabego, kruchego i niezdolnego do poradzenia sobie z wyzwaniami. Zamiast więc z góry zakładać, że młody człowiek nie da sobie rady, warto dać mu pole do działania, zachęcić do samodzielnych prób i wspierać w zdobywaniu nowych kompetencji.
Nadopiekuńczy rodzice często nadmiernie koncentrują się na wysokich ocenach, zdobytych nagrodach czy bezbłędnie odegranej roli w szkolnej sztuce. Chcą, aby na lodówce wisiał napisany na szóstkę sprawdzian, a nad kominkiem stały same złote puchary – ku ich dumie i uciesze dziecka. Oczywiście nie zawierzają powodzenia ślepemu losowi. Non stop konsultują się z nauczycielami, wdają w dyskusje z trenerami, po nocach pomagają w pracach domowych. Zła wiadomość jest taka, że dziecko nie wykształci odporności psychicznej, jeśli wszystko będzie miało podane na tacy. Rzecz jasna nie ma nic złego w zainteresowaniu tym, jak dziecko radzi sobie poza domem – zazwyczaj utarte pytanie „Jak było w szkole?” nie wystarcza, aby dowiedzieć się całej prawdy. Jednak trzeba pamiętać o tym, że błędy i potknięcia są niezbędną częścią rozwoju. Czasem warto pozwolić, aby dziecko poniosło konsekwencje nieprzygotowania do lekcji czy nieudanego występu na scenie, jeśli nie poświęciło czasu na opanowanie kwestii. Nie chodzi też o pozostawienie go z trudnymi emocjami samego sobie. To okazja, by wspólnie spojrzeć na sytuację, wyciągnąć wnioski i docenić wartość procesu, a nie tylko perfekcyjnego efektu. Małe kroki, próby i doświadczenia są o wiele ważniejsze niż bezbłędny wynik.
5. Pozwalanie, by lękliwość rodziców kierowała ich działaniami
W dzisiejszym świecie naprawdę istnieje wiele zagrożeń, których nie można bagatelizować. Często jednak to nie racjonalne przesłanki, lecz nadmierny lęk kieruje działaniami rodziców. Niektórzy ciągle zamartwiają się o przyszłość swoich dzieci, tworzą w głowie najczarniejsze scenariusze i próbują zapobiec katastrofom, zanim się one wydarzą. Ten ciągły niepokój wysyła najmłodszym subtelny, ale szkodliwy komunikat: „Beze mnie sobie nie poradzisz”. Tymczasem kochający rodzic nie musi być zawsze tuż obok, nie musi mieć dziecka na oku przez cały czas. Stała kontrola bywa odbierana jako brak zaufania do kompetencji dziecka i odbiera mu możliwość samodzielnego eksplorowania świata. Zanim więc wkroczymy do akcji, dobrze jest wziąć głęboki oddech i zadać sobie pytanie: „Czy reaguję, bo zagrożenie jest realne, czy dlatego, że chcę uciszyć własny lęk?”.
Czytaj także: Lęk nasz powszedni. Jak przewlekłe uczucie niepokoju zmienia jakość naszego życia?
Artykuł opracowany na podstawie: Meredith Elkins, „Harvard psychologist: 5 signs you’re overparenting your kids – and how to really raise resilient children”, cnbc.com [dostęp: 14.01.2026]