Można przestać zbierać naklejki z Królem Lwem na zeszytach i porzucić marzenia o byciu Arielką, ale z animacji się nie wyrasta. Zmienia się tylko perspektywa – kiedyś czekaliśmy, aż bohaterowie znajdą skarb, dziś ciekawi nas, czy znajdą sens życia. Doroślejąc, odkrywamy, że animacja to już nie bajka na dobranoc, lecz opowieść o nas samych: o samotności, kryzysach i emocjach, których nie da się uchwycić kamerą. W tym tekście przyglądam się filmom, które pokazują, że dorosłość też można narysować.
Animacja pozwala powiedzieć to, czego nie sposób uchwycić kamerą. Kreska potrafi oddać to, co naprawdę rozmazane – emocje, wspomnienia, lęki. Doskonale widać to w obrazach Charliego Kaufmana w „Anomalisie”, Ariego Folmana w „Walcu z Baszirem” czy u Hayao Miyazakiego, który od lat rysuje melancholię dorosłości tak subtelnie, że czujemy ją, zanim ją zrozumiemy. Tu nie obowiązują prawa grawitacji – obowiązuje prawda emocji. I może właśnie dlatego narysowani bohaterowie potrafią czasem pokazać więcej niż ci z krwi i kości.
Moja przygoda z animacją dla dorosłych zaczęła się dość niepozornie – od seansu, na który poszłam raczej z ciekawości niż z przekonania. „Walc z Baszirem” kusił nagrodami i opiniami krytyków, ale w mojej głowie wciąż nie mieściło się, jak film o wojnie można zrobić w formie animacji. Szczerze? Szłam z duszą na ramieniu i podejrzliwym „no, zobaczymy” na ustach. Po dziesięciu minutach już wiedziałam, że się pomyliłam. Rysunkowy żołnierz, tańczący w rytm własnych wspomnień, poruszył mnie bardziej niż niejeden film z krwi i kości. To właśnie wtedy zrozumiałam, że animacja nie jest tylko dla dzieci, ale stała się nowym językiem opowiadania o świecie – o tym, co zbyt bolesne, zbyt absurdalne albo zbyt delikatne, by pokazać realistycznie. To dlatego listy najlepszych filmów animowanych nie mogę rozpocząć inaczej niż od „Walca z Baszirem”.
Ari Folman stworzył film o żołnierzach, którzy próbują przypomnieć sobie to, co woleliby zapomnieć. Ich wspomnienia są rozmyte, nierealne, momentami wręcz poetyckie – jakby pamięć miała własną animację. W „Walcu z Baszirem” wojna nie ma barw narodowych ani granic, jest emocją: wstydem, lękiem, winą. To film, po którym człowiek długo milczy, bo wie, że wszystko zostało już powiedziane, niestety.
Jeśli spodoba ci się „Walc z Baszirem” i poczujesz, że animacja naprawdę wie, jak opowiadać o rzeczach trudnych – takich, od których zwykle odwracamy wzrok – sięgnij po kolejne tytuły.
Marjane Satrapi narysowała historię swojego dorastania w Iranie w czasach rewolucji. Z jej rysunków wyszedł portret każdej dziewczyny, która kiedykolwiek czuła się „za bardzo”. „Persepolis” to opowieść o wolności, która zaczyna się od buntu i kończy na emigracji, o humorze jako formie oporu i o tym, że czarno-biała kreska potrafi mieć więcej niuansów niż niejedna epicka produkcja Netflixa.
W świecie Charliego Kaufmana każda postać ma ten sam głos. Dosłownie. To nie żart z dźwiękowca, tylko genialna metafora: ludzie coraz częściej mówią, ale nikt już nie słucha. Bohater – wypalony mówca motywacyjny – spotyka kobietę, która wreszcie brzmi inaczej. Plastelinowa forma tylko podkreśla, jak bardzo jesteśmy mechaniczni, a jednocześnie – jak bardzo pragniemy bliskości.
„Flee” to historia mężczyzny uciekającego z Afganistanu, który po latach po raz pierwszy opowiada o swojej przeszłości. Dzięki animacji może pozostać anonimowy, a jednocześnie – całkowicie prawdziwy. Film łączy realizm dokumentu z poetyką wspomnień, tworząc coś, co wymyka się definicjom: to nie reportaż ani bajka – to emocjonalne świadectwo.
Żyjemy w czasach, w których walutą jest ironia – im bardziej coś nas porusza, tym szybciej chowamy to w cudzysłowie. Bo przecież nie wypada tak po prostu powiedzieć, że coś było piękne, że się popłakało, że film nas poruszył. A jednak animacja wymyka się temu pancerzowi. W jej świecie można płakać, nie będąc naiwnym, i śmiać się, nie będąc cynicznym.
Weźmy choćby „W głowie się nie mieści” – niby Pixar, niby dla dzieci, a tak naprawdę jeden z najbardziej dojrzałych filmów o smutku, jaki kiedykolwiek powstał. Pokazuje, że emocje nie są wrogiem, tylko językiem, którego zapomnieliśmy używać. Albo „Czerwony żółw”, gdzie przez półtorej godziny nikt nic nie mówi, a i tak rozumiemy wszystko – samotność, miłość, przemijanie. Cisza staje się tu emocją, nie pustką.
Tworząc moją listę najlepszych animacji, nie mogę pominąć seriali. „BoJack Horseman” bez znieczulenia rozprawia się z depresją, uzależnieniami i emocjonalną pustką, pokazując je w formie, która boli, zawstydza i momentami śmieszy jednocześnie. Udowadnia, że nawet koń z Hollywood może kompletnie pogubić się w swoim życiu i że ironia nie chroni przed konsekwencjami własnych wyborów.
„Rick and Morty” to z kolei popis nihilizmu w odcinkach – świat, w którym każdy żart kończy się egzystencjalnym niepokojem. A „Big Mouth”? To odważna, bezczelna lekcja o dojrzewaniu i wstydzie, jakiej nie odważyłby się udzielić żaden pedagog.
Niektóre prawdy łatwiej narysować, niż wypowiedzieć. Może dlatego animacja wciąż nas przyciąga – daje iluzję lekkości, a jednocześnie mówi o sprawach, które zwykle chowamy głęboko pod warstwą dorosłości. W pastelowych kadrach można bez wstydu przyznać się do strachu, tęsknoty czy nawet zwykłej potrzeby bliskości. Bo świat narysowany pozwala zrozumieć ten prawdziwy – z całym jego chaosem, absurdem i nieporadnym pięknem.
Mam jednak świadomość, że animacja nie jest dla każdego. Nie każdy lubi, gdy emocje mają kształt plasteliny, a wojna przypomina obraz w akwarelach. Niektórzy po prostu wolą kino, w którym kamera nie udaje ołówka, a prawda jest twarda jak beton. I to też jest w porządku. Jeśli więc nie odnajdujesz się w tej konwencji, ale wciąż chcesz zobaczyć filmy, które zostają w człowieku na długo – sięgnij po wstrząsające filmy oparte na faktach lub filmy psychologiczne, które są jak operacja na otwartym umyśle widza.