Autopromocja
WOS - 6 - desktop
WOS - 6 - desktop
  1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Filmy
  4. >
  5. „Wielki Marty” to wielkie kino, a Chalamet daje tu występ życia. „Oglądałam jak zahipnotyzowana. Hype jest w pełni uzasadniony”

„Wielki Marty” to wielkie kino, a Chalamet daje tu występ życia. „Oglądałam jak zahipnotyzowana. Hype jest w pełni uzasadniony”

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Marty chce być gwiazdą. Nagnie więc wszystkie reguły, wejdzie w układy z tymi, od których lepiej trzymać się z daleka i uwiedzie każdą kobietę, byleby tylko stać się wielkim. Nowy film z Timothée Chalametem nie jest to jednak klasyczną sportową biografią, lecz komedią przygodową w duchu „Wilka z Wall Street”. Dzięki rozbudowanej i skrupulatnie zaplanowanej kampanii marketingowej, w Polsce film zobaczyło przedpremierowo już ponad 100 tysięcy widzów. To imponujący wynik, ale nie dziwi wcale – bo „Wielki Marty” to faktycznie aktorski, operatorski i reżyserski majstersztyk, a hype wokół niego jest całkowicie uzasadniony.

Rok temu, odbierając nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych za rolę Boba Dylana w „Kompletnie nieznanym”, Timothée Chalamet powiedział:

„Chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie wielcy”.

Wielu krytykowało go wówczas za brak skromności, jednak aktor nigdy nie ukrywał swoich ambicji i sam wielokrotnie mówił o tym, że „dąży do wielkości” i pragnie zdobyć Oscara. To może być jego moment, bo w „Wielkim Martym” Chalamet daje z siebie jeszcze więcej, jeśli nie najwięcej jak do tej pory w swojej trwającej już ponad dekadę karierze. Do tego po raz kolejny łączy osobistą motywację z rolą – aby przekonująco zagrać Dylana przez rok uczył się śpiewu i gry na gitarze; tym razem przez 7 lat trenował grę w ping-ponga. Film Josha Safdiego, speca od realistycznych thrillerów i trzymających w napięciu kryminałów (patrz: „Good Time” i „Nieoszlifowane diamenty”, które wyreżyserował z bratem), to bowiem historia luźno inspirowana życiem nowojorskiego tenisisty stołowego Marty’ego Reismana.

Czytaj także: „Kompletnie nieznany” to biografia pełna dźwięków, lecz pozbawiona głębi. Recenzja filmu o Bobie Dylanie z Timothéem Chalametem

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Akcja przenosi nas do 1952 roku. Marty Mauser to chudy, pyskaty gaduła ledwo wiążący koniec z końcem. Pracuje w sklepie obuwniczym wuja na Manhattanie, chociaż w głębi duszy marzy o tym, aby zostać mistrzem świata w tenisie stołowym, zdobyć nagrodę dziesięciokrotnie wyższą od swojej pensji, a następnie opatentować własną markę piłek. Problem w tym, że nikt w jego otoczeniu, a nawet w całym kraju, nie traktuje tego sportu poważnie. Młodziak ma jednak wielki talent, a do tego jest bezkompromisowo ambitny, impulsywny i głęboko przekonany o tym, że ping-pong to jego życiowe powołanie.

To prawda – jest genialnym graczem (uważa się nawet za najlepszego na świecie), ale dla biednego żydowskiego chłopaka to za zdecydowanie mało, a dotarcie do zawodowych turniejów wymaga pieniędzy, których nie ma. Odkłada więc każdy zarobiony (lub wyłudzony) grosz, aby pojechać do Londynu na mistrzostwa świata. Tam jego starcie z japońską supergwiazdą ping-ponga kończy się jednak spektakularną porażką.

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Do domu wraca z długami i misją zebrania środków na rewanż w Tokio, gdzie mógłby odzyskać tytuł i reputację. To będzie jednak wymagać od niego niezłej pomysłowości. Na wsparcie bliskich nie ma bowiem co liczyć. Matka chce, żeby znalazł stałą pracę, wuj zalega z wypłatą, a najbliższa przyjaciółka liczy na to, że się ustatkuje. I tak Marty, zadziorny dynamo z ciętym językiem i nieludzką bezczelnością, aby dotrzeć na szczyt, postanawia pożyczać, kraść, oszukiwać i kombinować. W efekcie co chwila wymyśla nowe przekręty i próbuje wywinąć się z katastrof, które sam wywołał. Czy uda mu się zebrać pieniądze na podróż, aby ponownie zmierzyć się z japońskim asem?

I jak daleko posunie się, aby osiągnąć swój cel i spełnić marzenia?

Triumf narcyzmu. Recenzja filmu „Wielki Marty”

Każdy, kto zna wcześniejsze dzieła Safdiego, dobrze wie, czego spodziewać się po tym seansie: dynamicznej, wywołującej niepokój fabuły oraz efektownej, chaotycznej akcji. I faktycznie – Wielki Marty” dowodzi nam prawdziwą jazdę bez trzymanki i dającą zastrzyk energii rozrywkę. Dostajemy więc dwie i pół godziny poprowadzonej z werwą akcji, błyskotliwych dialogów, ostrych cięć montażowych i sprytnych ujęć, w których Marty goni za sukcesem. Jednak nie o tenisa stołowego tu chodzi. „Wielki Marty” nie jest bowiem filmem sportowym, a już na pewno nie w klasycznym ujęciu. Nie ma tu scen, w których bohater ćwiczy, pokornie słucha mentorów, a potem na zmianę wygrywa i przegrywa. To bardziej kino pokroju „Wściekłego Byka” czy „Koloru pieniędzy” Martina Scorsese, a prędzej – komedia przygodowa w duchu „Wilka z Wall Street” oraz „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Safdie czerpie też garściami z kokainowego pobudzenia z „Chłopców z ferajny”, ale po swojemu, opierając narracje głównie na nieprzewidywalności.

Czytaj także: Martin Scorsese: „Wciąż jestem w podróży, nie oglądam się wstecz”. Reżyser został nagrodzony Honorowym Złotym Niedźwiedziem

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Chodzi raczej o to, że sam film jest ping-pongiem, a rytm i duch tego sportu obecne są w każdej scenie. Dramaturgię zapewniają więc nie tyle emocjonujące rozgrywki, co wysiłki Marty’ego, by zostać mistrzem, np. wyłudzanie pieniędzy od bliskich i nieznajomych, przez co ledwo uchodzi z życiem. Sport jest tu zatem wyłącznie tłem dla historii o życiu, przyjaźni, talencie i nieustającej ambicji, co czyni opowieść bardziej uniwersalną i dla wszystkich, chociaż twórcy podejmują tu dodatkowo temat dumy narodowej, tożsamości, amerykańskiego snu, pochodzenia klasowego i etnicznego, przywilejów i władzy.

Na pewno nie jest to sztampowy film o sportowcu-outsiderze; raczej wciągające studium postaci dążącej do wielkości (jakież to amerykańskie!), mroczny portret Ameryki i analiza ludzkiej kondycji. Napędzany energiczną muzyką lat 80. film nie jest też typowym dramatem kostiumowym. W tej chaotycznej intrydze czai się za to coś absolutnie oszałamiającego – elektryzująca zmienność, gdy Marty ucieka się do oszustw, kradzieży, a nawet żądania okupu za skradzione mienie, aby osiągnąć swój cel. Tak, jest palantem, ale sympatycznym.

Jego odmowa kompromisu lub jakichkolwiek ograniczeń to nie tylko dzika ambicja; to żądza życia, która wypełnia każdą klatkę. Reżyseria jest tak szalona, ​​że ​​tenis stołowy wydaje się tu jeszcze bardziej ekscytujący niż wyścigi F1. Mamy tu też kilka naprawdę oszałamiających scen i perfekcyjnych zwrotów akcji, a także angażujące wątki poboczne obejmujące liczne romanse głównego bohatera oraz jego utarczki z uzbrojonymi gangsterami. Safdie rozkoszuje się bowiem zabawianiem widza. Marty przeskakuje więc z jednej katastrofy do drugiej, a kulminacją opowieści jest epicki i pełen napięcia mecz.

Czytaj także: Nie interesujesz się wyścigami? Po tym filmie zaczniesz. „F1” wbija w fotel, a 61-letni Brad Pitt udowadnia, że nadal może wszystko [Recenzja]

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Film ma swój nerwowy, duszny język wizualny, jakby sama kamera z trudem nadążała za protagonistą. Oglądając go zostajemy dodatkowo jakby uwięzieni w jego umyśle. Klaustrofobiczne zdjęcia, mistrzowski montaż i nieustępliwe tempo akcji nie pozostawiają też wiele miejsca na oddech. Obserwujemy jak Marty obsesyjnie dąży do wielkości, ale z każdym jego wyborem sytuacja coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Nerwowość i stale rosnące napięcie czuć w każdej scenie. Następuje tu też pewne przesunięcie czasowe, bo chociaż akcja osadzona jest w latach 50., film nakręcono w stylu lat 70., a na ścieżce dźwiękowej dominuje muzyka z lat 80.: Alphaville, Tears For Fears i New Order.

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Sam Marty, najbardziej niepoprawny bohater filmowy od lat, wywołał już wiele dyskusji. Wielu uważa, że jest nie do zniesienia, a jego czyny są nie do obrony. Owszem, gość sieje chaos i manipuluje wszystkimi, dopóki nie postawi na swoim. Goni za marzeniami i prestiżem, a ucieka przed obowiązkami i odpowiedzialnością. Jest nadmiernie pewny siebie, a do tego mówi i robi naprawdę karygodne rzeczy. Kino bywa jednak cudownie amoralnym medium, więc i tak kibicujemy mu w drodze do sukcesu (chociaż chwilami też cichu liczymy, że lawina upokorzeń w końcu skutecznie wyleczy go z manii wielkości). Do tego potrzeba kogoś więcej niż dobrego aktora. Potrzeba jednego z największych.

I tu pojawia się – może nie cały na biało, ale na pewno w stylowym kanciastym garniaku – Timothée Chalamet, w życiowej formie, w pełni oddany roli, dający najlepszy i najbardziej elektryzujący występ w swojej karierze. I chociaż antypatyczni bohaterowie to w zasadzie jego specjalność, tu po raz pierwszy zagrał człowieka tak głęboko zafascynowanego ideą wielkości, zdeterminowanego i narcystycznego, gotowego do wszelkich poświęceń, a nawet zdolnego do wszystkiego. To jednocześnie najbardziej fascynująca i irytująca postać w filmie. Znakomicie portretuje też egoizm i krótkowzroczność swojego bohatera, a zarazem nasyca go ujmującą chłopięcością, a nawet sprawia, że mu współczujemy – chociaż Marty w ogóle na to nie zasługuje. Ale tak właśnie robią wielkie gwiazdy filmowe, a nasz poczciwy Timmy C. bez wątpienia się do nich zalicza (Oscar to jedynie formalność).

Czytaj także: Syndrom głównego bohatera: niegroźne romantyzowanie życia czy niebezpieczny narcyzm?

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Marty to po prostu urodzony cwaniak, naciągacz i kłamca. Bywa okrutny, zarozumiały i arogancki. Nigdy nie przyjmuje odmowy, nie myśli, zanim coś powie. Ślepo wierzy w siebie i jest głęboko samolubny. Dąży do celu po trupach, łamiąc wszystkie zasady. Jest porywczy i bezwstydny, choć według niektórych czarujący. Chalamet świetnie sprzedaje tę energię, udowadniając, że jest jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia. Dodatkowego kolorytu dodają filmowi znakomite występy drugoplanowe. Z przyjaciółką z dzieciństwa Rachel, graną przez charakterną Odessę A’zion, Marty stanowi duet niczym Bonnie & Clyde, z kolei zmysłowa Gwyneth Paltrow grająca gasnącą gwiazdę kina i jego kochankę, subtelnie nakreśla portret znudzonej życiem, ale pragnącej miłości kobiety. Świetnie wypada też debiutujący na dużym ekranie Tyler Okonma (Tyler, The Creator) jako Willy.

Czytaj także: „Diuna: Część druga” jeszcze lepsza niż pierwsza? Recenzujemy nowy film Denisa Villeneuve’a

„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films) „Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)

Nasza rada? Nie idźcie, a biegnijcie do kin. Ten film to czyste szaleństwo; maniakalny trip o rozszalałym ego, wciągające doświadczenie emocjonalne, a nawet somatyczne, oraz intensywne studium antybohatera z kompleksem Boga. Ukazuje nie tylko pragnienie czegoś więcej i niechęć do życia, które nie spełnia ambicji, ale też to, co w teorii wiemy wszyscy, lecz rzadko mamy odwagę przyznać to wprost: toksyczna brawura pomaga osiągać cele, a uczciwość to często droga donikąd. Ta pełna akcji, szalona historia o życiu bez lęku, szczeniackiej lekkomyślności i megalomanii oraz dążeniu do wielkości za wszelką cenę, z pewnością przypadnie więc do gustu widzom lubiącym dynamiczne, niekonwencjonalne historie z wyrazistymi postaciami. Trudno nie wciągnąć się w tę opowieść i nie czuć ekscytacji, tym co dzieje się na ekranie – bez względu na to, czy nasz bohater odnosi upragniony sukces czy ponosi sromotną porażkę.

„Wielki Marty” w kinach od 30 stycznia.

Proszę akceptuj pliki cookie marketingowe, aby wyświetlić tę zawartość YouTube.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE