Marty chce być gwiazdą. Nagnie więc wszystkie reguły, wejdzie w układy z tymi, od których lepiej trzymać się z daleka i uwiedzie każdą kobietę, byleby tylko stać się wielkim. Nowy film z Timothée Chalametem nie jest to jednak klasyczną sportową biografią, lecz komedią przygodową w duchu „Wilka z Wall Street”. Dzięki rozbudowanej i skrupulatnie zaplanowanej kampanii marketingowej, w Polsce film zobaczyło przedpremierowo już ponad 100 tysięcy widzów. To imponujący wynik, ale nie dziwi wcale – bo „Wielki Marty” to faktycznie aktorski, operatorski i reżyserski majstersztyk, a hype wokół niego jest całkowicie uzasadniony.
Rok temu, odbierając nagrodę Gildii Aktorów Ekranowych za rolę Boba Dylana w „Kompletnie nieznanym”, Timothée Chalamet powiedział:
„Chcę być jednym z wielkich. Inspirują mnie wielcy”.
Wielu krytykowało go wówczas za brak skromności, jednak aktor nigdy nie ukrywał swoich ambicji i sam wielokrotnie mówił o tym, że „dąży do wielkości” i pragnie zdobyć Oscara. To może być jego moment, bo w „Wielkim Martym” Chalamet daje z siebie jeszcze więcej, jeśli nie najwięcej jak do tej pory w swojej trwającej już ponad dekadę karierze. Do tego po raz kolejny łączy osobistą motywację z rolą – aby przekonująco zagrać Dylana przez rok uczył się śpiewu i gry na gitarze; tym razem przez 7 lat trenował grę w ping-ponga. Film Josha Safdiego, speca od realistycznych thrillerów i trzymających w napięciu kryminałów (patrz: „Good Time” i „Nieoszlifowane diamenty”, które wyreżyserował z bratem), to bowiem historia luźno inspirowana życiem nowojorskiego tenisisty stołowego Marty’ego Reismana.
Czytaj także: „Kompletnie nieznany” to biografia pełna dźwięków, lecz pozbawiona głębi. Recenzja filmu o Bobie Dylanie z Timothéem Chalametem
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Akcja przenosi nas do 1952 roku. Marty Mauser to chudy, pyskaty gaduła ledwo wiążący koniec z końcem. Pracuje w sklepie obuwniczym wuja na Manhattanie, chociaż w głębi duszy marzy o tym, aby zostać mistrzem świata w tenisie stołowym, zdobyć nagrodę dziesięciokrotnie wyższą od swojej pensji, a następnie opatentować własną markę piłek. Problem w tym, że nikt w jego otoczeniu, a nawet w całym kraju, nie traktuje tego sportu poważnie. Młodziak ma jednak wielki talent, a do tego jest bezkompromisowo ambitny, impulsywny i głęboko przekonany o tym, że ping-pong to jego życiowe powołanie.
To prawda – jest genialnym graczem (uważa się nawet za najlepszego na świecie), ale dla biednego żydowskiego chłopaka to za zdecydowanie mało, a dotarcie do zawodowych turniejów wymaga pieniędzy, których nie ma. Odkłada więc każdy zarobiony (lub wyłudzony) grosz, aby pojechać do Londynu na mistrzostwa świata. Tam jego starcie z japońską supergwiazdą ping-ponga kończy się jednak spektakularną porażką.
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Do domu wraca z długami i misją zebrania środków na rewanż w Tokio, gdzie mógłby odzyskać tytuł i reputację. To będzie jednak wymagać od niego niezłej pomysłowości. Na wsparcie bliskich nie ma bowiem co liczyć. Matka chce, żeby znalazł stałą pracę, wuj zalega z wypłatą, a najbliższa przyjaciółka liczy na to, że się ustatkuje. I tak Marty, zadziorny dynamo z ciętym językiem i nieludzką bezczelnością, aby dotrzeć na szczyt, postanawia pożyczać, kraść, oszukiwać i kombinować. W efekcie co chwila wymyśla nowe przekręty i próbuje wywinąć się z katastrof, które sam wywołał. Czy uda mu się zebrać pieniądze na podróż, aby ponownie zmierzyć się z japońskim asem?
I jak daleko posunie się, aby osiągnąć swój cel i spełnić marzenia?
Każdy, kto zna wcześniejsze dzieła Safdiego, dobrze wie, czego spodziewać się po tym seansie: dynamicznej, wywołującej niepokój fabuły oraz efektownej, chaotycznej akcji. I faktycznie – „Wielki Marty” dowodzi nam prawdziwą jazdę bez trzymanki i dającą zastrzyk energii rozrywkę. Dostajemy więc dwie i pół godziny poprowadzonej z werwą akcji, błyskotliwych dialogów, ostrych cięć montażowych i sprytnych ujęć, w których Marty goni za sukcesem. Jednak nie o tenisa stołowego tu chodzi. „Wielki Marty” nie jest bowiem filmem sportowym, a już na pewno nie w klasycznym ujęciu. Nie ma tu scen, w których bohater ćwiczy, pokornie słucha mentorów, a potem na zmianę wygrywa i przegrywa. To bardziej kino pokroju „Wściekłego Byka” czy „Koloru pieniędzy” Martina Scorsese, a prędzej – komedia przygodowa w duchu „Wilka z Wall Street” oraz „Złap mnie, jeśli potrafisz”. Safdie czerpie też garściami z kokainowego pobudzenia z „Chłopców z ferajny”, ale po swojemu, opierając narracje głównie na nieprzewidywalności.
Czytaj także: Martin Scorsese: „Wciąż jestem w podróży, nie oglądam się wstecz”. Reżyser został nagrodzony Honorowym Złotym Niedźwiedziem
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Chodzi raczej o to, że sam film jest ping-pongiem, a rytm i duch tego sportu obecne są w każdej scenie. Dramaturgię zapewniają więc nie tyle emocjonujące rozgrywki, co wysiłki Marty’ego, by zostać mistrzem, np. wyłudzanie pieniędzy od bliskich i nieznajomych, przez co ledwo uchodzi z życiem. Sport jest tu zatem wyłącznie tłem dla historii o życiu, przyjaźni, talencie i nieustającej ambicji, co czyni opowieść bardziej uniwersalną i dla wszystkich, chociaż twórcy podejmują tu dodatkowo temat dumy narodowej, tożsamości, amerykańskiego snu, pochodzenia klasowego i etnicznego, przywilejów i władzy.
Na pewno nie jest to sztampowy film o sportowcu-outsiderze; raczej wciągające studium postaci dążącej do wielkości (jakież to amerykańskie!), mroczny portret Ameryki i analiza ludzkiej kondycji. Napędzany energiczną muzyką lat 80. film nie jest też typowym dramatem kostiumowym. W tej chaotycznej intrydze czai się za to coś absolutnie oszałamiającego – elektryzująca zmienność, gdy Marty ucieka się do oszustw, kradzieży, a nawet żądania okupu za skradzione mienie, aby osiągnąć swój cel. Tak, jest palantem, ale sympatycznym.
Jego odmowa kompromisu lub jakichkolwiek ograniczeń to nie tylko dzika ambicja; to żądza życia, która wypełnia każdą klatkę. Reżyseria jest tak szalona, że tenis stołowy wydaje się tu jeszcze bardziej ekscytujący niż wyścigi F1. Mamy tu też kilka naprawdę oszałamiających scen i perfekcyjnych zwrotów akcji, a także angażujące wątki poboczne obejmujące liczne romanse głównego bohatera oraz jego utarczki z uzbrojonymi gangsterami. Safdie rozkoszuje się bowiem zabawianiem widza. Marty przeskakuje więc z jednej katastrofy do drugiej, a kulminacją opowieści jest epicki i pełen napięcia mecz.
Czytaj także: Nie interesujesz się wyścigami? Po tym filmie zaczniesz. „F1” wbija w fotel, a 61-letni Brad Pitt udowadnia, że nadal może wszystko [Recenzja]
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Film ma swój nerwowy, duszny język wizualny, jakby sama kamera z trudem nadążała za protagonistą. Oglądając go zostajemy dodatkowo jakby uwięzieni w jego umyśle. Klaustrofobiczne zdjęcia, mistrzowski montaż i nieustępliwe tempo akcji nie pozostawiają też wiele miejsca na oddech. Obserwujemy jak Marty obsesyjnie dąży do wielkości, ale z każdym jego wyborem sytuacja coraz bardziej wymyka się spod kontroli. Nerwowość i stale rosnące napięcie czuć w każdej scenie. Następuje tu też pewne przesunięcie czasowe, bo chociaż akcja osadzona jest w latach 50., film nakręcono w stylu lat 70., a na ścieżce dźwiękowej dominuje muzyka z lat 80.: Alphaville, Tears For Fears i New Order.
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Sam Marty, najbardziej niepoprawny bohater filmowy od lat, wywołał już wiele dyskusji. Wielu uważa, że jest nie do zniesienia, a jego czyny są nie do obrony. Owszem, gość sieje chaos i manipuluje wszystkimi, dopóki nie postawi na swoim. Goni za marzeniami i prestiżem, a ucieka przed obowiązkami i odpowiedzialnością. Jest nadmiernie pewny siebie, a do tego mówi i robi naprawdę karygodne rzeczy. Kino bywa jednak cudownie amoralnym medium, więc i tak kibicujemy mu w drodze do sukcesu (chociaż chwilami też cichu liczymy, że lawina upokorzeń w końcu skutecznie wyleczy go z manii wielkości). Do tego potrzeba kogoś więcej niż dobrego aktora. Potrzeba jednego z największych.
I tu pojawia się – może nie cały na biało, ale na pewno w stylowym kanciastym garniaku – Timothée Chalamet, w życiowej formie, w pełni oddany roli, dający najlepszy i najbardziej elektryzujący występ w swojej karierze. I chociaż antypatyczni bohaterowie to w zasadzie jego specjalność, tu po raz pierwszy zagrał człowieka tak głęboko zafascynowanego ideą wielkości, zdeterminowanego i narcystycznego, gotowego do wszelkich poświęceń, a nawet zdolnego do wszystkiego. To jednocześnie najbardziej fascynująca i irytująca postać w filmie. Znakomicie portretuje też egoizm i krótkowzroczność swojego bohatera, a zarazem nasyca go ujmującą chłopięcością, a nawet sprawia, że mu współczujemy – chociaż Marty w ogóle na to nie zasługuje. Ale tak właśnie robią wielkie gwiazdy filmowe, a nasz poczciwy Timmy C. bez wątpienia się do nich zalicza (Oscar to jedynie formalność).
Czytaj także: Syndrom głównego bohatera: niegroźne romantyzowanie życia czy niebezpieczny narcyzm?
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Marty to po prostu urodzony cwaniak, naciągacz i kłamca. Bywa okrutny, zarozumiały i arogancki. Nigdy nie przyjmuje odmowy, nie myśli, zanim coś powie. Ślepo wierzy w siebie i jest głęboko samolubny. Dąży do celu po trupach, łamiąc wszystkie zasady. Jest porywczy i bezwstydny, choć według niektórych czarujący. Chalamet świetnie sprzedaje tę energię, udowadniając, że jest jednym z najlepszych aktorów swojego pokolenia. Dodatkowego kolorytu dodają filmowi znakomite występy drugoplanowe. Z przyjaciółką z dzieciństwa Rachel, graną przez charakterną Odessę A’zion, Marty stanowi duet niczym Bonnie & Clyde, z kolei zmysłowa Gwyneth Paltrow grająca gasnącą gwiazdę kina i jego kochankę, subtelnie nakreśla portret znudzonej życiem, ale pragnącej miłości kobiety. Świetnie wypada też debiutujący na dużym ekranie Tyler Okonma (Tyler, The Creator) jako Willy.
Czytaj także: „Diuna: Część druga” jeszcze lepsza niż pierwsza? Recenzujemy nowy film Denisa Villeneuve’a
„Wielki Marty” (Fot. materiały prasowe Monolith Films)
Nasza rada? Nie idźcie, a biegnijcie do kin. Ten film to czyste szaleństwo; maniakalny trip o rozszalałym ego, wciągające doświadczenie emocjonalne, a nawet somatyczne, oraz intensywne studium antybohatera z kompleksem Boga. Ukazuje nie tylko pragnienie czegoś więcej i niechęć do życia, które nie spełnia ambicji, ale też to, co w teorii wiemy wszyscy, lecz rzadko mamy odwagę przyznać to wprost: toksyczna brawura pomaga osiągać cele, a uczciwość to często droga donikąd. Ta pełna akcji, szalona historia o życiu bez lęku, szczeniackiej lekkomyślności i megalomanii oraz dążeniu do wielkości za wszelką cenę, z pewnością przypadnie więc do gustu widzom lubiącym dynamiczne, niekonwencjonalne historie z wyrazistymi postaciami. Trudno nie wciągnąć się w tę opowieść i nie czuć ekscytacji, tym co dzieje się na ekranie – bez względu na to, czy nasz bohater odnosi upragniony sukces czy ponosi sromotną porażkę.
„Wielki Marty” w kinach od 30 stycznia.